Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Violetta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Violetta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3 

wtorek, 22 lipca 2014

{Zamówienie 004} Marcetta || "Nigdy nie pozwól mi odejść" - Scarlett Walker

Tytuł: "Nigdy nie pozwól mi odejść"
Para: Marcetta (Marco & Violetta)
Gatunek: Romans, Dramat, Pamiętnik
Przedział wiekowy: K


Dla kochanej Martyny Blanco. <3

               Zamknął za sobą mahoniowe drzwi, które pod wpływem silnego wiatru głośno trzasnęły. Zostawił ją na korytarzu samotną, stała niczym słup roniąc gorzkie łzy jedną po drugiej. Jej wargi drżały niemiłosiernie, próbując niemo wypowiedzieć jedno słowo. Zostań... Błagalnym wzrokiem wpatrywała się w drzwi z nadzieją, że zaraz wróci i już jej nie opuści. Złudne pragnienia. Podeszła bliżej okna, by móc spojrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Dotknęła dłonią chłodnej szyby i przejechała po niej próbując schwytać krople deszczu. Po zmroku nadchodziła rzeczywistość. Zmieniało się wszystko. Wszystko oprócz jej uczuć do niego. Zatajał to tak długo i doskonale, że nie spostrzegł, kiedy zranił ich oboje. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. Podrzuca nam kłody pod nogi, by sprawdzić naszą wytrzymałość. Kiedy zaczynamy cierpieć, los, który dotąd tylko z nas drwił śmieje się jeszcze głośniej. Wysysa z naszych ciał resztki chęci do życia. Przekształca miłość w nienawiść. Potrzebowała go bardziej, niż wcześniej, pragnęła, by wrócił i nie chciał jej zostawić. To było tylko marzenie nie do spełnienia. Odszedł, pozostawiając po sobie ogromną ranę w sercu dziewczyny. Potrafiła mu wybaczyć wszystko, nawet najgorsze przewinienie i to, że ciągle ją oszukiwał. Kochała go mimo popełnionych przez niego błędów, wad i bólu, który jej zadał. 
     Wróciła do swojego pokoju na piętrze, opadając bezwiednie na łóżko. Czuła wielki ciężar na barkach. Udźwignęła zbyt dużo, by teraz się poddać, ale nie miała siły do walki. Byli skazani na porażkę. Wszystko, co dotychczas osiągnęli przemieniło się w proch i ulotniło wraz z wiatrem. Przeminęło, choć w sercu pozostało. Zabrała z szafki nocnej pamiętnik, otwierając na pierwszej stronie. Przewinęła kilka kartek do przodu, aż wreszcie doszła do dnia dwudziestego siódmego kwietnia. Otarła łzę z polika i ucałowała jego zdjęcie. Zamknęła notes, zgasiła lampkę nocną i okryła się grubą kołdrą, próbując odpocząć choć na chwilę od niepowodzeń. 
     Zasnęła.

27.04.2015

Chciałabym, żeby on też mnie pokochał.



               - Violetta, zaczekaj! - zaczął pogoń za dziewczyną, krzycząc wniebogłosy. Uciekała, próbowała zapomnieć, ale nie potrafiła. Wiatr rozwiewał jej złote loki, zasłaniając widoczność. Przyspieszyli tempo, żadne z nich nie miało zamiaru zatrzymać się, by dać sobie choć chwilę odpoczynku. Leon powoli doganiał dziewczynę, ta jednak mimo swojej słabej kondycji nie przestawała biec. Walczyła dalej. Potknęła się; po raz pierwszy. Podniosła się, wciąż się nie zatrzymuje. Próbuje udowodnić sobie, że potrafi bez niego żyć. To jak ucieczka z zamkniętego domu bez klucza, z którego, pomimo wielkiego wysiłku, nigdy nie wyjdziesz. Powoli brakowało jej tchu, wreszcie się poddała. Wiedziała, że i tak nie da rady. W końcu i tak by ją dopadł i omamił do końca. Kiedy był już dostatecznie blisko, wyjął dłoń i chwycił Violettę za nadgarstek. Przyciągnął do siebie; stykali się ciałami, co postawiło dziewczynę w niezręcznej sytuacji. Wszelkie próby ucieczki nie miały żadnego sensu, szamotała się bez skutku. 
- Violu... Kochanie...
- Nawet tak do mnie nie mów - zaprotestowała. Nie puścił jej ani na chwilę, wręcz przyciągał jeszcze bliżej siebie. Był brutalny, tak jak nigdy. Po raz pierwszy nie poznała swojego Leona. On już nie jest jej. - Myślisz, że zrobisz maślane oczka i od tak ci wybaczę, po tym, co widziałam? Zapomnij.
- To był przypadek, przysięgam - próbował się bronić żałosnymi tłumaczeniami.
- Ja nie wierzę w przypadki, Leon. Ostrzegali mnie przed tobą, zanim pojawiłam się w Studio. Trzy stracone lata, jaka ja byłam głupia... - zaśmiała się ironicznie pod nosem, nie przestając kończyć wypowiedzi. - Nie wystarczyłam ci, co? Musiałeś szukać pocieszenia u swojej byłej, tak? Ludmiła nie jest w niczym ode mnie lepsza, rozumiesz? - z każdym nowo wypowiadanym słowem podnosiła ton głosu. Chłopak ścisnął jeszcze mocniej jej dłonie, wpatrując w oczy dziewczyny, które dosłownie mogły służyć za laser. - Trzeba było się z nią nie całować!
- Uspokój się, kicia - musnął wargami polik Violetty, wprawiając ją we wściekłość. Czuła niepohamowaną chęć do przywalenia temu bufonowi z nadętym ego, ale miała jeszcze swoją godność. Nie próbował uspokoić blondynki, wręcz na odwrót; z każdą sekundą drażnił ją jeszcze bardziej. Była na skraju wytrzymałości. Przecież do niedawna wszystko szło tak doskonale, kochali się, byli dla siebie oparciem i co najważniejsze - ufała Leonowi bezgranicznie. Dopiero teraz zrozumiała, jaki ogromny błąd popełniła. 
- Przestań mnie dotykać, bo inaczej zacznę wrzeszczeć - ostrzegła. Dosłyszał się w jej głosie nutki strachu, co tylko napędzało go do wykonywania dalszych ruchów. Nie wytrzymała. - Pomocy! Ratunku! On mnie...
     Nie dokończyła, czując jak jej policzek staje się gorący, piekł i bolał równocześnie. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Wreszcie dał jej wolność. Dotknęła niemalże bez wyczucia czerwonego śladu na twarzy. Z bólu serca i cielesnego nie dało się wtedy uciec. Uroniła kilka słonych łez. Ale dla niego nawet nie warto.
- Ty... - nie miała zamiaru wypruwać z siebie resztek sił dla kogoś, kto okazał się najgorszym człowiekiem w jej życiu. Utykając na lewą nogę uciekła z parku, nie zważając na krzyki Leona, któremu najwyraźniej jeszcze nie znudziła się ta chora gra, w której nie miała zamiaru uczestniczyć. Kolejny pionek w zabawie. Nim spostrzegła, stała już pod drzwiami domu przyjaciela.
- Violu, co ci się stało?! - zareagował niemalże natychmiast, gdy zobaczył, w jakim stanie się znajduje. Nic nie mówiąc wtuliła się w niego, kryjąc twarz w jego ramionach. 
- Marco, obiecaj mi, że chociaż ty nigdy nie odejdziesz... że będziesz już zawsze, nie oszukasz mnie... - co chwilę przerywała, próbując zaczerpnąć powietrza do płuc, którego zaczynało brakować. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mocniej objął dziewczynę, by dać jej poczucie bezpieczeństwa, choć na kilka marnych sekund.
- Dla ciebie zawsze będę - nie do końca był pewien swoich słów. Gdyby teraz zranił Violettę, wszystko byłoby skończone. Wtedy, tamtego dnia przyrzekł sobie, że dotrzyma obietnicy. Cholerne obiecanki.



               Otworzył swoje ociężałe podkrążone oczy, stając do pionu. Podszedł do lustra, przeglądając się w nim. Chwycił w dłoń wodę kolońską i rozpylił ją na swoim gołym torsie. Zdjął z wieszaka jedną ze swoich ulubionych koszul i starannie zapiął wszystkie guziki. Ułożył swoje rozczochrane włosy, a po chwili był gotowy na kolejny dzień zmierzania się ze światem. Opuścił swoje mieszkanie, udając się do parku na wyznaczone spotkanie. Przemierzał kolejne alejki, aż wreszcie dotarł we właściwe miejsce. Wolał nie słyszeć niczego, prócz odgłosów natury. Tylko tak potrafił się wyluzować i zrelaksować. Doszły go jednak inne głosy, niekoniecznie najprzyjemniejsze. Znał go doskonale.
- Wiedziałem, że to ty - mruknął, odwracając się do tyłu. Ujrzał swojego byłego przyjaciela, Leona, stał naprzeciw, a jego fałszywy uśmiech nie chciał zejść z twarzy. Zrobił kilka kroków w przód, nadal bacznie obserwując mężczyznę.
- Jedyne, do czego zmierzam, to pytanie. Dałeś jej spokój? - spytał z nienawiścią w głosie. Nigdy nie sądził, że staną się dla siebie aż tak obcy. Nie podejrzewał, że ich przyjaźń rozsypie się w drobny mak, tak samo, jak jego niedoszły związek z Violettą. Był tak blisko, chociaż musiał się ukrywać. To nic nie znaczyło, to nie miało prawa się zdarzyć.
- Nie ma już nas. Mnie i Violetty. Myślę, że jesteś zadowolony. A teraz daj mi spokój - odepchnął go, próbując odejść. Był już wystarczająco daleko, lecz zatrzymał się, słysząc głos Leona.
- Marco, dziękuję.
- Ależ nie ma za co - odburknął ironicznie pod nosem, uciekając z tamtego miejsca.
    


               Zapalił świece na stole w jadalni. Zgrabnym ruchem rozłożył sztućce i poprawił krzywy obrus. Wszystko było prawie gotowe. Tego wieczoru spodziewał się gościa. Zerknął na zegar ścienny, wybijał ósmą wieczorem. Z niecierpliwością czekał na przyjście dziewczyny, lecz ta nie chciała się pojawić. Juliet olała całkowicie jego zaproszenie. Usiadł na krześle, opierając łokieć o oparcie. Pochylił głowę w dół, zamykając powoli oczy. Siedział tak kwadrans, dopóki nie doszedł do jego uszu odgłos dzwonka. Wstał z miejsca i ruszył w kierunku korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach, nie spoglądając przez wizjer. W progu stała Violetta, miała poważną minę. Zaniepokoiło go trochę jej najście, tym bardziej, że wczorajszego dnia wyszedł od niej pokłócony. Stanęła z nim twarzą w twarz, ujrzawszy gęsią skórkę przechodzącą przez całe jego ciało. Zrobiła stanowczy krok w przód, znajdując się w niebezpiecznie bliskiej odległości od niego.
- Marco, możemy porozmawiać? - spytała bezuczuciowo. Mężczyzna tylko kiwnął głową i zaprowadził ją do salonu. Panował w nim półmrok, jedynym oświetleniem były cztery świece i lampka stojąca na komodzie w rogu pokoju. Blondynka przyjrzała się dokładnie zastawie, dotykając opuszkami palców jednego z ram krzeseł.
- Czekasz na kogoś? - zachowywała się tak, jakby właśnie zdradzał ją z kimś innym. W rzeczywistości nie miała prawa nawet tak pomyśleć, przecież nic ich nie łączyło.
- Byłem umówiony z moją przyjaciółką - westchnął, nie spoglądając jej w oczy. - Nie przyszła. Zjesz ze mną? - wyskoczył nagle z propozycją. Nie mogła mu odmówić, chciała tego wieczoru wszystko naprawić. Zajęła miejsce naprzeciwko niego, nalewając sobie białego wina. Siedziała z nim trzymając go w dłoni. Tkwili w ciszy przez dłuższą chwilę, żadne z nich nie chciało jej przerwać.
- Jesteś głodna? - wstał z krzesła i podszedł do niej z tacą. Nie miała aktualnie na nic ochoty, grzecznie odmówiła i wróciła do konsumowania wina. Między dwójką trwała napięta nić, której żadne nie chciało przerwać. Oboje bali się wykonać jakikolwiek krok. Violetta stawała się coraz bardziej niecierpliwa, aż wreszcie nie wytrzymała i wybuchła, wyrzucając z siebie resztki złości.
- Marco, dlaczego mnie oszukiwałeś?! Dobrze się czułeś z tym faktem? Dawało ci to satysfakcję? - podniosła się z impetem z miejsca, upuszczając lampkę wina. Szkło potłukło się na tysiące drobnych kawałeczków, robiąc niemały huk, lecz nie zainteresowała się tym. Wrzeszczała dalej, dając wreszcie upust swym emocjom. - Bawiłeś się moimi uczuciami, co? Uwielbiasz patrzeć na moje cierpienie - przełknęła głośno ślinę, opierając dłoń o kant stołu. - Dlaczego... dlaczego to zrobiłeś? - spojrzała na niego z pretensją. Ten tylko wstał z miejsca i podbiegł do niej.
- Bo cię kocham - rzucił się na jej drobne ciało, złączając ich usta w pierwszym pocałunku, najpiękniejszym, jak i najbardziej gorzkim dotychczas. Szybko jemu uległa, gdyż wiedziała, że z nim nigdy nie wygra. Toczyła się między nimi wojna o dominację. Kto lepszy, ten dostanie wszystko, czego zapragnie. Zaczynało im brakować tchu. Na chwilę oderwali się od swoich ciał, by kilka sekund później jeszcze bardziej się do siebie zbliżyć. Całował każdy najmniejszy kawałek skóry na jej odsłoniętej szyi. Przekręciła głowę w bok, cicho stękając. Pragnęła więcej i więcej... Chwilę później znaleźli się w jego sypialni. Nie przestawali się całować, nie chcieli przerywać tej przyjemności. Oparł jej ciało o ścianę, napierając na nie cały swój ciężar. Powolnym ruchem przejechał dłonią od jej ramion aż po biodra, delikatnie kołysząc się w lewo i prawo. Byli blisko osiągnięcia swojego pragnienia, lecz złośliwie przerwał im dźwięk wibrującego telefonu mężczyzny. Skończył, zostawiając dziewczynę w osłupieniu. Zerknął na wyświetlacz smartfona i odrzucił połączenie, po czym wrócił do Violetty. Chwycił jej twarz w ręce i ucałował czule czoło.
- Przepraszam - wyszeptał do ucha. Nie miała mu tego za złe. Czuła wreszcie, że między nimi jest dobrze. Nie wszystko zostało wyjaśnione, lecz zmierzało dobrą drogą. Nie bała się zakrętów i tego, co tam spotka, kiedyś wreszcie trzeba pójść wyboistą ścieżką. Jednak jej koniec będzie piękny, wiedziała.
     Została tylko jedna kwestia.
     Leon.

09.10.2015

I znowu jest jak w niebie.



                 Gorący żar lał się z nieba. Słońce ogrzewało całą Argentynę, nie dając odsapnąć ani na chwilę. Było po siedemnastej, ale godzina nie grała tutaj największej roli. Ludzie uciekali, jakby bali się promieni słonecznych. Dlaczego? Jeżeli piękny dar natury jest obcy człowiekowi, to co z nimi? Znają się? Wiedzą kim są? Nikt jeszcze nie rozszyfrował ludzkiego umysłu. Serca głęboko ukryte, bijące w tym samym rytmie. Drżące dłonie na ramionach swych. Nastał wieczór.
     - Puść ją - rzucił pospiesznie. Stał trzy metry od nich, mężczyzna dotychczas trzymający dziewczynę popchnął ją naprzód, skazując na bolesny upadek. Przewróciła się, okaleczając kolano. Jęknęła cicho z bólu, dotykając krwi cieknącej po opuchniętej nodze. Na sam widok zemdliło ją. Marco podbiegł do Violetty, pomagając jej wstać. O własnych siłach stanęła do pionu, przewieszając dłoń za ramię chłopaka. Spojrzał z nienawiścią w stronę Leona. Krzyżując dłonie na piersi uśmiechał się niczym czarny kot, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Bał się o nią, mężczyzna był nieobliczalny. Violetta tylko sapała, nie mając siły na dalsze funkcjonowanie. Opadła bezsilnie pod korę najbliższego drzewa w lesie, trzymając się kurczowo za nadgarstek. Był cały posiniaczony. Nie mogła znieść widoku kłócących się Leona i Marco, lecz skazana była na cierpienie patrząc na cały cyrk. Zamykając oczy wyobrażała sobie gorszy obraz ich bitwy. Nie wygrał żaden. 
- Ona jest moja - warknął w stronę swego wroga, popychając go.
- Violetta nie jest niczyją rzeczą - zaczął bronić Marco. Ze zdwojoną siłą uderzył Leona, zadając mu cios prosto w brzuch. Nie wytrzymał. Upadł na chłodną ziemię. Bolał niemiłosiernie. Gorzej, niż dwa dni temu. Mamrotał pod nosem niezrozumiałe dla nikogo słowa, powoli podnosząc się do góry. Kiedy wreszcie stanął na nogi, bez zbędnych tłumaczeń odszedł z tamtego miejsca. Przegrał.
- Violu, chodź, pomogę ci... - rzucił się na ratunek. Chwyciła się jego dłoni, wstając. Wziął ją na ręce po tym, jak zauważył, że utyka na prawą nogę. Nie była ciężka. Zaprowadził do swojego domu, kładąc delikatnie na łóżko. Wygrzebał z szafki nocnej wodę utlenioną i bandaż. Szybko uwinął się z raną i zakażeniem. Siedziała mu na kolanach, opierając głowę o jego ramię. Czuł jej gorący oddech na swoim poliku. Jednym ruchem przeniósł rękę na szyję dziewczyny.
- Dziękuję, Marco - uśmiechnęła się, nie odkrywając swoich zębów. Wyglądała na zmęczoną. Położył ją wyżej, okrywając miękką kołdrą. Zbliżył się do jej twarzy, muskając delikatnie wargi dziewczyny. 
- Śpij spokojnie - dodał na odchodne, gasząc światło.

13.10.2015

Mój i tylko mój.



Od Autorki: Witajcie Kochani! Przepraszam Was za to coś u góry, kompletny misz-masz, masakra, tandeta, nie wiem, co jeszcze. 
Wystąpił wypadek losowy, Sarenka dziś nie mogła dodać swojego OS'a, dlatego się z nią zamieniłam. Myślę, że nie jest to problemem, a tymczasem pozdrawiam Sarę xD 
(gdyby nie ta piosenka, ten oneshot by chyba nie powstał) Może chociaż w jednym procencie się komuś spodoba. Wybacz Martynko, powinnam się wstydzić. :c No ale dobra, życie toczy się dalej, czytajcie OS'y, genialne zamówienie Zuzi, takie piękne. <3
Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, zapraszam póki czas na konkurs! Zakładka po prawej stronie, wciąż czekamy na Wasze genialne prace, od których dech nam w piersi zamiera. 
Pozdrawiam wszystkich i życzę miłych wakacji. <3
Karol. ;>

środa, 16 lipca 2014

{016} Leonetta || "Każdy zasługuje na drugą szansę" - Dulce



Tytuł: "Każdy zasługuje na drugą szansę"
Para: Leonetta
Gatunek: Romans
Przedział wiekowy: K





Dedykuje całej załodze JSM, bo bycie jej częścią to dla mnie zaszczyt <3




Tamtego dnia byłam szczęśliwa. Właściwie od dawna nie czułam się tak, jak wtedy. Ale zawsze gdy wydaje nam się, że jesteśmy spełnieni i niczego nam nie brakuje, ten stan nie utrzymuje się długo. Złośliwość losu? Możliwe. Ciekawe, czy los dobrze się bawi niszcząc nam życie. Rujnując wszystko, co do tej pory było nasze. Każąc zapomnieć, że jeszcze przed chwilą mieliśmy to wszystko. Czy tak zawsze musi być? Cierpienie jest nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji, to zrozumiała, choć bolesna prawda. W końcu jak ktoś, kto nigdy tego cierpienia nie zaznał, miałby być naprawdę szczęśliwy? Cierpienie jest potrzebne, jakkolwiek to brzmi, ale dlaczego zawsze musi pojawiać się w tych nieodpowiednich momentach? Nieodpowiednich? Też coś. Przecież nigdy nie będzie odpowiedni moment aby cierpieć.
Wracając. Tamtego dnia byłam szczęśliwa. Tak, kluczowe jest tutaj słowo - byłam. Bo rzecz jasna, to moje szczęście nie mogło trwać zbyt długo. I nie trwało. Ukoronowaniem tego dnia był cios prosto w serce wymierzony mi przez niego. Ból fizyczny jest tak naprawdę o niebo lepszy, niż ten zadany sercu. Nad fizycznym można zapanować. Leki przeciwbólowe, opatrunki - przynoszą ukojenie. Z sercem jest gorzej - nie istnieje żadne lekarstwo na rany jemu zadane...
Nie płakałam. Choć każde słowo zadawało ból. Ten najgorszy, którego nie można opanować. Zaczynający się w sercu i rozchodzący po całym ciele. Było to odwrotnym uczuciem do tego, które zawsze czułam w jego obecności. I o ile zawsze cieszyłam się na jego widok, o tyle w tamtym momencie nie chciałam go już nigdy więcej oglądać. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Czy naprawdę tak myślałam? Czy na pewno tego właśnie chciałam? Nie wiem. A może właśnie problem polega na tym, że wiem aż za dobrze, choć nie chcę dopuszczać tego do świadomości? Zranił mnie. Tak, jak jeszcze nikt inny wcześniej. Więc jak wytłumaczyć, że i tak o nim myślę? To dosyć zabawne irracjonalne. Pozbawione wszelkiego sensu. Życie jest dziwne, miłość jest dziwna. Niezrozumiała. Jest czymś niesamowicie skomplikowanym, choć objawia się często w zwykłych, błahych rzeczach, które pozornie nie mają większego znaczenia. Wiem, że powiedział to  w s z y s t k o  w złości, ale to ani trochę mnie nie pociesza, ani wcale nie zmniejsza bólu. Jedyne czego nie wiem, a co chciałabym wiedzieć w tej sytuacji to czy on rzeczywiście tak myśli? Czy tak myśli? Czy myśli tak o mnie? Ta niewiedza wpędza mnie szaleństwo. Próbuje wytłumaczyć sobie to wszystko na tysiące różnych sposobów. Bronić go. Znaleźć swoją winę w tym wszystkim. Znaleźć ukojenie dla serca, spokój dla duszy, równowagę dla umysłu. Nie jest to łatwe. Jest cholernie trudne.


I really shouldn't miss you, but I can't let you go





________________________________________________________________________________________



Złapała w dłonie rozgrzany kubek z gorącym napojem. Oplotła go przemarzniętymi palcami, próbując choć trochę je rozgrzać. Rozsiadła się wygodniej w fotelu, opatulając szczelniej ciepłym, wzorzystym kocem. Błędem było wychodzenie na dwór przy takiej pogodzie, teraz nie miała co do tego żadnych wątpliwości. A przecież jej matka ją ostrzegała. Musisz zawsze mieć rację?

- Rozgrzałaś się choć trochę? - troskliwy głos matki dochodzący z kuchni. 
- Trochę - odpowiada beznamiętnie. Wzdycha. 

Pośpiesznie upija łyk herbaty. Zaraz tego żałuje, czując, że poparzyła język. Odkłada ulubiony kubek na ławę przed sobą. Potem, jakby pozbawiona życia, opada z powrotem na fotel. Chowa pod koc niemal całą twarz. Chce się ukryć.

Przed całym światem.

Wpatruje się w ogień palący się w kominku. Bije od niego przyjemne ciepło. I łuna światła delikatnie rozświetlająca jej twarz. Przygląda się językom ognia wirującym w dziwnym tańcu. Płomieniowi, który żarzy się raz mocniej, raz słabiej. Przysłuchuje cichym trzaskaniom drewna. Myśli. Oddycha spokojnie, miarowo. Mruga powoli lub przez dłuższą chwilę wcale. Słyszy ciche skrzypienie podłogi. Nie porusza się jednak nawet o milimetr. Czuje rękę na prawym ramieniu. Wciąż ani drgnie. W oczach na moment pojawiają się łzy. Przegania je, kilka razy szybko mrugając.

- Co jest, skarbie? - słyszy cichy, kojący głos rodzicielki.

Powoli odwraca się w jej stronę. Spogląda w jej oczy. Nic nie mówi. Tylko patrzy. Zagryza dolną wargę. Nie chce płakać. Chowa się w objęciach matki jak wtedy, gdy miała pięć lat.

To było tak dawno temu.

Znów się przewróciła. Miała obdarte kolano. Płakała. Maria spojrzała z troską na swoje jedyne dziecko. Uśmiechnęła się delikatnie. Przytuliła ją do siebie. Tak jak teraz. Uścisk matki przyniósł jej ukojenie, zupełnie jak wtedy. Tak wiele rzeczy się zmieniło. Nie była już tym samym drobnym, przestraszonym dzieckiem. Właściwie wszystko się zmieniło...  Ale ciepło i spokój bijący od matki - nie. I ta troska w oczach. To jedno nie zmieniło się nigdy. I nigdy się nie zmieni. Była tego pewna. Chyba tylko tego.


- Co się stało, kochanie? - Patrzy na nią zmartwiona. Odgarnia niesforny kosmyk z twarzy córki.

- To już koniec. - Jej głos drży.  - Mamo, ja n-nie chce. - Maria wciąż nie rozumie. Marszczy brwi.
- Czego nie chcesz? - pyta miękko.
- N-nie chcę g-go stracić.


* * *

Zbiega ze schodów. Znów się spóźnię, myśli. Wchodzi do kuchni. Szuka czegoś do zjedzenia przez drogę. W końcu chwyta jedno z wielu jabłek leżących na blacie w kuchni. Wychodzi na korytarz. Zarzuca na siebie cienką kurtkę. Wsuwa buty, jeden po drugim. Bierze pierwszy kęs owocu trzymanego w dłoni, jednocześnie chwytając za klamkę.
- Wychodzę - mówi tylko, trzaskając drzwiami. Zbiega po stopniach z ganku. 
- Czekałem na ciebie. - Słyszy za sobą lekko rozbawiony głos. Odwraca się. I odwzajemnia jego uśmiech. Dogania ją. Idą razem, jedno obok drugiego. Ale żadne z nich nic nie mówi. Nie muszą. 

Docierają na miejsce. Spoglądają na siebie znacząco. 

- Widzimy się później? - pyta, choć zna odpowiedź. 

Zawsze jest twierdząca. I tym razem również tak właśnie było. Violetta kiwa tylko głową. Uśmiecha się do niej. Odchodzi. 

Stchórzył. Kolejny raz. Znów się nie zapytał, znów zabrakło mu odwagi. Chce zawrócić. Ale strach wygrywa. Nie porusza się. Gdy w końcu bierze się w garść i odwraca głowę - jej już tam nie ma.

Zawsze tak szybko znika.


Kolejny raz zawiódł się na sobie. Obiecywał, że zrobi to dzisiaj. I nic. Nie potrafił. Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, jak zacząć. Prawda była taka, że przy niej niczego nie wiedział. I niczego nie był pewny. No może z jednym, małym wyjątkiem. 


Uczucia, jakim Cię darzę. Tylko tego jestem pewny.


Nie wiedział kiedy to się stało. Kiedy zaczęło mu zależeć na niej bardziej niż na zwykłej koleżance. Po prostu któregoś dnia to zrozumiał. Ot, tak - i tyle.

Od jakiegoś czasu myślał o niej o wiele częściej. I dłużej. Na początku było to zwyczajne: ciekawe, co teraz robi. Ale z czasem jego myśli obrały inny kierunek: czy ona też myśli o mnie, od czasu do czasu?

W drodze powrotnej rozmawiali bez przerwy. Nawet nie zauważyli kiedy znaleźli się pod drzwiami jej domu. Uśmiecha się do niego wchodząc na ganek. 


- Do jutra. - Żegna się łapiąc za klamkę.


Jeszcze sekunda i będzie za późno...


- Vilu? - zaczyna niepewnie. Ta odwraca się i ściąga dłoń z klamki. 

Patrzy na niego wyczekująco. Marszczy brwi, a następnie unosi je. Już otwiera usta żeby go ponaglić.

- Zostaniesz moją dziewczyną?


* * *


Patrzy na swoją córkę i widzi w niej siebie sprzed kilkunastu lat. I nie chodzi tutaj o podobieństwo, choć to jest uderzające. Widzi w niej siebie. Zranioną, zagubioną nastolatkę. Dziewczynę, która napotkała kolejną z przeszkód na drodze do swojego szczęścia, już na samym początku tej długiej, krętej ścieżki. Przygląda się jej. Śpi tak spokojnie. Niemal w ogóle się nie rusza. Tylko klatka piersiowa powoli unosi się do góry, by za chwilę znów opaść. Wygląda tak niewinnie. Tak bezbronnie. Odgarnia kosmyk kasztanowych włosów z jej twarzy. Przykrywa kocem. Odnosi kubek do kuchni, na palcach wychodząc z salonu. Słyszy cichą melodię i idzie za jej dźwiękiem, aż dochodzi do źródła. Wyciąga telefon córki z jej kurtki. Spogląda na wyświetlacz. León. Odbiera. 

- Tak?
- Dobry wieczór. Mogę porozmawiać z Vilu? - pyta niepewnie.
- Niestety, teraz nie może rozmawiać. Dobranoc, León. - Odwraca się. 

Violetta stoi oparta o framugę. Patrzy na nią. Nie jest zła. Raczej smutna. Nie przez nią. Przez niego. Ta wyciąga do niej rękę z telefonem i oddaje jej go. Violetta bierze go do ręki, po czym wciska ikonę czerwonej słuchawki. Jeszcze chwilę przygnębiona przygląda się ekranowi telefonu. Następnie bez słowa kieruje się schodami do swojego pokoju. Otwiera drzwi. Zapala światło. Wchodzi rozglądając się po nim. Jasne, wesołe kolory ścian. Dwie żółte, jak słońce. Dwie ciemnozielone, w kolorze trawy. Wszędzie pełno pamiątek, figurek, fotografii. Wszystkiego, co było i jest dla niej ważne. Wszystko, co wywołuje u niej uśmiech, wszystko, co kojarzy się jej z radością. Bo taka właśnie zawsze była. Wiecznie roześmiana. Jej pokój też był wesoły, ale w tamtym momencie wcale nie pasował do jej nastroju. Jednak nie miała ochoty stąd wyjść. To była tylko jej przestrzeń. Jej cztery ściany. Zamyka za sobą drzwi. Wchodzi w głąb pokoju i ciężko siada na łóżku. Bierze do ręki telefon. Otwiera skrzynkę. Widzi tyle wiadomości. Wszystkie od Niego.

22/05/2014  17: 30
Od: León
Tęsknię za Tobą.

Wzdycha. Na początku było tak cudownie. Nie wie dlaczego, ale spogląda na komodę na przeciwko. Oprócz tysiąca innych rzeczy, dostrzega na niej ramkę ze zdjęciem. Nasze wspólne zdjęcie. Podchodzi i bierze je do ręki. Przejeżdża po fotografii kciukiem, prawie się uśmiecha.  Przygląda się dwójce młodych ludzi, niemal zapominając.

Że to byliśmy my.
Tacy szczęśliwi, uśmiechnięci, zakochani...

Znów spogląda na telefon, który trzyma w lewej dłoni. Drżącym palcem krąży nad jego ekranem. W końcu z wahaniem otwiera kolejną wiadomość. 

23/05/2014 18: 23
Od: León
Kocham Cię.

Szklą się jej oczy. Jedna, samotna łza spływa po jej policzku. Szybko ociera ją koniuszkami palców. Przesuwa nimi po dolnej wardze. Czuje słony smak łzy. Zamyka oczy. Widzi  jego twarz. Mówi on te dwa słowa. Wtedy była szczęśliwa. Teraz, wspomnienie tej chwili - boli. 

Mówiłeś, że mnie kochasz. Kłamałeś?


Kładzie się na łóżku. Przegląda kolejne wiadomości. Na ostatniej zatrzymuje się na dłużej. Po chwili rzuca telefonem w kąt. Zamyka oczy. Nie myśli, nie wspomina. Po prostu leży. Próbuje zasnąć. Próbuje znaleźć ukojenie w objęciach Morfeusza. Nie chce myśleć o tym, co miała i co straciła. Nie chce myśleć o nim. Nie chce.



* * *

Stoi przed lustrem w korytarzu. Poprawia włosy. Nerwowo spogląda na zegar. Wskazuje on za pięć szóstą. Zaraz tu będzie. Rzeczywiście po kilku minutach słychać rozchodzący się dźwięk dzwonka.

- Ja otworzę - mówi i otwiera drzwi.
- Cześć, gotowa? - Uśmiecha się do niej promiennie. 
- Tak - odpowiada krótko i wychodzi do niego, zamykając za sobą drzwi.

Spacerują po parku, rozmawiają. Gdy dochodzą na miejsce Violetta nie kryje zaskoczenia ani radości. Zabrał ją na plac zabaw. Do miejsca, gdzie przychodzili jako dzieci. Do miejsca, które zawsze kojarzyło się im tylko ze szczęściem. Do miejsca, w którym nic nie miało znaczenia. Żadne problemy nigdy nie były tam ważne. Wspomnienie dzieciństwa, beztroskość. Szczęście, radość. Tyle pozytywnych emocji w jednym miejscu. Violetcie przeszło przez myśl, że nie mógł wybrać lepszego miejsca na ich spotkanie. A może to była randka? Jak na znak oboje podbiegają pod dwie huśtawki. Nie były one niczym specjalnym. Ot, kilka desek złączonych ze sobą i powieszonych na dwóch nieco solidniejszych łańcuchach. Nic takiego, a potrafiło tak ucieszyć, tyle radości sprawić. Nie wiedzieli ile czasu tak spędzili: na wspólnej zabawie, jak za dawnych lat, i długich rozmowach. Od około godziny, może dwóch?, niebo rozświetlało już tylko kilka gwiazd. Jednak czym jest czas w takich chwilach? Cieszyli się sobą nawzajem, nic innego nie miało znaczenia. Byli szczęśliwi.

Od jakiegoś czasu panowała między nimi cisza. Ale nie ta niezręczna. Czuli się w swojej obecności swobodnie, mogli powiedzieć sobie wszystko. Między nimi od zawsze istniało porozumienie. Od zawsze coś ich łączyło. Nagle, bez słowa, Violetta kładzie się na trawie. Jej towarzysz przez krótką chwilę przygląda się jej, po czym dołącza do niej. Leżą tuż obok siebie, wpatrują się w gwiazdy. 

- Cieszę się, że jesteśmy właśnie tutaj. To miejsce zawsze kojarzyło mi się ze szczęściem - urywa na chwilę. Zastanawia się przez sekundę, by za chwilę powiedzieć te słowa, jakby trochę niepewnie ich znaczenia: 

- Teraz, teraz jestem szczęśliwa. - Uśmiecha się delikatnie. 
- Ja też jestem teraz szczęśliwy - odpowiada on po dłuższej chwili milczenia. Kącik jego ust wędruje do góry.  - I cieszę się, że jestem tutaj z tobą. 

Odwraca głowę w jej kierunku. Czeka. Czeka na jej reakcję, na jej odpowiedź. Nic już nie mówi. Tylko na nią patrzy, tylko czeka. A ona wciąż wpatruje się w niebo, w gwiazdy. Jakby nic nie usłyszała. Oddycha spokojnie, ale jej serce niebezpiecznie przyśpieszyło. W końcu odwraca się w jego kierunku. Spogląda w jego oczy. 

Błyszczą jak te gwiazdy. Tam, na niebie. A może nawet bardziej?

- Kocham cię - szepcze szatyn. Ona przygląda mu się z zaciekawieniem i znów promiennie uśmiecha.
- Ja ciebie też kocham - mówi prawie bezgłośnie, ale on słyszy. 



Cause we belong together now
Forever united here somehow
You got a piece of me
And honestly
My life would suck without you


* * *

Słyszy hałas. Podnosi się do pozycji siedzącej. Wstaje z łóżka. Znów ten dźwięk. Wychodzi na balkon. Jest ciemno, niewiele może zobaczyć. Po dłuższej chwili dostrzega zarys postaci. Złodziej? Wytęża wzrok. León. W sumie niewiele się pomyliłam... 

Bo Ty ukradłeś moje serce...
Zabrałeś je tak bez pytania, bez ostrzeżenia. Jakby zawsze było Twoje.

Wchodzi z powrotem do pomieszczenia, a następnie wychodzi z pokoju i kieruje się schodami na dół. Okrywając się swetrem wychodzi na zewnątrz, do niego. Otwiera drzwi i zamyka je za sobą. Przez chwilę przyglądają się sobie w ciszy. Żadne z nich, nie wie co powiedzieć. W końcu odzywa się Violetta.

Guess this means you're sorry
You're standing at my door
Guess this means you take back
All you said before
(...)
Said you'd never come back
But here you are again
*


- Co tutaj robisz? - Stara się aby jej głos brzmiał obojętnie, choć niecierpliwie czeka na odpowiedź. Nerwowo poprawia sweter, który zsunął się z jej ramienia.
- Przyszedłem porozmawiać - odpowiada spokojnie. Zbyt spokojnie?

Violetta unosi jedną brew do góry, czego chłopak zważywszy na późną porę i brak jakiegokolwiek oświetlenia - poza księżycem i gwiazdami na niebie -  nie widzi. Ona nie rozumie, po co mógł przyjść, o czym chce rozmawiać. Ostatnio powiedział wystarczająco. Nie chce słuchać więcej. A może właśnie chce, bo niby dlaczego by do niego wyszła? Mogła przecież go zignorować. Chce, ale boi się tego, co on może jej powiedzieć.

- Nie mamy o czym. - Jej ton miał być wręcz oskarżycielski, ale brzmi raczej niepewnie.
- To naprawdę ważne - przekonywał niemal błagającym tonem. 

- Inne rzeczy też są ważne. Nawet ważniejsze. To może poczekać...
- Niech będzie. Mów. - Decyduje się go wysłuchać.

- To, co ci wtedy powiedziałem... Ja... Ja wcale tak nie myślałem. Żałuję, że do tego doszło, że musiałaś to wszystko usłyszeć. Naprawdę nie chciałem tego. - Wierzy mu, choć nie do końca chce. Mimo, że głos rozsądku podpowiada aby teraz weszła do domu i pożegnała się z nim. Żeby dała sobie czas, przemyślała wszystko, nie wierzyła od razu w każde słowo. Ale serce wychodzi mu na przeciw. Serce wierzy. Chce wyrwać się do niego, teraz. Serce - wybacza mu.

- Zacznijmy od początku - mówi, spoglądając głęboko w jej oczy, a ona czuje się jakby mógł on przeczytać każdą jej myśl, każdy powód niepewności, zawahania, każde zmartwienie. Każdą emocję. Możesz przestać?

- Musimy to skończyć. Tak będzie lepiej.
Nic nie mówi. Znów odzywa się León, choć sam właściwie nie wie, co ma powiedzieć.

- Kocham cię i chcę być z tobą. I wierzę, że może nam się udać. Spróbujmy jeszcze raz.
- To nie ma sensu. Znów będziemy tylko cierpieć.

Czeka na jej odpowiedź. Stoją dłuższą chwilę na przeciwko siebie w milczeniu. Violetta bije się z myślami. Nerwowo rozgląda się, choć niewiele widzi. A on czeka, wpatrzony w nią. Jej wyraz twarzy nic mu nie mówi. Nie wie, czy to dobrze, czy wręcz - przeciwnie. Jego serce przyśpiesza. 

- Każdy zasługuje na drugą szansę, prawda? - mówi w końcu ona, lekko rozpromieniając się. León czuje ulgę. Przygląda się jej. 

Robi krok w jej kierunku.
Pierwszy, niepewny, powoli. Jednak z każdym kolejnym jest coraz pewniejszy, z każdym kolejnym jest coraz bliżej Niej.


_______________________________________________________________________________________

* Kelly Clarkson - "My Life Would Suck Without You"

Od autorki: Taak, witam wszystkich! ;D Z tej strony Tyśka. Ktoś mnie jeszcze pamięta? XD Jak mijają Wam wakacje? :)
Co do mojego OS... tak oto prezentuje się najsłabszy part na tym blogu. Myślę, że dłuższy komentarz jest zbędny. Nie przejmujcie się, reszta dziewczyn pisze o niebo lepiej. Zapraszam do lektury tych cudownych partów (do których mój niestety się nie zalicza, ale co zrobić? - życie xd)
Oficjalnie powracam po jakże długiej przerwie. Nie żeby kogoś to cieszyło - nie oszukujmy się xD Uporałam się z pewnymi sprawami; zakończyłam, co miałam zakończyć... i jestem.
Kocham Was, miśki :D

środa, 18 czerwca 2014

{Zamówienie 001} Diemi, Leonesca || "We can't stop" - Little Liar i Alexandra Comello

Tytuł: "We can't stop"
Para: Diemi (Diego i Camila) i Leonesca (Leon i Francesca)
Gatunek: Dramat, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: K


Dla Veronici Blanco ♥

Niczym porcelanowa laleczka stojąca wśród ołowianych żołnierzyków z miniaturowymi karabinami przy boku. Z białą nóżką uniesioną wysoko do góry. Pochylona ku podłożu, ciągle tkwiąca w tej samej pozycji bez możliwości poruszenia się.
Filigranowe rączki ułożone w dostojnej pozycji po obu stronach ciała, oparte na różanej sukience baletnicy. Choć wydawać by się mogło - tiulowej, to w rzeczywistości wykonanej z cennego szkła.
Dookoła niej tak wielu ludzi, którzy mogli zniszczyć ją przypadkowym ruchem.
Życie tak delikatnej figurki wcale nie było proste, wiesz? Bo choć ona chciała, to tak naprawdę nie mogła go zmienić.
Skazana była na do końca życia na jedno. Na walkę o każdą chwilę, o każdy dzień, bo przecież tak naprawdę, kolejnego może się już nie obudzić. Ktoś może niechcący potrącić ją swoją silną dłonią i przewrócić. A ona wtedy potłucze się na miliony kawałeczków, których nikt nigdy nie da rady skleić w całość.
I ona już się nie odrodzi.
Wiesz, że Camila miała tak samo? Kiedy patrzyła na swoją ukochaną laleczkę stojącą na drewnianej półce, widziała samą siebie. Potężne żołnierzyki należały niegdyś do jej brata, którego nie widziała już jakieś pięć lat. Czy tęskniła?
A czy można nie tęsknić za towarzyszem zabaw z dzieciństwa? Za taką osobą, w której ramię mogłeś się wypłakać i zapomnieć o swojej ciężkiej doli, którą niestety miałeś okazję prowadzić?
Bo wiesz, on był przy niej zawsze. Odkąd przyszła na świat. Stała się jego oczkiem w głowie po tym wypadku, który diametralnie zmienił jej życie. Od tamtej pory już nic nie było takie samo.
Ale teraz go przy niej nie było. Zdajesz sobie sprawę, jak cholernie mocno jej go brakowało?Chciała znów go zobaczyć. Chciała, żeby znów ją do siebie przytulił i otarł łzy z jej policzków. Żeby szepnął do jej ucha chociaż te głupie, tak bardzo oklepane słowa - „Będzie dobrze”. I choćby to było jednym wielkim kłamstwem, to dałoby jej nadzieję choć na chwilę.
Ciężko żyć ze świadomością, że jesteś pokłócony ze swoją jedyną rodziną. A poszło o taką błahostkę... Wyjechał i zostawił ją samą, choć wiedział, że sama nie da sobie rady. Zostawił chorą siostrę na pastwę losu. Ktoś by powiedział, że nie ma serca.
Ale jego serce odeszło wraz z jego rodzicami. Przynajmniej jego część.
Druga została w środku. Ale zamarzła. Potrzebowała ciepła, aby na nowo zacząć kochać prawdziwą miłością.
A ona tęskniła. Nikt nie wiedział, że płakała po nocach, a rano nakładała na siebie grubą warstwę makijażu, aby ukryć te koszmarne cienie pod oczami.
Cierpienie było nieodłączną częścią jej życia. Miała wrażenie, że nie wytrzyma już długo. Że odejdzie niezauważona, jeśli nie przez chorobę, to przez własną głupotę czy choćby nieszczęśliwy wypadek.
A wiesz, że żyła dla jednej osoby? Domyślasz się dla kogo?

Obraz za oknem doskonale odzwierciedlał to, co działo się w jej wnętrzu. Ciężkie krople spadające z nieba rozbijały się o betonowe chodniki i ulice. Na trawniku po drugiej stronie drogi leżał czarny, bezdomny pies, który tak bardzo lubił deszcz. A ona? Ona też go lubiła. Mogła wtedy w spokoju zastanowić się nad swoim życiem. Mogła po prostu pomyśleć.
Siedziała na wiklinowym, bujanym fotelu i wpatrywała się w świat za szybą.
Ten dzień był inny. Nie tylko przez pogodę, która zmieniła się tak nagle - w końcu jeszcze wczoraj wieczorem było tak gorąco, że z trudem dało się wytrzymać. Ten dzień był zupełnie różny od reszty. Dla innych byłby to powód do świętowania... Ale nie dla niej. Dla niej to był najgorszy dzień w całym roku.
Usłyszała kroki. Ktoś zbliżał się w jej kierunku. Odgarnęła brudne włosy do tyłu.
Klęknął obok niej. Ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w policzek.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, kochanie - powiedział.
Spojrzała na niego.
- Mówiłam, że nie chcę, żebyś mi o tym przypominał - rzekła cicho.
Położył rękę na jej kolanie i spojrzał jej głęboko w oczy.
Tak bardzo ją kochał. Jego serce krajało się gdy patrzył jak ona cierpi. Ból przeszywał go na wskroś, kiedy widział łzy w jej oczach. Chciał wziąć cały ciężar jej życia na siebie, byle tylko ona w końcu była szczęśliwa, wiedział jednak, że nie jest to możliwe.
- A ja mówiłem, że ci przypomnę - odparł. - Camila, dzisiaj są twoje urodziny...
- I jego też - przerwała mu.
Jakby nie mogła przyjść na świat dzień później. Albo on. Ale przez cholerne zrządzenie losu urodzili się w tego samego dnia, on rok wcześniej. Może to dlatego byli tak do siebie przywiązani?
- Ale Camila, jego już nie ma.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Jak możesz tak mówić? On jest, tylko gdzieś daleko i jeszcze nie zdecydował się wrócić. Ale kiedyś wróci, zobaczysz.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał sprawiać jej bólu. Wiedział, jak tęskniła za swoim bratem, jak bardzo chciała znów go zobaczyć. Jednak on już tak naprawdę zwątpił, że Leon kiedykolwiek wróci.
Przeklinał go, że zostawił Camilę samą w najgorszych momentach jej życia. Nie rozumiał, jak mógł być takim bezuczuciowym dupkiem. Wprawdzie nigdy go nie widział, ale przysięgał, że gdyby tylko zobaczył go na ulicy i miał świadomość, że to właśnie brat jego dziewczyny, zlałby go tak, że nawet Camila by go nie poznała. Ale kiedy tylko jej o tym powiedział... Cóż, musiał jej przysiąc, że nigdy mu nic nie zrobi. Więc nie miał wyboru.
- Dzwonili ze szpitala - zmienił temat.
Gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Widział ten błysk w jej oczach... I wiedział też, że miał on za chwilę zniknąć.
- Znaleźli dawcę? - zapytała z nadzieją.
Przygryzł wargę. Pokręcił przecząco głową.
- Nadal nic.
Jej oczy na powrót posmutniały. Zwiesiła głowę.
Czy to musiało być takie trudne? Czy nie mogli znaleźć jakiegokolwiek człowieka, żeby mógł oddać jej tylko tą jedną, cholerną nerkę? Zawsze pojawiały się jakieś przeszkody, nigdy nie mogli doprowadzić do operacji. Cóż, widocznie nie dane jej było prowadzić spokojnego życia.
A wszystko to zaczęło się, kiedy miała czternaście lat. Nie, oczywiście, że nie z jej winy. Przecież ona tylko jechała poboczem drogi, na rowerze. To jakiś palant rozmawiający przez telefon uderzył w nią samochodem. Wprawdzie nic aż tak poważnego się nie stało - spędziła tylko kilka tygodni w szpitalu. Ale właśnie od tego felernego dnia wszystko się zmieniło.
Musieli operacyjnie usunąć jej jedną nerkę, bo już nie nadawała się do funkcjonowania. Podobno można żyć z jedną nerką... Dopóki nie pojawią się komplikacje. U niej źle zaczęło się dziać już w pierwszym miesiącu po powrocie do domu.
I od tamtej pory już nic nie było takie samo. Ciągłe pobyty w szpitalu, badania i inne rzeczy. Codzienne łykanie masy leków, bo bez nich nie dałaby rady. Nienawidziła widoku tych białych sal i metalowych łóżek, z nieskazitelnie ułożoną pościelą. To nie było dla niej. Jednak to miejsce powoli stawało się jej drugim domem.
A później... Reszta i tak już podniszczonego muru runęła. Jak domek z kart. Dosłownie.
Znowu rowery, znowu samochód i nieodpowiedzialny kierowca. Tym razem jednak pijany. Nie zdążył wyhamować.
I jej rodzice odeszli.
Mimo, że miała już wtedy prawie dwadzieścia lat, nie mogła się z tym pogodzić. Było ciężko. Naprawdę ciężko. Ale był Leon. I to on podtrzymywał ją przy życiu, kiedy myślała, że nie da rady.
Wiesz, o co się pokłócili? O wspomnienia. O cholerne wspomnienia, które siedziały w ich głowach. Wyobrażasz to sobie?
On chciał zapomnieć. Ona nie. On chciał sprzedać dom razem ze wszystkim co przypominało im o nich. Ona chciała zachować to na zawsze, aby pamięć o nich nigdy nie wyblakła.
I Camila dopięła swego. Jednak w tym samym momencie straciła brata. I sens swojego życia.
Niedługo później poznała Diego. To on jej pomógł. On wyciągnął ją z tego głębokiego dołu, do którego wpadła po wyjeździe Leona. On postawił ją z powrotem na nogi i nie pozwolił jej się załamać. On był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Obiecał, że nigdy jej nie zostawi, mimo jej choroby. I słowa dotrzymywał. Przynajmniej na razie.
Wiesz o czym marzyła? Żeby wróciło jej życie sprzed pięciu lat. Żeby znów miała kochającą rodzinę. Żeby znów miała brata.
A gdybyś ty był na jej miejscu, nie chciałbyś tego?

Czy wiesz jakie to uczucie być niewidzialnym?
Kiedy usilnie starasz się zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a mimo, dla tej osoby równie dobrze mógłbyś nie istnieć?
Ona wiedziała.
Odkąd udała się pierwszy raz do liceum, Leon Verdas stał się jej istną obsesją, nie mogła myśleć, nie mogła normalnie funkcjonować, nie mogła śnić o czymkolwiek ani kimkolwiek innym.
Gdy na rozpoczęciu roku stanął na scenie z gitarą i posłał niepewny uśmiech w stronę uczniów, miała wrażenie że przez chwilę na nią spojrzał, że wyłapał ją wzrokiem spośród tłumu.
I był to jedyny w przeciągu trzech lat moment, kiedy Leon zwrócił – a przynajmniej wydawał się zwrócić – na nią swoją uwagę.
Jedno, ukradkowe spojrzenie, nic więcej.
Codziennie po lekcjach zakradła się na aulę, obserwując uczniów na dodatkowych zajęciach z muzyki, obserwując Jego.
Kiedyś nawet zastanawiała się czy nie dołączyć do tego kółka jednak szybko rozwiała swoje wątpliwości myślą, że nigdy nawet nie miała styczności z muzyką, że na pewno skompromitowałaby się w jego oczach.
Była dziewczyną ładną, inteligentną i w głębi duszy śmiałą i towarzyską, jednak odkąd On się pojawił zastanawiała się nad każdym wypowiedzianym przez siebie słowem, nad każdą decyzją.
Nigdy nie spotkała kogoś takiego, kogoś tak pełnego życia, pasji a za razem normalnego, nie wywyższającego się ucznia liceum w Buenos Aires.
Cały czas miała nadzieję że ich drogi w końcu się zetkną, wierzyła w przeznaczenie, odkąd Go poznała była wręcz pewna że nie stało się to przypadkiem, jednak kiedy w drugiej klasie pojawiła się Violetta Castillo, jej dotychczasowe marzenia i przekonania runęły.
Vilu była utalentowaną, sympatyczną i zdolną dziewczyną, szybko zjednała sobie sympatię wszystkich jej znajomych, jak i również Leona.
Parą zostali kilka dni przed zakończeniem roku.
Za każdym razem gdy na nich patrzyła, gdy widziała jak obejmuje ją ramieniem na korytarzu czy wychodzi ze szkoły splatając jej palce ze swoimi, czuła kłucie w sercu i pieczenie w gardle.
Nie mogła tego przezwyciężyć, starała się, próbowała ale nie potrafiła.
Kiedyś nawet chciała zmienić szkołę, obejrzała jedno z prywatnych liceów jednak po tygodniu stwierdziła, że nie potrafi, że nie jest w stanie wytrzymać bez Jego widoku i bez przyjaciół których bądź co bądź – miała w tej szkole.
Był dwudziesty czwarty lutego, wyjątkowo chłodny dzień, pamiętała jak siedziała na ławce pod szkołą, ubrana w grubą kurtkę, wełnianą czapkę i dokładnie opatulona szalikiem, drżąc z zimna.
Źle się czuła, nie miała siły iść na lekcje, przerażała ją myśl spędzenia czterdziestu pięciu minut w ciasnej, zapchanej po brzegi ludźmi sali.
- Nie zmarzniesz? – usłyszała głos, którego z początku nie rozpoznała, a i tak przyprawił ją o szybsze bicie serce.
Stał nad nią, uśmiechając się i spoglądając na nią ciepłym wzrokiem.
Zamarła, nie mogła wydusić z siebie słowa, patrzyła na niego, starając się pamiętać o oddychaniu.
- Jesteś Francesca, prawda?
Skinęła głową.
Zapamiętał. Wiedział, jak ma na imię, wiedział, widział ją, pamiętał o niej.
- Cóż, Fran, tak do ciebie mówią, prawda?
Ponownie pokiwała głową, serce biło jej jeszcze szybciej niż przed chwilą.
- Nie wyglądasz na osobę zbyt pozytywnie nastawioną do życia, nie dzisiaj.
Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawę, że nie oddycha.
Nerwowo odgarnęła włosy do tyłu, zaczerpując powietrza, miała szczerą nadzieję że tego nie zauważył.
- Zimno. – wydusiła, na chwilę spoglądając mu w oczy, po czym wystraszona ponownie spuściła wzrok.
Bała się, bała zatracić się w jego zielonych oczach, przestraszyła się tej chwili na którą tyle czekała, był obok niej, blisko i koncentrował się tylko na niej.
Czy było tak pięknie jak sobie wyobrażała?
Było zimno.
- To może skoczymy na kawę? Bo chyba nie zamierasz już iść na lekcje? – spytał, ruchem głowy wskazując na dróżkę prowadzącą do pobliskiej kafejki.
Nie wiedziała nawet, kiedy zdążyła pokiwać głową i wstać.
Nie spodziewała się tego, nie spodziewała się tego dzisiaj, jednak momentalnie zrobiło jej się na sercu cieplej.
Była z nim, z chłopakiem swoich marzeń.
I jak myślisz, jak to się dalej potoczyło? Czy marzenia naprawdę mogą się spełniać?
W towarzystwie żadnego chłopaka nie czuła się nigdy tak swobodnie jak tego dnia, w małej kawiarence, popijając gorącą kawę z Leonem Verdasem.
Nigdy wcześniej nie zauważył, że miała kształt oczu dokładnie taki jak jego matka.
Wcześniej co prawda nigdy ze sobą nie rozmawiali, ona zawsze trzymała się na uboczu, miała swoich znajomych a on miał swoich.
Poza tym Violetta nie lubiła gdy zadawał się z innymi dziewczynami, od zawsze była piekielnie zazdrosna.
Prawdę mówiąc, jego dziewczyna męczyła go ostatnio coraz bardziej, zależało mu na niej, to na pewno, była sympatyczna, przyjacielska, zawsze gotowa do pomocy, jednak ich charaktery były zupełnie sprzeczne.
Wspólne spotkania przestały przynosić mu radość, jedynie co chwila zerkał nerwowo na zegarek, szukając jakiejś wymówki by móc się od niej wcześniej wyrwać.
W towarzystwie Włoszki czuł się… inaczej.
Obserwował ją odkąd pojawiła się w jego liceum, podziwiał ją za niesamowitą inteligencję, za to jak potrafiła się wysłowić, jak dogadywała się z ludźmi.
Pamiętał, kiedy jedna z dziewczyn z młodszej klasy dowiedziała się, że jej młodsza siostra miała poważny wypadek.
Francesca siedziała z nią dopóki rodzice nie zabrali jej do domu, zresztą, to był jeden z wielu przypadków kiedy miała okazję pokazać jak bardzo empatyczną jest osobą. Podobało mu się to.
Nie spodziewał się, że jedno popołudnie w kawiarni zburzy cały jego dotychczasowy świat, że bez pamięci zakocha się we Włoszce.

- Pójdę do toalety.
Wyplątała się z uścisku swojego chłopaka i podniosła się z sofy. Wolnym krokiem skierowała się w stronę łazienki.
Weszła do środka. Stanęła przed lustrem. Kogo zobaczyła? Dziewczynę z długimi, zaniedbanymi, rudymi włosami. Z szarymi oczami i bladą twarzą. Tak bardzo zmęczoną. Czy to była ona? Wiedziała. Tak, to ona. A w ogóle nie podobna. Bo gdyby spojrzeć na te zdjęcia sprzed kilku lat, to wyglądała zupełnie inaczej. Niby tak samo. Ale inaczej. Miała wtedy zaróżowione policzki, radosny wzrok i szeroki uśmiech na ustach.
To już nie była ta sama Camila. Tamta wyjechała razem z Leonem. A raczej jej dusza - bo ciało zostało tutaj, w Buenos. Zabrał ją ze sobą, zupełnie tego nie świadomy. Przecież gdyby wiedział, na pewno by tego nie zrobił, zmusiłby ją, żeby została w swoim kraju.
Wiesz co? Ona nawet nie przypuszczała, że za kilka sekund jej życie znowu obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
Najpierw usłyszała dzwonek do drzwi, ale nie przejęła się tym. Co w tym dziwnego? Później kroki Diego, który zmierzał w ich stronę. Chciał je otworzyć.
Szczęk klucza przekręcanego w zamku.
- W czym mogę pomóc?
- Chcę zobaczyć się z Camilą.
I zdrętwiała.
Poznałaby ten głos zawsze. Każdego dnia, każdej nocy, o każdej porze. Przebudzona w najmniej spodziewanym momencie jego brzmieniem, od razu wskazałaby jego właściciela. Przecież to było takie oczywiste.
- Camila!
Odeszła od lustra. Stanęła przy drzwiach. Wahała się. Bała się je otworzyć. W końcu to zrobiła. Wyszła. I zobaczyła go.
Był żywy, prawdziwy. Stał przed nią. A może to tylko jej przywidzenia? Nie. Wcale jej się nie wydawało.
- Leon... - szepnęła.
Ale on nie dał po sobie niczego poznać. Nie odezwał się. Nie wypowiedział jej imienia. Nie podszedł do niej, nie przytulił jej i nie powiedział, jak bardzo ją kocha. A jeśli przestał?
- Ja - potwierdził sucho.
Zachwiała się. Obok niej pojawił się Diego, który objął ją ramieniem, patrząc spod byka na mężczyznę stojącego w drzwiach.
- Co ty tu...
- Chciałem tylko zobaczyć, czy nadal mieszkasz w tym domu - przerwał jej - czy może jednak zmieniłaś zdanie i wyprowadziłaś się stąd. Cóż, pomyliłem się.
Zacisnęła długie, blade palce na ręce swojego chłopaka.
- Leon, ja...
- Camila - Nie dał jej dokończyć - przestań. Wróciłem do Buenos Aires. Ale nie chcę utrzymywać z tobą kontaktów. Niech zostanie tak, jak było.
I już czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy.
Te słowa tak cholernie mocno bolały, wiesz? Jakby ktoś wbił ostre igły w jej delikatne serce. Uwierz mi, nie chciałbyś tego doświadczyć.
- Jak możesz...? - rzekła cicho.
- Mogę - potwierdził. - I ty też możesz.
Słone krople spłynęły po jej policzkach.
Dlaczego to robił? Przecież wiedział, jak bardzo go kocha. Czy to możliwe, by głupia kłótnia o spadek mogła pokłócić dwie tak bardzo ze sobą związane osoby?
- Nie rób mi tego - poprosiła błagalnym tonem.
- Nie robię nic niewłaściwego - zaprzeczył. Jego głos był taki sztywny. Wyprany z emocji.
Nie wierzyła. Jak on mógł zmienić się tak przez te lata? Z miłego, pogodnego chłopaka stał się wyrachowanym, śmierdzącym dupkiem, który gdzieś ma smutek i łzy własnej siostry. Pamiętała, jak kiedyś mówił, że nigdy nie pozwoli jej płakać. Że własnoręcznie udusi tego, który wywoła u niej łzy. A teraz? Teraz on to robił. Sprawiał, że jego jedyna rodzina tak bardzo cierpiała.
Nie sądziła, że byłby do tego zdolny. Widocznie nie znała go tak dobrze, jak jej się wydawało. A myślała, że to ona wie najwięcej, wiesz? Pomyliła się.
- Leon, nie odchodź. - Wyrwała się z uścisku Diego i podeszła do niego. - Nie zostawiaj mnie znowu samej.
Spojrzał na nią, ale w jego oczach już nie było tyle ciepła, co kiedyś. Teraz widziała tylko chłód. I mimo wszystko była pewna, że on nie zmienił się tak sam z siebie. To ktoś uczynił go takim, jakim teraz był. Na pewno.
- Przecież już sobie kogoś znalazłaś - zaśmiał się z pogardą. - Ja nie jestem ci potrzebny.
Wytarła słone łzy rękawem rozciągniętej bluzy i chwyciła go za rękę.
- Leon, proszę cię - szepnęła. - Leon, ja cię kocham...
- Cóż, będziesz musiała jakoś z tym żyć.
Zaczęła krztusić się własnymi łzami. Czuła, jak żywy ogień płonie na jej policzkach. Momentalnie rozbolał ją brzuch. Zgięła się wpół. I upadłaby, gdyby nie Diego, który pojawił się przy niej i chwycił ją w pasie. Złapała go za dłoń. Usłyszała jego głos.
- Wynoś się stąd - wycedził w stronę jej brata. - I nie przychodź tu więcej.
A później... Później usłyszała tylko, jak schodzi po kamiennych schodkach. Odszedł.
- Nie! - krzyknęła. - Leon, zostań!
Cierpiała, tak strasznie cierpiała. A on na to nie zważał. Nie obchodziły go jej uczucia.
Diego trzymał ją mocno w talii, przyciskając jej ręce do ciała. Wyrywała się, chciała pobiec za swoim bratem, ale on jej to uniemożliwiał.
- Dlaczego pozwoliłeś mu odejść?! - zawołała przez łzy. - Idź po niego! Biegnij za nim!
Obraz przed oczami rozmazywał jej się od łez. Nabierała łapczywie powietrza chcąc się opanować. Nie potrafiła.
- Camila, spokojnie - szepnął jej do ucha. - On nie był ciebie wart...
- Nie mów tak! - Wbiła paznokcie w jego ramię. - Przestań!
Poczuła, jak kolana się pod nią uginają. Nogi nie utrzymały ciężaru jej ciała. Upadła na ziemię, ciągle w objęciach swojego chłopaka. On przycisnął ją mocniej do siebie i wtulił twarz w jej włosy. Nie zważał na jej krzyki, na przekleństwa i na bluźnierstwa, którymi go obrzucała. To nie było teraz ważne.
Wiesz co? Kiedy zobaczyła swojego brata, pomyślała, że może wszystko w końcu się ułoży, że znowu będą rodziną. Widząc go w drzwiach miała nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się pomyliła?
Że straciła już wszelką nadzieję...?

Przemierzała ulice Buenos Aires, ściskając w ręku smycz swojego psa.
W wolnych chwilach lubiła wałęsać się tak bez celu, przyglądać się Twixy’emu – małemu labradorowi, który wydawał się być zafascynowany wszystkim co ich otaczało.
Dużo spacerowali razem, zanim wyjechał.
Lubili po nocy przechadzać się po osiedlach, rozmawiając, śmiejąc się, niekiedy płacząc, po prostu spędzając ten czas tylko we dwójkę.
Na ostatnim z ich wspólnych spacerów pocałował ją – ujął jej twarz w swoje dłonie, ocierając łzy z jej policzków i delikatnie musnął jej wargi swoimi.
Zarzuciła mu wtedy ręce na szyję wplatając palce w jego włosy i odpędziła od siebie wszystkie dotychczasowe myśli, po prostu żyła chwilą.
Dwa dni później oznajmił, że wyjeżdża.
Przyszedł, spojrzał na nią chłodnym wzrokiem, powiedział że jego samolot startuje wieczorem, pocałował ją w policzek i zamknął za sobą drzwi, tak po prostu.
I złamał jej serce.
Bolało jeszcze bardziej gdy dowiedziała się, że zabrał ze sobą Violettę. Przez chwilę łudziła się że może ma problemy rodzinne, że coś mu nagle wypadło, że musi coś załatwić, a prawda okazała się być zupełnie przeciwna i zdecydowanie bardziej przytłaczająca.
Uciekł od niej, zostawił ją by bawić się w Hiszpanii w dom z panną Castillo.
Zacisnęła zęby, wbijając wzrok przed siebie i starając się myśleć o czym innym.
Obiecała sobie że zapomni, wielokrotnie obiecywała sobie że wymaże go ze swojego życia, że swojej pamięci. Mimo że upłynęło już sporo czasu, wciąż nie mogła zmusić się do tego by nie myśleć.
- Twixy! – zawołała, odciągając psa od małego sznaucera, który wyraźnie przyciągnął jego uwagę.
- Nic się nie stało, chyba się polubili. – usłyszała głos, na dźwięk którego zakręciło się jej w głowie.
Serce zaczęło bić jej tak szybko, że bała się że nie będzie w stanie normalnie oddychać, wciąż nie mogła zmusić się do tego by podnieść wzrok.
‘To się nie dzieje naprawdę’ – powiedziała do siebie w myślach, zaciskając pięści i powoli unosząc głowę do góry.
Na widok zielonych oczu ponownie poczuła zawroty głowy, nie była w stanie dostrzec nic więcej, obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami.
Ocucił ją Twixy, liżący ją po ręce.
Zamrugała, biorąc głęboki oddech i robiąc krok do tyłu.
Udało jej się nad sobą zapanować, zacisnęła zęby przyglądając mu się uważnie.
Nie zmienił się bardzo, jego twarz nabrała ostrzejszych rysów, miała wrażenie że włosy stały się ciemniejsze, to wszystko.
Wciąż był tym samym Leonem Verdasem na widok którego traciła zmysły i w którym była bezgranicznie zakochana.
- Pięknie wyglądasz. – powiedział, uśmiechając się słabo i drapiąc labradora za uchem.
Otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Rozpaczliwie nakazywała sobie w myślach by się uspokoić, opanować, nie mogła pokazać mu jak bardzo ją zranił, nie mogła dać mu do zrozumienia że wciąż coś dla niej znaczył.
Bo nie znaczył, prawda?
- Wróciłeś do Buenos Aires? – spytała, starając się zapanować nad drżeniem głosu.
Kiwnął głową, uważnie się jej przyglądając.
Spuściła wzrok.
Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia, nie chciała nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego, nie chciała nawiązywać z nim jakiegokolwiek kontaktu.
Tęskniła.
- Tak, przyjechałem kilka dni temu. A ty? Cały czas tutaj?
Pokiwała głową.
- Tak, nie zmieniałam miejsca zamieszkania. Jest mi tutaj dobrze.
Przytaknął, spuszczając wzrok i bawiąc się smyczą swojego psa.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, wciąż nie patrząc jej w oczy. – A może wybralibyśmy się na kawę to tej kafejki co kiedyś, pamiętasz? Chyba wciąż tutaj stoi?
W głowie zaczęło kłębić się jej tysiące myśli, w pierwszym odruchu chciała podtrzymać się czegoś, bała się że nie wytrzyma, że eksploduje.
Nigdy za nikim tak tęskniła, niczyjej obecności nigdy tak bardzo nie pragnęła, nikogo nigdy tak nie kochała. Nikt jej nigdy tak nie zranił.
- Przepraszam, nie mogę. – powiedziała cicho, wymijając go i szybkim krokiem ruszyła do przodu, nie oglądając się za siebie.

"Widzisz dziewczynkę w różowej sukience z prawej strony? Tak, tę blondynkę. Spędziła długie dnie i noce, czekając na wyniki badań. Dostrzegłeś wzrok tamtej kobiety przy stoliku? Tak, w tej szmaragdowej tunice. Modliła się do Boga, by jej mąż przeżył ciężką operację. Popatrz na tego mężczyznę przy oknie. Przez niekończące się 13 minut, trzymał za rękę swoją żonę, której przedwcześnie odeszły wody. Spostrzegłeś trójkę rodzeństwa, którzy pusto wpatrują się w drzwi?Oni ze strachem oczekiwali na telefon, który powiedziałby im, że ich rodzice jednak nie zginęli w wypadku autokarowym. Wiesz co ich wszystkich łączy? Niepewność, która wraz z krwiobiegiem ogarnia całe ciało człowieka. Ten brak wiedzy, brak pewności, że wszystko będzie dobrze..."
On cierpiał. Strach przepełniał całe jego wnętrze. Bał się o nią. Bał się, że może na zawsze ją stracić. Wiedział, że jego życie bez niej nie miałoby sensu.
Ona była jego narkotykiem. Jego własną odmianą heroiny. Uzależnił się od niej. Nie mógł przetrwać bez niej choćby jednego dnia. A teraz? Teraz nikt nie mógł go przekonać, że wszystko się uda. Nikt nie mógł wypowiedzieć tych kilku, cholernie prostych - a jednak tak trudnych - słów.
Drzwi sali otworzyły się. Zobaczył wysokiego mężczyznę w białym kitlu z kamiennym wyrazem twarzy.
- Pan Dominguez?
- To ja.
Podszedł do niego i stanął naprzeciw. Zacisnął ręce w pięści. Starł się oddychać miarowo. Nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo się boi.
- Opanowaliśmy sytuację - powiedział lekarz. - Na chwilę obecną wydaje się być w porządku. Jednak nie na długo. Nerka powoli przestaje funkcjonować, a znalezienie dawcy w tak krótkim czasie graniczy z cudem. Proszę być przygotowanym na najgorsze. Przepraszam.
Odszedł.
Diego zawsze myślał, że lekarz powinien dawać nadzieję, że powinien przekonywać, że wszystko się unormuje. Przekonał się jednak, że nie wszyscy podchodzą do tego w taki sposób. Byli ludzi źli, bez serca. Lekarz bez serca?
Lekarz bez serca potrafiącego kochać.

Nerwowo uderzał palcami w blat stolika. Co chwilę spoglądał na zegarek. Spóźniał się. Mógł chociaż udawać, że go to obchodzi. Nie potrafił zrobić nawet tego.
W końcu drzwi kawiarni się odtworzyły, a on stanął w progu. Rozejrzał się, a kiedy dostrzegł go siedzącego w kącie pomieszczenia, podszedł bliżej i bez zbędnych formułek grzecznościowych usiadł na krześle naprzeciw niego.
- Po co chciałeś się ze mną spotkać? - spytał.
Spojrzał na niego uważnie.
Leon nie wyglądał na człowieka, który nie miałby współczucia. Można by pomyśleć, że jest to wzorowy, opiekuńczy i dobry mężczyzna. Rzeczywistość była inna.
- Nie chcę tracić na ciebie czasu - odparł - dlatego powiem krótko. Camila jest w szpitalu. Jej stan jest ciężki, a uratować ją może jedynie przeszczep. Ja nie mogę być dawcą, bo nie ma zgodności. Pewnie wiesz, że Cami jest wpisana na dziesięciokilometrową listę pacjentów oczekujących na przeszczep. Wiesz również, że ty na dziewięćdziesiąt dziewięć procent możesz oddać jej jedną nerkę. Ona jest twoją siostrą, powinieneś to dla niej zrobić. Możesz ją uratować.
Wiele razy nad tym myślał. Naprawdę, całym sercem kochał Camilę. Kochał ją i tęsknił za nią. Te kilka lat spędzone bez niej były prawdziwą udręką. Pamiętał jeszcze ich wspólne zabawy w dzieciństwie, ich rozmowy, kiedy byli już nastolatkami. Pamiętał, jak siedział przy niej kilka godzin i podawał jej chusteczki, równocześnie przytulając do siebie, kiedy zostawił ją chłopak, którego naprawdę kochała. Później poszedł i zlał go tak, że zawiesili go w prawach ucznia na tydzień, ale nie żałował tego, bo to wszystko zrobił dla swojej siostry.
I chciał, wiele razy chciał oddać ją jedną ze swoich nerek i sprawić, żeby już nie cierpiała. Ale zawsze coś było przeciw nim. A teraz? Teraz mógłby to zrobić. Nawet musiał. Ale jedyną przeszkodą na drodze do zdrowia Camili, była Violetta. Violetta. Ona nie chciała, żeby to zrobił. Nigdy nie lubiła jego siostry.
Czy ją kochał? Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałby, że tak. Teraz jednak miał wątpliwości. Kiedy po powrocie do Buenos Aires spotkał Francesce, dawne uczucia, które krył w sobie, na nowo odżyły. Nigdy nie powiedział jej, że coś do niej czuje. Bał się, że go wyśmieje, bo nie sądził, żeby taka dziewczyna jak ona, chciałaby się związać z kimś takim jak on. Ale kiedy ją spotkał, przekonał się, że dalej ją kocha.
- Zastanowię się nad tym - rzekł w końcu.
Diego spojrzał na niego uważnie.
- Posłuchaj mnie. - Nachylił się w jego kierunku. - Ja naprawdę nie wiem, jak mogłeś zrobić to Camili, jak mogłeś ją zostawić. Gdyby nie jej prośba to przysięgam ci, że leżałbyś teraz na intensywnej terapii. Człowieku, nie wierzę, że nie chcesz tego zrobić. Na pewno wcale nie chcesz, żeby umarła, i to na dodatek przez ciebie. Wiesz co ja czuję? Wiesz co czuję, kiedy każdego dnia muszę patrzeć, jak ona cierpi? I nie mogę jej pomóc, wiesz jakie to uczucie? A ty możesz, ale nie chcesz tego zrobić. Jesteś z tą swoją Violettą, nie? I...
- Skąd wiesz, że jestem z Violettą? - Spojrzał na niego uważnie.
- Francesca mi powiedziała, nie ważne - mruknął. - Ale wyobraź sobie, że to ona jest chora, a tylko ja mogę ją uratować. Co wtedy byś zrobił?
Leon przygryzł wargę.
Nie wiedział, że Francesca zna jego siostrę i Diego. Bał się, że tym straci w jej oczach. A tego nie chciał.
- Muszę iść. - Nie odpowiedział na jego pytanie. - Przemyślę to - dodał.
Wstał z krzesła i odszedł, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem.
Nie wiedział co ma robić, jak ma robić. Nie wiedział jak się zachowywać. To wszystko było takie dziwne.
A to niezdecydowanie było przerażające, wiesz?

Skrzywił się, kiedy wracając z domu Francesci zauważył idącą naprzeciwko niego Violettę.
Fran albo nie zastał w domu albo zwyczajnie nie chciała mu otworzyć, bał się że chodziło o to drugie lub jeszcze gorzej – że zmieniła miejsce zamieszkania.
- Mówiłem ci, żebyś za mną nie chodziła. – warknął w stronę szatynki, próbując szybkim krokiem ją wyminąć. Niestety, bezskutecznie.
Obawiał się, że kiedy wróci do Buenos Aires jego była dziewczyna podąży w ślad za nim jednak miał cichą nadzieję, że może da sobie spokój, że zrozumie. Złudną.
- Leon, jak mogłeś mnie zostawić i wyjechać, co? Wydaje ci się, że po tylu latach związku możesz traktować mnie przedmiotowo? Że w ogóle możesz mnie tak traktować?!
Ruszył przed siebie, jednak tak jak się spodziewał – Violetta podążyła w ślad za nim.
Uprzedził ją że wyjeżdża, liczył że może w ten sposób uda mu się od niej uwolnić, żadne inne argumenty nie docierały do niej, nie chciał z nią być, nie mógł wytrzymać już dłużej – nie kochał jej. Nie kochał jej nigdy poza tym, mimo iż uważał że była dobrą i wrażliwą dziewczyną, ze względu na sytuację rodzinną i przedwczesną śmierć ojca i ciotki miała problemy psychiczne, była niestabilna emocjonalnie, momentami wręcz go przerażała. Miał wyrzuty gdy z nią zrywał, bał się że to tym bardziej pogorszy jej stan jednak nie mógł obarczać tym siebie, nie chciał zmarnować sobie swojego życia.
- Vilu, proszę cię, daj mi spokój. Musimy nauczyć się żyć osobno, tak? Przerabialiśmy to już.
Złapała go za ramię, mocno wbijając mu paznokcie w skórę.
- Nie. – syknęła, spoglądając mu wojowniczo w oczy. – Ty to przerabiałeś. Nie dałeś mi wyboru, po prostu odszedłeś! Jak tchórz, wiesz?
Przystanął, biorąc głęboki oddech i spoglądając jej w oczy.
- Takie jest życie, Violetto, ludzie się schodzą i rozstają. Zrobiłbym ci ogromną krzywdę gdybym wciąż z tobą był, mimo że cię nie kocham. To szansa dla nas obojga, wykorzystaj ją – powiedział, starając się przybrać spokojny ton, a gdy zauważył przystającą obok chodnika taksówkę, natychmiast rzucił się w jej stronę, uciekając przed dziewczyną.

Upiła łyk drinka, stawiając szklankę z powrotem na blacie i kręcąc się w rytm muzyki.
Przymknęła oczy. Światła padały prosto na nią rozświetlając jej twarz, dookoła był tłum, nie miała zbyt wielu możliwości manewru, rozmowy ludzi zagłuszała głośna muzyka. Była gorąco.
Na co dzień nie przebywała w takich miejscach, ostatni raz w klubie była jako nastolatka. Po rozmowie z Leonem jednak nie wiedziała co ze sobą zrobić, nie chciała go widzieć, nie chciała go słuchać nigdy więcej, zrujnował jej życie którego do tej pory nie zdążyła jeszcze sobie poukładać, a potem wrócił, jak gdyby nigdy nic, ponownie wprowadzając jeszcze większy zamęt.
Zacisnęła zęby.
Nie było go tutaj, a wokół niej kręciła się masa przystojnych facetów. Była wolna. Mogła robić co tylko chciała.
Remember only God can judge ya
Poczuła, jak jeden z tańczących obok mężczyzn obejmuje ją w pasie, zarzuciła mu ręce na szyję i przybliżyła się do niego, pozwalając mu przycisnął usta do jej szyi.
Forget the haters cause somebody loves ya
Powoli kręcili się w rytm coraz szybszej muzyki, kiedy poczuła że ktoś przeciskając się przez tłum ludzi ciągnie ją za rękę.
Była ściśnięta ze wszystkich stron, czuła gorący oddech na skroni, otworzyła oczy, starając się powrócić do rzeczywistości.
Zakręciło się jej w głowie na widok zielonych oczu patrzących prosto na nią, nie poruszyła się, zresztą, nie miała nawet jak.
- Musimy porozmawiać. – zawołał, próbując przekrzyczeć głośną muzykę. - Zabieram cię stąd.
Chciała zaprzeczyć ale nie miała jak, gardło odmawiało jej posłuszeństwa, hałas odbierał zdolność racjonalnego myślenia.
Przeciskali się przez tłum ludzi, im bliżej wyjścia tym tym bardziej zaczerpywała coraz to chłodniejszego i świeższego powietrza.
- Śledziłeś mnie?! – krzyknęła, kiedy byli już przy samych drzwiach i odzyskała zdolność mowy.
Leon nacisnął klamkę przepuszczając ją pierwszą w progu, po czym sam podążył za jej śladem i zatrzasnął za nimi drzwi.
- Zauważyłem cię jak jechałem taksówką i pomyślałem, że warto spróbować. – powiedział, biorąc głęboki oddech.
Zadrżała. Opatuliła się mocniej kataną dżinsową.
Zdjął kurtkę zarzucając jej ją na ramiona, a kiedy nie zauważył sprzeciwu spojrzał na nią, po czym wolnym krokiem ruszył do przodu.
Dziewczyna zacisnęła zęby, po czym udała się w jego ślady.
- Musiałem wtedy wyjechać, Fran, musiałem, sytuacja rodzinna mnie do tego zmusiła. – wyrzucił, nie czekając na jej reakcje. – A Violetta pojechała za mną, nie pytała mnie nawet o zdanie, nie mogłem się nie zgodzić, byłem na to za słaby, potrzebowałem kogoś bliskiego… Ale cały czas o tobie myślałem, cały czas. – powiedział, stając i łapiąc ją za ręce.
Zakręciło się jej w głowie pod wpływem jego dotyku i spojrzenia, nie potrafiła się poruszyć, nie potrafiła nic powiedzieć. – Starałem się zapomnieć, wiedziałem że cię straciłem ale nie mogłem, musiałem wrócić, nie wytrzymywałem już tam dłużej, rozumiesz? Zerwałem z Violettą, powiedziałem jej że to nie ma sensu, nie kocham jej, nigdy jej nie kochałem. Prawdę mówiąc, zawsze kochałem tylko ciebie Fran, tylko. I nadal cię kocham.
Zamrugała kilka razy oczami chcąc powstrzymać łzy jednak na nic się to nie zdało, czuła jak po chwili zaczęły spływać jej po policzkach rozmazując makijaż, jedna po drugiej.
- Porozmawiajmy, proszę. – powiedział, przygryzając dolną wargę. Dosłyszała w jego głosie panikę.
Nie wiedziała co odpowiedzieć, stała bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym przed siebie.
Po pewnym czasie skinęła głową.
- Dobrze. Porozmawiajmy.

Popijała kawę w milczeniu, kiedy usłyszała pukanie do drzwi, które z sekundy na sekundę stawało się być coraz bardziej natarczywe.
Westchnęła, odkładając filiżankę na stół, po czym skierowała się w stronę drzwi. Przekręciła zamek po czym otworzyła je i natychmiast tego pożałowała, kiedy zauważyła stojącą w progu Violettę. Zamarła kiedy zauważyła wściekłość malującą się na twarzy dziewczyny. Zadrżała, kiedy poczuła jak panna Castillo przeszywa ją ostrym spojrzeniem.
- Powinnam cię teraz zabić, wiesz? – syknęła, robiąc krok do przodu i przeciskając się w drzwiach.
Francesca przez chwilę nie odzywała się, nie wiedziała jak zareagować, kiedy Violetta wtargnęła do jej mieszkania, z hukiem zamykając za sobą drzwi.
- Przepraszam cię, ale wydaje mi się, że my nie mamy o czym rozmawiać.
Zrobiła krok do tyłu, poczuła nagły przypływ lęku. Leon uprzedzał ją, że jego była dziewczyna jest nieobliczalna. Że jest zdolna do wszystkiego. A teraz stała tu, zamknięta z nią w jednym, małym pomieszczeniu.
- Zniszczyłaś mi życie, wiesz? – warknęła, robiąc krok w jej stronę.
- Violetto, ja nie… - zaczęła, jednak zamilkła robiąc krok do tyłu, kiedy Violetta rzuciła się na nią z pięściami.
Odepchnęła ją, jednak szatynka była silniejsza i pchnęła ją wprost na stojącą obok szafę.
Francesca upadła jednak nie zdążyła się podnieść, kiedy zauważyła idącą na wprost niej Violettę.
Zacisnęła zęby, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Leon.
Odetchnęła.

Dwa tygodnie później.

Siedzieli w milczeniu na balkonie pod daszkiem, popijając gorącą herbatę. Wzrok miała wbity przed siebie jednak czuła, że Leon co jakiś czas na nią spogląda.
Odkąd Violetta została zabrana do ośrodka psychiatrycznego żyli w ciągłym napięciu, nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak to sobie zaplanowali. Francesce było szkoda dziewczyny, zdawała sobie sprawę że nie miała łatwego życia jednak to że ją zaatakowała przeważyło sprawę. Bliscy panny Castillo również zeznali, że jest ona niestabilna psychicznie i potrzebuje pomocy.
- Na dworze robi się coraz ładniej. – odezwał się, rzucając jej przelotne spojrzenie.
Niepewnie przeniosła wzrok na niego, po czym skinęła głową. Przez chwilę ponownie siedzieli w milczeniu, ostatnio zresztą coraz częściej tak było. Woleli siedzieć w ciszy niż rozmawiać o przykrych rzeczach.
- Fran… - odezwał się w końcu, wzdychając. – Słuchaj, ja nie chcę żeby tak między nami było, żeby to wszystko tak wyglądało. – dodał, wstając z krzesła i podchodząc do niej. – Kocham cię.
Zamrugała kilka razy, spoglądając w jego ciemnozielone tęczówki.
- Wiem, Leon. – odparła po chwili.
Nie była teraz gotowa na żadnego rodzaju szczere rozmowy, wyznania. Musiała odpocząć od tego wszystkiego, poczekać aż minie trochę czasu. Jeszcze nie czuła się gotowa.
- Fran… - zaczął łamiącym się głosem, niezrażony jej postawą. – Chcę być z tobą. Już na zawsze, wiesz? Kocham cię, do cholery, naprawdę cię kocham. Gdybym cię teraz zapytał czy wyszłabyś za mnie, zgodziłabyś się?
Wstrzymała oddech, prawdę mówiąc na tę chwilę w ogóle zapomniała, jak się oddycha. Spoglądała na niego starając się uporządkować natłok myśli i zapanować nad zawrotami głowy.
- Posłuchaj. – wydusiła, z całych sił starając się nie spuścić wzroku. – Też mi na tobie zależy, okej? To znaczy, ja też cię kocham. Bardzo. Tylko że teraz… Po prostu nie mogę, Leon. Zbyt wiele się wydarzyło, sam rozumiesz. Nie gniewaj się ale nie.
Przez chwilę wpatrywał się w nią tkwiąc w bezruchu, jednak po kilkunastu sekundach kiwnął głową, wstając i zajmując miejsce z powrotem na krześle. Tego wieczora nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa.

Leżała. Miała zamknięte oczy, ale podobno słyszała. Podobno. Tak mu powiedzieli. Powiedzieli mu też, że była za słaba, żeby na niego spojrzeć. I żeby się odezwać.
Myślał, że widząc ją w takim stanie stchórzy i wyjdzie. Uwierz mi, chciał to zrobić. Nie chciał patrzeć na jej cierpienie, ale coś ciągnęło go do niej.
Usiadł na krześle obok. Nie wiedział, czy miała świadomość, że tu jest. Chwycił ją delikatnie za bladą dłoń.
- Camila - szepnął. - Camila, to ja. Słyszysz mnie? Proszę cię, daj mi jakikolwiek znak.
Spojrzał z nadzieją na jej umęczoną twarz, która zasłonięta była w połowie maską tlenową.
Po chwili ona podniosła swoje powieki. W jej ciemnobrązowych oczach widział tyle bólu... Ale przebijało się przez nie również szczęście. Cieszyła się, że go widzi?
Próbowała poruszyć ustami. Widział, że chce coś powiedzieć. Ale nie mogła.
- Nie - rzekł. - Nie mów nic, siostrzyczko.
Ścisnął mocniej jej rękę. Bał się, że może jej coś zrobić. Była w końcu taka krucha i słaba.
- Chciałem cię przeprosić - zaczął. - Byłem idiotą. Kocham cię, Camila. Zawsze cię kochałem. Rozmawiałem z Francescą... Lekarze zrobili testy na zgodność. Zaraz jadę na zabieg. Jeszcze dzisiaj będziesz miała przeszczep.
Patrzył na nią z uwagą. Czekał na jej reakcję.
I wtedy dostrzegł, jak kąciki jej ust z trudem unoszą się do góry. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był słaby, ledwo widoczny. Ale był. A Leon cieszył się, że to właśnie on go wywołał.

Chodziła nerwowo od okna do okna, od drzwi do drzwi, do ściany do ściany. Z jej warg płynęła krew - z nerwów tak bardzo je przygryzała. Nie przejmowała się bólem, zmęczeniem cy głodem. W tym momencie modliła się tylko, by operacja się udała. By jej przyjaciółka przeżyła.
- Dlaczego to tak długo trwa?
Odwróciła się w jego stronę.
Widziała jego zdenerwowanie. Bał się o Camilę. Była w końcu wszystkim dla niego. Francesca wiedziała, że bez niej by nie wytrzymał. Kochał ją całym sercem.
- To dopiero sześć godzin - odparła cicho.
- A ile trwają takie operacje? - spytał.
Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia. I nie było to ważne. Bo tutaj liczył się wynik przeszczepu, nie czas jego trwania.
Podwójne drzwi otworzyły się. Stanął w nich lekarz.
Twarz miał stężałą. Ale żadne z nich się nie zdziwiło, od początku leczenia Camili nie widzieli go uśmiechniętego. To taki ponury typ człowieka.
Diego podniósł się z krzesła i wyprostował. Podszedł bliżej i stanął naprzeciw niego. Nie odezwał się. Czekał. Bał się. Ale czekał.
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy.
Zamrugał szybciej oczami.
- Słucham?
- Niestety, pojawiły się komplikacje. Przeszczep nie udał się. Nasza pacjentka nie miała szans. Przepraszam.
I odszedł. Wiesz, że jego życie straciło w tym momencie cały sens? Tylko on jeszcze o tym nie wiedział. Bo nie wierzył, że Jej już nie ma.
Z sali wyjechało łóżko. Ktoś na nim leżał. Przykryty był białym prześcieradłem.
Nie zastanawiał się. Podbiegł do niego. Zerwał cienkie okrycie. Wtedy ją zobaczył. Leżała przed nim, bezbronna, nieżywa, a na jej zastygłej twarzy wciąż błąkała się nadzieja.
- Nie... - szepnął. - Nie. Nie! Kochanie, odezwij się, proszę cię! Błagam cię, Camila!
Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie wstydził się ich. Pokazywały one w końcu, jak bardzo ją kocha.
Czuł, jak ktoś próbuje go odciągnąć. Nie pozwolił na to. Przywarł do niej całym ciałem. Nie chciał od niej odejść. Nie mógł pogodzić się z tym, co się przed chwilą stało.
- Diego... - Usłyszał głos swojej przyjaciółki przy uchu. - Diego, przestań...
Chwyciła go za dłoń, którą zacisnął na szpitalnej piżamie swojej ukochanej. Pociągnęła go do tyłu. Nie zapierał się. Był za słaby. A to wszystko z miłości.
Upadł na ziemię.
Ukrył twarz w dłoniach. Płakał. Płakał całym głosem i nie obchodziło go, co mogą pomyśleć sobie osoby wokół niego. Miał to gdzieś.
Francesca oparła się o ścianę i osunęła po niej na podłogę. Zachłysnęła się powietrzem. Z jej gardła wydobywał się głośny szloch.
Miała nadzieję do ostatniej chwili. Ale nadzieje bywają płonne.
Wiedziałeś o tym?

W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, prawda? Tylko słabi się poddają. Silni pomimo wszystkiego brną do przodu. Zawsze.
Zaraz po śmierci jego jedynej siostry, oplatając go ramionami za szyję i szepcąc mu do ucha słowa pocieszenia zdała sobie sprawę, jak bardzo kruche jest życie. Że trzeba żyć chwilą. Że nie można zmarnować ani jednej. I powiedziała ‘tak’.

Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Zapukała drugi raz. Głucha cisza. Zapukała trzeci raz. Brzęczenie muchy przy jej uchu.
- Diego! - zawołała. - Diego, otwórz drzwi!
Zero reakcji. Przygryzła wargę.
Nie przyszedł na ślub. Chociaż miał być drużbą. Nie zadzwonił. Chociaż nigdy tak nie robił. Nie dał żadnego znaku życia.
Wiedziała, że jest mu ciężko po śmierci sensu swojego życia, ale obiecał jej, że przyjdzie na najważniejsze wydarzenie w jej życiu. Obiecał, że będzie szczęśliwi przez te kilkanaście godzin. Obiecał, że spróbuje zapomnieć. Jej samej po części się udało. I była z siebie dumna, bo teraz mogła patrzeć na Jej zdjęcie i nie uronić ani jednej łzy.
Nacisnęła lekko klamkę. Drzwi były otwarte. Zdziwiła się. On nigdy nie zostawiał drzwi otwartych. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Weszła do środka. Nie słyszała nic, cały dom pogrążony był w przerażającej ciszy. Podniosła do góry długą, śnieżnobiałą suknię ślubną. Jednym ruchem zdjęła niewygodne szpilki i ruszyła w głąb mieszkania.
Od razu skierowała się do jego sypialni. To właśnie tam przesiadywał całymi dniami, odkąd Camila odeszła.
Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Pchnęła przymknięte tylko drzwi i przekroczyła próg pokoju uważając, aby o nic się nie potknąć. Podniosła głowę.
Zamarła. W pierwszym momencie nie wierzyła, myślała tylko, że to jej oczy płatają jej figla, a później... później zrozumiała, że to nie jest sen.
Leżał na podłodze. Jego ciało wydawało się oddawać całe cierpienie, jakie ukrywał w sobie od tamtego dnia. Oczy miał zamknięte; jakby spał. A wokół niego ta wielka kałuża ciemnoczerwonej krwi...
Podeszła do niego, nie czuła nawet łez płynących po jej policzkach. Upadła na kolana przy nim, farbując swoją białą jak śnieg suknię na czerwono. Nie obchodziło ją to.
Wiesz dlaczego? Bo straciła kolejną ważną osobę.
Bo Diego już nie było.

Chwyciła go za rękę, dyskretnie śledząc każdy jego ruch. Stał nad grobem siostry z martwym spojrzeniem wbitym w jeden punkt: jej imię i nazwisko wyryte na lśniącej, marmurowej płycie. Po cichu zrobiła jeden krok do przodu, przenosząc wzrok na twarz swojego Męża. Wiedziała, że jest gotowa by spędzić z nim resztę swojego życia, chciała tego. Ślub wprawdzie był skromny ale wystarczyło to im obojgu, w końcu była to uroczystość połączona z tragedią bo chcąc czy nie – w głębi duszy wciąż opłakiwali Cami. Kiedy na chwilę przed jej śmiercią zapytał co ma zrobić, zostawiła go samego w pokoju i wyszła, dając mu czas na zastanowienie. Nie chciała mieć wpływu na żadną jego decyzję, wiedziała że ani z tej ani z tej nie będzie zadowolona – zależało jej na utrzymaniu przy życiu Camili, wiedziała że jeśli by odmówił nie wybaczyłby sobie tego nigdy jednak zdawała sobie sprawę, że jest to poważna operacja i zwyczajnie bała się o niego, nie chciała by aż tak ryzykował. Kiedy oznajmił jej jaką decyzję podjął, uśmiechnęła się i poszła razem z nim do szpitala. Kiedy zniknął za białymi drzwiami, drżała ze strachu. Jej modlitwy zostały wysłuchane – wrócił do niej, cały i zdrowy, choć osłabiony i obolały. Camila nie miała tyle szczęścia. Odeszła.
A wraz z nią odszedł Diego, za każdym razem gdy patrzyła w jego oczy widziała tylko pustkę. A przecież mówi się, że oczy są oknami duszy, prawda? Uśmiechnęła się sama do siebie i pewniej ścisnęła rękę Leona. Był z nią. Byli razem. Wreszcie. Nigdy o niczym innym w życiu tak nie marzyła jak o tym, by dzielić je właśnie z nim. Wciąż mieli siebie i przez to przejść, pokonać pierwszą z przeszkód jakie życie postawiło na ich drodze, pokonać cierpienie.
- Kocham cię. – powiedziała, przenosząc wzrok z nagrobka na swojego ukochanego.
Obrócił się w jej stronę, jego wargi wygięły się w delikatnym uśmiechu.
- Ja ciebie też. – odparł, przyciągając ją do siebie i pozwalając, by oparła głowę na jego ramieniu.
Miałeś czasem w swoich życiu momenty zwątpienia? Zdarzało się, że po prostu chciałeś się poddać?
Żadne z nich tego nie zrobiło, choć oboje niejednokrotnie próbowali. Zawsze jednak byli przy sobie, gdy ta druga osoba tego potrzebowała i to pozwalało im podnieść się i iść dalej.
Ciekawe, co jest na samym końcu…
 
Od autorek: Hej wszystkim :) Wepchałam się pierwsza, jestem zła xD No dobra. Parta pisało mi się naprawdę super, mówię wam, jak się z Asią fajnie współpracuje :D Trochę zachodu było, bo nam się wątki pomieszały, ale się spięłam i je ogarnęłam :P Z końcowego efektu jestem zadowolona. No oczywiście, moje fragmenty są beznadziejne, Asi piękne, ale o tym to już chyba wiecie ;)) Part na zamówienie Veronici Blanco (takiej jednej idiotki z którą chodzę do klasy, jakby ktoś nie wiedział xD) więc mam nadzieję, że jej się spodoba. Nie no, kto jak kto, ale ona nie ma wyboru i musi jej się podobać :D Na tym kończę moją przemowę i jednocześnie zapraszam na parta Jenny, który się pojawi w piątek. Aha, no i dziękuję, że wytrzymaliście z naszą załogą cały miesiąc <3 - Alexandra Comello.

 Hej misiaki! Nie umiem przemawiać więc będzie krótko: to był tak naprawdę pierwszy prawdziwy onepart jakiego pisałam, na ogół specjalizuje się w dłuższych historiach (tylko żartowałam, ja się nie specjalizuję w niczym poza spaniem xD) więc z góry przepraszam za efekt, Oli na szczęście udało się ogarnąć całą fabułę i wątki, nie narzekała na mój nieogar więc mam nadzieję że Wy też nie będziecie i jakoś wytrzymacie. xD Kocham Was i życzę wszystkim miłych (prawie) wakacji! <3 PS. Marciak, Sarna, jeszcze skomentuję te Wasze cuda na na dole, obiecuję! - Little Liar.