Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

{Zamówienie 017} Falba, Ruggechi || "Dystrykt dwunasty" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dystrykt dwunasty"
Para: Falba (Facundo & Alba), Ruggechi (Ruggero & Mercedes)
Gatunek: Dramat, romans, crossover ("Igrzyska Śmierci")
Przedział wiekowy: T




Dla Cathy Lambre ♥

*

  - A drugim uczestnikiem tegorocznych Igrzysk Głodowych z dystryktu dwunastego jest... - Otwiera złożoną na wpół karteczkę. 
  Tylko nie ja, myśli, zaciskając kurczowo powieki.
  - Alba Rico Navarro!
  Czas staje w miejscu.

  A świat nadal się kręci.

  *

Dziesięć...

    Nogi uginają się pode mną mimowolnie, gdy platforma staje, trzęsą się, dygoczą, jakby nieopanowane. Rozglądam się, nic nie widzę. Wszystko rozmazane pod łez potokiem, a przecież miałam być silna. 

Dziewięć... 

    Chce przestać, nie mogę. Strach wisi nade mną i się śmieje, ochrypłe dźwięki plątają mi się obok ucha, drażnią. Łapie się za głowę - chyba wyglądam nieco dziwacznie - ale kogo to obchodzi? 

Osiem... 

    Ich oczy są pełne grozy, nienawiści? przecież mnie nie znają, a już chcą zabić. Twarze krzywe, wciąż nieco rozmazane, chyba nie potrafię być spokojna. Zamykam je i czekam na śmierć. Będę pierwsza? 

Siedem...

    W tej chwili myślę o uśmiechu swojej siostry, Luci. Zawsze się o mnie martwiła, a przecież jest młodsza. Pamiętam jej pierwsze słowa, a właściwie słowo, a raczej moje imię - Alba, byłam dumna i szczęśliwa. Chce do tego wrócić, teraz. Proszę.

Sześć... 

    Czuje zapach dopiero upieczonego chleba, jego chrupką skórkę, ciepło miękkiego środka, które zawsze wybieram palcami, a mama? Stoi przy kuchence, chuda kobieta z włosami do ramion, zniszczonymi. I wciąż powtarza jak bardzo mnie kocha. Błagam. 

Pięć...

    Często mi to powtarza - dla pewności, tak myślę - siostrze także. Chyba jest dość wylewna, czasem jednak pozostaje nieczuła, obojętna. Taka była przy moim wyborze, jakby wiedziała. Zaciskam mocniej powieki, nie chce widzieć swojej śmierci. 

Cztery...

    Jest do niej podobna, Lucia, też nie grzeszy paletą uczuć przy rozstaniach, może specjalnie? Ja płakałam najbardziej, żałośnie, omal nie skonałam w rękach strażnika. Wdałam się w ojca - mówiła. A ja go przecież nigdy nie poznałam. 

Trzy...

    Bliżej końca niż początku - znów się boje. Słyszę śpiew ptaka, a zapach trawy i lasu rozpływa się z nozdrzach, oddycham głęboko i płynnie. Wciąż nic nie widzę. Czy to już niebo? 

Dwa...

    Strój jest obcisły, zaciska się wokół gołej szyi, dusi - też chce mnie zabić? Pot spływa po policzkach, a może to łzy... sama nie wiem. Chcę odgonić strach, być jak moi przeciwnicy. Pewna siebie, niemal bezlitosna i z tym drapieżnym spojrzeniem, które ani razu nie zapłakało. Szkoda, że mama mnie tego nie nauczyła. 

Jeden...

    Tutaj już muszę być dzielna, więc zaciskam me zimne dłonie i - co dziwne - już nie płaczę. Chcę walczyć, choć już sama nie wiem po co to robię. Nie mam do czego wrócić. Pierwszy raz myślę o śmierci. Otwieram oczy i... 

Zero...

     Słyszę huk. Biegnę. Ktoś krzyczy. Pierwszy wystrzał. To nie byłam ja. 
     Mam szansę? 


*

  Od rozpoczęcia Igrzysk mijają tygodnie - długie, ciężkie, pozbawione czegokolwiek. O każdy dzień, kęs, łyk muszą walczyć, bez ustanku. Czas płynie, ubarwiony jedynie strachem o przyszłość - której właściwie już nie widzą (nawet w snach), własne życie. I tylko kolejne wystrzały z armaty (przymyka oczy, BUM!, to już trzynasty?), chłód, spiekota. Liście szurające pod stopami - zawzięcie, zdradzają pozycję!
  Ogląda się i przysiadając na gałęzi jednego z wysokich, o obfitej koronie, drzew (wysłali ją na zwiady), wypatruje pozostałej trójki; warczy, gdy przez nieuwagę, zadrapuje się szorstką korą. Odwraca dłoń, ocenia zranienie. Wzrusza ramionami, do krwi przyzwyczaja się już dawno.

  Brzdęk, krzyk, huk. Czternaste.

  - Widzisz coś?! - krzyczy ktoś z dołu. Wytęża wzrok, z tak wysoka nie widzi zbyt dobrze.
  - Nie! - odrzuca. - Czysto.
  - Czekamy w obozie! - Tym razem wie, że to Facundo. Jego głos poznaje od razu - jest jak wspaniała muzyka, zwłaszcza, gdy jedynym co ostatnio słyszą jest podłe zawodzenie, kolejny wybuch - sygnał śmierci.
  Zamyka oczy, wzdycha przeciągle.
  Wzdryga się nagle, piętnaste. Żółć podbiega do gardła.
  Chwyta łuk pod pachę, zeskakuje - opada na ziemię, zahaczając jedynie pobieżnie o niektóre konary, z gracją. Wbrew pozorom, i w dystrykcie dwunastym, polując - można się czegoś nauczyć. Chowa się za pniem - przemyka jak cień, szybko, zwinnie.
  Wpada na polane, trochę dalej - ich szałas osłonięty jest kotarą egzotycznych krzewów, ogromnych paproci. Wielka kłoda, przerzucona jakby od niechcenia ręką Boską, dodatkowo ogranicza widoczność; udogadnia - w przetrwaniu?
  Siedzieli przy ognisku, zgarbieni. Zapada zmrok. Mechita (tak czasem do niej mówią) z długimi, blond włosami, skrzącymi się jak kryształ o tysiącach załamań, w blasku ognia. Ruggero, który siedzi obok, z komiczną grzywką, i podtrzymuje delikatną dłoń. Zaciska palce. Oczy mają zmatowiałe, zmęczone, choć bardziej wyraziste niż wtedy, gdy razem z Gambande uratowali im życie...

  "Uciekają. Słońce praży, smaga promieniami - bezlitośnie, nieosłonięte niczym karki. Krzyk, gdzieś z boku, płacz? Zatyka uszy; piąte. Dopiero początek, zaledwie kilka dni upływa od rozpoczęcia morderczej rozgrywki.
   Chwyta jej rękę; spogląda nań ze zdziwieniem - jego oczy szepczą "Spokojnie", więc się uspokoja. Są z jednego dystryktu, już na początku zamierzają działać razem. 
   Tylko jedno przeżyje, huczy w głowie (jakby znikąd?) Cicho, warczy na to. Będą przejmować się później.
   
   Nagle chłopak krzyczy, przystaje. Ciągnie ją na bok, oboje padają obok siebie, na znak. Pojedyncze gałązki wplątane w jej ciemne, niczym heban, włosy. Czekają...
  Skowyt - tubalny, nieludzki, rozlega się z boku, ukryty w drzewach. Włoski stają dęba, ich ciała przebiega dreszcz. Trwoży.
   Unoszą głowy, wyglądają. Zrywa się nagle, niesiona dzikim impulsem. Dwójka ludzi - kobieta, mężczyzna, otoczeni przez bestie - z piekła rodem, przypominające psy, jednak większe, o krzywych pyskach, i cuchnącym oddechu. Śmierdzą rozkładem, czerwoną posoką, śmiercią.
  Klnie pod nosem. Cholerny Kapitol; dodają utrudnień. Przekręca łuk, wyciąga strzały - rani, z śmiertelną precyzją. Facu biegnie za nią - zmartwiony, przyjaciel?, krzycząc coś o oczywistym samobójstwie. Kręci głową, potwory padają - jeden po drugim. Tak bardzo martwe.
  - Nic Wam nie jest? - pyta dla pewności, łapiąc blondynkę pod pachę. Włoch, chyba z szóstego dystryktu, patrzy niemrawo, z ukosa. Nie oczekuje wybawienia?
   - W porządku - szepcze dziewczyna na to; wyrywa się z objęć, podbiega do towarzysza. - Dziękujemy, uratowałaś Nam życie.
  Facundo stoi z boku, ocenia. Chce krzyknąć, ostatnia z ocalonych, zbliża się ku niemu; ukradkiem. Napina struny, nabiera powietrza, nie zdąży.
   Chłopak obraca się, szybko - wyciąga harcerski nóż, rozcina szyję. Wnętrzności wylewają się na ziemię. Oddycha głośno, wciąga powietrze; kamień spada z serca. Chwilę później, zawierają przymierze. W roli zapłaty?
   Wzdycha, spogląda na truchła z, rażącą aż nadto, obojętnością.
   Już nikt nie wymiotuję, nie krzywi, widzieli zbyt wiele."

  Rozkłada się obok, wyciąga stopy - coś strzyka okrutnie w lewej kostce; ostatnio dużo biega.
  - Jest Nas coraz mniej. - Zaczyna Ruggero; jego szorstkie palce opuszczą znajomą, mlecznobiałą skórę. Łapie patyk, miętosi go w drżących dłoniach; jeszcze chwila, zatacza drewnianym czubkiem, w prochu - niekoniecznie okrągłe, koła. - Padł piętnasty strzał.
  - Słyszeliśmy - odrzuca Facundo, krzywiąc się nieznacznie pod nosem. - Do czegoś zmierzasz?
  Trzy pary oczu - onyksowe, czekoladowe, bursztynowe, wbijają się w postać Włocha. Jedne zainteresowane, drugie - mniej. Każde inne?
  - Nie wiem, czy wiecie. - Brzmi zgryźliwie. Zaciska pięści; kawałek drewna pęka, wydaje przy tym głuchy trzask. Przerażający. - Ale za niedługo staniemy się wrogami.
  Milczą. Każdy zachodzi w głowę jak poprawienie odpowiedzieć, zripostować, wiedzą - gdzieś głęboko, pod skórą, że brunet ma rację. Tylko jedno przeżyje, rozlega się w jej kędzierzawej głowie, szyderczo. Ma ochotę krzyczeć.
  - Nie mów tak - szepcze Mechi, próbuję ponownie chwycić jego dłoń, złączyć palce. Tych dwoje jest ze sobą tak blisko.
  Chwila... Nie tylko oni?
  Cierpienie łączy ludzi, co?

  "Uciekają - to, z czasem, staje się dla nich zwyczajową czynnością, wchodzi w krew. Biegną, nie oglądają za siebie. Tym razem jej dłoń pasuje do jego tak idealnie, że nawet nie myśli, o odruchowym wyszarpnięciu. Ciepło. Biegną.
   Już nie sami, teraz jest ich czwórka. To dobrze? Próbuje wykarczować z pamięci, przeświadczenie - że, i na nich przyjdzie pora; w jakiej kolejności? 
   Potężny huk rozrywa ciszę. Dziesiąte.
   Zerka z przestrachem, bijącym głośno sercem - są ściągani. Oddycha z ulgą, to żadne z nich.
   - Tędy! - Krzyczy Ruggero. Słuchają jego głosu, z przyzwyczajenia? Tu każdy plan jest jednak planem, jakimś punktem, zwrotem?
   Biegną. 

   Chowają się w gąszczu. Ostre, pożołkłe liście ranią ich dłonie, stopy, gałązki - chłostają policzki. Nie zatrzymują się. Po kilku minutach padają wykończeni; ukrywają się obok, opadłego w skutek naturalny, rozłożystego dębu.
   Wyciszają nawet oddechy, czekać; ułamki sekund. 
   Udaje się, wzdychają.
  
   Tej samej nocy - rozbijają tu obóz, siedzą nad pobliskim stawem, wpatrując w gwiazdy. Tylko On i Ona, ten sam dystrykt, to samo spojrzenie. Potrzebują samotności.
   - Dzisiaj się bałem, bałem śmiertelnie. - Mówi brunet nagle. Cicho, spokojnie, choć cały drży, szarpię się rozpaczliwe, wyrywa - ku jej dłoni. 
   Ułatwia mu zadanie. - Czego?
   - Że Cię stracę. - Spuszcza głowę, zażenowany. 
   Dotyka jego policzka. Gładzi w czułej, pocieszającej pieszczocie. - Nie straciłeś.
   - Tak, ale boję się. - Tu urywa, podnosi spojrzenie, przebiega po jej obliczu. Gorzka czekolada zamiesza w jej głowie. - Że w końcu, któregoś dnia, do tego dojdzie.
   Chwyta jego twarz w obie dłonie, potrząsa. - Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj, słyszysz?!
   Łączy ich lodowate wargi, ściśle spaja; czerwony płomień błyska - ogrzewa.
   To jedyne, czego chcą, potrzebują - w tej chwili, zapominają, że są w tym miejscu, wystawienie na śmiertelne niebezpieczeństwo; tylko dotyk, mignięcie skóry przy skórze, wspólne ciepło - najistotniejsze.
   Odchodzą od zmysłów, umierają i rodzą na nowo, głupieją?
   Bo, to w obliczu śmierci, tej gwieździstej nocy, (wzdrygają się - jedenaste, lecz wciąż nie przestawają) rodzą się wszelkie uczucia. 
   Pierwszy czy ostatni?"

  Uśmiecha się szeroko, oplata jego dłoń w czułym objęciu - nie pamięta już nawet, kiedy usiedli obok siebie, tak blisko. Nieistotne.
  - Dlaczego? - warczy Ruggero. Przewraca oczyma, wracają do punktu wyjścia. - Przecież to prawda.
  - Jesteś już zmęczony - odpowiada niższy mężczyzna. Szybko potrząsa jej dłonią, odwzajemnia uśmiech. - Lepiej się połóż.
  - Nie rozumiecie, że prędzej czy później do tego dojdzie?! - Włoch zrywa się z miejsca, tupie. Jak rozwydrzone dziecko? - A może będziemy ciągnąć słomki, o to, które z Nas ostatecznie przeżyje?!
  - To nie musi się tak skończyć - szepcze, dziś jest małomówna, ale tych podłych, obraźliwych wrzasków nie pozostawia bez odzewu. - Możemy coś zdziałać, zmienić. Razem.
  - Zmienić? Niby co? To zawsze się tak kończy! Ten rok nie będzie inny, może ludzie mówią, że jeste... - Ktoś przerwy, wbija się w środku zdania.
  - Alba ma rację. - To Mercedes. Wstaje, otrzepuje spodnie. Podchodzi bliżej bruneta, kładzie mu dłoń na ranieniu. - Jest symbolem, Kosogłosem, ich głosem. - Kładzie nacisk na to jedno, istotne słowo. - Jeśli ktoś ma coś zmienić, to właśnie Ona. - Blondynka posyła jej nieśmiały uśmiech. Jest taka niewinna, drobna, i piękna w świetle, wschodzącego dopiero co, księżyca. - Zaufajmy jej.
  Ruggero macha lekceważąco dłonią, odchodzi. - Nie mam zamiaru.
  Cisza.

  Późno w nocy, siedzą na skarpie, wtuleni w siebie. Księżyc błyska, oświetla ich umęczone codziennością, choć piękne twarze. 
  - Nie zginę za nich - mówi, brzmi pewnie. 
  - Ruggero... - Błaga.
  - Bo, jeśli mam już poświęcić życie, to tylko broniąc Ciebie, Mer - Sekunda; nie mówią już więcej, złączeni w pocałunku.
  Płomienny dotyk, wejrzenie w oczy.

  - Kocham Cię, wiesz?

  A na tę chwilę, nic więcej, do szczęście, im już nie potrzeba.

*

  Następnego dnia, gdy zbierają zdobyte, potrzebne do przetrwania, rzeczy, coś wisi w powietrzu. Jakaś groźba, cicha obietnica.
  Szesnaste, tak tubalne, uderzenie armaty.
  Obracają głowy, strwożeni. Za blisko?
  Las wrzeszczy, gnie się pod naporem stóp, kroków, uderzeń. Ostrzega. Uciekać!
  Tracą cenne sekundy - zbyt szybko. Inne czwórka wbiega na polanę, przystaje - obserwują, jak sokół zwierzynę. Trzech mężczyzn, jedna kobieta. Pamięta ich imiona?
  Nikt się nie rusza, zapada cisza. Świerszcz cyka, w chorej imitacji patetycznego koncertu.
  Wszystko jest zbyt szybkie, nie może być prawdziwe. Obcy ruszają wprost na nich, śmieją się - oszaleli?; padają pierwsze ciosy. Odskakują, co by rozdzielić, na boki. Wszyscy przemykają, tańczą - z dokładnością, jak im góra zagra.
  Naciąga cięciwę, celuję. Chybi o włos, jak to możliwe?!, Mark - wysoki i dobrze zbudowany blondyn, jeśli dobrze pamięta z drugiego dystryktu, wychodzi bez szwanku. Idzie ku niej z uśmiechem; wyciąga drugą,  wytarte włosie szeleści pod palcami. Mierzy... 
  Skowyt, złocisty refleks, zawahanie. Obraca się, spogląda - horror wypisany ma na twarzy. Opuszcza łuk.
  - Uważaj! - Wyciąga rękę, przerażona. Za późno.  
  Mercedes.
  Każdy z nich zamiera, Facundo z nożem przy szyi Dereka - ten z piątego, ma dużo piegów, Ruggero właśnie szamocze się z Alexem - blednie, wbijając wcześniej kawałek drutu (wyszarpuje go spod zapięcia plecaka), tuż pod sercem. Pada nieżywy.
  Siedemnasty wystrzał.
  Za późno... Rozlega się kolejny.
  Osiemnasty. Kłamstwo?  
  Ktoś wrzeszczy. Ten krzyk jest urwany, mrożący krew w żyłach, naglący.
  Blondynka, ta drobna, o lśniących oczach, osuwa się na kolana. Rana zionie w piersi, jest głęboka, pazerna, zabiera to życie - krwawi. Ostatnie błyski gasną. Słowa blakną na ustach, sinieją. Osiemnasty.
  Mona, ta z dziesiątego, o wykrzywionej w podłym grymasie twarzy, stoi obok, triumfuje. Na chwilę.
  Przykłada dłoń do ust, szlocha. Nie wierzy, nie chcę. Byli tak blisko końca, najbliżej?
  Opada na ziemię, Facundo podbiega z lewej, zabija wcześniej drugiego mężczyznę. Ma krew na rękach. Jak każdy (cholerne przetrwanie).
  Dziewiętnasty.
  Dwudziesty - niczym w chłodnej, krwiożerczej wyliczance. 
  Unosi głowę. Ruggero stoi kilka metrów w prawo - przy znajomym ciele, już dwóch?, prycha wściekle, zbroczony w, ciemniejącej z chwili na chwilę, posoce. Uchyla usta wystraszona, zabija.
  Obraca się ku nim, nieśpiesznie - najpierw jednak pochyla, szepcze coś żałośnie, chwyta lodowatą dłoń Mechity, i jest coś w jego oczach - jakaś szaleńcza nuta, która sprawia, że mimowolnie, wbrew woli, cofa się o krok.
  - To nie powinna być Ona.
 - Rugg... - Próbuje. Wstaje, choć cała się trzęsie, dotyka ramienia - chcę wesprzeć. To na nic?

    Nic już nie było proste, a w głowie wciąż obracała się ta sama wyliczanka. Kilka działań, bez najmniejszego wysiłku stwierdził, że została ich garstka; niewielka część, niemrawy odłamek. Przygląda się chwilkę ich twarzom, jedna smutna, druga oszołomiona, trzecia? Teraz już nawet nie wiedział czy należy do ostatniego wroga, jest ich więcej? 
    Nagle coś runęło, głęboki syk przebija się przez ich uszy, jakby gwizd nadjeżdżającego pociągu, który kłębi się w powietrzu wraz z zapachem mokrej ściółki. Ciemno zielone liany, jako macki olbrzymiego potwora, przeżynają wilgne, nieco zakurzone powietrze i ciągną czarnowłosą na wysokość niewielkiego drzewa. Wirują, obracają, trzęsą, chcą zabić? Nikt się nie dziwi, chyba mają to tego powody.
    Włoch rzuca się do ucieczki, niestety, pada na wznak tuż obok ostrego pnia, walczy z przeciwnikiem, miota się po ostrych, suchych liściach. Przegra?  
    Przełyka ślinę, myśli, że ją straci. Zamiera. 
  - Pomocy! - krzyczy, wierzga, próbuje się uwolnić. - Pomóż mi!
    Pędy zaciskają się na jej żebrach, wokół ud i szyi. Słyszy gruchot, kości? Traci oddech, powietrze zatrzymuje się w krtani, nie chce iść dalej, nie może? Sapie, bo już nie może krzyczeć. 
    Chłopak stoi, nie wie co zrobić, znowu? 

        Ratuj ją! - coś go pcha w stronę bestii.
                uczucie? 

    Wyciąga niewielki nóż, którym wcześniej ostrzył końcówkę grubego badyla i nie zważając na niewielką widoczność biegnie w stronę wcześniej nieżywego drzewa; krzyczy, teraz już nie wie czy ona, czy on. Walczy z śliskimi liśćmi, wspina się po gałęzi. Przypomina sobie, że dzień wcześniej owy potwór służył im za mieszkanie. Wzdryga się, idzie dalej, nie może się poddać. Dla niej jest gotów zginąć. Paść trupem, by ona mogła zasmakować wolności, życia. 
  - Trzymaj się! - krzyczy, choć sam ledwo daje radę. - Jeszcze chwilę. 
    Zaciska się bardziej, chyba już po niej. A jednak, w samą porę ucina mackę tuż przy pniu, zielony wąż pada na grubą warstwę spleśniałego, leśnego dywanu, wraz z Hiszpanką, całą i zdrową. Jeszcze chwilę wije, pełznie po ziemi, a później przestaje, umiera. 
  - Nic Ci nie jest? - przytula ją na klęczkach do swojej piersi; czarnowłosa kręci głową, wciąż się trzęsie. - Musimy stąd zwiewać - szepcze sam do siebie - ona jest zbyt słaba by słuchać - widząc szalejące drzewo, które, jakby odzyskało swoje siły.
    Ciągnie ją na bok, chwyta chłodną dłoń i jeszcze na chwilkę się odwraca; oni walczą zaciekle. Już się nie zastanawia, zostawia go na pastwę losu, samego wraz z Markiem, którego blond włosy nie błyszczą tak, jak wcześniej. Spogląda na dziewczynę, przecież nie mógłby jej stracić. 
    Zaciska palce, biegnie prosto w niewiadome, zdążył się już przyzwyczaić, że oni zawsze mieszają im drogę. Ścieżka się zwęża, a bestia nadal szaleje w zagłębiu zielonego buszu. Ogląda się - nic nie widzi, tylko kłęby dymu, piaskowego pyłu - gdzie ich przeciwnicy? 
    Krzyk, krwiożercze wołanie, później huk - dwa, albo i cztery. 
    Dwudziesty drugi. Czyli zostali sami? 

  - Czy on już nie...?
  - Chyba nie, a raczej na pewno. Zostaliśmy tylko my.
  - Och... 
         Chwila ciszy. 
  - Chodźmy. Musimy się jakoś stąd wydostać

*

   "W Kapitolu panuje popłoch, przetrzymują cała dwudziestkę czwórkę uczestników, wciąż coś robią, namawiają ich, pokładają nadzieje w silniejszych, skreślają słabszych. Jak było z nim? 
    Siedzi na skórzanej kanapie, pochłaniając wzorkiem wszystkie sprzęty do ćwiczeń, przeróżne maszyny, ostre sprzęty wiszące na prętach, na końcu zaś swoje odbicie. Myśli, że da radę, przecież jest z lepszego dystryktu, a jego umiejętności waleczne przekraczają normę - wyćwiczony zabójca, właśnie o nim tak mówiono. Zatapia dłoń w gęstwinie ciemnej grzywki i uśmiecha się do bladej, ledwo widocznej twarzy - taka sama, a jednak inna. 
  - I co się tak szczerzysz? - zaczepia go głos dziewczyny. - Myślisz, że masz jakieś szanse? - prycha z dumą i siada tuż obok niego, poprawiając jasny pukiel włosów na lewym ramieniu. - Nie trzęsiesz się ze strachu jak tamta dwójka? - wskazuje na zawodników z dystryktu czwartego, którzy wyglądem przypominali myszy uciekające przed wygłodniałym kotem; kręci głową, on jest odważny. 
  - Nie boje się walki - wzrusza obojętnie ramionami, spogląda na nią - A ty? 
  - Co ja? 
  - Nie boisz się walczyć? Nie boisz się kogoś zabić? - pyta, brzmi dość dziwacznie; chyba uzna go za psychopatę.
  - Tego nie powiedziałam.
     Zamierają chwilę w bezruchu. 
  - To dlaczego nie trzęsiesz się ze strachu? - wciąż zadaje pytania, męczy ją to. 
  - Bo nie boje się śmierci... "
  
    Budzi się otulony mroźnym, rześkim powietrzem, jakby w środku zimy. Oczy otwiera powoli, a światło od razu drażni jego zmęczone źrenice, pyłek już opadł, teraz widzi znacznie więcej poprzednio. Bada palcami swoje ciało - jest cały, a przynajmniej mu się tak wydaje - po czym podnosi się na łokciach. Po bitwie nie ma już śladu.
   Po niej też. Żółć podchodzi mu go gardła. Chyba wolałby skonać. 
    
    Staje na prostych nogach, nieco się kołysze, w końcu oberwał kilka razy w głowę. Prawą dłoń opiera o drzewo - tym razem, jest ono bezpieczne - i zaciska powieki z całych sił. Głowa pulsuje, krew ledwo płynie w ciemnych żyłach, ostatnio też stracił na wadze, jak każdy z uczestników, bez wyjątku. 

  "Minęły zaledwie dwa dni od rozpoczęcia, trzy wystrzały z armaty i czternaście uśmiechów - kilka z nich całkiem skrytych, niemal niewidocznych, a jednak je dostrzega. Już na początku stworzyli sojusz, jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk, choć nie z miłości, to było zupełnie coś innego - zmieniło się? 
    Blondynka siedzi tuż obok, jej chude łydki zwisają z grubej gałęzi, a głowa opiera się na jego nieco zadrapanym ramieniu, znów rozmawiają. Tematy były różne, ale nigdy nie mówili o śmierci, dobrze wiedział, że tego nie lubiła. 
  - Myślisz, że moglibyśmy spróbować wygrać? - Nadzieja zbiera się w jej oczach. 
  - Zwycięzca jest tylko jeden - mówi, brzmi groźnie.
    Piorunuje go wzrokiem. Chyba nie takiej chciała odpowiedzi. 
  - Co? 
  - Jesteś idiotą - odpowiada pokrótce.
  - Idiotą, ale za to jakim przystojnym.
    Przeczesuje palcami grube włosy, a ona się śmieje. 
    Tak bardzo uwielbiał jej uśmiech..." 

   Jego oczy poczerwieniały, zachciało im się płakać? Pociera wierzchem dłoni czerwony, zmarznięty nos i spogląda na brudne, zakrwawione dłonie. Jeszcze kilka godzin temu głaskały jej długie, blond włosy, dotykały rozgrzanych policzków i zimnego czoła. Drętwieje, prawie upada. Nie jest taki silny, jak mu się zdawało. 
   
 "- Dajesz radę?
  - Z tobą? Zawsze."

   mamrocze 

  "- Myślisz, że będziemy szczęśliwi?
   - Nie wiem jak ty, ale ja już jestem szczęśliwa. 
   - Jak to? 
   - Dzięki tobie."
  
    upada 

  "- Kocham Cię.
   - Ja Ciebie też, Rugg." 

    płacze? 

   "- Nie poddamy się, prawda?
    - Nigdy." 

   pragnie zemsty 

*


    Nigdy w życiu nie wybaczyłby sobie tego, gdyby ona zginęła zamiast niego. Pojawiła się tak nagle, wyskoczyła i od tak zajęła sobie pozycję Anioła. Może to śmieszne, ale właśnie tak było. Zjawiła się wtedy, gdy utracił już wszystko i tak właściwie, to nie miał nic więcej do stracenia - oprócz niej, to oczywiste.  
   Czas płynął mu pomiędzy palcami jak woda w strumyku, który wspomina, lubił tam przesiadywać, niegdyś sam, a teraz? Teraz mogliby spędzać czas razem, ramie przy ramieniu, by nigdy nie pozbyć się ciepła drugiej osoby. 
    To jest miłość. Tak, tak właśnie myślał. 

  - Jesteśmy tutaj! Zostaliśmy tylko my! 
     Wydziera się na środku polany skąd zaczynali. Patrzy w niebo, nic nie widzi. 
  - No dalej! Masz coś jeszcze przygotowanego?! 
     Łazi bez celu w kółko, jego głos drży, podobnie jak ręce. Boi się?
  - Przecież wiesz, że się kochamy...
     Gaśnie.

  - Facu, uspokój się - łapie go za dłoń. - To nie ma sensu. Dobrze wiesz jakie są zasady. 
  - Nie, Alba, nie zamierzam Cię stracić, rozumiesz?
  - To zróbmy to razem.

    Chwila zaplanowana od tak, przecież nikt nie musi wygrywać, prawda? Wyciąga z kieszeni garstkę owoców - gęsta czerwień, rozlewa się po jej skórze - po czym oddaje chłopakowi kilka z nich. Sok kapie z jej palca; przez chwila zastanawia się czy to przypadkiem nie jest krew. 
    - Razem?
    - Razem.* 

   Publiczność zamiera. 
  
 - Uwaga. Zwycięzców może być dwóch, jeśli pochodzą z tego samego dystryktu. 
    Pan uśmiecha się. Pan wie, co robi.

    Wiśniowe jagódki lądują gdzieś na trawie, a oni tulą się do siebie z całych sił. Już się nie boją, wiedzę, że jutro nadejdzie i będzie należało tylko do nich tak, jak reszta dni. Wtula twarz w jej włosy, potargane, a łzy - szczęścia - spływają po bladym policzku, jedna za drugą, nie za szybko? 
  - Udało się - szepce, odsuwa się. - Udało się nam, rozumiesz?
  - Rozumiem, nawet nie wiesz jak bardzo Cię...

    Brązowe oczy gasną na tle wschodzącego słońca, krew zaczyna spływać strugą od kącika ust po samą brodę. Wszystko zlewa się, czuć metaliczny zapach ciepłego płynu, a z brzucha jej ukochanej wystaje drewniany szpic. 
    Upada.
    Czarne oczy po raz kolejny mierzą jego sylwetkę, lecz nie należą już do sojusznika. 
   
        Słychać huk. Dwudziesty trzeci? Dwudziesty drugi. 
    
    _ _

    Kiedyś mogłem powiedzieć, że miłość jest jedynie grą. Wiesz, na przykład karcianą, albo po prostu szachy czy warcaby. Ktoś wygra, ktoś przegra. Dużo ludzi powiedziałoby, że wygrałem, bo... No, rozumiesz, prawda? Ale szczerze? Wolałbym przegrać i umrzeć będąc szczęśliwym, niż wygrać - jak teraz - i pozostać bez niczego. 
    Ach, no i nigdy nie dowiem się co chciała mi powiedzieć... 


*


Od autorek:   Witajcie, ciolaski! x Z tej storny Edyta. Z poprzednim zamówieniem, wypisanym na tablicy, wynikły pewne komplikacje... Przepraszamy za kłopot, a także dłuższą, bo czterodniową przerwę. Mam nadzieję, że nasze zamówienie o Falbie i Ruggechi się spodoba, i trochę zrekompensuję czas oczekiwań <3 Ja swoją część spartaczyłam, ale to zawsze, więc... Poza tym Marta ratuje! XD Kocham Was! ♥ Do następnego ;> 
      -> Witajcie, kaczuchy xD Z tej strony Marta. Jezu, ostatnio za dużo rzeczy tutaj dodaję, chyba powinnam przestać, prawda? ech. No nic. Właśnie mieliście przyjemność przeczytać kolejne dzieło moje i Edytki, hyhy. Mam nadzieje, że wam się podobało. Tym razem postawiłyśmy na Igrzyska *o* Moja część to porażka, serio XD ja nie wiem po co wy u mnie cokolwiek zamawiacie XD A teraz coś organizacyjnie... Wyniki konkursu pojawią się 1 września, tak o, na rozpoczęcie "cudownego" roku szkolnego. Mam nadzieje, że jeszcze tyle wytrzymacie :D Kocham was bardziej od Edytki, muahahaha ♥♥ (nawet daje dwa serduszka, widzicie? ;>) Ciao! 



wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3 

niedziela, 17 sierpnia 2014

{Zamówienie 013} Naxi || "Dulcis Somniabunt" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dulcis Somniabunt"
Para: Naxi (Natalia & Maxi)
Gatunek: Psychologiczny, thriller, dramat, horror, science-fiction, romans.
Przedział wiekowy: T




                                                       Dla Wiktorii P. <3



* * *



  - Witaj, kochana. Jak się czujesz?

  - Bardzo dobrze, dziękuje.

  - To nasza kolejna, trzecia już sesja, możemy zaczynać?

  - Oczywiście.

   chwila na oddech 

  - Wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu, a może więcej? Nie wiem, czasem zapominam, jestem też kiepska w liczeniu, w końcu nigdy nie znosiłam matematyki. Ale... Czy ja nie odbiegam od tematu? Może prościej będzie jak powiem, że właśnie skończyłam studia weterynaryjne. Od dziecka uwielbiałam zwierzęta, szczególnie koty. Mama często powtarzała mi, że to właśnie one oddają ludziom najwięcej swojej miłości - nie wierzyłam, ale to szybko się zmieniło, kiedy adoptowałam swojego pierwszego mruczka, to on właśnie nauczył mnie odpowiedzialności i tego, no, znów paplam bez sensu...

   sekundy ciszy - wzdycha

  - Nie łatwo mi o tym mówić.

  - Wiem, rozumiem. To co się stało po zakończeniu studiów?

  - Nic szczególnego. Zmarł mój dziadek, a kotka tak po prostu zniknęła. Nie próbowałam jej nawet szukać, bo po co? Siedziałam zdruzgotana na fioletowej kanapie w salonie - nawiasem mówiąc, była obita strasznie szorstkim materiałem, okropieństwo - i przyglądałam się obrazom na ścianach, które tak dobrze znałam. Właśnie tamtego dnia podjęłam drugą, najgorszą decyzję w swoim życiu. Postanowiłam się wyprowadzić. Każdy człowiek marzy o tym, by wyfrunąć z rodzinnego gniazdka, zacząć pisać zupełnie nowy rozdział swojego życia, prawda? Tak też się stało ze mną. Wynajęłam mieszkanie na obrzeżach miasta, ścięłam włosy i kupiłam nowego kota. Wszystko miałam zaplanowane co do minimetru. Pieniądze odkładałam przez dłuższy czas i mniej-więcej miało starczyć na opłacanie mieszkania przez trzy miesiące, oraz inne wydatki, te takie drobniejsze. Odprężyłam się, poczułam, że w końcu żyje. Udało mi się poznać też kilka ciekawych osób, przeczytać mnóstwo książek - kryminałów, nie lubię dramatów, nudzą mnie. Ach, no i poznałam mężczyznę.

  - Zakochałaś się?

  - Nie. Okazał się być felernym strzałem, życiowym błędem. Chociaż, wiesz co? Był po prostu świnią, jak wszyscy faceci, bez urazy, oczywiście. Nigdy nie byłam desperatką, co też nie skłoniło mnie do dalszych poszukiwań swojej drugiej połówki. A wraz ze złamanym sercem, dostałam również falę rachunków. Musiałam chyba coś źle policzyć, bo pieniądze rozeszły się szybciej niż myślałam, co gorsza, zaczął się sezon świąteczny, czyli ten najgorszy dla bezrobotnych. Próbowałam znaleźć pracę. Myślałam, że pójdzie mi łatwo, bo w końcu studia medyczne to nie lada wyzwanie, a trudno w tych czasach znaleźć kogoś, kto by się tym interesował. Wysłałam CV do kilku klinik weterynaryjnych w okolicy, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem - jestem naprawdę pilna w nauce. Może to chodziło o wiek? Być może byłam za młoda? Sama nie wiem. Od tego momentu, kiedy zrozumiałam, że wcale nie jestem tak odpowiedzialna, na ile mi się zdawało, zaczęły się wszystkie problemy. Brak pieniędzy, brak jedzenia, brak jakiejkolwiek radości, wiesz? Kopert z rachunkami zaczęło przybywać, a ja ich nawet nie otwierałam, nie umiałam, przerażał mnie widok tych wszystkich cyferek - swoją drogą było ich bardzo dużo. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu na kanapie, wraz z depresją, która wtedy była moją jedyną przyjaciółką, wzięłam się w garść i wyszłam na miasto w poszukiwaniu jakiejś dorywczej pracy. Czegoś na szybko, rozumiesz, prawda?

     myśl
       myśl
          myśl

  - Był styczeń, początek nowego roku. Zajrzałam do kilku księgarni, restauracji, kawiarni, aż w końcu ktoś zainteresował się mną w sklepie z antykami. Starsza, niska kobieta, o mocno czarnych, farbowanych włosach, wysoko osadzonych oczach i falą zmarszczek na twarzy, przyjęła mnie z uśmiechem, twierdząc, że idealnie nadaje się na sprzedawczynie. Trochę przerażała mnie wizja spędzania czasu, wśród zakurzonych, wołających o natychmiastową konserwacje, przedmiotów, które moim zdaniem nie były szczególnie wartościowe ale, bądź co bądź, sama zasłużyłam sobie na to wszystko. Ech, no i miałam zacząć od poniedziałku.

  - Jak Ci poszło pierwszego dnia?

  - Kiepsko, zbiłam kilka wazonów i zalałam kawą szafę grającą, ale nie mówmy o tym, dobrze? Nie umiałam połapać się też w tych cenach, fakturach, rachunkach czy coś tam. Już Ci wspominałam, że z moją matematyką ciężko, prawda? Chociaż... Pani Dobros - zdążyłam się już z nią zapoznać, naprawdę miła kobieta - wciąż widziała we mnie determinację i stwierdziła, że da mi kolejną szansę. Cóż, skończyło się na dwudziestej trzeciej, kiedy zapomniałam zamknąć sklepu i złodzieje ukradli pieniądze, automat do kawy i prawdziwe skarby lat osiemdziesiątych. Naprawdę, ja wśród tych staroci nie widziałam nic cennego.

  wzdycha

  - Zostałam zwolniona zaledwie po dwóch tygodniach, rozumiesz? Właściwie... miałam o tym nie mówić. Miałam skupić się na czymś innym. Cholera. 

  - Spokojnie, mamy dużo czasu. To jaki jest ciąg dalszy tej historii? 
  
  - Ekhem. Beznadziejny. 

  - Otworzyć okno? Nie jest Ci za gorąco? 

  - Nie, po prostu się denerwuje, przejdzie mi. Dalszy ciąg jest jeszcze gorszy. Jak wiesz, nie jestem desperatką, ale w chwilach, kiedy nie masz już ani grosza przy sobie, a twój żołądek kręci się jakby miał jakiegoś głębokiego świra, albo robaki - obojętnie - to potrafisz zrobić naprawdę bezsensowną rzecz. Ja właśnie taką zrobiła i żałuje, wszystkiego. A, z wyjątkiem jednego, ale o tym dowiesz się później. 

  - Co zrobiłaś?

  - No więc popełniłam największy błąd w swoim życiu. Tak, to ten pierwszy, najokropniejszy, a jego skutki rozchodzą się po mnie do teraz. Czuję czasami chłód, wtedy nie wiem co ze sobą zrobić i płaczę. Ech, ale teraz nie o tym... Nie zauważyłeś, że lubię zbaczać z tematu? 

      cisza 

  - Nieważne. Szłam chodnikiem w stronę domu, jak co wieczór, ale tym razem nie zwracałam na nic uwagi. Moje oczy były przepełnione pustką, jakby wszystkie dobre rzeczy, które mieszkały w mojej pamięci nagle się ulotniły, prysły, jakby ich nie było. Ludzie trącali mnie ramieniem, albo ja ich - nie pamiętam, miałam to gdzieś, sam rozumiesz, prawda? - aż do czasu, kiedy na jednych z drewnianych drzwi nie zauważyłam ogłoszenia. Było nad wyraz proste, takie o, rzucone psom na pożarcie - jednak nikt nie zwracał na nie uwagi. Nieraz myślę, że tylko ja je tak naprawdę widziałam, że to ja byłam już wcześniej wybrana. 

  - Jak brzmiała treść tego ogłoszenia?

  - Nijak, normalnie, nawet nie miało ono jakiś kolorów, zwykła biała kartka z czarnym napisem, ot co, nic więcej. A co było na niej napisane? Sama nie pamiętam, wolę zapomnieć. Wiem tylko tyle, że była to ankieta związana ze snami. Coś w rodzaju "Przyjdź, opowiedz nam o czym śnisz, odbierz nagrodę i wyjdź", cała filozofia. 

  - Nagrodę?

  - Tak, ona była moim celem. Marne pięćset dolarów... Ale wtedy byłam innego zdania. Potrzebowałam tych pieniędzy bardziej, niż czegoś innego, a to, że można było zdobyć je w tak prosty sposób i bez żadnego zbędnego wysiłku - przeklinam się za to, że od dzieciństwa jestem takim leniem, ygh - przykuło moją uwagę jeszcze bardziej. No i weszłam w to. 

  - Jak to weszłaś? Nie rozumiem.

  - No dosłownie. Pchnęłam drzwi i wgramoliłam się do środka. Jednak coś mi zagrodziło drogę, a właściwie ktoś. Mężczyzna o najczarniejszych oczach jakie widziałam. Były senne, opatulone taką dziwną energią, mroczne, do bólu przerzedzone jakby rozcieńczaczem, rozumiesz? Coś w nich pływało, chyba obawa, ale nie przyglądałam się im dłużej. Minęłam go i wparowałam do budynku. Moim oczom ukazało się dość nietypowe pomieszczenie. Było ciemne, oświetlone jedynie światłami lamp stojących gdzieś w kącie. Wszystko zdawało się być zimne. Ściany, podłoga, sufit, akwarium z rybkami i wzrok wysokiej, szczupłej pani, która z kamienną twarzą przywitała mnie i kazała usiąść na jednym z granatowych krzesełek. Z początku wydawało mi się to dziwne, bo wiedziała od razu czego chce, po co przyszłam, jednak nie zastanawiałam się... Ech, mówiłam Ci, że nie jestem desperatką, prawda? Ale wszystko powoli zaczęło mnie denerwować. Uciekający czas, bulgocząca woda w akwarium i skrzypiące krzesło. W pewnym momencie coś kazało mi wyjść, więc wstałam i wiesz co? Pani w białym wdzianku - przypominał mi kaftan, przeraziłam się wtedy - powiedziała, żebym skierowała się do pokoju z numerem siedemnaście. O zgrozo, przełknęłam ślinę i po prostu poszłam. 

  - Co to był za pokój?

  - Normalny. Stolik, dwa krzesła po obu jego stronach i wiatrak w lewym rogu. Nie zważając na nich, weszłam do środka, delikatnie zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z nich - było twarde, niewygodne. 

  - Co się później stało? 

  - Wszedł mężczyzna. Nie przedstawił mi się, ani nie przywitał. Może o to chodziło? Nie wiem. Trzymał w dłoni teczkę, ostry pomarańczowy kolor raził mnie w oczy, to było nieprzyjemne. Dopiero po chwili na mnie spojrzał, lustrował mnie wzrokiem, dogłębnie. Podobnie jak ja jego. To chyba działa w dwie strony, prawda? Był zielonookim blondynem. Na twarzy, jak małe mróweczki, rozlane miał piegi, a miejsce nad prawię brwią zdobiła spora blizna. Chyba nie lubił jak się na nią patrzyło, bo gdy tylko moje spojrzenie wędrowało ku różowej kresce, ten pomrukiwał, chrząkał, nadymał usta. Ale nie tylko to było dziwne... 

  - Było coś jeszcze, co zwróciło twoją uwagę? 

        krztusi się 

  - Tak. Wraz z teczką przyniósł stosik papierów, który wylądował na brzegu stolika. Rozmowa nie trwała długo, ale hmm... Nie zdziwisz się chyba, jak powiem Ci, że i ona przewróciła mi w głowie? 

  - O czym rozmawialiście? 

  - On zadawał mi pytania. Chore, intymne, poważne i zupełnie wyrwane z kontekstu. Raz pytał z iloma facetami spałam, a następnie o ulubiony kolor, czy rzecz, która mnie przeraża. Dziwne, nie sądzisz? A jeszcze dziwniejsze było to, że nigdzie tego nie zapisywał. Nie miał też przy sobie żadnego urządzenia, które mogłoby to nagrać. Nie wiem też ile czasu tam spędziłam, a po kilkudziesięciu pytaniach zrobiłam się senna, powieki aż wrzały do tego, by się wreszcie zamknąć. No i w końcu ja zadałam pytanie... "Kiedy zakończymy ankietę?" On jedynie podsunął mi pod sam nos te świstki i kazał podpisać. Mówił coś o potwierdzeniu wzięcia udziału w eksperymencie. A wiesz co ja zrobiłam? Podpisałam, nie czytając ani jednego zdania - to było ze zmęczenia, zdecydowanie - a teraz tego żałuje. Cholernie. Ech.

  - Co się stało dalej? 

  - Dalej? Mówiłam, że będzie coraz bardziej przerażająco. Obudziłam się w pokoju, zupełnie sama, a chłód muskał moje nagie stopy. Przez chwile byłam oszołomiona, zdezorientowana, a świat wokół wydawał się być rozmazany, nieczysty. Kiedy w końcu moje tęczówki uchwyciły ostrość, zobaczyłam pokój, którego ściany były w kolorze najgłębszego błękitu. Metalowe łóżko to wszystko, co się w nim znajdowało, a jego biała pościel była okropna, podobnie jak podłoga i drzwi, do których się przylgnęłam z płaczem. Darłam się, kopałam, piszczałam - bez żadnych efektów. Wydaje mi się, że były dźwiękoszczelne, czy coś tam... 

      gardło drży  

  - Przez pierwsze kilka godzin - w sumie, to sama nie wiem - siedziałam w kącie, moje ciało trzęsło się, jęczało. Pod paznokciami miałam tynk, na koszulce plamy krwi, a głowa pulsowała mi od ciszy... Kręciło mi się w głowie, prawie zwymiotowałam, a później zasnęłam, albo zemdlałam - wszystko jedno. 

  - Nie pamiętasz co się wcześniej stało?

  - Nie przypominam sobie niczego, poza tym, że trzymałam w dłoni długopis. Ech, a później obudziłam się w tym czymś... Koszmarze, który dział się naprawdę. Bałam się, cholernie, rozumiesz? Tak jak nigdy.

  - "tym czymś", czyli? Sprecyzuj to.

     kręci, przekręca, wierci 

  - Zakład, ośrodek, ludzka rzeźnia, psychiatryk o zaostrzonym rygorze? Tak, to są dobre określenia. Pokrótce, dowiedziałam się o wszystkim. Znali mnie od początku, śledzili każdy ruch, obserwowali w pracy i w domu. Potrzebowali kogoś takiego jak ja. Młodą, zdrową osobę, nie radzącą sobie z problemami dorosłego świata, która popadała w śladową, a jednak doskwierającą depresje. Wiesz, oni się do mnie uśmiechali. Nazywałam ich szaleńcami, albo Panami Snów.

  - Dlaczego?

  - Bo w projekcie właśnie o nie chodziło. Badali różne zjawiska spowodowane snami. Starożytne wierzenia, ciekawostki biblijne, czy legendy pochodzące z dalekiego wschodu. Chcieli dowiedzieć się wszystkiego o naszych umysłach, działaniu mózgu i symbolice pewnych elementów, nawet za wszelką cenę. Podpinali nas do różnego rodzaju urządzeń, wstrzykiwali jakieś płyny, dawali specjalne kapsułki... Każde było inne, niepowtarzalne, ale jeden szczegół powtarzał się ciągle. Specjalny narkotyk... Ale o tym później.

  - "Nas"?

  - Tak, nie byłam tam sama. Było jeszcze kilka osób. Spotykałam się czasem z nimi na korytarzu, czy przy wspólnym obiedzie, który odbywał się w każdy czwartek. Nawet zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną, Lisą. Była uroczą osobą, ale chorowała... 

  - Na co?

  - Osobowość mnoga. Czasem była królową Elżbietą, co było niekonwencjonalne. Uch, ale nie mówmy o niej... Robili badania. A raczej test. 

  - Na czym polegał? 

  - Och, każdego z nas karmili czymś innym, więc i każdy z nas musiał być poddawany innym zabiegom. Na Lisie testowali fazy snów, a właściwie jego część... Wybudzanie, elektrowstrząsy, czy nakłuwanie podczas snów. Przez co też, Lisa miała tak zwany "sen paradoksalny". Ech, biedaczka naprawdę musiała się męczyć. 

  - A co z Tobą? Co na tobie testowali?

      wdech... wydech? 

  - Symbolikę. Badali każdy skrawek obrazu, który utworzył się w mojej głowie. Były trzy przypadki, kiedy sięgnęłam szczytu, a Panowie Snów zyskali to, czego oczekiwali. 

  - Opowiesz mi o nich?

  - Ekhem. Jasne. Pierwszy sen był dziwny, wiesz? Trwał kilka sekund, zaledwie może z czterdzieści? Ech, moja matematyka... Ale był ciemny, nic w nim nie widziałam, tylko coś biegło w moją stronę. Nie przypominało żadnego ze zwierząt, które można spotkać na ziemi. Miał krzywe zęby, trójkątne uszy, ciało osła, a może psa? Łeb miało nad wyraz ohydny. Z pyska sączyła się pijana i strugami spływała wzdłuż szyi. Nozdrza poruszały się w rytmie, podobnie jak jego kopyta i rozwidlony ogon, który kołysał się we wszystkie strony. Biegł, a ja uciekłam. Nawet do końca nie wiedziałam gdzie... Biegłam przed siebie, a wcale nie ruszałam się z miejsca. Bestia była coraz bliżej. Słyszałam jej oddech, ciche warknięcia, smród wydobywający się z jego paszczy. Widziałam żółte oczy, ogromne... 

  - A później?

  - Obudziłam się, całkowicie zalana potem. Okazało się, że spałam zaledwie kilka minut - pierwsza faza snu, obłęd - a obrazy, które widziałam trwały milisekundy i powtarzał się. Wpadłam w "rytuał gracki" - tak to nazywali - a zwierze, które  mnie goniło to Set - bóg ciemności i chaosu . Ech, nigdy nie lubiłam starożytności... A oni? Oni się cieszyli. 

  - Oni?

  - No, Panowie Snów. 

   cisza 

  - Drugi był natomiast bardziej kolorowy? I nie nękał mnie tak często, w zasadzie tylko raz. Ech. Śniła mi się łąka, najprawdziwsza, porośnięta bujną polną trawą i kwiatami, a pszczoły spokojnie zbierały miód z ich kielichów. Szłam boso, zatapiając stopy w miękkich listkach, a lekki wiatr rozwiewał moje włosy. Teraz pewnie wydaje Ci się, że wszystko było całkiem normalne, prawda? A jednak... Normalność czasem jest bardziej dziwna od nienormalności. I idąc tak zieloną ścieżką zobaczyłam konia. Był śnieżno biały, bez żadnej skazy, szlachetny w swej barwie. Unikat jednak miał coś, co nie pasowało do całości. Na grzbiecie, tuż za różowym ryjem, siedział jeździec. Tylko on był ciemny, nie pasujący do mojego snu, rysowany inną kreską. Koń ruszył, a tajemnicza istota podskoczyła. Obudziłam się. Już więcej nie widziałam jeźdźca. 

  - Czy coś się stało?

  - Nie, nie... Tylko... wiedzieli. Czytając biblie natrafiasz na trzy konie, każdy w innym kolorze, każdy symbolizuje coś innego. Wiesz, że biały oznacza śmierć? Nikt się nie przejął, kiedy dwa dni po incydencie Lisa nagle zniknęła.  

    tłuczone szkło

  - Myślisz, że to było związane z twoim snem?

  - Jak najbardziej. Wierze w to.

  - A co z ostatnim twoim etapem?

  - ...

  - Nie chcesz o nim opowiedzieć? 

  - Chce, tylko mógłbyś zamknąć okno? 

  - Przecież nawet go nie otworzyłem. 

  - Och. 

   wydech
     zdecydowanie wydech 

  - Znalazłam się w domu, u mamy. Obudziłam się w łóżku, przytulając do piersi swoją poduszkę, która pachniała cynamonem i starością. Pamiętam, że się uśmiechnęłam. Wszystko wydawało się normalne, jakby to, co stało się wcześniej było złym snem. Zwlokłam się z łóżka, czując zapach porannych grzanek, które jadłam zawsze z miodem i owocami. Zbiegłam na dół, weszłam do kuchni i wiesz co? Wszystko było w najlepszym porządku. Stół, krzesła i zegar w kształcie koguta, który stał na lodówce, jakby nic się nie zmieniło, jakbym cofnęła się w czasie. Przy kuchni stała moja mama - tyłem, więc nie mogłam zobaczyć jej twarzy, a strasznie tęskniłam - kazała mi usiąść. Głos miała inny, chropowaty, oschły, a ja... ja zrobiłam, jak powiedziała. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że wszystko powróciło na swoje miejsce. Wgapiałam się otępiałym wzrokiem w bujne blond włosy matki, nie myśląc o tym co się stało... A potem...

  - Co się stało?

     drży 

  - Wiesz, zdałam sobie sprawę z tego, że to nie moja matka. 

  - Moja mama nigdy nie mówiła do mnie "Natusiu", nie ma blond włosów i nie gotuje od tak kotów w garnku.  

  - I co było dalej? 

  - Odwróciła się, nie miała swojej twarzy, ta była inna. Krzywa, zlana, szpetna. Oczy wyłupiaste, podkreślone czarnymi kreskami, a język? Rozdwajał się, syczał na mnie, wystawał spod szpiczastych zębów. Oczy były czerwone. 

   łyka ślinę

  - Widziałeś kiedyś diabła? 

  - Nie. Przyśnił Ci się?

  - Czy to nie dziwne, ze Lucyfer przybrał postać akurat mojej matki? A wiesz co jest jeszcze dziwniejsze? Symbolizuje on błąd, rozpoczęcie czegoś bez zastanowienia, wstąpienie w burzliwą historię, która źle wpłynie na nasze życie, rozumiesz? Ech, to jest nadal dla mnie tajemnicą...

  - Co?

  - Sny. Podobnie jak dla nich.

  - Kogo?

  - Szalonych naukowców. 

    start

  - Dlaczego?
 
  - Cóż, dość prędko wystąpiły skutki uboczne. Wymioty, stres, ataki paniki... Sny, a raczej koszmary, też przybrały na sile, brutalności? I wszyscy wiedzieli. Pomysł spalił na panewce. Misterny plan, ogólnie wszystko, co ci ludzie wyłożyli, a należy wspomnieć, że były to zapewne grube miliony, okazało się bezużyteczne. Dulcis Somniabunt - wspomniany wcześniej narkotyk, o wdzięcznej, choć nad wyraz ironicznej nazwie... "Słodkie sny", też coś!, nie przyjął się. Widziałam niezadowolenie w ich oczach, wzruszyłam ramionami. Po tym wszystkim myślę, że nienawidziłam tych cholernych szaleńców, mieniących się "naukowcami", najbardziej na świecie. Całym sercem i duszą? Coś w tym stylu. 

  - Co było potem?

  - Potem? Oh, wypuścili Nas. W tamtym momencie pięćset dolarów wydawało mi się tak skromną sumą, w porównaniu do tego, co straciłam i ile wycierpiałam. Bo, czy wspominałam, że koszmary trwały jeszcze przez około dwa miesiące? Minimum. Myślę... Nie, ja wiem, że nie masz pojęcia jak to jest, gdy lodowate odmęty zacieśniają się wokół ciebie, oddech ulatuje z płuc, poczekaj... On zostaje Ci wyszarpnięty!, i toniesz. Idziesz na dno, coraz szybciej, szybciej. A wiesz co jest najgorsze? Że masz wrażenie snu, błądzenia wśród myśli, a jednak... nie możesz się obudzić. Nie możesz.

  raz, dwa, trzy

  - Na czym skończyliśmy?

  - Koniec projektu, powtarzające się koszmary?

  - Ah, tak. Dobrze, kilka dni po zakończeniu wynajęłam nowe mieszkanie - poprzednie sprzedałam, za dość dogodną ceną, na przedmieściach Nowego Jorku - jak wiesz, nigdy nie byłam miastowym typem, kupiłam nawet kota - kolejnego, Filemona trzasnęło auto, biedny, miał białe łapki - tylko, poza tym cały był czarniuteńki jak bezgwiezdna noc, może przypominał mi tę otchłań, w którą wpadałam za każdym razem, gdy... Nieważne. W każdym razie, zajął specjalne miejsce w moim sercu, a ja znalazłam pracę. Nic wielkiego, kasjerka w pobliskim supermarkecie, na pół etatu, ale na potrzeby - moje i Łapki, nie byłam zbyt oryginalna w doborze imion, moje też było zwykłe, jedno z wielu, prawda? Ciągle zbaczam z tematu, aghr! O czym to ja...? A! Na nasze potrzeby, rachunki, w zupełności wystarczało. Zaczęłam na powrót cieszyć się życiem, wiesz? Było jasne, kolorowe, a wspomnienie strachu stopniowo blakło. Tylko z Mary - dziewczyną, którą poznałam na jednym z obiadów "czwartkowych", wciąż utrzymywałam kontakt, o niej nie mogłabym tak po prostu zapomnieć. Ale nic, co piękne nie trwa wiecznie, powinniśmy się tego wreszcie nauczyć. Koszmar powrócił. 

  - Jak to?

  - To był październik, bardzo chłodny i pochmurny, jeśli mogę nadmienić, niby nic specjalnego w historii Nowego Jorku, a jednak jeden dzień wywrócił całe moje życie do góry nogami. Od koszmaru "Dulcis Somniabunt", minęły dwa, jak nie trzy lata - jestem słaba w liczeniu, wspominałam? Pewnie tak... Wracając, minęło... kilkanaście miesięcy, tak będzie bezpieczniej, a ja od kilku dni zaczęłam zauważać coś dziwnego... Zaledwie cienie, niewyraźne, migoczące, a jednak pojawiające się tam, gdzie ich być nie powinno...

  trzy, dwa, jeden

  - Co masz na myśli?

  - Ktoś mnie śledził. Nikomu jednak o tym nie powiedziałam, nie chciałam wyjść na paranoiczkę - nie w tych czasach... ludzie dość szybko mogą nazwać Cię wariatem, co nie? Tak. Na początku więc bagatelizowałam całą sprawę, jednak coraz śmielsze ataki, choć nieuchwytne, zasiały ziarenko strachu. A on narastał, narastał... 

  wdech
  wydech

  - Ale dobrze, przejdę wreszcie do sedna. Było zimno, mżyło, właśnie wychodziłam z pracy, stąpając po oblodzonym chodniku, gdy nagle na kogoś wpadłam. Ten mężczyzna... Twarz jedna z wielu, a jednak wydawał mi się dziwnie znajomy, jakby już raz minięty gdzieś na drodze, w pociągu? Coś z tych rzeczy. I wiesz, już odchodziłam, śpieszyło mi się - Łapka pewnie umierał z tęsknoty, lecz wtedy poczułam pewny uścisk na ramieniu. Wyrwałam się. Powiedział tylko dwa słowa: "Oni wrócili", a ja udawałam niewzruszoną, biorąc go początkowo za niespełna rozumu, nie znałam go... Kiedy jednak wymówił te inne, acz konkretne wyrazy - nazwę, która ścigała mnie dniem i nocą prze kilka lat, zapewne domyślasz się o czym mówię, zdębiałam. Otrząsnęłam się jednak szybko, udając głupią, niepoinformowaną. Może się bałam? Ktoś powiedziałby, że chwilę później odeszłam, ale nie, nieprawda... To była ucieczka. 

  pauza

  - Przed czym uciekałaś?

  - Bo ja wiem, chyba przed faktem, że - o zgrozo!, to wszystko może zacząć się od nowa, powrócić. Dziwnym trafem wiedział o narkotyku, o projekcie, to nie mógł być przypadek. Ale cóż, lubiłam bagatelizować, nie doceniać, i właśnie to dość szybko stało się moim osobistym przekleństwem...

  "może wody?"

  - Jak w każdy piątek, dwa dni po wspomnianym wcześniej "incydencie", postanowiłam odwiedzić Mary - to było naszą bezsłowną tradycją, niespisaną, a jednak praktykowaną. Chciałyśmy pożartować, poplotkować, sam rozumiesz... A może nie? To babskie sprawy. Przechodząc... Stanęłam pod jej drzwiami, zapukałam raz, drugi, i nic. Pamiętam, że zmarszczyłam brwi, wyraźniej niż kiedykolwiek - to nie było normalne. Na szczęście wiedziałam, gdzie chowa zapasowy klucz. Sięgnęłam pod wycieraczkę, weszłam do środka. I wtedy to zobaczyłam...

  - Wszystko w porządku?

  - Tak, tak, troszkę zakręciło mi się w głowię.

  cztery, pięć, sześć  

  - Zobaczyłam... krew, to chyba odpowiednie słowo, bo była dosłownie wszędzie. Na podłodze, zasłonach, jasnej kanapie... Wyglądała upiornie; do dziś męczy mnie najmniejsze jej wspomnienie. Tak bezużyteczna, zepsuta...

  chwila

  - Wszystko było powywracane, przesunięte, jednemu z krzeseł brakowało nogi - istny horror. Ale nie to było najgorsze... Przeszłam dalej, do pokoju, choć po drodze prowadziłam zawziętą walkę z chęcią natychmiastowej ewakuacji, tudzież - odruchem wymiotnym, nie znosiłam tego ostrego, lekko metalicznego zapachu, i poczułam, że opuszczają mnie wszelkie siły. Ciało Mary - okrutnie powykręcane, na wszelkie strony, ułożone pod dziwnym kątem, obite, zakrwawione... To nie była moja przyjaciółka, już nie. Raczej zbitek mięsa, obdarty ze skóry, wrzeszczący w bezdźwięcznej agonii. Ten widok... 

  sześć, pięć, cztery

  - Dobrze się czujesz? Możemy dokończyć jutro...
 
  - Nie, nie! Dam radę... Po prostu, jeszcze tragiczniejszy okazał się widok jej oczu. Puste, wyjałowione, niemal czarne - tęczówka zlała się z źrenicą, jestem pewna, że w chwili zaczerpnięcia przez nią ostatniego oddechu - musiało opuścić je życie. Na zawsze. Nie wytrzymałam, zwymiotowałam. Bóg mi świadkiem, że leżałam na tej zabrudzonej podłodze dość długo, rycząc, dopóki coś nie rozbiło się w pokoju obok, może wazon? "Ktoś tu jest", pomyślałam spanikowana, adrenalina wzięła górę, więc nie zastanawiając się dłużej, wstałam i wybiegłam. Jakby mnie, co najmniej, stado wściekłych diabłów goniło! Czy jak to się mówi... Bardzo szybko wpadłam w tę ciemną, krwiożerczą noc; świat zawirował. Upadłabym, gdyby nie On... mężczyzna, spod sklepu, kojarzysz? Krzyczałam, płakałam, a On trzymał mnie mocno, tak blisko, że przez chwilę poczułam się nawet bezpieczna, jednakże słodka niewiedza nie trwała zbyt długo. Opowiedział mi wszystko, o tym, że sam brał udział w projekcie, że przeżył, został wypuszczony, jednak coś poszło nie tak... Zbyt dużo osób, nie mówię tu o sobie czy o Nim, ale... zaczęło szaleć, dopuszczać się przestępstw, nieraz krwawych zbrodni. Powód był jeden: Nie mogli zasnąć, narkotyk zadziałał zbyt mocno, wprowadził nieodwołalne zmiany w ich organizmie, zesłał agresję... A ludzie, ludzie zaczęli zadawać pytania. Szukali przyczyn, to naturalne, zwłaszcza, gdy tyle osób w kraju zamienia się nagle w wariatów, swoistych sadystów, morderców, latających z siekierą po podwórku... Szukali winnego. I nie mieli prawa go znaleźć, to wbrew zasadom - pieniądza, całego tego brutalnego, wyższego biznesu, gdzie każda pomyłka może kosztować życie... Nasze nie miało większego znaczenia. Nie próżnowali więc - wynajęli płatnych zabójców, co by zrobić porządek, pozbywając się ostatnich śladów, niedociągnięć po brudnej robocie. Dopadli Mary, ja miałam być następna. Zabawne, prawda? 

  kolejny łyk

  - Co zrobiliście?

  wzrusza ramionami

  - Uciekliśmy. Po wszystkim, siedząc tu, myślę, że miałam sporo szczęścia, bo to akurat mnie znalazł Maxi. W końcu, byłam młoda, zaledwie dwudziestoparolatka, nie chciałam umierać... Nie w ten sposób. Egoistycznie? No nie patrz tak na mnie, życie zmusza Nas niekiedy do gorszych, bardziej makabrycznych czynów, myśli, uwierz. Ale dobrze, więc uciekliśmy, tylko Ja i On - trochę jak w tych oklepanych opowieściach o wiecznej, zakazanej jednak wcześniej, miłości, co? Nie martw się, w tym przypadku, nie było aż tak trywialnie. Wracając... zostawiłam mieszkanie, Łapkę - choć koty zawsze obdarzały mnie bezbrzeżną miłością, ja nie potrafiłam kochać ich wystarczająco mocno, wszystko, co znałam i kochałam, znowu... Wylądowaliśmy na jakimś odludziu, Teksas? Ważne, że mimo października było tam ciepło, i noce spędzone w opuszczonych domach, czy pod gwiazdami, ramię w ramię, nie były tak druzgoczące. Żyliśmy - jak rozbitkowie, uciekinierzy, wciąż w ruchu, brnęliśmy do przodu, nie oglądając się wstecz. A z upływem kolejnych tygodni przyzwyczajałam się coraz bardziej. Do twardej ziemi, smaku konserwy, chleba, łyku butelkowanej wody, jego uścisku, w którym było tak wiele ciepła, a zarazem zimna i brutalności, że nie wiedziałam, czy powinnam uciec, a może zostać. Wiesz... Każdy z Nas był ścigany przez własne demony, koszmary jakby powróciły, staliśmy się nieczuli, bez serca? A jednak pragnęliśmy bliskości, zapewnienia, że wszystko, co znaliśmy, nie odeszło. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy po jednym, z powtarzających się wciąż koszmarów - jakieś odludzie, martwi krewni, nieistotne, płaczącą, utulił mnie do snu. Potem objął wciągu dnia, wreszcie - pocałował. Ten płomień zapłonął, roztlił, na chwilę? Seks był szybki, zainicjowany niemal w zwierzęcym odruchu, rozbujany. Przynosił zapomnienie, ukojenie - w strachu, odcięciu, to wszystko.

  - Na pewno?

  kiwa głową
  siedem, osiem, dziewięć

  - Po wielu miesiącach, znowu nie pamiętam ilu, powiem tylko, że wszystko, co zaczynało się od "gdy Cię poznałam", a kończyło na "my", stało się rutyną. Nawet nasze zbliżenia, to chyba normalne, tak? Mieliśmy swoje potrzeby. Brzmię okropnie, prawda? Przywykłam... Choć Maxi wciąż widział dla mnie nadzieję, często powtarzał, że chce widzieć mnie szczęśliwą, bez trosk, zmartwień... Też tego chciałam, wiesz? W każdym razie... W końcu byłam wolna, wszelkie intrygi zostały wyciągnięte na światło dzienne, kroki podjęte - nie powiem, że FBI pracowało nad tą sprawą krótko i dostatecznie dobrze, bo musiałabym skłamać, w końcu dopiero po jakimś czasie odkryli zależności między znikającymi obywatelami, a "napływem" wariatów, ale nie mogłam się gniewać... To był koniec. Mogłam zacząć od nowa. Radosna.

  - "Mogłam?"

  histeria

  - Czy Maxi był rad, widząc Cię szczęśliwą? 

  - Byłby... jestem pewna, że tak, gdyby tylko nadal żył.

  cisza

  - Co się stało?

  zagryza wargi

  - Pomoc przybyła po czasie, wbrew pozorom nie byliśmy ostatnimi z "ocalałych", służby porządkowe działały po kolei, Nas znaleźli ociupinkę za późno...

  - Chcesz o tym opowiedzieć? 

  dziewięć, osiem, siedem

  - Chyba nie, akurat tę część zachowam dla siebie. Nie cierpiał zbyt długo, jeśli to ważne... Ja nie cierpiałam, widząc go takim. Buchnęły płomienie, i już!, ostatni sekret zabrali do grobu, a Jego wraz ze sobą. I wiesz, czasem mi go brakuje, mimo tego jak irracjonalnie potrafił się zachowywać - najpierw robił, potem myślał, bo dochodzę do wniosku, że gdybyśmy spędzili ze sobą dostatecznie dużo czasu... Gdybyśmy spotkali się w innym miejscu, w innych okolicznościach, może nie jako Natalia i Maxi, ale jako... O! John i Gabriela, zawsze chciałam mieć tak na imię, jest ładne, choć proste, i kojarzy mi się z aniołami..., którzy założyli rodzinę i wiedli spokojne życie, na małej farmie z gromadką kotów, które tak bardzo kochała moja mama, mogłabym Go... pokochać? Bardzo mocno i zapalczywie. A może już to zrobiłam? Kiedyś? Nie wiem, nie pamiętam...

  tss tssss. "siostro, proszę wyłączyć taśmę"
  mruga


  - Przepraszam, który dziś mamy?

  - Siódmy sierpnia, to jest piętnasty dzień twojego pobytu w naszym zakładzie.

  dziesięć?

  - Oh, rzeczywiście. Straciłam rachubę.

  STOP

  
  - Wiesz, że znowu opowiedziałaś tę samą historię?
  - Wiem, lubię ją. 

  Szukam!
 
* * *

Od autorek: Witojcie, ludziowie. Z tej strony Marcia po raz kolejny? Wiem, że się nie cieszycie. No ale... macie moje coś, które stworzyłam z Edytką (oczywiście jej część lepsza, żal - talent jeden) Ech. A sam OneShot? Trochę dziwaczny, inny, ale bardzo fajnie nam się go pisało <3 (szczególnie przez telefon XD) Marcyśka nie mogła dodać, więc jej cudo zobaczycie dopiero 21 sierpnia ^^ a teraz... mam nadzieje, że spodobało Ci się, Wiktorio. Bo według mnie jest całkiem nieźle. 
Żegnam was i do następnegoo! <3 Kocham was :*  (Edziak to cioł, hyhy) ---> Chyba TY, Paruffkomaniaku ;D
Hej, hej, słoneczka! Teraz do głosu dochodzi Edyta, hyhy. Nie słuchajcie, tego żala, o tam, u góry, jej część jest lepsza, na pewno zgadniecie która... To oczywiste ;D Choć w jednym ma rację, pisało się bardzo dobrze, szybko, ogarnięcie ;D Więc... chyba nie jest najgorzej. To... liczymy na szczere opinię, a 19-stego zapraszamy na shota Sarci <3 Kocham Was, branoc ;*

PS: Dziś mijają 3 miesiące odkąd założyłyśmy JSM *o* rozumiecie? Dziękujemy za 57 tyś wyświetleń, komentarze i motywacje <3 To naprawdę wiele dla nas znaczy <3
PS2: Konkurs na OS został zakończony  ! Dziękujemy za każdą nadesłaną pracę <3 Wyniki ogłosimy pod koniec sierpnia!
PS3: Edyta to cioł :3