Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tragedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tragedia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

{015} Cares || ''Niebezpieczne uczucie'' - Ag

Tytuł; ''Niebezpieczne uczucie''
Para; Cares ( Camila i Andres)
Gatunek; Romans, Dramat, Tragedia
Przedział wiekowy; T


Dedykowane mojej Natalce i Marcie <3

- Czasami wolałabym, abyś nie przeżył tego wypadku - szepnęła, spoglądając na swojego narzeczonego, który od dwóch tygodni był w śpiączce. Siedziała przy jego szpitalnym łóżku codziennie, tak jakby liczyła na to, że w końcu go pokocha. Błąd. Nigdy nie kochała Sebastiana. Sebastian, nigdy nie dawał jej szczęścia. Była z brunetem tylko dlatego, bo jej ojciec tak chciał. Miała poślubić mężczyznę z dobrego domu. Jej mężem, nie mógł być pierwszy lepszy facet - tak uważał jej ojciec. Skoro ona wywodziła się z dobrej rodziny, to jej przyszły mąż musiał posiadać, dokładnie taki sam status majątkowy jak ona. - Nie kocham cię, wiesz? - tym razem słowa, które wydobyły się z jej ust, zabrzmiały bardziej stanowczo. Kiedy patrzyła na niego, z jej oczu biła czysta nienawiść. Nienawidziła Sebastiana. Nienawidziła swojego ojca. Nienawidziła swojego życia. Nie chciała być, jak jej młodsza siostrzyczka - prawdziwy ideał. Tylko problem, tkwił w tym, że jej młodsza siostra była naprawdę szczęśliwa. Miała kochającego męża, który był zakochany w niej do szaleństwa. Oni tworzyli, naprawdę szczęśliwą rodzinę - wręcz idealną. A ona? Miała za trzy miesiące, zostać żoną człowieka, którego nienawidziła i, który nienawidził jej. Sebastian też jej nie kochał. Udowadniał to każdą zdradą. Był z nią, dokładnie z takich samych powodów, jak ona z nim; bo ojciec, tak chciał. Ich związek od samego początku, to fikcja. Czysta fikcja. Wszystko, zaplanowane i ukartowane. Ślub ma być idealny. Ich życie ma być idealne. I oczywiście ma pojawić się wnuk, który kiedyś zostanie, spadkobiercą rodzinnej firmy. - I pomyśleć, że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku.
- A ty tu nadal siedzisz i udajesz idealną narzeczoną? - doskonale znała ten głos. Wiedziała do kogo należy. Nie musiała się nawet obracać, aby wiedzieć, kto za nią stoi i próbuje wyprowadzić z równowagi. Był jeszcze gorszy od jej narzeczonego i ojca. Dopiero on działał jej na nerwach. Prowokował ją, jak mało kto. - Kocie, po co to robisz? - pochylił się nad nią i opuszkiem placów dotknął jej policzka. Zawsze był pewny siebie. Zawsze wiedział czego chce. Znał swoją wartość. Widział, jak działa na kobiety, jak doprowadza je do obłędu. Nie widziała jeszcze kobiety, która przeszłaby koło niego obojętnie. Dla wielu, był ideałem. Ciemne, głębokie oczy, które były jak tabliczka ciemnej czekolady. Włosy, zawsze postawione na żelu. Czterodniowy zarost, który dodawał mu męskości i sprawiał, że jeszcze bardziej działał na kobiety. I ta cholerna pewność siebie... Był przeciwieństwem, swojego młodszego brata. Byli, jak ogień i woda. Jak deszcz i słońce. Jednak, było coś, co łączyło obu braci; bezczelność. Sebastian był bezczelny, jego brat również. Oboje, mieli ludzi za nic. Uważali się za ósmy cud świata, za najlepszą partię w Buenos Aires, a nawet w całej Argentynie. - Dobrze wiem, że go nie kochasz. - usiadł na szpitalnym łóżku i zilustrował ją od góry do dołu. A ona? Robiła wszystko, aby tylko nie spotkać się z jego spojrzeniem.
Prawda!
Jej umysł krzyczał; masz rację!
Przecież ona nie kochała Sebastiana. Nie chciała za niego wychodzić. Na samą myśl o ślubie z Sebastianem, miała ochotę się zabić. 
Nie pasowali do siebie. Ona potrzebowała adrenaliny, szukała przygody. A Sebastian? Najważniejsza była dla niego, jego kariera.
Przyszły pan prokurator i kobieta, która kocha szybkie samochody? Nie. To nie ma prawa bytu! To małżeństwo, na pewno się nie uda!
- Kocham, Sebastiana - skłamała, mimo że on doskonale wiedział, jaka jest prawda. Spuściła głowę na dół, aby ukryć łzy, które spływały po jej policzkach. Modliła się, aby nie zauważył jej łez. Nie chciała, okazywać swoich słabości. Rzadko płakała. Nie płakała nawet wtedy, kiedy przyłapywała Sebastiana na kolejnych zdradach. Po co miała płakać? Przecież, jej na nim nie zależało. Nie kochała go. Sama nawet myślała o tym, aby go zdradzić. Odwet za odwet. Skoro on ją zdradza, to ona może zrobić, dokładnie to samo jemu. I tak nie będzie szczęśliwa w tym małżeństwie. Po co ma się oszukiwać? Ona nigdy nie pokocha jego, a on nigdy, nie pokocha jej. Ale nie miłość była tutaj najważniejsza. Najważniejsze były pieniądze i szczęście jej ojca. Skoro tak chciał jej ojciec - to ona nie ma nic do gadania. Była marionetką, własnego ojca. Javier, dyrygował nią, jak chciał.
- Kocie, nie bądź żałosna - wstała gwałtowanie z krzesła i popchnęła go na ścianę. Uśmiechnął się zadziornie. Kiedy uderzył o ścianę, chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Czuł, jak napiera na jego ciało. Byli bardzo blisko siebie. Niebezpiecznie blisko. Jej nierówny oddech, delikatnie muskał jego szyję. Do jego nozdrzy, dotarł zapach jej delikatnych perfum. - Jesteś taka pociągająca, kiedy się złościsz - szepnął jej do ucha i spojrzał w brązowe oczy. Widział w jej oczach mord. Chciała go zabić. Była na niego wściekła, ale nie przejmował się tym. Uwielbiał, kiedy była zła. Zresztą, kochał kobiety, które udawały niedostępne, a tak naprawdę miały na niego, taką samą ochotę, jak on na nie. - Masz na mnie ochotę, przyznaj się. - uśmiechnął się zadziorne i zaczął zbliżać się do jej ust. Pragnął ją pocałować. Jego dłonie, zjechały na jej biodra. Obrócił ją tak, że teraz ona była oparta o ścianę. Jego usta, były coraz bliżej jej ust.
Nie wyczuł jednak, jej intencji. Kilka sekund później, poczuł dłoń na swoim policzku. Camila uciekła. A on? Mimo że dostał od niej w twarz, był jeszcze bardziej nią zachwycony. Nie przejmował się nawet tym, że wszystko działo się koło jego brata, który nadal leżał nieprzytomny.
W tej chwili postawił sobie jeden cel - chciał zdobyć Camilę, mimo że była dla niego zakazanym owocem. 

 Miała wiele tajemnic. Nikt, nie widział o niej wszystkiego. W domu udawała grzeczną, ułożoną córeczkę, a tak naprawdę była kobietą, która kochała niebezpieczeństwo. Pociągała ją adrenalina. Nie znosiła siedzieć w miejscu i nic nie robić. Nawet kolor włosów, idealnie odzwierciedlał jej charakter. Była spontaniczna, żywiołowa, brała udział w nielegalnych wyścigach samochodowych. Kochała zapach benzyny - taka właśnie była prawdziwa Camila. Tylko wśród prawdziwych przyjaciół była prawdziwą Cami. W rodzinnym domu była taką dziewczyną, jaką wymarzył sobie jej ojciec; grzeczną i poukładaną.
A jej towarzystwo? To sami mężczyźni. Na torze samochodowym poznała swoich dwóch najlepszych przyjaciół; Alvaro i Nacho. Byli jej kompanami, od dobrych paru lat. To oni sprawili, że zakochała się w samochodach, a jej największą pasją, stały się wyścigi samochodowe. Kto by pomyślał? Dziewczyna z dobrego, bogatego domu, bierze udział w nielegalnych wyścigach; dobre sobie. A najlepsze w tym wszystkim było to, że była najlepsza. Wygrywała każdy wyścig, nie miała sobie równych, a każdy facet na dźwięk jej imienia, uciekał i rezygnował z wyścigu.
Dźwięk silników. Zapach benzyny. Adrenalina. Niebezpieczeństwo. Właśnie znalazła się w niebie. Była w raju. Tor, gdzie trenowali, przed nocnymi wyścigami był jej prawdziwym domem. Tylko tutaj czuła się szczęśliwa. Związała swoje długie, rude włosy, usiadła na betonowym murku i zaczęła podziwiać, jak jej przyjaciele, trenują przed dzisiejszymi zawodami. A ona? Dzisiaj, po raz kolejny chciała pokazać, kto jest najlepszy. Jedna kobieta i trzynastu mężczyzn. Kto wygra? Wierzyła, że po raz kolejny, ona okaże się najlepsza. Od dwóch miesięcy była niepokonana. Teraz też tak będzie. Zapisze na swoim koncie, czternaste zwycięstwo. Tylko, kiedy wsiadała do ukochanego samochodu, była pewna siebie. Tylko wtedy, wiedziała czego chce. Za kółkiem, czarnego BMW, czuła, że może osiągnąć wszystko. Samochód był jej najlepszym przyjacielem. Czarna maszyna, zastępowała jej ojca.
- To jak, zapiszesz dzisiaj na swoim koncie czternaste zwycięstwo? - Nacho usiadł koło niej i przytulił ją mocno do siebie. Camila położyła głowę na jego ramieniu i mocniej wtuliła się w przyjaciela, który był dla niej, jak starszy brat. Nacho i Alvaro byli zupełnym przeciwieństwem, jej narzeczonego; silni, wysportowani, męscy, pewni siebie - jak dla niej idealni. Ale to byli, jej najlepsi przyjaciele. Nic więcej. Ona nadal czekała na mężczyznę, który przyjedzie po nią granatowym Lamborghini i przeżyją razem, niebezpieczną przygodę. 

Nocą Buenos Aires, było jeszcze piękniejsze niż zza dnia. Żaden z mieszkańców, nie był świadomy tego, co działo się tutaj, kiedy na niebie pojawiał się księżyc. Nie słyszeli warkotu silników, nie czuli zapachu benzyny. Kto by pomyślał, że słoneczna stolica Argentyny w nocy może być, aż tak niebezpieczna.
Dojechała do linii mety. Pokonała kolejnego faceta. Po raz kolejny dojechała do mety, jako pierwsza. Został już jej tylko finał. Ona i tajemniczy nieznajomy. Nie wiedziała z kim zmierzy się w finale. Wysiadła z samochodu...
Nagle...
Wszystkie, maszyny ucichły.
Każdy facet, skierował swój wzrok na nią. Nikt, nie mógł, oderwać od niej wzroku. Swoim wyglądem sprawiła, że każdemu zaczęło brakować powietrza. Długie, rude włosy. Czerwone, jak krew usta. Czarne, skórzane spodnie. Wysokie szpilki, które nie przeszkadzały jej w prowadzeniu samochodu. Czarny podkoszulek i tego samego, koloru skórzana kurtka - wyglądała obłędnie. Nocą, w ogóle nie przypomniała dziewczynki z dobrego domu, która studiuje prawo. Zza dnia była idealną studentką, a nocą zakładała skórzaną kurtkę, wsiadała do samochodu i brała udział w nielegalnych wyścigach.
- Gotowa na kolejne zwycięstwo? – obróciła głowę i ujrzała Alvaro, który z założonymi rękami, stał oparty o maskę, jej czarnego samochodu. Uśmiechnęła się do niego czarująco i podeszła bliżej. Gdyby nie fakt, że jest jej najlepszym przyjacielem, pewnie by się w nim zakochała. Brunet, kilkudniowy zarost, brązowe oczy, które hipnotyzowały, każdą kobietę i ten najważniejszy aspekt – kochał, szybkie samochody. Dokładnie, tak jak ona. – Wygrasz dzisiaj? – przyciągnął ją do siebie, a ona dzięki temu, mogła jeszcze lepiej poczuć, woń jego niesamowitych perfum. – Gdyby nie fakt, że kocham cię jak siostrę, to pewnie bym cię poderwał – zaśmiał się i uderzył ją w ramię.
- Wygram, zobaczysz – odpowiedziała pewnie i oparła się o maskę samochodu, który był największą miłością jej życia.  Na dzień dzisiejszy żaden facet, nie miał prawa się równać z jej samochodem. – Wiesz, z kim się zmierzę?
- Nie mam pojęcia – westchnął i przyciągnął Camilę do siebie tak, że stała teraz naprzeciwko niego. – Nie ważne z kim się zmierzysz i tak wygrasz.
- Gotowa? – koło dwójki przyjaciół pojawił się Nacho, który trzymał w ręku kurtkę dziewczyny i jej skórzane rękawice. – Wyścig, czas zacząć – pomógł ubrać przyjaciółce kurtkę, a na jej drobne dłonie nałożył, czarne jak węgiel rękawice. – Mała, wygrasz dzisiaj, wierzę w ciebie.
- Chłopaki, świętujemy dzisiaj! - powiedziała pewnie i wsiadła do swojego samochodu, który dzisiejszego wieczoru, miał pomóc wygrać jej, czternasty wyścig w karierze.

- Cholera, jasna! - krzyknęła wściekła. Wyszła z samochodu i z całej siły trzasnęła drzwiami. - Nie, to niemożliwe! Nie wierzę, ja po prostu w to nie wierzę! - zdenerwowana, kopnęła nogą w oponę samochodu, a swoje czarne rękawice, rzuciła na ziemię. Jej delikatna twarz, przybrała teraz odcień czerwieni. Nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie stało; przegrała swój pierwszy wyścig. Była na siebie wściekła. Była zła na swój samochód, który w najważniejszym momencie wyścigu, odmówił jej posłuszeństwa. Jak to się stało, że przegrała wyścig? Przecież ona, nigdy nie przegrywa. Zawsze wygrywa. 
- Przegrałaś. Tym razem, ja okazałem się lepszy - zamarła, kiedy usłyszała ten głos. Nie! To nie możliwe, aby ona przegrała z nim. On? Naprawdę? Bała się odwrócić. Obawiała się, że kiedy obróci głowę, sen okaże się prawdą, i stanie największym koszmarem. Jak to możliwe, aby on brał udział w nielegalnych wyścigach? Nie, to nie możliwe. - Co ty na to, abyś to ty była moją wygraną? - podszedł do niej bliżej, objął w pasie i przyciągnął do siebie. Znowu poczuła perfumy, które doprowadzały ją do obłędu - działał na nią. Działał, jak cholera. Kiedy był blisko, nie potrafiła się skupić. Był czarujący, przystojny i kochał samochody. Był ideałem? Nie! Jak najszybciej, odegnała od siebie tą myśl. Nie mógł jej się podobać. Straszy brat jej narzeczonego? Śmieszne. Nawet, bardzo śmieszne. 
Nie czekając na jego dalsze ruchy, z całej siły uderzyła go w brzuch i wyrwała się z jego silnych objęć.
Okazał się szybszy. Chwycił ją za nadgarstek i znowu przyciągnął do siebie. Uśmiechnął się zadziornie, kiedy jej usta były blisko jego ust. Widział przerażenie w jej oczach. Bała się. Zaznała strachu. Po raz pierwszy w życiu, czegoś się bała. Obawiała się mężczyzny, który jej się podobał. Podobał się, jak cholera. 
- Uwielbiam, kiedy się złościsz - wyszeptał wprost do jej ucha, a przez jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Nagle poczuła, jak w jej brzuchu latają motyle. Dziwne uczucie? Jak dla niej, bardzo dziwne. Nigdy, czegoś takiego nie czuła. Przy Sebastianie, nigdy nie poczuła czegoś takiego.  - Wiesz, że nasz związek byłby niebezpieczny, tak bardzo, jak nasz dzisiejszy wyścig? - szepnął do jej drugiego ucha. A ona czuła jak się topi. Rozpływa się pod wpływem jego głosu, czarującego uśmiechu. W tej chwili, robił z nią, co chciał. Poddała się. Nie potrafiła się mu sprzeciwić.
Delikatnie musnął jej usta.
Oddała pocałunek.
Poczuła, dokładnie taki sam przypływ adrenaliny, jak podczas każdego wyścigu. On nią kierował. Ona była samochodem, a on był jej kierowcą. Był jej panem. Nagle, stał się jej właścicielem. Stała się jego maszyną. Tylko jego.
- Kocham niebezpieczeństwo, a ty? - spytał, kiedy oderwał się od jej krwistoczerwonych ust. Nie spuszczał z niej wzroku. Swoją urodą, przyćmiła nawet jego samochód. Była dla niego idealna. Idealna. 
- Uwielbiam, kiedy robi się niebezpiecznie - powiedziała cicho. Była pewna siebie. Cholernie, pewna siebie. Nie była tą samą dziewczyną, którą widział, dzisiaj w szpitalu. Po tamtej Camili, nie zostało ani śladu. Stała przed nim zadziorna, pewna siebie kobieta. Uwielbiał takie. Nie znosił słodkich, grzecznych dziewczynek, które chodziły w kolorowych spódniczkach i były słodkie, jak wata cukrowa. Takie kobiety, przyprawiały go o mdłości. Panna Torres była inna. Zupełnie inna. Pachniała benzyną. Miała na sobie czarną, skórzaną kurtkę. Demon, nie kobieta.
Pragnął jej, coraz bardziej.

 Całuj mnie to taka piękna gra. Całuj mnie, ja ci to wszystko dam. *
Kolejne spotkanie, jeszcze bardziej niebezpieczne. Numer spotkania? Chyba dwudziesty piąty. Przestali liczyć po siódmym. Stała się, jego narkotykiem. Nagle, w niewyjaśniony dla niego sposób, stała się dla niego wszystkim. Jak to możliwe, aby on pokochał kogoś, bardziej od swojego samochodu? Cuda się zdarzają? Chyba tak. Właśnie się o tym przekonał; zakochał się. Pokochał ją. Stała się dla niego najważniejsza. Nie potrafił bez niej funkcjonować. Gdyby musiał wybierać między Camilą, a wyścigami, wybrałby; Camilę. To ona od kilku dni nadawała jego życiu, jeszcze większy sens. Była jego księżycem. Nie rozumiał, jak jego młodszy brat, nie mógł doceniać takiej kobiety jak Camila. Przecież ona była idealna. Perfekcyjna w każdym calu. Kochała samochody, adrenalinę, niebezpieczeństwo, bardzo często była wysmarowana czarnym smarem. Jej rude włosy, pachniały benzyną. Idealna.
Stał oparty o maskę swojego samochodu i cierpliwie czekał, aż przyjdzie. Kolejne spotkanie, w tajemnicy przed całym światem. Ukrywali się przed wszystkimi. Ich romans, nie mógł ujrzeć światła dziennego. Została im tylko noce. Noce, stały się jeszcze bardziej niebezpieczne. Nielegalne wyścigi, połączone z gorącymi pocałunkami? Istne szaleństwo. Ale nadal ryzykowali. Nie rezygnowali z adrenaliny, która towarzyszyła, każdemu ze spotkań.
Nie mógł się doczekać, kiedy przyjdzie. Tak bardzo za nią tęsknił. Teraz już był pewny, że się uzależnił. Uzależnił się od niej. Jej pocałunki były jak narkotyk.
Słyszał. Słyszał jej kroki. Zbliżała się do niego. Była coraz bliżej. Ale coś mu się nie podobało. Nie wyczuł zapachu benzyny. Jego Camila, podczas spotkań z nim, zawsze pachniała benzyną.
Podeszła do niego. Miała załzawione oczy i cała się trzęsła. Coś było nie tak; przecież jego Camila nie płacze. Jego Camila jest silna, nie wie, co to strach i doskonale wie, czego chce.
- Kocie, czemu płaczesz? - spytał i zamknął ją w swoich ramionach. Wyglądała, jak mała bezbronna myszka, która ucieka przed wielkim kocurem. Stała przed nim, biedna, wystraszona dziewczynka, która boi się świata. Nie miała na sobie czarnej, skórzanej kurtki, wysokich szpilek, a jej usta nie były pomalowane na czerwono. Jego Camila gdzieś zniknęła. Pragną odzyskać swoją Cami. Podobała mu się nawet w tej kwiecistej sukience, którą miała na sobie, ale chciał, aby stała przed nim, ta pewna siebie kobieta, która skradła jego serce.
- Sebastian się obudził, jeśli dojdzie do siebie, za miesiąc bierzemy ślub - wyszeptała łamiącym się głosem. Rozpłakała się i mocniej wtuliła w Andresa. Nie chciała tego ślubu. Nie chciała wychodzić za człowieka, którego nie kochała. Nie czuła do Sebastiana nic. Kompletnie nic. To Andres skradł jej serce. Teraz była tego pewna. To z nim pragnęła być, ale zdawała sobie sprawę z tego, że ich związek nie ma prawa bytu. Jej ojciec, nigdy nie zgodzi się na ich związek. Nie wyrazi zgody, aby jego starsza córka, spotykała się z mechanikiem samochodowym.
Niebezpieczeństwo. Ryzyko. Strach. Adrenalina. Wszystko unosiło się nad ich głowami. Ich uczucie, stało się jeszcze bardziej niebezpieczne. Oboje, brali teraz udział w nielegalnym wyścigu. Adres był kierowcą. Camila stała się pilotem. Tylko, czy mają szansę wygrać w tym wyścigu bez poniesienia żadnych ran?
- Ja nie chcę za niego wychodzić. Andres, kocham ciebie. Tylko ciebie.
- Przysięgam ci, że zrobię wszystko, aby wygrać z twoim ojcem, moim bratem wyścig o ciebie. Wygram. Przysięgam.

Miesiąc później.

Biała suknia, długi piękny welon. Wyglądała przepięknie, jednak brakowało jednej rzeczy. Brakowało uśmiechu. W dniu swojego ślubu, nie była szczęśliwa. Jej serce, pękało na tysiące malutkich kawałeczków. Krzyczała w duchu. Płakała. Nie chciała tego ślubu. Nie chciała zostać, żoną mężczyzny, którego nie kochała. Jednak, klamka już zapadła. Nie było odwrotu. Nie potrafiła sprzeciwić się ojcu. Nie umiała powiedzieć; nie. Pozwoliła sobą dyrygować. Zgodziła się na to, aby ojciec, kierował jej życiem. Tym razem, nie wybrała niebezpieczeństwa. Musiała zrezygnować z ukochanej adrenaliny. Musiała zrezygnować z niego. Nie rozmawiali od dwóch tygodni. Od czternastu dni, nie złożył na jej szyi ani jednego pocałunku. Nie szeptał jej do ucha czułych słówek. Nie potrafił się pogodzić z jej decyzją. Nie mógł zrozumieć, czemu wybrała Sebastiana, skoro kochała jego.
Na ślub nie przyszedł. Miał zostać świadkiem Sebastiana. Zrezygnował. Nie mógł patrzeć, jak ukochana kobieta, wychodzi zza innego mężczyznę - jego młodszego brata.
Wesele, miało odbyć się wieczorem - tak zażyczył sobie ojciec dziewczyny. Jego starsza córka, w świetle gwiazd i księżyca miała  złożyć przysięgę małżeńską Sebastianowi.  
Złożyła ją. Nikt z zebranych, nie sprzeciwił się.
Została żoną Sebastiana.

Kiedy słońce śpi, a księżyc i gwiazdy oświetlają drogę.
Przebrała się w czarne spodnie, skórzaną kurtkę i wymknęła się ze swojego ślubu. Dzisiaj, odbywał się kolejny wyścig. Po raz ostatni, chciała wziąć w nim udział. Nie towarzyszył jej strach. Nie bała się  przepaści i niebezpiecznych zakrętów. Pragnęła znowu poczuć adrenalinę.  
Musiała zrezygnować z niebezpiecznego uczucia. Musiała zrezygnować z nielegalnych wyścigów. Musiała zrezygnować ze wszystkiego, co kochała; bo ojciec, inaczej widział jej przyszłość. Życie okazało się niesprawiedliwe. Cholernie niesprawiedliwe.
Poczuła to. Poczuła adrenalinę. Do jej nozdrzy, dotarł zapach benzyny. Nie widziała tylko jego. Andres nie pojawił się dzisiaj. Nie brał udziału w wyścigu.
- Daj mi kluczyki! - krzyknęła wściekła w stronę przyjaciela
- Camila, nie! Hamulce są zepsute, chcesz zginąć?!
Nie słuchała dalej Nacho. Wyrwała mu kluczyki i nie patrząc na konsekwencje, wsiadła do samochodu. Odpaliła silnik, a adrenalina, która unosiła się w powietrzy zwiększyła się.
Była w raju. Czuła się szczęśliwa. Była sobą. Robiła to, co kocha.
Jeden zakręt.
Drugi zakręt.
Trzeci zakręt.
Czwarty zakręt, jej ostatni zakręt w życiu. Wypadła z trasy, doskonale wiedziała, co się teraz stanie. 
Nie żałowała swojej decyzji. Zamknęła oczy i czekała.
Nie ukończyła swojego wyścigu. Już nigdy, nie dojechała do mety. Jej metą, okazała się śmierć.

A Andres? Kiedy dowiedział się o śmierci ukochanej, nigdy już nie wsiadł do samochodu. Kiedyś kochał samochody, teraz ich szczerze nienawidził.

*Piersi - Całuj mnie.  

Kochani, dobry wieczór!
I tak oto, Agnieszka dodała Parta, którym się skompromitowała po całości. Jest beznadziejny, to mało powiedziane. Natalko, Marciu przepraszam, że dedykuje Wam takie coś. Jestem zła i okropna wiem. Przepraszam każdego, kto psuje sobie wzrok tym czymś.
Przepraszam za błędy, poprawię je jutro. 
Zapraszam Was do konkursu.
Zapraszam także na Parta Dulce, który pojawi się 16.07

To ja już się bardziej nie kompromituję. 

czwartek, 10 lipca 2014

{014} Dienaty || "Tracę tlen'' - Kathrina


Tytuł: ,,Tracę Tlen''
Para: Dienaty
Gatunek: Dramat, Pamiętnik, Romans, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: T


Dla mojej kochanej Sary.
Za to, że jesteś, że mnie wspierasz, kiedy innych nie ma.
Za to, że jesteś moją przyjaciółką, mogę Ci ufać i bardzo Cię kocham. 
Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz.

*****

Każdy z nasz ma w swoim życiu okres czasu w którym opanowuje go smutek. Nie ma wtedy nikogo. Owijamy się w bańkę, której nie da się przebić za wszelką cenę. Chociaż nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdzieś tam, jest jeszcze ktoś komu na nas zależy. Jest taka siła, która jest niewidoczna dla oka, ale przyciąga i odciąga od nas ludzi, nikt oczywiście tego nie czuje ani nie widzi. Ona po prostu jest, sama sobie. Na niektórych również nam zależy, tak bardzo, że jesteśmy nimi wręcz zaślepieni.
Niestety los często chce, dla nas źle, wtedy trafiamy na fałszywych przyjaciół, na złe osoby, które mącą nam w głowie i psują wszystko co mamy. Mieszają nam w głowie, zmuszają do wielu złych czynów. Wykorzystują, po czym zostawiają z otwartym sercem. Na tym właśnie opiera się nasz świat.
Na bólu...

*****

Jeden dzień. 24 godziny. 1440 minut. 86400 sekund. Tak niewiele, tak krótko, ale ile można przez ten czas stracić. Można kogoś skrzywdzić. Można bezlitośnie zostawić. Pogardzić nim. Dać się poddać.
Dać odejść. Świat jest niesprawiedliwy. Czasami czujemy, jakbyśmy truli się tym cholernym powietrzem. Jakbyśmy tracili tlen. Ten cenny, niezbędny do życia. Nie chcemy dopuścić do siebie tego, że możemy już nigdy nie być blisko tej osoby...

*****

Samotność.

13.04.2014r.
W zaufaniu...

Sama, ale nie samotna. Ironia losu pędzi ironię. Tęsknię za starym życiem, za rodziną. I tak nigdy nie będzie tak samo, wierząc w to, pokazuje swoją głupotę.


Tęsknota.

18.07.2014r.
Zrobić na przekór...

Zemścić się na świecie, zapomnieć o tym co było. Iść przed siebie, bez różnicy co będzie, ile dni zdołamy tak przeżyć. Tańczyć w deszczu, słuchać tylko wiatru, uciekać...


Przeszłość.

23.10.2014r.
Umieranie...

Ten moment w którym wszystko powraca, ze zdwojoną siłą. Chociaż chcemy zapomnieć, nie możemy. Nasz mózg do tego wraca. Umieram w tym świecie...


Powroty.

02.11.2014r.
Kuszenie...


Wzloty i upadki dnia codziennego. Męczy i dręczy. Wierci tak zwaną ''dziurę'' w brzuchu. Nie umiesz podjąć decyzji, psują Cię. Nie mam już pojęcia co robić z życiem.


****

Wcześniej - Styczeń 2014 roku.


Spokojnie siedziała wpatrując się bezradnie w chmury. Czekała spokojnie na ukochanego. Czas gnał jak dziki. Ukochany natomiast nie pojawiał się. Zrywała kolejne kwiaty, które kwitnęły tuż przy kocu, na którym spoczęła. Wykonywała kolejne połączenia do Diego, a jej serce biło mocniej z każdą sekundą, która wybijała na zegarze. Tik, tak, tik, tak. Zaczęła słyszeć ciche głosy w swojej głowie, niepokoiła się. Zawsze wydawało się, że tworzą idealny związek, ale chyba jej zmysły, tak jak i reszta otaczających jej ludzi miała rację. On nie był dla niej? Zimny drań, cwaniaczek chodzący w skórzanej kurtce, którego nie obchodzili inni, ale fakt, że ten drań tak bardzo na nią działał i był cholernie przystojny wygrywał. Miał przewagę nad Natalią. Jego perfumy stawały się uzależnieniem dla dziewczyny. Mogła chłonąć je całymi dniami, leżąc przytulona do jego ramienia. To było magiczne. W sumie, to była nim zaślepiona. Nie wiedziała co było tego powodem, ale tak się działo. Gdy tylko zobaczyła Hiszpana, coś w środku pękało, chciało jej się skakać ze szczęścia. Znów to robił. Pogrywał jej uczuciami.
Umiał czarować, chociaż nie był czarodziejem.
Był. A jednak nie. Był. Tworzył magię z jej delikatnych uczuć. Nadal czekała na cholerną wiadomość, która nie chciała przychodzić. Uporczywie sprawdzała, raz po razie, czy oby na pewno miała dobry zasięg.
Wszystko grało. Znów ją wystawił. Był wobec niej okrutny. Nawet nie rozumiał ile takie spotkania dla niej znaczą.
Halo? Jest tu ktokolwiek? 
Nie chciała wierzyć, że on mógłby ją notorycznie oszukiwać. Wciskać słodkie kłamstwa, później kazać tańczyć jak jej zagra. Jej myśli wirowały.
Kolejne godziny, kolejny dzień.
Znów byli umówieni, znów nie przyszedł. Zaczęły się podejrzenia. Cholerna zazdrość, która przysłaniała jej oczy i zakrywała trzeźwe myślenie nad całą sytuacją. Zbiegła po schodach na dół, o mało co nie zabijając się. Złapała kurtkę i kluczyki od samochodu po czym pośpiesznie ruszyła w stronę domu Hernandeza.
Całą drogę nie mogła się skupić. Przejechała na czerwonym świetle, o mało nie potrąciła dziecka wchodzącego na pasy. Była chodzącym kłębkiem nerwów. Chciała dowiedzieć się prawdy o chłopaku, ale jednak się jej bała. Mijała powolnie kolejne uliczki. Niemiłosierny czas. Podjeżdżając pod dom ukochanego przejrzała się jeszcze raz w lusterku, zobaczyła w swoich oczach wściekłość. Wyjęła paczkę tabletek z torebki i powoli połknęła jedną, a następnie kolejną.
Żegnaj delikatności. Witaj rzeczywistości.
Nacisnęła klamkę od drzwi domu. Wparowała szybko do środka. W kuchni zastała siedzącego Diego. Niezauważenie spojrzała na niego i przysłuchała się rozmowie, którą właśnie toczył z kimś przez telefon.
-Tak, tak. Dzisiaj wieczorem? Tylko musimy być dyskretni nikt nie może się dowiedzieć o naszym spotkaniu. Dobrze. Będę.- W tym momencie nie pozostało jej nic oprócz wbijanego noża w plecy. Całe jej ciało było rozpalone. Ledwo co trzymała się na nogach, ale musiała silnie podejść do sytuacji.
-Natalia.. Co Ty tu robisz...?- Zawahał się gdy tylko ujrzał ją w progu.
-Powinnam zadać lepiej pytanie, co to wszystko ma znaczyć. Okłamywałeś mnie przez ten cały czas i jeszcze dajesz radę patrzeć mi w oczy? Jak mogłeś. - Poczuła jak pojedyncza łza spływa po policzku. Nie dała jej jednak popłynąć przez całą twarz, tylko zgrabnie otarła.
-Słowiku, to nie tak jak myślisz. - Złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Tak głęboko jakby miał w nich zobaczyć jej duszę. - I've been feeling everything, from hate to love. From love to lust, from lust to truth
I guess that's how I know you. So I hold you close to help you give it up.*- Wiedział jakie słowa nadal na nią działają. Wiedział co zrobić, aby mu wybaczyła. Gdzie dotknąć, co powiedzieć, co zrobić w danym momencie. Tak jakby miał instrukcję obsługi brunetki.
To już nie działa, kochanie.
Przypatrzył się jej ustom, przyłożył do nich palca, tak jakby kazał nie używać żadnych słów. Dotknął jej podbródka palcami i nachylił się do pięknych, pełnych ust, jednak dziewczyna oparła się urokowi.
-Nie jestem tak słaba jak inne.- Powiedziała złośliwie po czym wyrwała się z uścisku i opuściła dom, trzaskając drzwiami.
Chłopak oparł się o ścianę po czym powolnie po niej opadł. Zatopił głowę w kolanach i zaczął swoje melancholijne przemyślenia. Każde bolało coraz bardziej. Jak żyć w bezsilności? Gdy każdy kolejny dzień jest bardziej przygnębiający od poprzedniego...


****

13 Listopada 2014 rok


Światło rażące jej twarz, oczy już łzawiące od ciągłego przyglądania się nastawionej na nie lampy. Już wiedziała, że to koniec.
-Co wiesz o śmierci Diego Hernandeza z dnia 21 marca 2014 roku?- Pytała policjantka po raz setny na przesłuchaniu. Nigdy nie sądziła, że skończy aż tak marnie. Siedziała na komisariacie i była pytana o śmierć swojego byłego. 
Pierwsze oskarżenia.
-Mów!- Krzyknęła centralnie nad uchem Natalii. - Czy to Ty przecięłaś hamulce w jego samochodzie, przez co spowodował wypadek wpadając w przepaść? Mów! 
-Nic nie wiem. - Zaprzeczała wszystkiemu co się jej mówiło. 
,,Czy jest tam ktoś, bo tu coraz trudniej i trudniej oddychać...'' **
-Mów prawdę, bo zaczniemy używać drastycznych środków.
-Ale gdy ja jestem niewinna! - Krzyknęła.
-Dobrze, odprowadźcie dziewczynę. Masz dwadzieścia cztery godziny przerwy, później masz się tu stawić i spróbujemy od nowa zrobić przesłuchanie. 
Dwóch mężczyzn rozpięło kajdanki, uwalniając już czerwone ręce dziewczyny, po czym odstawili ją pod dom.
Pościg o wolność.
Zatrzasnęła drzwi po czym zamknęła je na klucz. Pobiegła do swojego pokoju, zabrała wszystkie zdjęcia, które w nim leżały. Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę, którą podpalała powolnie fotografie. Oparzała swoje ręce raz po razie, ale czuła, że nic jej już nie może zranić, żaden ból nie był tego warty. 
Już jutro zostanie skazana, już jutro ją zabiorą. 
Była winowajczynią. 
Zemsta jest słodka, ale nie zawsze popłaca. Była nawet na pogrzebie chłopaka, ale stała z dala. Dopiero gdy wszyscy odeszli podeszła i pochyliła się nad miejscem w którym był pochowany. Zapewne jej widok był żałosny. Pragnęła ponownie odwiedzić cmentarz. Zebrała siły w sobie i wyruszyła. 
Miejsce bólu i prawdy.
Znów pochyliła się nad nagrobkiem, dokładnie jak w dniu pogrzebu. Przypomniała sobie teraz jego twarz, zapach, ciepło. Wszystko to, o czym nie pamiętała gdy była zaślepiona zemstą. 
Życie pozagrobowe. 
Nie chciała skończyć za kratami, nie oglądając tego piękna, które dzieje się na świecie. Musiała coś zrobić. Usiadła na ławce koło grobu Hernandeza, po czym wyjęła z kurtki scyzoryk. 
Jeden ślad, dwa ślady. Zawyła z bólu. 
Początek końca.
Opadła na ziemię. Straciła cały tlen z płuc. Jej ciało po kilku godzinach przybrało inny kolor. 
Inny świat.
Teraz była już po drugiej stronie. Mogła jako duch oglądać swoje ciało. Mimo wszystko nie mogła już powrócić. Ktoś stanął koło dziewczyny. Już jako cień. Podał jej niewidzialną dłoń i wspólnie ruszyli ku zachodowi słońca, po schodach do bram.
Stare uczucia ożyły na nowo, chociaż ciała były martwe.

***************************************************************
Hej kochani! Jeju, mój pierwszy One Shot, szczerze to myślałam, że się nie wyrobię Ciutkę się denerwuję, ale już po wszystkim, na szczęście :3 Mam nadzieję, że Wam się spodobał, chociaż nie był za radosny :c
Ale cóż, czasami tak w życiu bywa. Mam nadzieję, że macie wspaniałe wakacje :)) Mi lecą jakoś tak, wolno dość, w sumie to ich jeszcze nie czuję, poczuję zapewne w ostatnim tygodniu xd
Dobra, już kończę :D Mam nadzieję, że moja praca nie jest taka najgorsza i Wam się podoba <3

*Wszystko już czułem, od nienawiści do miłości, Od miłości do żądzy, od żądzy do prawdy. Chyba właśnie taką cię znam.Więc obejmę cię mocno, by pomóc ci się poddać. - Ed Sheeran -Kiss Me
**Maroon 5 ,,Harder to Breath''

środa, 18 czerwca 2014

{Zamówienie 001} Diemi, Leonesca || "We can't stop" - Little Liar i Alexandra Comello

Tytuł: "We can't stop"
Para: Diemi (Diego i Camila) i Leonesca (Leon i Francesca)
Gatunek: Dramat, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: K


Dla Veronici Blanco ♥

Niczym porcelanowa laleczka stojąca wśród ołowianych żołnierzyków z miniaturowymi karabinami przy boku. Z białą nóżką uniesioną wysoko do góry. Pochylona ku podłożu, ciągle tkwiąca w tej samej pozycji bez możliwości poruszenia się.
Filigranowe rączki ułożone w dostojnej pozycji po obu stronach ciała, oparte na różanej sukience baletnicy. Choć wydawać by się mogło - tiulowej, to w rzeczywistości wykonanej z cennego szkła.
Dookoła niej tak wielu ludzi, którzy mogli zniszczyć ją przypadkowym ruchem.
Życie tak delikatnej figurki wcale nie było proste, wiesz? Bo choć ona chciała, to tak naprawdę nie mogła go zmienić.
Skazana była na do końca życia na jedno. Na walkę o każdą chwilę, o każdy dzień, bo przecież tak naprawdę, kolejnego może się już nie obudzić. Ktoś może niechcący potrącić ją swoją silną dłonią i przewrócić. A ona wtedy potłucze się na miliony kawałeczków, których nikt nigdy nie da rady skleić w całość.
I ona już się nie odrodzi.
Wiesz, że Camila miała tak samo? Kiedy patrzyła na swoją ukochaną laleczkę stojącą na drewnianej półce, widziała samą siebie. Potężne żołnierzyki należały niegdyś do jej brata, którego nie widziała już jakieś pięć lat. Czy tęskniła?
A czy można nie tęsknić za towarzyszem zabaw z dzieciństwa? Za taką osobą, w której ramię mogłeś się wypłakać i zapomnieć o swojej ciężkiej doli, którą niestety miałeś okazję prowadzić?
Bo wiesz, on był przy niej zawsze. Odkąd przyszła na świat. Stała się jego oczkiem w głowie po tym wypadku, który diametralnie zmienił jej życie. Od tamtej pory już nic nie było takie samo.
Ale teraz go przy niej nie było. Zdajesz sobie sprawę, jak cholernie mocno jej go brakowało?Chciała znów go zobaczyć. Chciała, żeby znów ją do siebie przytulił i otarł łzy z jej policzków. Żeby szepnął do jej ucha chociaż te głupie, tak bardzo oklepane słowa - „Będzie dobrze”. I choćby to było jednym wielkim kłamstwem, to dałoby jej nadzieję choć na chwilę.
Ciężko żyć ze świadomością, że jesteś pokłócony ze swoją jedyną rodziną. A poszło o taką błahostkę... Wyjechał i zostawił ją samą, choć wiedział, że sama nie da sobie rady. Zostawił chorą siostrę na pastwę losu. Ktoś by powiedział, że nie ma serca.
Ale jego serce odeszło wraz z jego rodzicami. Przynajmniej jego część.
Druga została w środku. Ale zamarzła. Potrzebowała ciepła, aby na nowo zacząć kochać prawdziwą miłością.
A ona tęskniła. Nikt nie wiedział, że płakała po nocach, a rano nakładała na siebie grubą warstwę makijażu, aby ukryć te koszmarne cienie pod oczami.
Cierpienie było nieodłączną częścią jej życia. Miała wrażenie, że nie wytrzyma już długo. Że odejdzie niezauważona, jeśli nie przez chorobę, to przez własną głupotę czy choćby nieszczęśliwy wypadek.
A wiesz, że żyła dla jednej osoby? Domyślasz się dla kogo?

Obraz za oknem doskonale odzwierciedlał to, co działo się w jej wnętrzu. Ciężkie krople spadające z nieba rozbijały się o betonowe chodniki i ulice. Na trawniku po drugiej stronie drogi leżał czarny, bezdomny pies, który tak bardzo lubił deszcz. A ona? Ona też go lubiła. Mogła wtedy w spokoju zastanowić się nad swoim życiem. Mogła po prostu pomyśleć.
Siedziała na wiklinowym, bujanym fotelu i wpatrywała się w świat za szybą.
Ten dzień był inny. Nie tylko przez pogodę, która zmieniła się tak nagle - w końcu jeszcze wczoraj wieczorem było tak gorąco, że z trudem dało się wytrzymać. Ten dzień był zupełnie różny od reszty. Dla innych byłby to powód do świętowania... Ale nie dla niej. Dla niej to był najgorszy dzień w całym roku.
Usłyszała kroki. Ktoś zbliżał się w jej kierunku. Odgarnęła brudne włosy do tyłu.
Klęknął obok niej. Ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w policzek.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, kochanie - powiedział.
Spojrzała na niego.
- Mówiłam, że nie chcę, żebyś mi o tym przypominał - rzekła cicho.
Położył rękę na jej kolanie i spojrzał jej głęboko w oczy.
Tak bardzo ją kochał. Jego serce krajało się gdy patrzył jak ona cierpi. Ból przeszywał go na wskroś, kiedy widział łzy w jej oczach. Chciał wziąć cały ciężar jej życia na siebie, byle tylko ona w końcu była szczęśliwa, wiedział jednak, że nie jest to możliwe.
- A ja mówiłem, że ci przypomnę - odparł. - Camila, dzisiaj są twoje urodziny...
- I jego też - przerwała mu.
Jakby nie mogła przyjść na świat dzień później. Albo on. Ale przez cholerne zrządzenie losu urodzili się w tego samego dnia, on rok wcześniej. Może to dlatego byli tak do siebie przywiązani?
- Ale Camila, jego już nie ma.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Jak możesz tak mówić? On jest, tylko gdzieś daleko i jeszcze nie zdecydował się wrócić. Ale kiedyś wróci, zobaczysz.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał sprawiać jej bólu. Wiedział, jak tęskniła za swoim bratem, jak bardzo chciała znów go zobaczyć. Jednak on już tak naprawdę zwątpił, że Leon kiedykolwiek wróci.
Przeklinał go, że zostawił Camilę samą w najgorszych momentach jej życia. Nie rozumiał, jak mógł być takim bezuczuciowym dupkiem. Wprawdzie nigdy go nie widział, ale przysięgał, że gdyby tylko zobaczył go na ulicy i miał świadomość, że to właśnie brat jego dziewczyny, zlałby go tak, że nawet Camila by go nie poznała. Ale kiedy tylko jej o tym powiedział... Cóż, musiał jej przysiąc, że nigdy mu nic nie zrobi. Więc nie miał wyboru.
- Dzwonili ze szpitala - zmienił temat.
Gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Widział ten błysk w jej oczach... I wiedział też, że miał on za chwilę zniknąć.
- Znaleźli dawcę? - zapytała z nadzieją.
Przygryzł wargę. Pokręcił przecząco głową.
- Nadal nic.
Jej oczy na powrót posmutniały. Zwiesiła głowę.
Czy to musiało być takie trudne? Czy nie mogli znaleźć jakiegokolwiek człowieka, żeby mógł oddać jej tylko tą jedną, cholerną nerkę? Zawsze pojawiały się jakieś przeszkody, nigdy nie mogli doprowadzić do operacji. Cóż, widocznie nie dane jej było prowadzić spokojnego życia.
A wszystko to zaczęło się, kiedy miała czternaście lat. Nie, oczywiście, że nie z jej winy. Przecież ona tylko jechała poboczem drogi, na rowerze. To jakiś palant rozmawiający przez telefon uderzył w nią samochodem. Wprawdzie nic aż tak poważnego się nie stało - spędziła tylko kilka tygodni w szpitalu. Ale właśnie od tego felernego dnia wszystko się zmieniło.
Musieli operacyjnie usunąć jej jedną nerkę, bo już nie nadawała się do funkcjonowania. Podobno można żyć z jedną nerką... Dopóki nie pojawią się komplikacje. U niej źle zaczęło się dziać już w pierwszym miesiącu po powrocie do domu.
I od tamtej pory już nic nie było takie samo. Ciągłe pobyty w szpitalu, badania i inne rzeczy. Codzienne łykanie masy leków, bo bez nich nie dałaby rady. Nienawidziła widoku tych białych sal i metalowych łóżek, z nieskazitelnie ułożoną pościelą. To nie było dla niej. Jednak to miejsce powoli stawało się jej drugim domem.
A później... Reszta i tak już podniszczonego muru runęła. Jak domek z kart. Dosłownie.
Znowu rowery, znowu samochód i nieodpowiedzialny kierowca. Tym razem jednak pijany. Nie zdążył wyhamować.
I jej rodzice odeszli.
Mimo, że miała już wtedy prawie dwadzieścia lat, nie mogła się z tym pogodzić. Było ciężko. Naprawdę ciężko. Ale był Leon. I to on podtrzymywał ją przy życiu, kiedy myślała, że nie da rady.
Wiesz, o co się pokłócili? O wspomnienia. O cholerne wspomnienia, które siedziały w ich głowach. Wyobrażasz to sobie?
On chciał zapomnieć. Ona nie. On chciał sprzedać dom razem ze wszystkim co przypominało im o nich. Ona chciała zachować to na zawsze, aby pamięć o nich nigdy nie wyblakła.
I Camila dopięła swego. Jednak w tym samym momencie straciła brata. I sens swojego życia.
Niedługo później poznała Diego. To on jej pomógł. On wyciągnął ją z tego głębokiego dołu, do którego wpadła po wyjeździe Leona. On postawił ją z powrotem na nogi i nie pozwolił jej się załamać. On był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Obiecał, że nigdy jej nie zostawi, mimo jej choroby. I słowa dotrzymywał. Przynajmniej na razie.
Wiesz o czym marzyła? Żeby wróciło jej życie sprzed pięciu lat. Żeby znów miała kochającą rodzinę. Żeby znów miała brata.
A gdybyś ty był na jej miejscu, nie chciałbyś tego?

Czy wiesz jakie to uczucie być niewidzialnym?
Kiedy usilnie starasz się zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a mimo, dla tej osoby równie dobrze mógłbyś nie istnieć?
Ona wiedziała.
Odkąd udała się pierwszy raz do liceum, Leon Verdas stał się jej istną obsesją, nie mogła myśleć, nie mogła normalnie funkcjonować, nie mogła śnić o czymkolwiek ani kimkolwiek innym.
Gdy na rozpoczęciu roku stanął na scenie z gitarą i posłał niepewny uśmiech w stronę uczniów, miała wrażenie że przez chwilę na nią spojrzał, że wyłapał ją wzrokiem spośród tłumu.
I był to jedyny w przeciągu trzech lat moment, kiedy Leon zwrócił – a przynajmniej wydawał się zwrócić – na nią swoją uwagę.
Jedno, ukradkowe spojrzenie, nic więcej.
Codziennie po lekcjach zakradła się na aulę, obserwując uczniów na dodatkowych zajęciach z muzyki, obserwując Jego.
Kiedyś nawet zastanawiała się czy nie dołączyć do tego kółka jednak szybko rozwiała swoje wątpliwości myślą, że nigdy nawet nie miała styczności z muzyką, że na pewno skompromitowałaby się w jego oczach.
Była dziewczyną ładną, inteligentną i w głębi duszy śmiałą i towarzyską, jednak odkąd On się pojawił zastanawiała się nad każdym wypowiedzianym przez siebie słowem, nad każdą decyzją.
Nigdy nie spotkała kogoś takiego, kogoś tak pełnego życia, pasji a za razem normalnego, nie wywyższającego się ucznia liceum w Buenos Aires.
Cały czas miała nadzieję że ich drogi w końcu się zetkną, wierzyła w przeznaczenie, odkąd Go poznała była wręcz pewna że nie stało się to przypadkiem, jednak kiedy w drugiej klasie pojawiła się Violetta Castillo, jej dotychczasowe marzenia i przekonania runęły.
Vilu była utalentowaną, sympatyczną i zdolną dziewczyną, szybko zjednała sobie sympatię wszystkich jej znajomych, jak i również Leona.
Parą zostali kilka dni przed zakończeniem roku.
Za każdym razem gdy na nich patrzyła, gdy widziała jak obejmuje ją ramieniem na korytarzu czy wychodzi ze szkoły splatając jej palce ze swoimi, czuła kłucie w sercu i pieczenie w gardle.
Nie mogła tego przezwyciężyć, starała się, próbowała ale nie potrafiła.
Kiedyś nawet chciała zmienić szkołę, obejrzała jedno z prywatnych liceów jednak po tygodniu stwierdziła, że nie potrafi, że nie jest w stanie wytrzymać bez Jego widoku i bez przyjaciół których bądź co bądź – miała w tej szkole.
Był dwudziesty czwarty lutego, wyjątkowo chłodny dzień, pamiętała jak siedziała na ławce pod szkołą, ubrana w grubą kurtkę, wełnianą czapkę i dokładnie opatulona szalikiem, drżąc z zimna.
Źle się czuła, nie miała siły iść na lekcje, przerażała ją myśl spędzenia czterdziestu pięciu minut w ciasnej, zapchanej po brzegi ludźmi sali.
- Nie zmarzniesz? – usłyszała głos, którego z początku nie rozpoznała, a i tak przyprawił ją o szybsze bicie serce.
Stał nad nią, uśmiechając się i spoglądając na nią ciepłym wzrokiem.
Zamarła, nie mogła wydusić z siebie słowa, patrzyła na niego, starając się pamiętać o oddychaniu.
- Jesteś Francesca, prawda?
Skinęła głową.
Zapamiętał. Wiedział, jak ma na imię, wiedział, widział ją, pamiętał o niej.
- Cóż, Fran, tak do ciebie mówią, prawda?
Ponownie pokiwała głową, serce biło jej jeszcze szybciej niż przed chwilą.
- Nie wyglądasz na osobę zbyt pozytywnie nastawioną do życia, nie dzisiaj.
Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawę, że nie oddycha.
Nerwowo odgarnęła włosy do tyłu, zaczerpując powietrza, miała szczerą nadzieję że tego nie zauważył.
- Zimno. – wydusiła, na chwilę spoglądając mu w oczy, po czym wystraszona ponownie spuściła wzrok.
Bała się, bała zatracić się w jego zielonych oczach, przestraszyła się tej chwili na którą tyle czekała, był obok niej, blisko i koncentrował się tylko na niej.
Czy było tak pięknie jak sobie wyobrażała?
Było zimno.
- To może skoczymy na kawę? Bo chyba nie zamierasz już iść na lekcje? – spytał, ruchem głowy wskazując na dróżkę prowadzącą do pobliskiej kafejki.
Nie wiedziała nawet, kiedy zdążyła pokiwać głową i wstać.
Nie spodziewała się tego, nie spodziewała się tego dzisiaj, jednak momentalnie zrobiło jej się na sercu cieplej.
Była z nim, z chłopakiem swoich marzeń.
I jak myślisz, jak to się dalej potoczyło? Czy marzenia naprawdę mogą się spełniać?
W towarzystwie żadnego chłopaka nie czuła się nigdy tak swobodnie jak tego dnia, w małej kawiarence, popijając gorącą kawę z Leonem Verdasem.
Nigdy wcześniej nie zauważył, że miała kształt oczu dokładnie taki jak jego matka.
Wcześniej co prawda nigdy ze sobą nie rozmawiali, ona zawsze trzymała się na uboczu, miała swoich znajomych a on miał swoich.
Poza tym Violetta nie lubiła gdy zadawał się z innymi dziewczynami, od zawsze była piekielnie zazdrosna.
Prawdę mówiąc, jego dziewczyna męczyła go ostatnio coraz bardziej, zależało mu na niej, to na pewno, była sympatyczna, przyjacielska, zawsze gotowa do pomocy, jednak ich charaktery były zupełnie sprzeczne.
Wspólne spotkania przestały przynosić mu radość, jedynie co chwila zerkał nerwowo na zegarek, szukając jakiejś wymówki by móc się od niej wcześniej wyrwać.
W towarzystwie Włoszki czuł się… inaczej.
Obserwował ją odkąd pojawiła się w jego liceum, podziwiał ją za niesamowitą inteligencję, za to jak potrafiła się wysłowić, jak dogadywała się z ludźmi.
Pamiętał, kiedy jedna z dziewczyn z młodszej klasy dowiedziała się, że jej młodsza siostra miała poważny wypadek.
Francesca siedziała z nią dopóki rodzice nie zabrali jej do domu, zresztą, to był jeden z wielu przypadków kiedy miała okazję pokazać jak bardzo empatyczną jest osobą. Podobało mu się to.
Nie spodziewał się, że jedno popołudnie w kawiarni zburzy cały jego dotychczasowy świat, że bez pamięci zakocha się we Włoszce.

- Pójdę do toalety.
Wyplątała się z uścisku swojego chłopaka i podniosła się z sofy. Wolnym krokiem skierowała się w stronę łazienki.
Weszła do środka. Stanęła przed lustrem. Kogo zobaczyła? Dziewczynę z długimi, zaniedbanymi, rudymi włosami. Z szarymi oczami i bladą twarzą. Tak bardzo zmęczoną. Czy to była ona? Wiedziała. Tak, to ona. A w ogóle nie podobna. Bo gdyby spojrzeć na te zdjęcia sprzed kilku lat, to wyglądała zupełnie inaczej. Niby tak samo. Ale inaczej. Miała wtedy zaróżowione policzki, radosny wzrok i szeroki uśmiech na ustach.
To już nie była ta sama Camila. Tamta wyjechała razem z Leonem. A raczej jej dusza - bo ciało zostało tutaj, w Buenos. Zabrał ją ze sobą, zupełnie tego nie świadomy. Przecież gdyby wiedział, na pewno by tego nie zrobił, zmusiłby ją, żeby została w swoim kraju.
Wiesz co? Ona nawet nie przypuszczała, że za kilka sekund jej życie znowu obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
Najpierw usłyszała dzwonek do drzwi, ale nie przejęła się tym. Co w tym dziwnego? Później kroki Diego, który zmierzał w ich stronę. Chciał je otworzyć.
Szczęk klucza przekręcanego w zamku.
- W czym mogę pomóc?
- Chcę zobaczyć się z Camilą.
I zdrętwiała.
Poznałaby ten głos zawsze. Każdego dnia, każdej nocy, o każdej porze. Przebudzona w najmniej spodziewanym momencie jego brzmieniem, od razu wskazałaby jego właściciela. Przecież to było takie oczywiste.
- Camila!
Odeszła od lustra. Stanęła przy drzwiach. Wahała się. Bała się je otworzyć. W końcu to zrobiła. Wyszła. I zobaczyła go.
Był żywy, prawdziwy. Stał przed nią. A może to tylko jej przywidzenia? Nie. Wcale jej się nie wydawało.
- Leon... - szepnęła.
Ale on nie dał po sobie niczego poznać. Nie odezwał się. Nie wypowiedział jej imienia. Nie podszedł do niej, nie przytulił jej i nie powiedział, jak bardzo ją kocha. A jeśli przestał?
- Ja - potwierdził sucho.
Zachwiała się. Obok niej pojawił się Diego, który objął ją ramieniem, patrząc spod byka na mężczyznę stojącego w drzwiach.
- Co ty tu...
- Chciałem tylko zobaczyć, czy nadal mieszkasz w tym domu - przerwał jej - czy może jednak zmieniłaś zdanie i wyprowadziłaś się stąd. Cóż, pomyliłem się.
Zacisnęła długie, blade palce na ręce swojego chłopaka.
- Leon, ja...
- Camila - Nie dał jej dokończyć - przestań. Wróciłem do Buenos Aires. Ale nie chcę utrzymywać z tobą kontaktów. Niech zostanie tak, jak było.
I już czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy.
Te słowa tak cholernie mocno bolały, wiesz? Jakby ktoś wbił ostre igły w jej delikatne serce. Uwierz mi, nie chciałbyś tego doświadczyć.
- Jak możesz...? - rzekła cicho.
- Mogę - potwierdził. - I ty też możesz.
Słone krople spłynęły po jej policzkach.
Dlaczego to robił? Przecież wiedział, jak bardzo go kocha. Czy to możliwe, by głupia kłótnia o spadek mogła pokłócić dwie tak bardzo ze sobą związane osoby?
- Nie rób mi tego - poprosiła błagalnym tonem.
- Nie robię nic niewłaściwego - zaprzeczył. Jego głos był taki sztywny. Wyprany z emocji.
Nie wierzyła. Jak on mógł zmienić się tak przez te lata? Z miłego, pogodnego chłopaka stał się wyrachowanym, śmierdzącym dupkiem, który gdzieś ma smutek i łzy własnej siostry. Pamiętała, jak kiedyś mówił, że nigdy nie pozwoli jej płakać. Że własnoręcznie udusi tego, który wywoła u niej łzy. A teraz? Teraz on to robił. Sprawiał, że jego jedyna rodzina tak bardzo cierpiała.
Nie sądziła, że byłby do tego zdolny. Widocznie nie znała go tak dobrze, jak jej się wydawało. A myślała, że to ona wie najwięcej, wiesz? Pomyliła się.
- Leon, nie odchodź. - Wyrwała się z uścisku Diego i podeszła do niego. - Nie zostawiaj mnie znowu samej.
Spojrzał na nią, ale w jego oczach już nie było tyle ciepła, co kiedyś. Teraz widziała tylko chłód. I mimo wszystko była pewna, że on nie zmienił się tak sam z siebie. To ktoś uczynił go takim, jakim teraz był. Na pewno.
- Przecież już sobie kogoś znalazłaś - zaśmiał się z pogardą. - Ja nie jestem ci potrzebny.
Wytarła słone łzy rękawem rozciągniętej bluzy i chwyciła go za rękę.
- Leon, proszę cię - szepnęła. - Leon, ja cię kocham...
- Cóż, będziesz musiała jakoś z tym żyć.
Zaczęła krztusić się własnymi łzami. Czuła, jak żywy ogień płonie na jej policzkach. Momentalnie rozbolał ją brzuch. Zgięła się wpół. I upadłaby, gdyby nie Diego, który pojawił się przy niej i chwycił ją w pasie. Złapała go za dłoń. Usłyszała jego głos.
- Wynoś się stąd - wycedził w stronę jej brata. - I nie przychodź tu więcej.
A później... Później usłyszała tylko, jak schodzi po kamiennych schodkach. Odszedł.
- Nie! - krzyknęła. - Leon, zostań!
Cierpiała, tak strasznie cierpiała. A on na to nie zważał. Nie obchodziły go jej uczucia.
Diego trzymał ją mocno w talii, przyciskając jej ręce do ciała. Wyrywała się, chciała pobiec za swoim bratem, ale on jej to uniemożliwiał.
- Dlaczego pozwoliłeś mu odejść?! - zawołała przez łzy. - Idź po niego! Biegnij za nim!
Obraz przed oczami rozmazywał jej się od łez. Nabierała łapczywie powietrza chcąc się opanować. Nie potrafiła.
- Camila, spokojnie - szepnął jej do ucha. - On nie był ciebie wart...
- Nie mów tak! - Wbiła paznokcie w jego ramię. - Przestań!
Poczuła, jak kolana się pod nią uginają. Nogi nie utrzymały ciężaru jej ciała. Upadła na ziemię, ciągle w objęciach swojego chłopaka. On przycisnął ją mocniej do siebie i wtulił twarz w jej włosy. Nie zważał na jej krzyki, na przekleństwa i na bluźnierstwa, którymi go obrzucała. To nie było teraz ważne.
Wiesz co? Kiedy zobaczyła swojego brata, pomyślała, że może wszystko w końcu się ułoży, że znowu będą rodziną. Widząc go w drzwiach miała nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się pomyliła?
Że straciła już wszelką nadzieję...?

Przemierzała ulice Buenos Aires, ściskając w ręku smycz swojego psa.
W wolnych chwilach lubiła wałęsać się tak bez celu, przyglądać się Twixy’emu – małemu labradorowi, który wydawał się być zafascynowany wszystkim co ich otaczało.
Dużo spacerowali razem, zanim wyjechał.
Lubili po nocy przechadzać się po osiedlach, rozmawiając, śmiejąc się, niekiedy płacząc, po prostu spędzając ten czas tylko we dwójkę.
Na ostatnim z ich wspólnych spacerów pocałował ją – ujął jej twarz w swoje dłonie, ocierając łzy z jej policzków i delikatnie musnął jej wargi swoimi.
Zarzuciła mu wtedy ręce na szyję wplatając palce w jego włosy i odpędziła od siebie wszystkie dotychczasowe myśli, po prostu żyła chwilą.
Dwa dni później oznajmił, że wyjeżdża.
Przyszedł, spojrzał na nią chłodnym wzrokiem, powiedział że jego samolot startuje wieczorem, pocałował ją w policzek i zamknął za sobą drzwi, tak po prostu.
I złamał jej serce.
Bolało jeszcze bardziej gdy dowiedziała się, że zabrał ze sobą Violettę. Przez chwilę łudziła się że może ma problemy rodzinne, że coś mu nagle wypadło, że musi coś załatwić, a prawda okazała się być zupełnie przeciwna i zdecydowanie bardziej przytłaczająca.
Uciekł od niej, zostawił ją by bawić się w Hiszpanii w dom z panną Castillo.
Zacisnęła zęby, wbijając wzrok przed siebie i starając się myśleć o czym innym.
Obiecała sobie że zapomni, wielokrotnie obiecywała sobie że wymaże go ze swojego życia, że swojej pamięci. Mimo że upłynęło już sporo czasu, wciąż nie mogła zmusić się do tego by nie myśleć.
- Twixy! – zawołała, odciągając psa od małego sznaucera, który wyraźnie przyciągnął jego uwagę.
- Nic się nie stało, chyba się polubili. – usłyszała głos, na dźwięk którego zakręciło się jej w głowie.
Serce zaczęło bić jej tak szybko, że bała się że nie będzie w stanie normalnie oddychać, wciąż nie mogła zmusić się do tego by podnieść wzrok.
‘To się nie dzieje naprawdę’ – powiedziała do siebie w myślach, zaciskając pięści i powoli unosząc głowę do góry.
Na widok zielonych oczu ponownie poczuła zawroty głowy, nie była w stanie dostrzec nic więcej, obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami.
Ocucił ją Twixy, liżący ją po ręce.
Zamrugała, biorąc głęboki oddech i robiąc krok do tyłu.
Udało jej się nad sobą zapanować, zacisnęła zęby przyglądając mu się uważnie.
Nie zmienił się bardzo, jego twarz nabrała ostrzejszych rysów, miała wrażenie że włosy stały się ciemniejsze, to wszystko.
Wciąż był tym samym Leonem Verdasem na widok którego traciła zmysły i w którym była bezgranicznie zakochana.
- Pięknie wyglądasz. – powiedział, uśmiechając się słabo i drapiąc labradora za uchem.
Otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Rozpaczliwie nakazywała sobie w myślach by się uspokoić, opanować, nie mogła pokazać mu jak bardzo ją zranił, nie mogła dać mu do zrozumienia że wciąż coś dla niej znaczył.
Bo nie znaczył, prawda?
- Wróciłeś do Buenos Aires? – spytała, starając się zapanować nad drżeniem głosu.
Kiwnął głową, uważnie się jej przyglądając.
Spuściła wzrok.
Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia, nie chciała nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego, nie chciała nawiązywać z nim jakiegokolwiek kontaktu.
Tęskniła.
- Tak, przyjechałem kilka dni temu. A ty? Cały czas tutaj?
Pokiwała głową.
- Tak, nie zmieniałam miejsca zamieszkania. Jest mi tutaj dobrze.
Przytaknął, spuszczając wzrok i bawiąc się smyczą swojego psa.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, wciąż nie patrząc jej w oczy. – A może wybralibyśmy się na kawę to tej kafejki co kiedyś, pamiętasz? Chyba wciąż tutaj stoi?
W głowie zaczęło kłębić się jej tysiące myśli, w pierwszym odruchu chciała podtrzymać się czegoś, bała się że nie wytrzyma, że eksploduje.
Nigdy za nikim tak tęskniła, niczyjej obecności nigdy tak bardzo nie pragnęła, nikogo nigdy tak nie kochała. Nikt jej nigdy tak nie zranił.
- Przepraszam, nie mogę. – powiedziała cicho, wymijając go i szybkim krokiem ruszyła do przodu, nie oglądając się za siebie.

"Widzisz dziewczynkę w różowej sukience z prawej strony? Tak, tę blondynkę. Spędziła długie dnie i noce, czekając na wyniki badań. Dostrzegłeś wzrok tamtej kobiety przy stoliku? Tak, w tej szmaragdowej tunice. Modliła się do Boga, by jej mąż przeżył ciężką operację. Popatrz na tego mężczyznę przy oknie. Przez niekończące się 13 minut, trzymał za rękę swoją żonę, której przedwcześnie odeszły wody. Spostrzegłeś trójkę rodzeństwa, którzy pusto wpatrują się w drzwi?Oni ze strachem oczekiwali na telefon, który powiedziałby im, że ich rodzice jednak nie zginęli w wypadku autokarowym. Wiesz co ich wszystkich łączy? Niepewność, która wraz z krwiobiegiem ogarnia całe ciało człowieka. Ten brak wiedzy, brak pewności, że wszystko będzie dobrze..."
On cierpiał. Strach przepełniał całe jego wnętrze. Bał się o nią. Bał się, że może na zawsze ją stracić. Wiedział, że jego życie bez niej nie miałoby sensu.
Ona była jego narkotykiem. Jego własną odmianą heroiny. Uzależnił się od niej. Nie mógł przetrwać bez niej choćby jednego dnia. A teraz? Teraz nikt nie mógł go przekonać, że wszystko się uda. Nikt nie mógł wypowiedzieć tych kilku, cholernie prostych - a jednak tak trudnych - słów.
Drzwi sali otworzyły się. Zobaczył wysokiego mężczyznę w białym kitlu z kamiennym wyrazem twarzy.
- Pan Dominguez?
- To ja.
Podszedł do niego i stanął naprzeciw. Zacisnął ręce w pięści. Starł się oddychać miarowo. Nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo się boi.
- Opanowaliśmy sytuację - powiedział lekarz. - Na chwilę obecną wydaje się być w porządku. Jednak nie na długo. Nerka powoli przestaje funkcjonować, a znalezienie dawcy w tak krótkim czasie graniczy z cudem. Proszę być przygotowanym na najgorsze. Przepraszam.
Odszedł.
Diego zawsze myślał, że lekarz powinien dawać nadzieję, że powinien przekonywać, że wszystko się unormuje. Przekonał się jednak, że nie wszyscy podchodzą do tego w taki sposób. Byli ludzi źli, bez serca. Lekarz bez serca?
Lekarz bez serca potrafiącego kochać.

Nerwowo uderzał palcami w blat stolika. Co chwilę spoglądał na zegarek. Spóźniał się. Mógł chociaż udawać, że go to obchodzi. Nie potrafił zrobić nawet tego.
W końcu drzwi kawiarni się odtworzyły, a on stanął w progu. Rozejrzał się, a kiedy dostrzegł go siedzącego w kącie pomieszczenia, podszedł bliżej i bez zbędnych formułek grzecznościowych usiadł na krześle naprzeciw niego.
- Po co chciałeś się ze mną spotkać? - spytał.
Spojrzał na niego uważnie.
Leon nie wyglądał na człowieka, który nie miałby współczucia. Można by pomyśleć, że jest to wzorowy, opiekuńczy i dobry mężczyzna. Rzeczywistość była inna.
- Nie chcę tracić na ciebie czasu - odparł - dlatego powiem krótko. Camila jest w szpitalu. Jej stan jest ciężki, a uratować ją może jedynie przeszczep. Ja nie mogę być dawcą, bo nie ma zgodności. Pewnie wiesz, że Cami jest wpisana na dziesięciokilometrową listę pacjentów oczekujących na przeszczep. Wiesz również, że ty na dziewięćdziesiąt dziewięć procent możesz oddać jej jedną nerkę. Ona jest twoją siostrą, powinieneś to dla niej zrobić. Możesz ją uratować.
Wiele razy nad tym myślał. Naprawdę, całym sercem kochał Camilę. Kochał ją i tęsknił za nią. Te kilka lat spędzone bez niej były prawdziwą udręką. Pamiętał jeszcze ich wspólne zabawy w dzieciństwie, ich rozmowy, kiedy byli już nastolatkami. Pamiętał, jak siedział przy niej kilka godzin i podawał jej chusteczki, równocześnie przytulając do siebie, kiedy zostawił ją chłopak, którego naprawdę kochała. Później poszedł i zlał go tak, że zawiesili go w prawach ucznia na tydzień, ale nie żałował tego, bo to wszystko zrobił dla swojej siostry.
I chciał, wiele razy chciał oddać ją jedną ze swoich nerek i sprawić, żeby już nie cierpiała. Ale zawsze coś było przeciw nim. A teraz? Teraz mógłby to zrobić. Nawet musiał. Ale jedyną przeszkodą na drodze do zdrowia Camili, była Violetta. Violetta. Ona nie chciała, żeby to zrobił. Nigdy nie lubiła jego siostry.
Czy ją kochał? Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałby, że tak. Teraz jednak miał wątpliwości. Kiedy po powrocie do Buenos Aires spotkał Francesce, dawne uczucia, które krył w sobie, na nowo odżyły. Nigdy nie powiedział jej, że coś do niej czuje. Bał się, że go wyśmieje, bo nie sądził, żeby taka dziewczyna jak ona, chciałaby się związać z kimś takim jak on. Ale kiedy ją spotkał, przekonał się, że dalej ją kocha.
- Zastanowię się nad tym - rzekł w końcu.
Diego spojrzał na niego uważnie.
- Posłuchaj mnie. - Nachylił się w jego kierunku. - Ja naprawdę nie wiem, jak mogłeś zrobić to Camili, jak mogłeś ją zostawić. Gdyby nie jej prośba to przysięgam ci, że leżałbyś teraz na intensywnej terapii. Człowieku, nie wierzę, że nie chcesz tego zrobić. Na pewno wcale nie chcesz, żeby umarła, i to na dodatek przez ciebie. Wiesz co ja czuję? Wiesz co czuję, kiedy każdego dnia muszę patrzeć, jak ona cierpi? I nie mogę jej pomóc, wiesz jakie to uczucie? A ty możesz, ale nie chcesz tego zrobić. Jesteś z tą swoją Violettą, nie? I...
- Skąd wiesz, że jestem z Violettą? - Spojrzał na niego uważnie.
- Francesca mi powiedziała, nie ważne - mruknął. - Ale wyobraź sobie, że to ona jest chora, a tylko ja mogę ją uratować. Co wtedy byś zrobił?
Leon przygryzł wargę.
Nie wiedział, że Francesca zna jego siostrę i Diego. Bał się, że tym straci w jej oczach. A tego nie chciał.
- Muszę iść. - Nie odpowiedział na jego pytanie. - Przemyślę to - dodał.
Wstał z krzesła i odszedł, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem.
Nie wiedział co ma robić, jak ma robić. Nie wiedział jak się zachowywać. To wszystko było takie dziwne.
A to niezdecydowanie było przerażające, wiesz?

Skrzywił się, kiedy wracając z domu Francesci zauważył idącą naprzeciwko niego Violettę.
Fran albo nie zastał w domu albo zwyczajnie nie chciała mu otworzyć, bał się że chodziło o to drugie lub jeszcze gorzej – że zmieniła miejsce zamieszkania.
- Mówiłem ci, żebyś za mną nie chodziła. – warknął w stronę szatynki, próbując szybkim krokiem ją wyminąć. Niestety, bezskutecznie.
Obawiał się, że kiedy wróci do Buenos Aires jego była dziewczyna podąży w ślad za nim jednak miał cichą nadzieję, że może da sobie spokój, że zrozumie. Złudną.
- Leon, jak mogłeś mnie zostawić i wyjechać, co? Wydaje ci się, że po tylu latach związku możesz traktować mnie przedmiotowo? Że w ogóle możesz mnie tak traktować?!
Ruszył przed siebie, jednak tak jak się spodziewał – Violetta podążyła w ślad za nim.
Uprzedził ją że wyjeżdża, liczył że może w ten sposób uda mu się od niej uwolnić, żadne inne argumenty nie docierały do niej, nie chciał z nią być, nie mógł wytrzymać już dłużej – nie kochał jej. Nie kochał jej nigdy poza tym, mimo iż uważał że była dobrą i wrażliwą dziewczyną, ze względu na sytuację rodzinną i przedwczesną śmierć ojca i ciotki miała problemy psychiczne, była niestabilna emocjonalnie, momentami wręcz go przerażała. Miał wyrzuty gdy z nią zrywał, bał się że to tym bardziej pogorszy jej stan jednak nie mógł obarczać tym siebie, nie chciał zmarnować sobie swojego życia.
- Vilu, proszę cię, daj mi spokój. Musimy nauczyć się żyć osobno, tak? Przerabialiśmy to już.
Złapała go za ramię, mocno wbijając mu paznokcie w skórę.
- Nie. – syknęła, spoglądając mu wojowniczo w oczy. – Ty to przerabiałeś. Nie dałeś mi wyboru, po prostu odszedłeś! Jak tchórz, wiesz?
Przystanął, biorąc głęboki oddech i spoglądając jej w oczy.
- Takie jest życie, Violetto, ludzie się schodzą i rozstają. Zrobiłbym ci ogromną krzywdę gdybym wciąż z tobą był, mimo że cię nie kocham. To szansa dla nas obojga, wykorzystaj ją – powiedział, starając się przybrać spokojny ton, a gdy zauważył przystającą obok chodnika taksówkę, natychmiast rzucił się w jej stronę, uciekając przed dziewczyną.

Upiła łyk drinka, stawiając szklankę z powrotem na blacie i kręcąc się w rytm muzyki.
Przymknęła oczy. Światła padały prosto na nią rozświetlając jej twarz, dookoła był tłum, nie miała zbyt wielu możliwości manewru, rozmowy ludzi zagłuszała głośna muzyka. Była gorąco.
Na co dzień nie przebywała w takich miejscach, ostatni raz w klubie była jako nastolatka. Po rozmowie z Leonem jednak nie wiedziała co ze sobą zrobić, nie chciała go widzieć, nie chciała go słuchać nigdy więcej, zrujnował jej życie którego do tej pory nie zdążyła jeszcze sobie poukładać, a potem wrócił, jak gdyby nigdy nic, ponownie wprowadzając jeszcze większy zamęt.
Zacisnęła zęby.
Nie było go tutaj, a wokół niej kręciła się masa przystojnych facetów. Była wolna. Mogła robić co tylko chciała.
Remember only God can judge ya
Poczuła, jak jeden z tańczących obok mężczyzn obejmuje ją w pasie, zarzuciła mu ręce na szyję i przybliżyła się do niego, pozwalając mu przycisnął usta do jej szyi.
Forget the haters cause somebody loves ya
Powoli kręcili się w rytm coraz szybszej muzyki, kiedy poczuła że ktoś przeciskając się przez tłum ludzi ciągnie ją za rękę.
Była ściśnięta ze wszystkich stron, czuła gorący oddech na skroni, otworzyła oczy, starając się powrócić do rzeczywistości.
Zakręciło się jej w głowie na widok zielonych oczu patrzących prosto na nią, nie poruszyła się, zresztą, nie miała nawet jak.
- Musimy porozmawiać. – zawołał, próbując przekrzyczeć głośną muzykę. - Zabieram cię stąd.
Chciała zaprzeczyć ale nie miała jak, gardło odmawiało jej posłuszeństwa, hałas odbierał zdolność racjonalnego myślenia.
Przeciskali się przez tłum ludzi, im bliżej wyjścia tym tym bardziej zaczerpywała coraz to chłodniejszego i świeższego powietrza.
- Śledziłeś mnie?! – krzyknęła, kiedy byli już przy samych drzwiach i odzyskała zdolność mowy.
Leon nacisnął klamkę przepuszczając ją pierwszą w progu, po czym sam podążył za jej śladem i zatrzasnął za nimi drzwi.
- Zauważyłem cię jak jechałem taksówką i pomyślałem, że warto spróbować. – powiedział, biorąc głęboki oddech.
Zadrżała. Opatuliła się mocniej kataną dżinsową.
Zdjął kurtkę zarzucając jej ją na ramiona, a kiedy nie zauważył sprzeciwu spojrzał na nią, po czym wolnym krokiem ruszył do przodu.
Dziewczyna zacisnęła zęby, po czym udała się w jego ślady.
- Musiałem wtedy wyjechać, Fran, musiałem, sytuacja rodzinna mnie do tego zmusiła. – wyrzucił, nie czekając na jej reakcje. – A Violetta pojechała za mną, nie pytała mnie nawet o zdanie, nie mogłem się nie zgodzić, byłem na to za słaby, potrzebowałem kogoś bliskiego… Ale cały czas o tobie myślałem, cały czas. – powiedział, stając i łapiąc ją za ręce.
Zakręciło się jej w głowie pod wpływem jego dotyku i spojrzenia, nie potrafiła się poruszyć, nie potrafiła nic powiedzieć. – Starałem się zapomnieć, wiedziałem że cię straciłem ale nie mogłem, musiałem wrócić, nie wytrzymywałem już tam dłużej, rozumiesz? Zerwałem z Violettą, powiedziałem jej że to nie ma sensu, nie kocham jej, nigdy jej nie kochałem. Prawdę mówiąc, zawsze kochałem tylko ciebie Fran, tylko. I nadal cię kocham.
Zamrugała kilka razy oczami chcąc powstrzymać łzy jednak na nic się to nie zdało, czuła jak po chwili zaczęły spływać jej po policzkach rozmazując makijaż, jedna po drugiej.
- Porozmawiajmy, proszę. – powiedział, przygryzając dolną wargę. Dosłyszała w jego głosie panikę.
Nie wiedziała co odpowiedzieć, stała bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym przed siebie.
Po pewnym czasie skinęła głową.
- Dobrze. Porozmawiajmy.

Popijała kawę w milczeniu, kiedy usłyszała pukanie do drzwi, które z sekundy na sekundę stawało się być coraz bardziej natarczywe.
Westchnęła, odkładając filiżankę na stół, po czym skierowała się w stronę drzwi. Przekręciła zamek po czym otworzyła je i natychmiast tego pożałowała, kiedy zauważyła stojącą w progu Violettę. Zamarła kiedy zauważyła wściekłość malującą się na twarzy dziewczyny. Zadrżała, kiedy poczuła jak panna Castillo przeszywa ją ostrym spojrzeniem.
- Powinnam cię teraz zabić, wiesz? – syknęła, robiąc krok do przodu i przeciskając się w drzwiach.
Francesca przez chwilę nie odzywała się, nie wiedziała jak zareagować, kiedy Violetta wtargnęła do jej mieszkania, z hukiem zamykając za sobą drzwi.
- Przepraszam cię, ale wydaje mi się, że my nie mamy o czym rozmawiać.
Zrobiła krok do tyłu, poczuła nagły przypływ lęku. Leon uprzedzał ją, że jego była dziewczyna jest nieobliczalna. Że jest zdolna do wszystkiego. A teraz stała tu, zamknięta z nią w jednym, małym pomieszczeniu.
- Zniszczyłaś mi życie, wiesz? – warknęła, robiąc krok w jej stronę.
- Violetto, ja nie… - zaczęła, jednak zamilkła robiąc krok do tyłu, kiedy Violetta rzuciła się na nią z pięściami.
Odepchnęła ją, jednak szatynka była silniejsza i pchnęła ją wprost na stojącą obok szafę.
Francesca upadła jednak nie zdążyła się podnieść, kiedy zauważyła idącą na wprost niej Violettę.
Zacisnęła zęby, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Leon.
Odetchnęła.

Dwa tygodnie później.

Siedzieli w milczeniu na balkonie pod daszkiem, popijając gorącą herbatę. Wzrok miała wbity przed siebie jednak czuła, że Leon co jakiś czas na nią spogląda.
Odkąd Violetta została zabrana do ośrodka psychiatrycznego żyli w ciągłym napięciu, nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak to sobie zaplanowali. Francesce było szkoda dziewczyny, zdawała sobie sprawę że nie miała łatwego życia jednak to że ją zaatakowała przeważyło sprawę. Bliscy panny Castillo również zeznali, że jest ona niestabilna psychicznie i potrzebuje pomocy.
- Na dworze robi się coraz ładniej. – odezwał się, rzucając jej przelotne spojrzenie.
Niepewnie przeniosła wzrok na niego, po czym skinęła głową. Przez chwilę ponownie siedzieli w milczeniu, ostatnio zresztą coraz częściej tak było. Woleli siedzieć w ciszy niż rozmawiać o przykrych rzeczach.
- Fran… - odezwał się w końcu, wzdychając. – Słuchaj, ja nie chcę żeby tak między nami było, żeby to wszystko tak wyglądało. – dodał, wstając z krzesła i podchodząc do niej. – Kocham cię.
Zamrugała kilka razy, spoglądając w jego ciemnozielone tęczówki.
- Wiem, Leon. – odparła po chwili.
Nie była teraz gotowa na żadnego rodzaju szczere rozmowy, wyznania. Musiała odpocząć od tego wszystkiego, poczekać aż minie trochę czasu. Jeszcze nie czuła się gotowa.
- Fran… - zaczął łamiącym się głosem, niezrażony jej postawą. – Chcę być z tobą. Już na zawsze, wiesz? Kocham cię, do cholery, naprawdę cię kocham. Gdybym cię teraz zapytał czy wyszłabyś za mnie, zgodziłabyś się?
Wstrzymała oddech, prawdę mówiąc na tę chwilę w ogóle zapomniała, jak się oddycha. Spoglądała na niego starając się uporządkować natłok myśli i zapanować nad zawrotami głowy.
- Posłuchaj. – wydusiła, z całych sił starając się nie spuścić wzroku. – Też mi na tobie zależy, okej? To znaczy, ja też cię kocham. Bardzo. Tylko że teraz… Po prostu nie mogę, Leon. Zbyt wiele się wydarzyło, sam rozumiesz. Nie gniewaj się ale nie.
Przez chwilę wpatrywał się w nią tkwiąc w bezruchu, jednak po kilkunastu sekundach kiwnął głową, wstając i zajmując miejsce z powrotem na krześle. Tego wieczora nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa.

Leżała. Miała zamknięte oczy, ale podobno słyszała. Podobno. Tak mu powiedzieli. Powiedzieli mu też, że była za słaba, żeby na niego spojrzeć. I żeby się odezwać.
Myślał, że widząc ją w takim stanie stchórzy i wyjdzie. Uwierz mi, chciał to zrobić. Nie chciał patrzeć na jej cierpienie, ale coś ciągnęło go do niej.
Usiadł na krześle obok. Nie wiedział, czy miała świadomość, że tu jest. Chwycił ją delikatnie za bladą dłoń.
- Camila - szepnął. - Camila, to ja. Słyszysz mnie? Proszę cię, daj mi jakikolwiek znak.
Spojrzał z nadzieją na jej umęczoną twarz, która zasłonięta była w połowie maską tlenową.
Po chwili ona podniosła swoje powieki. W jej ciemnobrązowych oczach widział tyle bólu... Ale przebijało się przez nie również szczęście. Cieszyła się, że go widzi?
Próbowała poruszyć ustami. Widział, że chce coś powiedzieć. Ale nie mogła.
- Nie - rzekł. - Nie mów nic, siostrzyczko.
Ścisnął mocniej jej rękę. Bał się, że może jej coś zrobić. Była w końcu taka krucha i słaba.
- Chciałem cię przeprosić - zaczął. - Byłem idiotą. Kocham cię, Camila. Zawsze cię kochałem. Rozmawiałem z Francescą... Lekarze zrobili testy na zgodność. Zaraz jadę na zabieg. Jeszcze dzisiaj będziesz miała przeszczep.
Patrzył na nią z uwagą. Czekał na jej reakcję.
I wtedy dostrzegł, jak kąciki jej ust z trudem unoszą się do góry. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był słaby, ledwo widoczny. Ale był. A Leon cieszył się, że to właśnie on go wywołał.

Chodziła nerwowo od okna do okna, od drzwi do drzwi, do ściany do ściany. Z jej warg płynęła krew - z nerwów tak bardzo je przygryzała. Nie przejmowała się bólem, zmęczeniem cy głodem. W tym momencie modliła się tylko, by operacja się udała. By jej przyjaciółka przeżyła.
- Dlaczego to tak długo trwa?
Odwróciła się w jego stronę.
Widziała jego zdenerwowanie. Bał się o Camilę. Była w końcu wszystkim dla niego. Francesca wiedziała, że bez niej by nie wytrzymał. Kochał ją całym sercem.
- To dopiero sześć godzin - odparła cicho.
- A ile trwają takie operacje? - spytał.
Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia. I nie było to ważne. Bo tutaj liczył się wynik przeszczepu, nie czas jego trwania.
Podwójne drzwi otworzyły się. Stanął w nich lekarz.
Twarz miał stężałą. Ale żadne z nich się nie zdziwiło, od początku leczenia Camili nie widzieli go uśmiechniętego. To taki ponury typ człowieka.
Diego podniósł się z krzesła i wyprostował. Podszedł bliżej i stanął naprzeciw niego. Nie odezwał się. Czekał. Bał się. Ale czekał.
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy.
Zamrugał szybciej oczami.
- Słucham?
- Niestety, pojawiły się komplikacje. Przeszczep nie udał się. Nasza pacjentka nie miała szans. Przepraszam.
I odszedł. Wiesz, że jego życie straciło w tym momencie cały sens? Tylko on jeszcze o tym nie wiedział. Bo nie wierzył, że Jej już nie ma.
Z sali wyjechało łóżko. Ktoś na nim leżał. Przykryty był białym prześcieradłem.
Nie zastanawiał się. Podbiegł do niego. Zerwał cienkie okrycie. Wtedy ją zobaczył. Leżała przed nim, bezbronna, nieżywa, a na jej zastygłej twarzy wciąż błąkała się nadzieja.
- Nie... - szepnął. - Nie. Nie! Kochanie, odezwij się, proszę cię! Błagam cię, Camila!
Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie wstydził się ich. Pokazywały one w końcu, jak bardzo ją kocha.
Czuł, jak ktoś próbuje go odciągnąć. Nie pozwolił na to. Przywarł do niej całym ciałem. Nie chciał od niej odejść. Nie mógł pogodzić się z tym, co się przed chwilą stało.
- Diego... - Usłyszał głos swojej przyjaciółki przy uchu. - Diego, przestań...
Chwyciła go za dłoń, którą zacisnął na szpitalnej piżamie swojej ukochanej. Pociągnęła go do tyłu. Nie zapierał się. Był za słaby. A to wszystko z miłości.
Upadł na ziemię.
Ukrył twarz w dłoniach. Płakał. Płakał całym głosem i nie obchodziło go, co mogą pomyśleć sobie osoby wokół niego. Miał to gdzieś.
Francesca oparła się o ścianę i osunęła po niej na podłogę. Zachłysnęła się powietrzem. Z jej gardła wydobywał się głośny szloch.
Miała nadzieję do ostatniej chwili. Ale nadzieje bywają płonne.
Wiedziałeś o tym?

W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, prawda? Tylko słabi się poddają. Silni pomimo wszystkiego brną do przodu. Zawsze.
Zaraz po śmierci jego jedynej siostry, oplatając go ramionami za szyję i szepcąc mu do ucha słowa pocieszenia zdała sobie sprawę, jak bardzo kruche jest życie. Że trzeba żyć chwilą. Że nie można zmarnować ani jednej. I powiedziała ‘tak’.

Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Zapukała drugi raz. Głucha cisza. Zapukała trzeci raz. Brzęczenie muchy przy jej uchu.
- Diego! - zawołała. - Diego, otwórz drzwi!
Zero reakcji. Przygryzła wargę.
Nie przyszedł na ślub. Chociaż miał być drużbą. Nie zadzwonił. Chociaż nigdy tak nie robił. Nie dał żadnego znaku życia.
Wiedziała, że jest mu ciężko po śmierci sensu swojego życia, ale obiecał jej, że przyjdzie na najważniejsze wydarzenie w jej życiu. Obiecał, że będzie szczęśliwi przez te kilkanaście godzin. Obiecał, że spróbuje zapomnieć. Jej samej po części się udało. I była z siebie dumna, bo teraz mogła patrzeć na Jej zdjęcie i nie uronić ani jednej łzy.
Nacisnęła lekko klamkę. Drzwi były otwarte. Zdziwiła się. On nigdy nie zostawiał drzwi otwartych. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Weszła do środka. Nie słyszała nic, cały dom pogrążony był w przerażającej ciszy. Podniosła do góry długą, śnieżnobiałą suknię ślubną. Jednym ruchem zdjęła niewygodne szpilki i ruszyła w głąb mieszkania.
Od razu skierowała się do jego sypialni. To właśnie tam przesiadywał całymi dniami, odkąd Camila odeszła.
Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Pchnęła przymknięte tylko drzwi i przekroczyła próg pokoju uważając, aby o nic się nie potknąć. Podniosła głowę.
Zamarła. W pierwszym momencie nie wierzyła, myślała tylko, że to jej oczy płatają jej figla, a później... później zrozumiała, że to nie jest sen.
Leżał na podłodze. Jego ciało wydawało się oddawać całe cierpienie, jakie ukrywał w sobie od tamtego dnia. Oczy miał zamknięte; jakby spał. A wokół niego ta wielka kałuża ciemnoczerwonej krwi...
Podeszła do niego, nie czuła nawet łez płynących po jej policzkach. Upadła na kolana przy nim, farbując swoją białą jak śnieg suknię na czerwono. Nie obchodziło ją to.
Wiesz dlaczego? Bo straciła kolejną ważną osobę.
Bo Diego już nie było.

Chwyciła go za rękę, dyskretnie śledząc każdy jego ruch. Stał nad grobem siostry z martwym spojrzeniem wbitym w jeden punkt: jej imię i nazwisko wyryte na lśniącej, marmurowej płycie. Po cichu zrobiła jeden krok do przodu, przenosząc wzrok na twarz swojego Męża. Wiedziała, że jest gotowa by spędzić z nim resztę swojego życia, chciała tego. Ślub wprawdzie był skromny ale wystarczyło to im obojgu, w końcu była to uroczystość połączona z tragedią bo chcąc czy nie – w głębi duszy wciąż opłakiwali Cami. Kiedy na chwilę przed jej śmiercią zapytał co ma zrobić, zostawiła go samego w pokoju i wyszła, dając mu czas na zastanowienie. Nie chciała mieć wpływu na żadną jego decyzję, wiedziała że ani z tej ani z tej nie będzie zadowolona – zależało jej na utrzymaniu przy życiu Camili, wiedziała że jeśli by odmówił nie wybaczyłby sobie tego nigdy jednak zdawała sobie sprawę, że jest to poważna operacja i zwyczajnie bała się o niego, nie chciała by aż tak ryzykował. Kiedy oznajmił jej jaką decyzję podjął, uśmiechnęła się i poszła razem z nim do szpitala. Kiedy zniknął za białymi drzwiami, drżała ze strachu. Jej modlitwy zostały wysłuchane – wrócił do niej, cały i zdrowy, choć osłabiony i obolały. Camila nie miała tyle szczęścia. Odeszła.
A wraz z nią odszedł Diego, za każdym razem gdy patrzyła w jego oczy widziała tylko pustkę. A przecież mówi się, że oczy są oknami duszy, prawda? Uśmiechnęła się sama do siebie i pewniej ścisnęła rękę Leona. Był z nią. Byli razem. Wreszcie. Nigdy o niczym innym w życiu tak nie marzyła jak o tym, by dzielić je właśnie z nim. Wciąż mieli siebie i przez to przejść, pokonać pierwszą z przeszkód jakie życie postawiło na ich drodze, pokonać cierpienie.
- Kocham cię. – powiedziała, przenosząc wzrok z nagrobka na swojego ukochanego.
Obrócił się w jej stronę, jego wargi wygięły się w delikatnym uśmiechu.
- Ja ciebie też. – odparł, przyciągając ją do siebie i pozwalając, by oparła głowę na jego ramieniu.
Miałeś czasem w swoich życiu momenty zwątpienia? Zdarzało się, że po prostu chciałeś się poddać?
Żadne z nich tego nie zrobiło, choć oboje niejednokrotnie próbowali. Zawsze jednak byli przy sobie, gdy ta druga osoba tego potrzebowała i to pozwalało im podnieść się i iść dalej.
Ciekawe, co jest na samym końcu…
 
Od autorek: Hej wszystkim :) Wepchałam się pierwsza, jestem zła xD No dobra. Parta pisało mi się naprawdę super, mówię wam, jak się z Asią fajnie współpracuje :D Trochę zachodu było, bo nam się wątki pomieszały, ale się spięłam i je ogarnęłam :P Z końcowego efektu jestem zadowolona. No oczywiście, moje fragmenty są beznadziejne, Asi piękne, ale o tym to już chyba wiecie ;)) Part na zamówienie Veronici Blanco (takiej jednej idiotki z którą chodzę do klasy, jakby ktoś nie wiedział xD) więc mam nadzieję, że jej się spodoba. Nie no, kto jak kto, ale ona nie ma wyboru i musi jej się podobać :D Na tym kończę moją przemowę i jednocześnie zapraszam na parta Jenny, który się pojawi w piątek. Aha, no i dziękuję, że wytrzymaliście z naszą załogą cały miesiąc <3 - Alexandra Comello.

 Hej misiaki! Nie umiem przemawiać więc będzie krótko: to był tak naprawdę pierwszy prawdziwy onepart jakiego pisałam, na ogół specjalizuje się w dłuższych historiach (tylko żartowałam, ja się nie specjalizuję w niczym poza spaniem xD) więc z góry przepraszam za efekt, Oli na szczęście udało się ogarnąć całą fabułę i wątki, nie narzekała na mój nieogar więc mam nadzieję że Wy też nie będziecie i jakoś wytrzymacie. xD Kocham Was i życzę wszystkim miłych (prawie) wakacji! <3 PS. Marciak, Sarna, jeszcze skomentuję te Wasze cuda na na dole, obiecuję! - Little Liar.