Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

{004} Diegara || "Na zawsze" - Sapphire

Tytuł: "Na zawsze" 
Para: Diegara
Gatunek: Psychologiczny, Romans
Przedział wiekowy : K


         Przyprowadzili ją w piątek. Wyrywała się, jej kasztanowe loki bezwiednie opadały na blade czoło. Krzyczała, tłukła pięściami o klatkę piersiową Stanleya. Zaprowadzili ją do pokoju. Chyba jej coś podali, bo potem się uspokoiła. Ale rano znowu zaczęła płakać.
         Zdepnął niedopałek papierosa, nie spuszczając z niej wzroku. Siedziała w kącie. Milczała. Wlepiała wzrok w gromadkę bachorów grających w piłkę nożną. Dziewczyny z naprzeciwka rozmawiały o planowanej imprezie. Nikt nie był nią zainteresowany. Prócz niego.
-Przyzwyczaisz się. – usiadł koło niej, przerzucając pomiętą paczuszkę do drugiej dłoni. – Dałbym ci jednego, ale nie wyglądasz na kogoś, kto pali.
-Nie wyglądam na kogoś stąd. Nie jestem jedną z was – zmiażdżyła go wzrokiem. – Trafiłam tu przypadkiem. Niedługo wszystko się wyjaśni.
-Nie chcieli cię. To nie jest żaden przypadek – schował przedmiot do kieszeni. – Pewnie dziwi cię, że nikt tu nie zwraca na to uwagi? Widzisz, wszyscy jesteśmy tu wyjątkami. Niechcianymi podrzutkami Boga.
-Kłamiesz. Nie znasz mnie, wcale mnie nie znasz!
         Chciała krzyczeć, ale w połowie zdania zaczęła kaszleć. Pomyślał, że to od dymu papierosowego. Zbliżył usta do jej ucha, zacisnął dłoń na materiale szarej bluzy.
-Spokojnie… Jesteś bezpieczna…
         Blednie. Podtrzymuje jej bezwładne ciało, gładzi po ramionach. Dziewczyna powoli zaczyna oddychać.
-Jak masz na imię?
-Lara – charczy.
-Opuść głowę. Dobrze. Ja Diego.
         Nie spuszcza wzroku z jej rozgrzanych policzków i śnieżnobiałej twarzy. Wyglądała jak jedna z tych porcelanowych lalek, które tak lubi kolekcjonować Amber. Siedziały w rządku na drewnianym regale, posegregowane według wzrostu. Obiecał, że na dziesiąte urodziny skombinuje jej taką w szafirowej sukience.
-Puść mnie. – Mówi powoli, jakby sprawiało jej to szczególną trudność. – Nie zostanę tu.
-To nie. Ile masz lat?
-Szesnaście.
-W takim razie mi przykro. W najgorszym wypadku jeszcze trochę tu posiedzisz.
         Zamachnęła się, jednak on tylko lekko przytrzymał ją za nadgarstki. Poddała się. Spuściła wzrok, zaczęła żałośnie siąkać nosem. Valentine też tak miała, ale jej starzy byli wyjątkowo okropni, też szybko jej przeszło. Stopniowo przypominał sobie przyjazdy jego znajomych. Wszystkie takie same. Dużo dramatu, zero empatii. Teraz wszyscy trzymali się razem.
         Generalnie podchodził do tego obojętnie, jednak odczuwał wrażenie, iż z nią nie pójdzie tak łatwo. Anioł znagla wrzucony do piekła. Za co? Za nic. Jak oni wszyscy.
         W sierocińcu siedział już cztery lata. Może trochę ponad, nie liczył. Trafił tu od razu po wyjściu z bagna. Niemile wspominał te czasy. Natknął się na całe chmary nieprzyjemnych ludzi, łącznie z prawnikami Josephiny. Jego matki – ale to tylko w papierach.
-Stanley organizuje za miesiąc coś w rodzaju imprezy. Dziewczyny go namówiły – skinął głową w stronę dwóch, szczupłych blondynek. – Przyjdziesz?
         Pokręciła głową. Obejrzała czerwone ślady na nadgarstkach. Jęknęła. Poderwała się z miejsca i pobiegła przed siebie, ignorując jego przenikliwe spojrzenie.
         Zapanował wieczór. Identyczny, jak w jej sercu.


         Stanley wygrywał kolejne dźwięki na Lousie – jego ukochana gitara, córka i żona jednocześnie, dostał ją kiedyś od ojca na któreś tam urodziny. Siedział na lekkim wzniesieniu, błędnie nazwanym przez niego „sceną”. Mimo to, większość grupy bujała się w rytm starych utworów narodzonych jeszcze w czasie wczesnej młodości wychowawcy.
         On sam trzymał w objęcia Rosalindę, wymachującą na wszystkie strony swoją płomienną grzywą. Okręciła się wokół własne osi, prezentując zachwycające falbany pistacjowej sukienki. Wyglądała świetnie, jednak to nie na nią czekał.
         Stanley właśnie zabrał się za piosenkę Johna Newmana. Rosalinda pognała w stronę przyjaciółek, a on został sam. Chciał zapalić, ale wcześniej kazano mu zajrzeć do niej. Muszą wiedzieć, czy coś się zmieniło. Zawsze widział ją taką samą. Skuloną, zapłakaną, siedzącą w najciemniejszym kącie pokoju.
         Znalazł ją w pokoju Amber. Czesała włosy jej lalkom. Jej różane policzki odzyskały kolor kremowej bieli. Nie uśmiechała się. W milczeniu plotła złote warkocze porcelanowym istotom z domalowanymi uśmiechami.
         Amber oceniała jej dzieła i z powrotem odkładała zabawki na półkę. Nie pozwolono jej przyjść. A nawet jeśli, zostałaby tutaj. Przywiozła ją tutaj babcia. Schorowana, sympatyczna staruszka, która nie dała rady poradzić sobie z wnuczką, po nieszczęsnym wypadku jej rodziców. Oboje alkoholicy.
-Cześć, Diego! – Podskoczyła dziewczynka, a wraz z nią dwa, niesforne kucyki. – Ty też tam nie poszedłeś? Super! Posiedzisz sobie ze mną i z Larą.
         Szatynka wciąż milczała. Okręcała złotawe pasma włosów lalek wokół małego palca. Oddychała ciszą już cały miesiąc. Nie odzywała się do nikogo, łącznie ze Stanleyem, który wprost stawał na rzęsach żeby czuła się tu dobrze. Z drugiej strony, Lara miała trochę racji. Mogą wychwalać ich tu jak bogów, a to i tak nie ma znaczenia, bo świat potraktował ich jak śmieci. Zgniótł, przeżuł, wypluł tutaj.
-Pójdziesz teraz ze mną? – zaprzeczyła. – Nie na dół. Zaprowadzę cię wyżej, znacznie wyżej.
-Czyli gdzie? – Spojrzała na niego spode łba. – Nie mam nastroju.
-Do nieba? – Zgadywało dziecko, jednak Diego tylko z uśmiechem pogłaskał ją po kudłatej główce.
-Nie, mała. Obiecuję, że przyjdziemy do ciebie później.
         Wziął dziewczynę za dłoń, pociągnął ją przez długi korytarz. Przy każdych drzwiach wisiały średniej wielkości fotografie, gdzie każda z nich oprawiona była szklaną ramką ze złotą obwódką. Przedstawiała tych, którym udało się wydostać z Domu.
-Kto to?
-Ci, którym udało się stąd uciec. Dobrzy ludzie ich zabrali. – Oznajmił, zatrzymując się przy jednym obrazku. – Na przykład ona. To jest Lisa – wyjechała rok temu. Pamiętam, że uwielbiała czytać. Wszędzie się spóźniała, bo nie mogła darować sobie dokończenia rozdziału jakiegoś arcydzieła – cofnął się o parę kroków. – A to Brian. Jego matka miała schizofrenię. Nieciekawa sytuacja.
         Przejechała palcem po zdjęciu. Zadrżała. Na korytarzu nie było światła. Tylko księżyc nieśmiało zaglądał przez okno, po jej twarzy tańczyły srebrzyste kontury.
-Możemy stąd iść?
-Idziemy. – Chwycił jej dłoń, prowadząc ją w głąb ciemności, jak malutką dziewczynkę bez opieki.
         Postanowił, że ją zaprowadzi. Nie tylko do jego miejsca. Zaprowadzi ją na sam szczyt i nie pozwoli spaść. A jeśli kiedyś się to stanie, na wszelki wypadek nauczy ją latać.

         Na tle rozgwieżdżonego nieba była Calineczką. Patrzyła na srebrną tarczę księżyca, ostrożnie przechodząc po krawędzi.
         Codziennie wieczorem tu „uciekał”. Siedział na dachu budynku, obserwując wolnych ludzi – śpieszących się, wracających skądś, narzekających na pogodę, pracę, znajomych. I praktycznie żaden z nich nie doceniał iskierek szczęścia krążących w powietrzu. Były tak blisko nich. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę.
-Często tu przychodzisz? – Przysiadła koło niego, poprawiając turkusową sukienkę.
-Jasne. – Odpowiedział, nie odrywając wzroku od nocnej palety barw. – Mogę zabierać cię ze sobą.
-Dob… - Urwała, chowając twarz w dłoniach. – Czuję się strasznie. Wyjechała z kolejnym oblechem, którego uważa za swoją „wielką miłość”. Szkoda, że przedtem było ich z pięćdziesiąt. – Syknęła, zaciskając piąstki. – Ten jej nowy mnie nie chciał. Ledwo kiwnął palcem, a ona już zostawiła mnie tutaj. Niedorosła wariatka z niej, wiesz? Przywieźli mnie oboje, że niby po części udana rodzinka. Gdyby rzeczywiście było tak super, nie targaliby mnie tutaj.
-Mnie bynajmniej nie przywieźli rodzice. Nawet jedno z nich. Matka dlatego, że ma mnie w głębokim poważaniu, a o ojcu nie ma co mówić – nie żyje. Dostarczyła mnie policja – zauważył jej wzrok. – No co? Przynajmniej byłem oryginalny!
         Mimowolnie parsknęła śmiechem. Zmarszczył brwi, powstrzymując się od pogłaskania jej policzka. Nareszcie. Uśmiech pojawił się na jej twarzy pierwszy raz, a już wiedział, że to najwspanialsze, co kiedykolwiek widział.
         Ludzie są zdumiewający, ale piękni. Przeznaczają tyle dat na budowanie zła w duszy, wylewają bóle w postaci łez – a i tak pewnego dnia zrzucają te wszystkie maski, by pokazać coś zupełnie prawdziwego – swoje serce.
         Uśmiechnęła się – dała mu swoje?
-Mam rozumieć, że zrobiłeś coś bardzo złego? – przysunęła się bliżej niego. – Wybiłeś szybę w spożywczym?
-Nie. Chciałem obronić matkę.
-Nie rozumiem.
-Nie twierdzę, że jestem święty, ale to on nie zasługiwał na życie. Nie mogłem patrzeć, jak ją katuje, jak robi jej krzywdę na moich oczach. Pozbyłem się go.
Zamrugała oczami.
-Tak, Lara. Zabiłem ojca, jeśli mogę go tak nazywać. Nigdy „tata”. Bałem się, że pewnego dnia zrobi jej coś gorszego niż zwykle. Dlatego musiałem być szybszy.
         Ich twarze oddzielała szklana ściana. Po jej policzkach płynęły przejrzyste krople, zwane potocznie łzami anioła. Albo po prostu łzami? Po tym, co usłyszała, zdobyła pewność, że żadnego anioła tam nie było.
         Bez słowa położyła głowę na jego ramieniu. Jej dłonie błądziły w jego włosach, gładziły czoło, szyję, skronie. Przywarł do niej, zacieśnił światło księżyca między nimi. Srebrne fale kreśliły linie na ich zapadniętych twarzach.
-Wyrzuciła mnie. Obwiniała za wszystko, powiedziała, że to moja wina. – Szeptał w jej włosy. Nie przejmował się tym, że ryczał jak dziecko. Po prostu te wszystkie naiwne bajki o matczynej miłości nie były dla niego.
         Gdziekolwiek by nie spojrzeć, ona była tą dobrą. Tchnęła w ciebie życie, przeprowadzała przez przeszkody, konsekwentnie unikała błędów. Zawsze można do niej wrócić. Zawsze można przyjść, przytulić się do niej, powiedzieć „Mamo, życie jest za trudne”. Zawsze można wiedzieć, że mimo wszystko ona będzie obok. Zawsze. Na zawsze.
-Ja nigdy nie płaczę.
-A One zawsze kochają, co? – Rzekła cierpko, przyciskając swoje czoło do jego. – Skoro nie mamy ich, to bądźmy przy sobie. Proszę… - w jej głosie dało się słyszeć nutkę desperacji.
         Nie mieli siły. Ale wciąż wchodzili w posiadanie niechcianej miłości. Albowiem ratunkiem od jej braku może być tylko sama ona.

Aniele mój - tak brzmiało moje imię.
I magią słów zdobyłeś mnie, zdobyłeś.
I kto powiedział, że wszystko jest bez sensu?
Tacy, jak my - niewolnicy zmysłów.
~Aniele Mój~

         Mijały kolejne godziny, dni, miesiące. Niewidzialna aureola nad jej głową stawała się coraz bardziej wyraźna. Srebrne płomienie księżyca wdzierały się w ich serca, mieszały się nawzajem, szalały wraz z gorącymi gwiazdami.
         Siedziała na jego kolanach, wybijając rytm piosenki o twardą kamienną powierzchnię. Tkwili gdzieś na samym środku gwiazdozbioru, otuleni księżycowym światłem, jak ciepłymi ramionami matki, których nigdy nie odczuli.
         Ucałował jej policzek. Ścisnęła jego dłoń, przejechała nią po swojej skórze. Niezmącony ocean gwiazd śpiewał jedną z piosenek o miłości – nie znali zakończenia. Może dlatego perspektywa wspólnego oddania się sobie na wieki były taka przejmująca?
-A jeśli odejdziesz?
-Dokąd?
-Nie wiem. Ale co wtedy?
-Wyjdziesz za Stanleya i będziecie razem polerować jego gitarę. – Schylił się, unikając jej niezdarnego ciosu. – Musisz jeszcze poćwiczyć. Niezmiernie mi przykro.
-Zamknij się! – Roześmiała się, podciągając kolana pod brodę. – Kocham cię. Bardzo.
-Ja siebie też - zachichotała.
         Przytuliła swoje usta do jego, owinęła ramiona wokół jego torsu. Mocno całowała jego wargi, spijając z nich księżycowe światło. Przyciągnął ją bliżej.
         W tej chwili stanął przed losem i zaśmiał mu się w twarz. Upchnął go w izolatce, zamknął na cztery spusty, wyrzucił klucz. Wygrał, po tylu latach monotonnej wojny. Nikt nie zmąci tej radości.
         Zapomniał, że los nie jest człowiekiem. To pośrednik diabła i Boga, lecz knuje przeciwko piekłu i niebiosom. Przyznał koronę sobie samemu. Jeden zły ruch, a wypadniesz z jego gry…
To koniec, Diego?

Aniele mój - tak zwykłeś mówić do mnie,
By słowa twe tak kochać nieprzytomnie
Ulotna miłość i twoje pożądanie.
Aniele mój, czy w moim śnie zostaniesz?
~Aniele mój~

         Gdyby sny mogły stać się rzeczywistością wcale nie byłoby lepiej. Owszem, każdego ucieszyłaby wizja pałacu zbudowanego ze złota, ciepłego domu rodzinnego, czy choćby możliwość spotkania swojego idola. Są jednak sny, w których spełniają się najczarniejsze scenariusze. Los odrywa nam kawałek serca, po czym ucieka z nim na koniec świata, rzucając je do głębokich wód oceanu. Mamy tylko Anioła Stróża, który kona z bezsilności – mimo to, nadal trzyma nas za rękę. Umieracie oboje.
         Ledwie otworzył oczy, a już ujrzał błyskawicę przedzierającą się przez fioletowe niebo. Zdawało się, iż za chwilę rozpadnie się ono na pół, a pozostanie po nim pustka – nicość.
         Wyciągnął dłoń w poszukiwaniu telefonu, lecz natknął się na coś zupełnie innego. Lekko zdziwiony, rozwinął papierową kulkę. Pomyślał, że to kolejna z idiotycznych zabaw Amber. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na charakterystyczne urozmaicenie pierwszych liter zdania, by jego serce zabiło tysiąc razy mocniej.

Kochany Diego!
Nie uwierzysz. Wróciła po mnie.
Powiedziała, że żałuje i bardzo chce mnie znowu zobaczyć. Zgodziłam się.
Wracam do domu. Do mamy. Dziwne, prawda?
Pomyślałam jednak, że to dobre wyjście. Pomogę jej, tak jak ty pomogłeś mi.
Do księżyca i wyżej, pamiętasz?
Nie myśl sobie, że uciekam. To nie jest tak. Po prostu już wiem, co powinnam zrobić.
Ty też dasz radę. Jesteś tam już od kilku lat, a ja… parę miesięcy? Sam widzisz.
Spakowałam się wieczorem. Nie chciałam Cię budzić. Bałam się, że mnie nie puścisz.
Nie zapominaj, ale nie szukaj tego ponownie.
Kocham Cię.
Zawsze Twoja – Lara.


Drobniusieńkie kawałeczki serca rozsypały się po podłodze.
Kilka miesięcy nieba w piekle się skończyło.
Tamtej nocy ostatni raz rozmawiał z gwiazdami.
A potem już nigdy nie zobaczył księżyca.
Jeśli odejdziesz, to odejdę razem z Tobą.


****

To coś na górze to nie ja.
Dosłownie przed chwilą skończyłam pisać. Weny nie było. Porzuciła mnie, głupia.
Mogę was tylko przeprosić, że napisałaś coś, co kaleczy wasze piękne oczy.
Na pocieszenie dodam, iż niedługo parta dodaje Lilka, więc będziecie mogli zapomnieć o tej tragedii.
Kocham szafirki mocnoo <3