Tytuł: "Na zawsze"
Para: Diegara
Gatunek: Psychologiczny, Romans
Przedział wiekowy : K

Przyprowadzili
ją w piątek. Wyrywała się, jej kasztanowe loki bezwiednie opadały na blade
czoło. Krzyczała, tłukła pięściami o klatkę piersiową Stanleya. Zaprowadzili ją
do pokoju. Chyba jej coś podali, bo potem się uspokoiła. Ale rano znowu zaczęła
płakać.
Zdepnął
niedopałek papierosa, nie spuszczając z niej wzroku. Siedziała w kącie.
Milczała. Wlepiała wzrok w gromadkę bachorów grających w piłkę nożną.
Dziewczyny z naprzeciwka rozmawiały o planowanej imprezie. Nikt nie był nią zainteresowany.
Prócz niego.
-Przyzwyczaisz się. – usiadł koło niej, przerzucając pomiętą
paczuszkę do drugiej dłoni. – Dałbym ci jednego, ale nie wyglądasz na kogoś,
kto pali.
-Nie wyglądam na kogoś stąd. Nie jestem jedną z was – zmiażdżyła
go wzrokiem. – Trafiłam tu przypadkiem. Niedługo wszystko się wyjaśni.
-Nie chcieli cię. To nie jest żaden przypadek – schował przedmiot
do kieszeni. – Pewnie dziwi cię, że nikt tu nie zwraca na to uwagi? Widzisz,
wszyscy jesteśmy tu wyjątkami. Niechcianymi podrzutkami Boga.
-Kłamiesz. Nie znasz mnie, wcale mnie nie znasz!
Chciała
krzyczeć, ale w połowie zdania zaczęła kaszleć. Pomyślał, że to od dymu
papierosowego. Zbliżył usta do jej ucha, zacisnął dłoń na materiale szarej
bluzy.
-Spokojnie… Jesteś bezpieczna…
Blednie. Podtrzymuje
jej bezwładne ciało, gładzi po ramionach. Dziewczyna powoli zaczyna oddychać.
-Jak masz na imię?
-Lara – charczy.
-Opuść głowę. Dobrze. Ja Diego.
Nie spuszcza
wzroku z jej rozgrzanych policzków i śnieżnobiałej twarzy. Wyglądała jak jedna
z tych porcelanowych lalek, które tak lubi kolekcjonować Amber. Siedziały w
rządku na drewnianym regale, posegregowane według wzrostu. Obiecał, że na
dziesiąte urodziny skombinuje jej taką w szafirowej sukience.
-Puść mnie. – Mówi powoli, jakby sprawiało jej to
szczególną trudność. – Nie zostanę tu.
-To nie. Ile masz lat?
-Szesnaście.
-W takim razie mi przykro. W najgorszym wypadku jeszcze
trochę tu posiedzisz.
Zamachnęła
się, jednak on tylko lekko przytrzymał ją za nadgarstki. Poddała się. Spuściła
wzrok, zaczęła żałośnie siąkać nosem. Valentine też tak miała, ale jej starzy
byli wyjątkowo okropni, też szybko jej przeszło. Stopniowo przypominał sobie
przyjazdy jego znajomych. Wszystkie takie same. Dużo dramatu, zero empatii. Teraz
wszyscy trzymali się razem.
Generalnie podchodził
do tego obojętnie, jednak odczuwał wrażenie, iż z nią nie pójdzie tak łatwo. Anioł
znagla wrzucony do piekła. Za co? Za nic. Jak oni wszyscy.
W sierocińcu
siedział już cztery lata. Może trochę ponad, nie liczył. Trafił tu od razu po
wyjściu z bagna. Niemile wspominał te czasy. Natknął się na całe chmary
nieprzyjemnych ludzi, łącznie z prawnikami Josephiny. Jego matki – ale to tylko
w papierach.
-Stanley organizuje za miesiąc coś w rodzaju imprezy. Dziewczyny
go namówiły – skinął głową w stronę dwóch, szczupłych blondynek. –
Przyjdziesz?
Pokręciła
głową. Obejrzała czerwone ślady na nadgarstkach. Jęknęła. Poderwała się z
miejsca i pobiegła przed siebie, ignorując jego przenikliwe spojrzenie.
Zapanował
wieczór. Identyczny, jak w jej sercu.
Stanley wygrywał
kolejne dźwięki na Lousie – jego
ukochana gitara, córka i żona jednocześnie, dostał ją kiedyś od ojca na któreś
tam urodziny. Siedział na lekkim wzniesieniu, błędnie nazwanym przez niego „sceną”.
Mimo to, większość grupy bujała się w rytm starych utworów narodzonych jeszcze w
czasie wczesnej młodości wychowawcy.
On sam
trzymał w objęcia Rosalindę, wymachującą na wszystkie strony swoją płomienną
grzywą. Okręciła się wokół własne osi, prezentując zachwycające falbany
pistacjowej sukienki. Wyglądała świetnie, jednak to nie na nią czekał.
Stanley
właśnie zabrał się za piosenkę Johna Newmana. Rosalinda pognała w stronę
przyjaciółek, a on został sam. Chciał zapalić, ale wcześniej kazano mu zajrzeć
do niej. Muszą wiedzieć, czy coś się zmieniło. Zawsze widział ją taką samą. Skuloną,
zapłakaną, siedzącą w najciemniejszym kącie pokoju.
Znalazł ją w
pokoju Amber. Czesała włosy jej lalkom. Jej różane policzki odzyskały kolor
kremowej bieli. Nie uśmiechała się. W milczeniu plotła złote warkocze
porcelanowym istotom z domalowanymi uśmiechami.
Amber
oceniała jej dzieła i z powrotem odkładała zabawki na półkę. Nie pozwolono jej
przyjść. A nawet jeśli, zostałaby tutaj. Przywiozła ją tutaj babcia. Schorowana,
sympatyczna staruszka, która nie dała rady poradzić sobie z wnuczką, po
nieszczęsnym wypadku jej rodziców. Oboje alkoholicy.
-Cześć, Diego! – Podskoczyła dziewczynka, a wraz z nią
dwa, niesforne kucyki. – Ty też tam nie poszedłeś? Super! Posiedzisz sobie ze
mną i z Larą.
Szatynka
wciąż milczała. Okręcała złotawe pasma włosów lalek wokół małego palca. Oddychała
ciszą już cały miesiąc. Nie odzywała się do nikogo, łącznie ze Stanleyem, który
wprost stawał na rzęsach żeby czuła się tu dobrze. Z drugiej strony, Lara miała
trochę racji. Mogą wychwalać ich tu jak bogów, a to i tak nie ma znaczenia, bo świat
potraktował ich jak śmieci. Zgniótł, przeżuł, wypluł tutaj.
-Pójdziesz teraz ze mną? – zaprzeczyła. – Nie na dół. Zaprowadzę
cię wyżej, znacznie wyżej.
-Czyli gdzie? – Spojrzała na niego spode łba. – Nie mam
nastroju.
-Do nieba? – Zgadywało dziecko, jednak Diego tylko z
uśmiechem pogłaskał ją po kudłatej główce.
-Nie, mała. Obiecuję, że przyjdziemy do ciebie później.
Wziął
dziewczynę za dłoń, pociągnął ją przez długi korytarz. Przy każdych drzwiach
wisiały średniej wielkości fotografie, gdzie każda z nich oprawiona była
szklaną ramką ze złotą obwódką. Przedstawiała tych, którym udało się wydostać z
Domu.
-Kto to?
-Ci, którym udało się stąd uciec. Dobrzy ludzie ich
zabrali. – Oznajmił, zatrzymując się przy jednym obrazku. – Na przykład ona. To
jest Lisa – wyjechała rok temu. Pamiętam, że uwielbiała czytać. Wszędzie się
spóźniała, bo nie mogła darować sobie dokończenia rozdziału jakiegoś
arcydzieła – cofnął się o parę kroków. – A to Brian. Jego matka miała schizofrenię.
Nieciekawa sytuacja.
Przejechała
palcem po zdjęciu. Zadrżała. Na korytarzu nie było światła. Tylko księżyc
nieśmiało zaglądał przez okno, po jej twarzy tańczyły srebrzyste kontury.
-Możemy stąd iść?
-Idziemy. – Chwycił jej dłoń, prowadząc ją w głąb
ciemności, jak malutką dziewczynkę bez opieki.
Postanowił,
że ją zaprowadzi. Nie tylko do jego miejsca. Zaprowadzi ją na sam szczyt i nie
pozwoli spaść. A jeśli kiedyś się to stanie, na wszelki wypadek nauczy ją
latać.
Na tle
rozgwieżdżonego nieba była Calineczką. Patrzyła na srebrną tarczę księżyca, ostrożnie
przechodząc po krawędzi.
Codziennie
wieczorem tu „uciekał”. Siedział na dachu budynku, obserwując wolnych ludzi – śpieszących się, wracających
skądś, narzekających na pogodę, pracę, znajomych. I praktycznie żaden z nich
nie doceniał iskierek szczęścia krążących w powietrzu. Były tak blisko nich.
Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę.
-Często tu przychodzisz? – Przysiadła koło niego,
poprawiając turkusową sukienkę.
-Jasne. – Odpowiedział, nie odrywając wzroku od nocnej
palety barw. – Mogę zabierać cię ze sobą.
-Dob… - Urwała, chowając twarz w dłoniach. – Czuję się
strasznie. Wyjechała z kolejnym oblechem, którego uważa za swoją „wielką miłość”.
Szkoda, że przedtem było ich z pięćdziesiąt. – Syknęła, zaciskając piąstki. –
Ten jej nowy mnie nie chciał. Ledwo kiwnął palcem, a ona już zostawiła mnie tutaj.
Niedorosła wariatka z niej, wiesz? Przywieźli mnie oboje, że niby po części
udana rodzinka. Gdyby rzeczywiście było tak super, nie targaliby mnie tutaj.
-Mnie bynajmniej nie przywieźli rodzice. Nawet jedno z
nich. Matka dlatego, że ma mnie w głębokim poważaniu, a o ojcu nie ma co mówić –
nie żyje. Dostarczyła mnie policja – zauważył jej wzrok. – No co? Przynajmniej
byłem oryginalny!
Mimowolnie
parsknęła śmiechem. Zmarszczył brwi, powstrzymując się od pogłaskania jej
policzka. Nareszcie. Uśmiech pojawił się na jej twarzy pierwszy raz, a już
wiedział, że to najwspanialsze, co kiedykolwiek widział.
Ludzie są
zdumiewający, ale piękni. Przeznaczają tyle dat na budowanie zła w duszy,
wylewają bóle w postaci łez – a i tak pewnego dnia zrzucają te wszystkie maski,
by pokazać coś zupełnie prawdziwego – swoje serce.
Uśmiechnęła się – dała mu swoje?
-Mam rozumieć, że zrobiłeś coś bardzo złego? – przysunęła
się bliżej niego. – Wybiłeś szybę w spożywczym?
-Nie. Chciałem obronić matkę.
-Nie rozumiem.
-Nie twierdzę, że jestem święty, ale to on nie zasługiwał
na życie. Nie mogłem patrzeć, jak ją katuje, jak robi jej krzywdę na moich
oczach. Pozbyłem się go.
Zamrugała oczami.
-Tak, Lara. Zabiłem ojca, jeśli mogę go tak nazywać. Nigdy
„tata”. Bałem się, że pewnego dnia zrobi jej coś gorszego niż zwykle. Dlatego
musiałem być szybszy.
Ich twarze
oddzielała szklana ściana. Po jej policzkach płynęły przejrzyste krople, zwane
potocznie łzami anioła. Albo po prostu łzami? Po tym, co usłyszała, zdobyła
pewność, że żadnego anioła tam nie było.
Bez słowa położyła
głowę na jego ramieniu. Jej dłonie błądziły w jego włosach, gładziły czoło,
szyję, skronie. Przywarł do niej, zacieśnił światło księżyca między nimi. Srebrne
fale kreśliły linie na ich zapadniętych twarzach.
-Wyrzuciła mnie. Obwiniała za wszystko, powiedziała, że to
moja wina. – Szeptał w jej włosy. Nie przejmował się tym, że ryczał jak
dziecko. Po prostu te wszystkie naiwne bajki o matczynej miłości nie były dla
niego.
Gdziekolwiek
by nie spojrzeć, ona była tą dobrą. Tchnęła w ciebie życie, przeprowadzała
przez przeszkody, konsekwentnie unikała błędów. Zawsze można do niej wrócić.
Zawsze można przyjść, przytulić się do niej, powiedzieć „Mamo, życie jest za
trudne”. Zawsze można wiedzieć, że mimo wszystko ona będzie obok. Zawsze. Na
zawsze.
-Ja nigdy nie płaczę.
-A One zawsze kochają, co? – Rzekła cierpko, przyciskając
swoje czoło do jego. – Skoro nie mamy ich, to bądźmy przy sobie. Proszę… - w
jej głosie dało się słyszeć nutkę desperacji.
Nie mieli
siły. Ale wciąż wchodzili w posiadanie niechcianej miłości. Albowiem ratunkiem
od jej braku może być tylko sama ona.
Aniele mój - tak
brzmiało moje imię.
I magią słów
zdobyłeś mnie, zdobyłeś.
I kto powiedział, że
wszystko jest bez sensu?
Tacy, jak my -
niewolnicy zmysłów.
~Aniele Mój~
Mijały
kolejne godziny, dni, miesiące. Niewidzialna aureola nad jej głową
stawała się coraz bardziej wyraźna. Srebrne płomienie księżyca wdzierały się w
ich serca, mieszały się nawzajem, szalały wraz z gorącymi gwiazdami.
Siedziała na
jego kolanach, wybijając rytm piosenki o twardą kamienną powierzchnię. Tkwili gdzieś
na samym środku gwiazdozbioru, otuleni księżycowym światłem, jak ciepłymi
ramionami matki, których nigdy nie odczuli.
Ucałował jej
policzek. Ścisnęła jego dłoń, przejechała nią po swojej skórze. Niezmącony
ocean gwiazd śpiewał jedną z piosenek o miłości – nie znali zakończenia. Może
dlatego perspektywa wspólnego oddania się sobie na wieki były taka przejmująca?
-A jeśli odejdziesz?
-Dokąd?
-Nie wiem. Ale co wtedy?
-Wyjdziesz za Stanleya i będziecie razem polerować jego
gitarę. – Schylił się, unikając jej niezdarnego ciosu. – Musisz jeszcze
poćwiczyć. Niezmiernie mi przykro.
-Zamknij się! – Roześmiała się, podciągając kolana pod
brodę. – Kocham cię. Bardzo.
-Ja siebie też - zachichotała.
Przytuliła
swoje usta do jego, owinęła ramiona wokół jego torsu. Mocno całowała jego wargi,
spijając z nich księżycowe światło. Przyciągnął ją bliżej.
W tej chwili
stanął przed losem i zaśmiał mu się w twarz. Upchnął go w izolatce, zamknął na
cztery spusty, wyrzucił klucz. Wygrał, po tylu latach monotonnej wojny. Nikt
nie zmąci tej radości.
Zapomniał,
że los nie jest człowiekiem. To pośrednik diabła i Boga, lecz knuje przeciwko
piekłu i niebiosom. Przyznał koronę sobie samemu. Jeden zły ruch, a wypadniesz
z jego gry…
To koniec, Diego?
Aniele mój - tak
zwykłeś mówić do mnie,
By słowa twe tak
kochać nieprzytomnie
Ulotna miłość i
twoje pożądanie.
Aniele mój, czy w
moim śnie zostaniesz?
~Aniele mój~
Gdyby sny
mogły stać się rzeczywistością wcale nie byłoby lepiej. Owszem, każdego
ucieszyłaby wizja pałacu zbudowanego ze złota, ciepłego domu rodzinnego, czy
choćby możliwość spotkania swojego idola. Są jednak sny, w których spełniają
się najczarniejsze scenariusze. Los odrywa nam kawałek serca, po czym ucieka z
nim na koniec świata, rzucając je do głębokich wód oceanu. Mamy tylko Anioła
Stróża, który kona z bezsilności – mimo to, nadal trzyma nas za rękę. Umieracie
oboje.
Ledwie
otworzył oczy, a już ujrzał błyskawicę przedzierającą się przez fioletowe
niebo. Zdawało się, iż za chwilę rozpadnie się ono na pół, a pozostanie po nim
pustka – nicość.
Wyciągnął
dłoń w poszukiwaniu telefonu, lecz natknął się na coś zupełnie innego. Lekko
zdziwiony, rozwinął papierową kulkę. Pomyślał, że to kolejna z idiotycznych
zabaw Amber. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na charakterystyczne urozmaicenie
pierwszych liter zdania, by jego serce zabiło tysiąc razy mocniej.
Kochany Diego!
Nie uwierzysz.
Wróciła po mnie.
Powiedziała, że
żałuje i bardzo chce mnie znowu zobaczyć. Zgodziłam się.
Wracam do domu. Do
mamy. Dziwne, prawda?
Pomyślałam jednak,
że to dobre wyjście. Pomogę jej, tak jak ty pomogłeś mi.
Do księżyca i wyżej,
pamiętasz?
Nie myśl sobie, że
uciekam. To nie jest tak. Po prostu już wiem, co powinnam zrobić.
Ty też dasz radę.
Jesteś tam już od kilku lat, a ja… parę miesięcy? Sam widzisz.
Spakowałam się
wieczorem. Nie chciałam Cię budzić. Bałam się, że mnie nie puścisz.
Nie zapominaj, ale
nie szukaj tego ponownie.
Kocham Cię.
Zawsze Twoja – Lara.
Drobniusieńkie kawałeczki serca rozsypały się po podłodze.
Kilka miesięcy nieba w piekle się skończyło.
Tamtej nocy ostatni raz rozmawiał z gwiazdami.
A potem już nigdy nie zobaczył księżyca.
Jeśli odejdziesz, to
odejdę razem z Tobą.
****
To coś na górze to nie ja.
Dosłownie przed chwilą skończyłam pisać. Weny nie było. Porzuciła mnie, głupia.
Mogę was tylko przeprosić, że napisałaś coś, co kaleczy wasze piękne oczy.
Na pocieszenie dodam, iż niedługo parta dodaje Lilka, więc będziecie mogli zapomnieć o tej tragedii.
Kocham szafirki mocnoo <3