Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablangie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pablangie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lipca 2014

{Zamówienie 003} Pablangie || "Drzazga" - Tears in Heaven

Tytuł: "Drzazga"
Para: Pablangie. (Pablo & Angie)
Gatunek: Dramat, psychologiczny, romans 
Songfic (Deep Purple - "Perfect Strangers")
Przedział wiekowy: T



Dla Laverne.


         Zapisana w gwiazdach, opleciona srebrnymi nitkami domysłów, krucha jak szkło.
Jest.
         Po dziecinnemu naiwna i śmiertelnie poważna.
Była.
         Płynąca pod skórą, wypalona w krwiobiegu, wtłoczona aż do serca.
Będzie.

- Spróbuj nazwać, czym jest miłość - nie używając fachowych określeń. Spróbuj z prostych słów stworzyć jej definicję.
- Sensem?
Bywa nieracjonalna.
- Celem?
Nie zawsze warto do niej dążyć.
- Poszukiwaniem?
Ale ona sama znajduje.
- Szczęściem?
Od kiedy szczęście utożsamia się z bólem?

- Drzazgą.
Milknie zaskoczony.

_________________________________________________________________________________
Często słucham, jak deszcz układa na szybach drżące melodie. Uderza w szkło tysiącami kropel, wiążąc ich delikatne jęki w brzęczący, monotonny lament. Po przezroczystej scenie pląsają samotne diamenty, rozpaczliwie wijące się między innymi, by przetrwać jak najdłużej; prędzej czy później wszystkie spływają na sam dół, wsiąkając w czarne fugi białych ram jak łzy.
Czerń i biel, jak nasza miłość? Kiedyś była najjaśniejszym diamentem, odbijającym światło pod każdym kątem. Teraz - mglistym wspomnieniem, czarnym jak węgiel.
Nie była.
Nadal j e s t.


"Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko."
~Pieśń nad Pieśniami~


Dlaczego pozwoliłeś jej upaść?
Diamenty nie pękają, ale serca tak.

- Uważaj!
Słyszy wołanie, ale nie zwraca na nie uwagi. Zaciska tylko mocniej brudne ręce na szorstkim włóknie sznura, który zostawia na delikatnej skórze czerwone ślady. I leci, leci w przestworza, próbując dotknąć krawędzi nieba, kołyszącego się nad głową.
- Angie, spadniesz. - Przez troskę w jego głosie przebija złość, ale ona nie lubi rozkazów. Nigdy nie lubiła.
- Nie spadnę. - Wychyla się jeszcze bardziej w tył, w przód. Huśtawka wznosi się niemal do poziomu, oddala od ziemi coraz bardziej. Trochę już kręci jej się w głowie, ale na przekór jemu kołysze się dalej na stojąco.
- Uważaj! - woła jeszcze raz, a potem zrezygnowany staje w bezpiecznej odległości, patrząc na jej wygłupy. Zabawa znudziła się jej już dawno, więc wreszcie postanawia ją zakończyć. Wyłapuje moment, w którym jest najmocniej wychylona do przodu - i wypuszcza sznurki z rąk, leci - wpadając prosto w jego wyciągnięte ramiona. Siła upadku odbiera im obojgu oddech, przez dłuższą chwilę więc leżą na trawie, zastygli w tej niezręcznej pozie. Nie jest ciężka, ale chłopak pod nią długo nie umie wykrztusić ani słowa, oszołomiony nagłym uderzeniem. 
Wreszcie zaczynają się śmiać, a on zamiast zganić - przytula ja do siebie mocniej, nie bacząc na kościste łokcie wbijające mu się w żebra. Głaszcze jasne, rozsypane w nieładzie włosy, składa na czubku jej głowy ostrożny pocałunek. A ona wtula się w niego kompletnie odruchowo i leży - z lśniącymi oczami, z urywanym oddechem i buzią zaczerwienioną z wysiłku.
I jest im dobrze.


Czasem spoglądam w nocne niebo, szukając konstelacji, które kiedyś nazywaliśmy po swojemu. Nasz Skorpion nie pokrywał się z prawdziwym Skorpionem, ale za to miał prawdziwe szczypce i ogon z kolcem jadowym. Razem wytyczaliśmy szlaki, rysowaliśmy niewidzialne niteczki, rozpięte pomiędzy jedną gwiazdą a drugą. Razem wymyślaliśmy nowe nazwy, odkrywaliśmy bezmierną przestrzeń po kawałeczku - palcami i wyobraźnią zamiast cyrkla i mapy nieba. I znaliśmy je lepiej, niż niejeden doświadczony astronom.

W jedną z tych ciepłych nocy, kiedy mieliśmy jeszcze po osiemnaście lat, zabrał mnie do nieba - prawdziwego. Pokazał mi je z bliska, pozwolił dotknąć gwiazd, zanurzyć dłonie w kosmicznym pyle i wybuchnąć razem z jakąś supernową. Zatańczyć odblaskiem w jego oczach, zapłonąć prawdziwym, jasnym ogniem w środku ciemnej przestrzeni.

A potem - odszedł. Zostawił wielką czarną dziurę w miejscu, gdzie kiedyś były nasze roześmiane twarze i splecione palce. I ona mnie wciąga, dzień po dniu - wysysa całą radość, pozostawia pustkę. Próżnię.



"Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie."
~1 List do Koryntian~


Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?
Gwiazdy żyją miliardy lat, ale złamane serce boli o wiele dłużej.

- Muszę tam pojechać, Angie.
- Żadne "muszę". Dlaczego? Ja nie chcę. Nie pozwalam ci!
- Nie mam wyjścia - szepcze z bólem, ściskając jej drobne dłonie. Wyrywa mu się, płacze. - Nie mam wyjścia - powtarza, a to zdanie za każdym razem brzmi tak samo beznadziejnie.
- Nie możesz, dlaczego nikt się mnie nie spytał o zdanie? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
- Wyjeżdżam i nie ma już żadnej dyskusji, musimy to oboje przyjąć do wiadomości.
- Ale ja nie mogę bez ciebie żyć! Nie mogę, nie umiem i nie chcę! - krzyczy, drze się przeraźliwie, macha rękami, traci rozum. Przygarnia ją do siebie, ale ona gwałtownie jego ręce odtrąca, szarpie się, tłucze go pięściami. On nie zważa ani na to, ani na jej krzyki. Trzyma mocno, aż wreszcie opada z sił i tylko szlocha na jego ramieniu. Gładzi ją po plecach, mruczy jakieś ciepłe słowa.
Które okażą się kłamstwem...
A czas wcale nie leczy ran. Tylko pomnaża tęsknotę.


Bardzo rzadko oglądam nasze zdjęcia. Mam parę albumów, a w nich udokumentowaną historię naszego domku na drzewie, pogrzebu mojego psa Hectora, wyścigów rowerowych. Jestem ja, przeraźliwie chuda, piegowata i nieuczesana. Jest on, roześmiany beztrosko mimo potężnego guza na czole. Całkiem mali i trochę więksi, w pierwszej klasie i na balu maturalnym. Zawsze razem, nierozłączni, prawie jak brat i siostra - a nawet bliźniaki. Znamy się dosłownie całe życie. Urodziliśmy się tego samego dnia, w tym samym szpitalu, a nasze matki zajmowały sąsiednie łóżka.
Nie mam ochoty wspominać starych, dobrych czasów. Obecne są złe, ale świadomość, że kiedyś było lepiej, wcale nie poprawia sytuacji.
... A pamięć? Pamięć bywa zdradliwa, ale pewne punkty pozostają w niej wytłoczone tak mocno, że nawet po latach wyczuwa się je pod palcami - choć starte już przez czas, dotykane tysiące razy. Istnieją - bez względu na to, czym są. Nazwij je bliznami. Albo piętnami, śladami, rysami, znamionami, jeśli chcesz. To nie ma znaczenia. One s ą.
_________________________________________________________________________________

czy pamiętasz, pamiętasz me imię
gdy przepływam przez twoje życie
tysiące oceanów, które przemierzyłem
i zimnych duchów lodu
całe moje życie
jestem echem twojej przeszłości


- O czym tak myślisz? - Czuje za plecami uderzenie ciepła, a chwilę później silne ramiona obejmują ją w talii. Od jego dłoni bije gorąco, promieniujące przez materiał bluzki. Tłumi westchnienie.
- O niczym.
- Zawsze lubiłaś bujać w obłokach - oznajmia z czułością, a w niej się coś burzy.
Jakie z a w s z e, do cholery? Czemu próbujesz udawać, że znasz mnie od zawsze?
Zaciska delikatne palce na jego przedramionach, gładzi je lekko. Uśmiecha się smutno, jakoś tak gorzkawo.
- Masz rację, German. Zawsze - powtarza jak automat, patrząc na swoją dłoń. Jedna z gwiazd przykleiła się do jej palca serdecznego.
Jedna za to, że muszę iść dalej.
Jedna za to, że bez ciebie.
Jedna dla ciebie. Ciekawe, czy gdzieś tam spada ci z nieba, przypominając o mnie?
Jedna dla mnie. Smutna, ale potrzebna.
Jedna dla nas. Bo zapaliliśmy ją razem, prawda?
I nie zgasła.

- Kocham cię.
Tylko jedna. A o jedną za dużo.
- Ja też cię kocham - mówi, odwracając głowę. Jej usta są zimne. Żar wypalił się dawno.


powracam, echo miejsca w czasie
i odległe lśniące twarze
tysiące wojowników, których znałem
i śmiech pojawiający się jak duch
całe twoje życie
cienie innego dnia


Wyciąga rękę w niedowierzaniu. I zaraz ją cofa.
Mruga.
Zwilża suche usta, zaciska trzęsące się dłonie.
Wschodzące słońce pełznie ślamazarnie po niebie, zostawiając krwawe ślady na załamaniach obłoków. Powoli przeistacza się w kroplę płynnego złota, wbrew wszystkim regułom podpływającą - do góry. W tym ciepłym świetle jego oczy mają najpiękniejszy odcień brązu. 
To jakaś cholerna fatamorgana?
- Jestem - oznajmia po prostu, bez ckliwych wstępów, bez patosu. Nie zjawia się na rumaku z lśniącą grzywą ani pośród grzmiących fanfar i pieśni. Zwyczajnie, jak mleczarz albo listonosz, stoi - ściskając w ręku poranną gazetę, w starych jak świat conversach mokrzuteńkich od rosy i dżinsowej kurtce, połatanej akurat tak samo niedbale jak zawsze.
Ma ochotę cofnąć się, wejść do domu i zapomnieć o tej zjawie, ale zamiast tego jej trzęsąca się dłoń trafia na jego ramię, a w podkrążonych z niewyspania oczach zapala się światło.
Nie znajduje słów, co jest kompletnie nie w jej stylu.
Dalej stoi, gapiąc się na niego.
Czas płynie gdzieś poza nimi.
-... jeden dzień - dobiega spoza ścian ciszy.
- Jeden? - powtarza, czując w gardle coś dziwnego.
- Miałem nadzieję, że spędzisz go ze mną - dopowiada cicho, a ona wyrywa się z tego zawieszenia i obejmuje go - mocno, rozpaczliwie, wciskając twarz w podkoszulek z jakimś rockowym zespołem. Twarze muzyków spoglądają na nią posępnie.
Jeden za to, że się zjawiłeś.
Jeden za to, że znowu odejdziesz.
Jeden dla ciebie - ze mną.
Jeden dla mnie - z tobą.
Jeden dla nas. Jak dawniej.

- Tęskniłam - szepcze wreszcie z wysiłkiem.
Jeden. Tylko jeden. Za mało o całą wieczność.



i jeśli słyszysz jak mówię na wietrze
musisz zrozumieć


- ...Pamiętasz ten mostek? - Wyciąga się jak długi na ciepłych deskach, wychylając się i spoglądając w głębię zamulonego strumyczka, wijącego się brunatnym wężykiem między zielonymi plamami pól. - Wrzucaliśmy patyki z jednej strony, wypływały z drugiej.
- ...Pamiętasz tamtą łąkę? Tak świetnie się tam puszczało latawce.
- ...Pamiętasz to?
- ... Pamiętasz tamto?
- ...A pamiętasz, jacy byliśmy szczęśliwi?
- I to drzewo. - Zatrzymuje się, zadzierając jasną głowę. Wygodnie rozłożone, szerokie gałęzie zawsze aż się prosiły o domek. Teraz zostało z niego tylko kilka desek i kawałek sznura. - Ciekawe, czy jeszcze... - Chwyta drobnymi dłońmi za wysunięty konar, próbuje się podciągnąć. Czuje jego pomocne ramiona, już po chwili oboje siedzą na gałęziach jak dzieci.
- A jak załamie się pod nami? - Zerka w dół, macha nogami w wytartych dżinsach.
- To spadniemy razem. - On jak zwykle traktuje ją ze stoickim spokojem i żartobliwą ironią jednocześnie. Wśród zielonych liści jego sylwetka wygląda tak znajomo, jakby nigdy stąd nie schodził. Jakby przez wszystkie te lata siedzieli tu, kryjąc się przed światem, zamiast szukać szczęścia na dwóch różnych kontynentach.
- Jesteś szczęśliwy? - wyrywa jej się, nim zdąży pomyśleć.
- W tym momencie? Czy tak w ogóle? - Odwraca wzrok.
- Czyli to dwie różne odpowiedzi. - Kiwa głową, choć przecież powinna się tego spodziewać.
- Angie...
- Nie umiem o tym zapomnieć. - Zeskakuje, chce odejść. Staje obok niej, łapie ją w ramiona. Jak dawniej zanurza ręce w jej włosach, głaszcze szyję, rozchyla jej usta swoimi, roznieca dawny ogień. Rozdmuchuje żarzące się węgielki, osłania je przed wiatrem. Jeden płomień.
Jeden, bo rozpalony raz.
Jeden, bo na zawsze.
Jeden dla mnie, żeby roztopił lód odległości.
Jeden dla ciebie, żeby spopielił te głupie bariery.
Jeden dla nas, żeby spalił nas raz jeszcze, pochłonął.

Deszcz uderza w nich z zaskakującą siłą, jakby celowo chciał ich rozdzielić.
- Chodź, jedziemy do domu - udaje jej się wyszeptać pośród szumu kropel.
Jeden. Jak jeden dom. Mój. Nie nasz wspólny...


musimy pozostać
Zupełnie Obcymi Ludźmi


- Zatrzymałeś się w hotelu? - pyta głosem bez wyrazu, ale nawet na niego nie patrzy. Wie, że skinie głową.
- Ale on jest... - przerywa, obraca się niespokojnie na fotelu.
- Jeden - powtarza jak w dziwnej malignie.
- ... w drugą stronę - kończy, za oknem jej samochodu majaczy już znajoma dzielnica.
- Wiem o tym, Pablo. - Parkuje przed swoim domem, wyjmuje kluczyki ze stacyjki. - Chodź.
- Angie...
- Chodź - powtarza, wychodząc na deszcz. Podąża za nią, biegnącą przez rosnące kałuże.

Wiesza kurtkę na haczyku, spogląda na kobietę. Wilgotne, poskręcane włosy opadają jej na kark. Biały podkoszulek klei się do mokrej skóry, mocuje się z nim w milczeniu. Wreszcie dziecięcym gestem wyciąga ręce do góry, patrząc na niego błagalnie. Podchodzi, wsuwa dłonie po materiał, uwalnia ją i jednocześnie wydaje wyrok na samego siebie.
Całuje ją, ale inaczej niż wtedy. Delikatnie, ledwie muskając jej słonawe usta. Ostrożnie, jakby robił to po raz pierwszy.
I z ociąganiem, jakby po raz ostatni.
Przerywa, patrzy jej w oczy. Błąka się w nich pragnienie - to, którego nie ugasi woda, tylko ogień.
Sekunda, nie więcej.
Niżej. Dalej. Odchyla głowę, żeby dać mu dostęp do szyi.
Nie śpieszy się kompletnie. Ale nie tak, jakby się bał odkrywać skrawki jej ciała. Bardziej jakby chciał zatrzymać tę ulotną chwilę na dłużej. Jakby przerażała go sama myśl o jej końcu.
Mylą się ci, którzy myślą, że kobietę zdobywa się brutalnością. To działa w drugą stronę.
Im wolniejsze i bardziej czułe stają się jego pocałunki, tym bardziej doprowadzają ją do szału. A wyraźnie nie zamierza tego zmienić, krąży i znów zawraca. Dotyka kącika jej ust, tam, gdzie kiedyś uderzyła ją huśtawka - do teraz została mała, szorstka blizna. I znów przebiega po skroniach, szyi, ramionach. A ona chyba zaraz zwariuje.
Szarpie go za włosy, przyciąga znów do ust, zagłębia w nie mocniej, bardziej chciwie. Gładzi jego kark, przykłada dłoń do policzka, ściera uciekającą łzę. Jedna.
Jedna za to, że wciąż cię kocham.
Jedna za to, że nie mogę cię kochać.
Jedna za to, że chcę cię kochać.
Jedna dla mnie, bez powodu.
Jedna dla ciebie, bez powodu.
Jedna dla nas, już za późno.

A ogień trawi ich ciała, nic nie zdoła już go powstrzymać - krople deszczu na ich ciałach, pot, ślina, łzy. Skóra przy skórze, coraz głębiej w płomienie, słone, palące, pełne iskier i jęków, pełne żarliwych szeptów, płynących wzdłuż kręgosłupa.
Szarpnięcie wymywa z ich oczu cień lęku.
Wyrywają się z nich dzieci, łapiące się za ręce i biegnące po schodach - do nieba. Szklane stopnie uginają się pod ich stopami, słońce świeci już pod nimi, obłoki owijają się wokół kostek, a dookoła rozlewa się struga tęczy.
Są wysoko, najwyżej. W miejscu, skąd najłatwiej spaść.

"- Uważaj!"

Rozkołysana huśtawka.

"- Nie spadnę."

Niebo pod palcami.

I jest im tak dobrze...

Będzie?

"- Spadniesz."


Roztrzaskuje się na kawałeczki o twardą ziemię, rozsypuje w pył - wirujący jeszcze przez chwilę w promieniach jak kurz - i zaraz jednoczący się z mrokiem, wpełzający na samo dno.
Krzyczy. Łapie powietrze, dławi się szlochem, błaga. Prosi. Płacze.
Ale nie ma nieba, nie ma schodów, nie ma ich. Nie ma już niczego.

Pablo głaszcze ją po włosach, całuje ich długie, jasne pasma. On też płacze.
Płaczą razem. Rozpaczliwie sami pod pustym, bezlitosnym niebem. W tę jedną noc.
Jedna. Ostatnia.


wiem, że muszę pozostać we wnętrzu tej ciszy
studni smutku

brzeg srebrnej zasłony rozpostarty na niebie
wzruszający bardziej niż ci się wydaje
głos rozsądku w twojej głowie
cierpiący wraz ze śmiercią nocy
wartościowe życie (twoje łzy giną w padającym deszczu)



Budzi się. Otwiera oczy, na piersi czuje ciężar. Ten najpiękniejszy, najprzyjemniejszy.
Włosy rozsypały się na wszystkie strony, ramiona obejmują go ufnie. Pod jasną skórą rysują się delikatne obrzmienia żył - maleńkie tunele, niosące krew w stronę jej zapadniętych policzków i kolorujące sny, które drzemią pod drżącymi zasłonami rzęs. Oddycha tak spokojnie. Gdzieś tam, pod powiekami, błądzi teraz w światach kruchych jak lód marzeń, które rozpadną się wraz z otworzeniem oczu.
Z czułością przesuwa palcami po jej dłoni. Dobrze wie, że ten czerwony ślad nie jest przypadkiem, tylko miejscem po pierścionku, który zapewne leży w jednej z szuflad, wrzucony w pośpiechu, by ukryć go przed jego wzrokiem.
Uśmiecha się smutno.
Słońce wpada przez zasłony i maluje na skórze jej pleców złote pręgi. Mosty, łączące piękną przeszłość z teraźniejszością, która przecież też mogłaby być piękna.


Budzi się. Wdycha zapach, który utulił ją do snu - mokrej trawy, zielonej herbaty i jakiejś nieokreślonej goryczki, przypominającej dym z ogniska. Dziwne perfumy.
Zapach - i nic więcej. Wzrok natrafia na pustkę. Tylko ślad na poduszce i rozsunięte zasłony w oknie dowodzą, że to nie był sen.
Wzdycha ciężko. Zeszłej nocy wyczerpała już wszystkie łzy.

Ze zrezygnowaniem sięga do szafki, wyjmuje ten cholerny sygnet i przez moment się zastanawia, czy wyrzucenie go przez okno byłoby dobrym wyjściem. Ale w szufladzie jest coś jeszcze. Jakaś kartka.
Kochany Promyczku, a jednak nie wyczerpała. Już pierwsze słowa rozmazują się na papierze.
Przepraszam Cię za wszystko. Przepraszam, że zjawiłem się jak tchórz i jak tchórz odchodzę. Przepraszam, że nie mogę dać Ci tego, na co zasługujesz. Przepraszam, że nie wybuduję dla Ciebie zamku ze szkła, że nie uczynię Cię jego królową. 
Przepraszam, że złamałem Ci serce.
Przepraszam, że zgasiłem Twoje gwiazdy.
Przepraszam, że wszystko zniszczyłem.
Nie mogę kraść Twojego szczęścia, nie mogę wymagać, żebyś mi je oddawała dobrowolnie. Nie mogę być psem ogrodnika ani żądać, żebyś zadowoliła się niczym. Bo ja nie mam nic, więc nie mogę dać Ci nic. Kompletnie nic.

Ale za to on może, prawda?

Bądź szczęśliwa, Promyczku. Łap każdą małą radość i nawlekaj na nitkę jak koralik, uzbieraj ich jak najwięcej. I nie myśl o mnie. Myśl o sobie, bo to od Ciebie zależą przyszłe dni. Proszę, obiecaj mi, że nie będziesz smutna. Wiesz, że tego nie chcę.
Nie mówię: nie kochaj mnie. Wiem, że to niewykonalne. Ta Miłość w nas zostanie jak drzazga, która zbyt głęboko utkwiła w skórze, by ją wyjąć. Nie boli. Ale jest. I będzie, prawda?
Nie mówię: zapomnij. Też się nie da.
Ale mówię: idź dalej. Po prostu.
Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zrób go. Tylko jeden.
Jeden jak jeden dzień.
Jeden jak jedna noc.
Jeden jak jedna gwiazda.
Jeden jak jedna łza.
Jeden jak jeden płomień.
Jeden jak jedna drzazga w naszych dwóch sercach.

Życie też masz tylko jedno, nie zmarnuj go. Żyj.

Kocham Cię, Promyczku. Najbardziej.


Słońce świeci już bardzo jasno, zapala w oczku pierścionka tęczowe błyski. Obraca dłonią, łapie te refleksy, przygląda się im w skupieniu. A potem wstaje i idzie zaparzyć kawę.
W kuchni skreśla na kalendarzu ten dzień. Jeden dzień. Kolejny dzień.
Zwykły. Najzwyklejszy. Jedna kratka, wypełniona cyfrą.
Skreśla i liczy - do ślubu z Germanem jeszcze tylko dwa tygodnie.
Czy można to uznać za pierwszy krok?



And if you hear me talking on the wind
You've got to understand
We must remain

Perfect Strangers...
____________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz drugi! Znowu napisałam coś dziwnego, ale to typowe dla mnie. Miejmy nadzieję, że nie uciekniecie w popłochu po przeczytaniu tego - bo gdybyście uciekli, to stracilibyście okazję do przeczytania cuda od Sarenki, które pojawi się już wkrótce i na pewno nie będzie tak dołujące jak wypociny jej siostry bliźniaczki.

wtorek, 1 lipca 2014

{012} Pablangie || "Srebro i awenturyn" - Tears in Heaven

Tytuł: "Srebro i awenturyn"
Para: Pablangie. (Pablo & Angie)
Gatunek: Komedia, romans. 
Przedział wiekowy: K
Czas akcji: Późne lata 90.





Dzieciństwo to miejsce, gdzie mieszka się przez całe życie.
~Rosa Montero~



Było już dobrze po północy, a ona wciąż ślęczała przy biurku nad stosem zdjęć, listów, płyt i kaset. Sennym ruchem przerzucała szeleszczące papiery, brała któryś z krążków, otwierała z kliknięciem odtwarzacz, słuchała przez chwilę i znowu sięgała po kartki, podczas gdy głowa kiwała jej się coraz bardziej, a oczy same zamykały.
- Co ty tu robisz? - Drgnęła nagle, spoglądając na jakiś cień, stojący obok niej od paru chwil. - Nie powinnaś być już w łóżku?
- A ty? - odbiła piłeczkę siostrzyczka, obejmując ją od tyłu, wbijając brodę w jej ramię i śledząc wzrokiem migającą na magnetofonie czerwoną kropkę. - Siedzisz już nad tym cały dzień i noc, a jutro rano masz samolot.
- Zaraz. Mam prośbę, posłuchasz tego? - Zsunęła słuchawki ze swoich loków i włożyła jej na rozczochraną głowę. Angie przycisnęła je odruchowo do uszu, chciwie chłonąc dźwięki z nich płynące. Jednocześnie, podążając oczami za wzrokiem siostry, przypatrzyła się uważnie widocznemu na leżącej z wierzchu fotografii, szczupłemu brunetowi w okularach, w rozwleczonej koszuli i dżinsach z dziurami na kolanach, który szarpał struny równie wysłużonej gitary. Na nagraniu leciał ciepły, szorstki głos, śpiewający jedną z mniej znanych piosenek Marii, tę o dziewczynie z zielonymi oczami.

- Wymiata.
- Też tak myślę. - Maria zmierzyła ją rozbawionym spojrzeniem, a wtedy zdała sobie sprawę ze swoich uchylonych gapowato ust i bardzo widocznego zachwytu, który musiał jej się malować na twarzy. Zamknęła buzię, udając, że podnosi ręką opadniętą szczękę.
Lubiła rozśmieszać siostrę, to było silniejsze od niej.
No i zawsze jej się udawało.
- No, to... Mamy zwycięzcę, aniołku - oznajmiła ta po chwili, zasłaniając dłonią ziewnięcie. - A teraz jazda do łóżka, ja też zaraz się kładę.
- Nie jestem dzieckiem - zaprotestowała - bądź co bądź już szesnastolatka - ze złością, ale odłożyła słuchawki z powrotem na biurko, pogapiła się jeszcze przez chwilę na rozrzucone zdjęcia, by w końcu cmoknąć ją w policzek i uściskać pospiesznie. - Jak wytrzymam ten miesiąc bez ciebie? Wolałabym od razu polecieć razem z tobą do Madrytu.
- Wiem, że byś wolała. Ale szkoła się bez ciebie nie obejdzie, a ja tak.
- Zaraz pierwszego dnia wakacji jestem u ciebie - oznajmiła z uporem, ściskając ją jeszcze raz z całych sił.
- Pewnie, znajdziemy ci jeszcze jakąś sukienkę na bal. I może księcia - dodała z filuternym błyskiem w oku, tak charakterystycznym dla niej. Mówiła to w żartach, ale w głowie zakiełkował jej pewien pomysł.

Oczywiście genialny.


                                                                                                               ***


Odetchnął suchym, palącym płuca powietrzem, drżącym od żaru. Uśmiechnął się do bezchmurnego nieba, błękitniejącego mu nad głową. Wreszcie. Myślał już, że nie wyrwie się kontroli, sprawdzającej jego rzeczy ze skrupulatnością, która zniecierpliwiłaby świętego, a co dopiero jego. Choć przez moment miał wielką ochotę parsknąć śmiechem, gdy facet rzucił się na jego futerał z miną pełną satysfakcji, a potem niemal jęknął z rozczarowania, gdy nie znalazł tam kałasznikowa, a zaledwie mocną już nadszarpniętą czasem - i użyciem - gitarę.
W końcu jednak zdołał opuścić lotnisko i pomaszerować przed siebie - zerkając na mapę od czasu do czasu - by wgłębić się w miejską dżunglę tego sławnego Madrytu.

Miał osiemnaście lat i głowę pełną ambicji, uszeregowanych równiutko jak akta w archiwum. Miedzy tymi zaś walały się marzenia, szklane kulki w różnych odcieniach zielonego, które skrzętnie skrywał przed wścibskimi spojrzeniami ludzi. Trochę z uporu, trochę ze strachu.
Jak często je zabijają?
Ktoś postanawia, że zostaniesz lekarzem. Albo prawnikiem, bankierem, w ostateczności - księdzem. Ktoś sobie lekką ręką nakreśli plan, nie bacząc na to, że tym samym zamazuje rysunek, który ty sam stworzyłeś. Ktoś uśmiechnie się z pobłażaniem, klepiąc po główce dziecko - popełniając niewybaczalne morderstwo na jego marzeniach.
Morderstwo z uśmiechem.

Zdawał sobie sprawę, że pokładane są w nim nadzieje. Że mają co do niego wielkie oczekiwania, bo przecież jest inteligentny - można od niego wymagać więcej. Można? Trzeba.
Bo grzeczne dzieci przecież nie mają zielonych marzeń, tylko dorosłe plany.
Wiedział to, recytował na pamięć jak regułkę matematyczną, w której jest tak, a nie inaczej. Bo dwa razy dwa będzie się równało cztery niezależnie od tego, jak bardzo będzie się chciało to zmienić.

Poprawił szelkę plecaka na ramieniu, zerkając mimochodem na zegarek. Od dwóch godzin już szedł skwarnymi ulicami, a do hotelu wciąż zostało mu dobrych parę kilometrów. Gdyby nie cackał się tak z każdym groszem, pewnie wziąłby taksówkę. Ale przecież chciał kupić jakąś pamiątkę dla Anny, obiecał jej.
Ruszył więc dalej, przyspieszając nieco, gdy na krańcu słonecznej ulicy zamajaczył miły cień w zielonej plamie parku.
Coś na kształt oazy w tej miejskiej pustyni - spokojny zakątek, odizolowany kurtyną wierzb z jednej strony, a z drugiej ograniczony masywną sylwetką fontanny, wzbijającej niewzruszenie pióropusze wody w niebo. Słońce ślizgało się po jej gładkich krzywiznach i zawieszało na mgiełce kropel aureole miniaturowych tęcz. A świeciło wyjątkowo mocno, należy dodać. W promieniu kilkudziesięciu metrów rozciągał się wybrukowany plac, na którym daremnie było szukać chłodniejszego lub chociażby odrobinę zacienionego miejsca. Każda gładziutka kostka zdawała się wibrować i podskakiwać z gorąca.
Może to całe ustronie też było tylko mirażem, kto wie?
Uśmiechnął się do tych absurdalnych skojarzeń, zrzucając ciężki plecak na ziemię u stóp, a obok ostrożnie kładąc - i tak sponiewierany nieludzko - ukochany instrument. A z ust wyrwało mu się westchnienie ulgi, bo dopiero po pozbyciu się ciężaru w pełni poczuł, jak bardzo wykończyła go ta podróż na drugi koniec świata. Raz, że długa, dwa - że uatrakcyjniona między innymi o wielką ilość turbulencji i użeranie się z głuchą - a mimo to strasznie gadatliwą i spragnioną towarzystwa - sąsiadką, przy której nieustannych pytaniach nie przeczytał ani strony z wziętej na drogę "Zielonej mili" (i nie dowiedział się, co z tą myszą Dela). Zaś wisienką na torcie był dzieciak, który ryczał mu nad uchem przez dwie godziny bez przerwy, nim wreszcie usnął, ku niewyobrażalnej radości wszystkich bez wyjątku pasażerów, z matką bachora włącznie.

Usiadł na marmurowym, kolistym murku, który otaczał jasnym pierścieniem przejrzystą wodę fontanny, bijącą w tym skwarze ożywczym chłodem. Wsunął okulary do plecaka, a dopiero potem zanurzył dłonie w wodzie i ochlapał twarz i szyję, parskając i odgarniając z czoła mokre włosy. Z przyjemnością wyciągnął przed siebie nogi i zagapił się na plac, opustoszały o tej porze. Nic dziwnego, bo - co już wszystkim wiadomo - gorąco było niemożliwie, jak to wczesnym popołudniem bywa - mieszkańcy pochowali się w domach i sjestowali w najlepsze, nie wystawiając nosa poza obręb cienia i klimatyzacji.
Pusto więc było, jedynie gołębie kręciły się po rozgrzanych kostkach brukowych, a ruchliwe drobinki światła, przesianego przez gęste liście wierzb, skakały po ich popielatych piórkach, błyskając co jakiś czas ciemną zielenią na gardłach ptaków. Monotonne gruchanie, kojący cień i cisza, drżąca w parnym powietrzu, działały cokolwiek usypiająco.
Jednak między tę monotonię wkradł się daleki odgłos, coraz to wyraźniejszy i głośniejszy. Jakiś stukot, nieokiełznany ruch.
Podniósł ciężkie powieki i niepewnie zamrugał, nie wierząc swojej krótkowzroczności, według której właśnie zbliżał się ku niemu pożar. Przysłonił oczy dłonią, odcinając drogę promieniowi, przebijającemu pod kątem zza drzew, i przyjrzał się jeszcze raz. Pożoga przybrała wkrótce kształty dziewczyny, biegnącej przez pusty plac. Czerwona jak ogień sukienka i żółte trampki mieniły się w biegu, gdy szybko przecinała wypłowiały trawnik, a walizka - w równie płomiennym kolorze - wymknęła się wreszcie z jej ręki, padając na trawę, otwierając się na oścież i ukazując światu tęczowe wnętrzności. Zgubiła kapelusz, spod którego wysunęły się jasne włosy, po dziecinnemu spięte w kucyki, powiewające jej za głową zgodnymi falami.
Odruchowo odsunął się o metr na bok, prawie spadając z murka - a dziwna istota jednym susem odbiła się od kamiennego obramowania i wylądowała po kolana w sadzawce, rozchlapując na wszystkie strony migotliwą wodę. I stała, podstawiając pod padający z góry strumień opaloną twarzyczkę.
Mimo szoku nie mógł się nie uśmiechnąć, obserwując tę wariatkę, chlupiącą się jak wróbel w kałuży i śmiejącą w głos, jakby z samej siebie.

Dostrzegła go, prychnęła wodą jak kot i wygramoliła na murek, podciągając przemoczoną sukienkę. Rzuciła mu skośne spojrzenie spod postrzępionej grzywki, by następnie zająć się swoimi nasiąkniętymi wodą tenisówkami.

- Pewnie pan myśli, że mi całkiem odbiło - oznajmiła spokojnie, gdy udało jej się rozsupłać mokre sznurowadła. Jej ton był idealnie wyważony, jakby to nie ona przed chwilą wskoczyła z rozpędu do fontanny.
- W taką pogodę to nawet całkiem rozsądne - wyjąkał po chwili, przesuwając się nieznacznie po kamiennym parapecie i odruchowo trzepiąc palcami we własną, zmierzwioną czuprynę. Nie stać go było na więcej, bo bał się, że parsknie śmiechem.
Za to ona nie miała oporów.
- Rozsądne? Och, ha ha ha, nie mogę - śmiała się perliście, płosząc gołębie, które z furkotem rozleciały się na wszystkie strony. - Jeszcze nikt... nigdy... ha ha ha... Nikt mi nie powiedział, że jestem... rozsądna.
- Powiem więcej - pewnie zrobiłbym to samo, gdybym miał odwagę - dodał poważnie, nie przesadzając nawet tak bardzo - rzeczywiście perspektywa szybkiego ochłodzenia się nie była głupia. Gdyby nie jakaś niepisana zasada, mówiąca, że to co najmniej odrobinę durny pomysł...
Zbyt dziecinny?
- A czemu nie ma pan odwagi? - palnęła prostolinijnie, wyżymając w dłoniach jeden trampek, potem drugi.
- Czemu? Dobre pytanie. - Wzruszył ramionami, próbując sformułować odpowiedź brzmiącą i sensownie, i w miarę po ludzku, a nie jak żywcem wyjęta z podręcznika psychologii. - Powiedzmy, że to wyglądałoby dziwnie w moim przypadku.
- Jasne. - Pokiwała płową główką. Miała pociągłą twarz, uśmiech od ucha do ucha i mocno opalony nosek. Największe wrażenie jednak robiły jej wielkie, wymowne oczy o ładnym odcieniu zielonego. Srebrne krople kapały jej z włosów, spływały po brwiach i osiadały na zagłębieniach długich rzęs, dodając jej jakiegoś takiego dziwnego wdzięku, że nie mógł przez moment oderwać od niej wzroku.
- Myślę, że to mało istotne, jak by to wyglądało - powiedziała z namysłem. - Po pierwsze: nikogo tu nie ma. Po drugie: nawet gdyby ktoś tędy przechodził, to nic by go to nie obeszło. Ludzie mają za dużo na głowie, żeby zwracać uwagę na nieznajomych wariatów i na to, co tam wyprawiają. - Umilkła, nagle spuszczając iskrzące spojrzenie, jakby się zawstydziła tych mądrych słów, jakoś nieszczególnie pasujących do jej dziecinnej twarzy i sposobu bycia. - A pan za to - za bardzo przejmuje się, że ktoś pana weźmie za wariata i nie skorzysta pan z okazji nawet w taki gorąc - zarzuciła mu jeszcze, unosząc jasne oczy po raz drugi, zyskując na nowo rezon.
- Hmmm. Wiesz, może masz i trochę racji. Ale proszę cię, nie mów do mnie "pan" - odparł wreszcie, dorzucając te słowa jakby mimo woli. - Nie jestem aż tak stary.
- Ale jest pan nieznajomym, tak wypada i już - ucięła krótko, wyraźnie wypatrując kogoś w oddali.
- To po co w ogóle rozmawiasz z nieznajomym? - Zabrzmiało to, jakby się droczył, ale nie mógł się jakoś powstrzymać.
- Celny strzał. Poddaję się. - Uniosła ręce ugodowo. - Za gorąco dziś na myślenie.

I w zasadzie nie było już nic więcej do powiedzenia.

- Przyjechałaś tu na wakacje? - zagadnął jakoś tak, bez zastanowienia.
- Można to tak nazwać. - Uśmiechnęła się, przesuwając buty na słońce, by obeschły.
- Wieść niesie, że jutro wieczorem będzie tu jakiś bal. - I znów nie wiedział, dlaczego w ogóle wypowiada te słowa.
Po co?
Skinęła głową.
- W Palacio de Gaviria. Znaczy... Tak myślę, że chodzi ci o to, bo to niedaleko stąd. Chociaż może też ci chodzić o całkiem inne przyjęcie. Madryt to jednak wielkie miasto.
- A jednak. Widzę, że wreszcie przeszłaś na "ty". - Wyszczerzył zęby, obserwując gołębia, który wrócił z wahaniem i nurzał dziobek w rozchlapanej wodzie. - Pewnie to wielka impreza dla snobów i bogaczy.
- Być może. Jutro wieczorem się okaże. - Wzruszyła szczupłymi ramionami, ciągnąc za kosmyk wilgotnych, złotawych włosów.
- Wybierasz się tam?
- W pewnym sensie. Sprawy rodzinne. - Roześmiała się nagle. - A ty?
- To niewiarygodne, ale owszem.

Jaka właściwie jest szansa na powtórne spotkanie dwóch osób w mieście liczącym, bagatelka, trzy miliony mieszkańców? Pewnie już łatwiej wygrać milion w telewizyjnym teleturnieju.

- Ktoś cię do tego zmusza? Przegrałeś zakład? - upewniała się. - A może kręcisz program dokumentalny o środowisku naturalnym snobów?
- W sumie to... Wygrałem konkurs. - Nie powiedział tego tak, jakby się tym chełpił, albo jakby się tego wstydził, albo jakby był niezadowolony.
Po prostu to powiedział.
I tyle.


                                          ***


Rozejrzał się po pokoju, niedużym i widnym, umeblowanym skromnie, ale bardzo sympatycznym. Nie rozpakowywał nawet gratów, stwierdzając całkiem rozsądnie, że te dwie doby zlecą bardzo szybko, zbyt szybko - a przechodzenie przez mękę powtórnego pakowania nie jest wcale koniecznością. Gitara, wciąż w pokrowcu, panoszyła się na środku łóżka, zasłanego nieskazitelną bielą hotelowych prześcieradeł z wyhaftowanymi w rogu trzema gwiazdkami i nazwą, trudną do wymówienia, a co dopiero - zapamiętania.
Reszta pokoju pozostała w stanie pierwotnym i zapewne taka miała być aż do końca jego pobytu w tymże przybytku luksusu.
Jedynie stolik nocny pokrywały różnorodne podręczne drobiazgi, w tym prawie nowy walkman, którego jeszcze nie zdążył zniszczyć używaniem. Obok parę płyt - Uriah Heep i Jethro Tull, najnowszy krążek Smokie, "Wariacje Goldbergowskie" w genialnej interpretacji Glenna Goulda i mocno porysowane "Surrealistic Pillow" zespołu Jefferson Airplane. Tak, tak - upodobania miał skrajne i nieszczególnie popularne, ale nie widział sensu w upodabnianiu się gustem do tłumu.
Towarzyszyły im wystrzępione okładki czwartej i piątej części wspomnianej wyżej "Zielonej mili", podręczny przewodnik po Madrycie - zakupiony w kiosku po drodze; butelka po wodzie mineralnej, parę monet luzem oraz błyszczący przedmiot, którego widok wzbudził teraz na twarzy chłopaka przelotny uśmiech.
Myśl o jasnowłosym ogieńku przemknęła gdzieś przez wierzchnie warstwy jego umysłu.

Pogawędkę przerwało im zjawienie się ślicznej kobiety w ciemnych okularach i zadziwiającym kapeluszu z woalką, jakiego nie nosiła nigdy żadna ze znanych mu niewiast. W rysach miała coś z młodej Sophii Loren, ale i coś jeszcze bardziej znajomego, wręcz niepokojąco.
- Jak dziecko, no jak dziecko - wymamrotała tylko przelotnie, jakby tłumiąc wybuch śmiechu, gdy ogarnęła wzrokiem sytuację. Burzliwie przywitała się z blondyneczką, jemu nie poświęcając zbytniej uwagi, po czym błyskawicznie pomogła zebrać dziewczynie rozsypaną zawartość walizki i pociągnęła ją w stronę jednej z uliczek. Wkrótce nie pozostał po nich nawet ślad, pomijając szereg mokrych odcisków drobnych, bosych stóp na chodniku. I... no właśnie. Gdy zbierał się również do odejścia, zielony błysk przyciągnął jego oko. Spojrzał i uśmiechnął się kolejny raz, przez chwilę wahając się - wreszcie jednak zanurzył dłoń w pożółkłej darni i obrócił drobiazg w palcach. Wylądował w jego kieszeni, by w odpowiedniej chwili wyjrzeć znów na światło dzienne.


Przeciągnął się, stwierdzając, że daruje sobie na razie zwiedzanie, przynajmniej dopóki słońce nie schowa się za horyzontem. Rozsunął suwak pokrowca i wziął na kolana instrument. Struny przytuliły się do jego palców, żądne dotyku. Machnął ręką na ewentualnych narzekających sąsiadów zza ściany, zaczął grać.

There I was on a july morning
Looking for love,
With the strength of a new day dawning
And the beautiful sun.
At the sound of the first bird singing
I was leaving for home
With the storm and the night behind me
And a road of my own.


Nigdy nie szkolił swojego śpiewu, nie przywiązywał specjalnej uwagi do techniki. Może nie grzeszył niezwykłą barwą ani specjalnie ujmującą grą, ale miał jeden atut - czuł to, czuł całym sercem. Po prostu lubił śpiewać, lubił czuć pod dłonią drżące ciepło strun, lubił kłębiące się na języku słowa, którym mógł nadać nowe znaczenia samym tonem głosu. Sprawiało mu to najzwyklejszą przyjemność, ale nie oczekiwał za to braw ani pochwał. Nagrał swoją wersję "Zielonookiej" dla zabawy, nie przewidział jednak, że młodsza siostra wpadnie na szalony pomysł wysłania jej na organizowany przez autorkę piosenki konkurs. Ani, że jakimś cudem jego wykonanie zostanie docenione wśród tysiąca zgłoszeń, nadesłanych przez znacznie bardziej utalentowanych ludzi. Ani, że nagrodą będzie występ w samym Madrycie, podczas organizowanego przez pannę Saramego przyjęcia. Ani, że dodatkiem będzie wątpliwa przyjemność w postaci niańczenia jakiejś dziewczyny - przyjął ten zaszczyt wraz z całym pakietem, mimo, że zachwycony nie był. Nie lubił rozpieszczonych smarkul.
Ale wyrwał się z rodzinnego miasta, to się liczyło.
Odchrząknął, pozwolił płynąć dalszym słowom ulubionej piosenki.

With the day came the resolution
I'll be looking for you
La la la la...

I was looking for love in the strangest places
There wasn't a stone that I left unturned.
I must have tried more than a thousand faces
But not one was aware of the fire that burned.

In my heart, in my mind, in my soul
La la la la...*


                                                                                              ***


- Cześć, Ann.
- Pablo! Długo kazałeś mi czekać! - Schrypnięty głos siostry zabrzmiał radością, zdziwieniem, ulgą i pretensją - jednocześnie. - Ja się tu martwię jak głupia...
- Nie miałem dziś czasu, a wczoraj nie odbierałaś - tłumaczył spokojnie, dociskając słuchawkę ramieniem i szukając w szufladzie spinek do mankietów. Był święcie przekonany, że je zabrał.
- Nie zwalaj na mnie, to nie ja pałętam się po obcym kontynencie. Też bym chciała takie wakacje - zajęczała swoim zwykłym, błagalnym tonem.
- Zabrałbym cię, ale bilet był pojedynczy. - Ze zrezygnowaniem zamknął szafkę. Tak to jest, jak się chce wyjść na elegantszego, niż się jest w rzeczywistości. Pomyślał, że pójdzie po linii najmniejszego oporu i włoży dżinsy zamiast garnituru, chyba go nie zlinczują za to.
- Przecież wiem, nie tłumacz się. Ale kupisz mi coś, prawda?
Pokiwał głową, a potem zdał sobie sprawę, że ona tego nie widzi.
- Tak, jasne - dodał. - Słuchaj, dasz mi mamę?
- A z siostrzyczką pogadać to nie łaska?
- Nie. Anna, nie rób sobie jaj. Muszę...
- Jasne, jasne. Sprawa wagi państwowej. Jak zwykle. - Pozrzędziła jeszcze trochę, wreszcie krzyknęła coś w przestrzeń i poinformowała go, że mama już idzie.
- Trzymaj się. - W słuchawce zgrzytnęło i usłyszał zmęczony głos Mariny Galindo:
- Synku?
- Hej. Jak się czujesz?
- Świetnie - odpowiedziała głosem wypranym z wszelkich emocji, który przeczył treści tego słowa. - A co u ciebie? Jak ci tam? Dostałeś kolację, śniadanie...?
- Tak. Obiad też. - Uśmiechnął się. - Chciałem ci tylko powiedzieć, że myślałem trochę...
- Wróć cały i zdrowy, dobrze? - przerwała mu niespokojnie. - Wakacje wakacjami, ale trzeba by się zacząć przygotowywać do studiów i...
- Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. - Przez chwilę ważył słowa, szukając tego odpowiedniego. Z marnym skutkiem, dalej brzmiało to tak samo bez sensu, jak w jego głowie na początku. - Nie idę na prawo - palnął wreszcie prosto z mostu.
Odpowiedziała mu cisza tak długa, że zaczął się bać.
- O czym ty mówisz? - W głosie mamy zabrzmiało o wiele więcej zaangażowania, jakby nagle rozmowa zaczęła ją interesować. - Masz ciekawe poczucie humoru, wiem, ale nie bardzo rozumiem, co miałoby być śmiesznego w tym żarcie.
No jasne.
- To nie żart - zaczął, siląc się na spokojny ton. - Nigdy nie chciałem tam iść, ale teraz zrozumiałem, że muszę się cofnąć zawczasu.
- Masz gorączkę? O co ci chodzi, Pablo? Dlaczego nagle zmieniasz zdanie? - dopytywała z rosnącym niepokojem. - To było ustalone od tak dawna...
- Ustalone, ale przez kogo? Nigdy nie interesowało mnie prawo. - Przejechał palcem po wyświechtanej okładce części piątej ("Nocna wyprawa"). - Wymyśliliście to z ojcem, ale czy kiedykolwiek spytaliście, czy chcę?
- Synku... - Wyraźnie zabrakło jej słów.
- Zawsze chciałem studiować muzykę - mruknął po dłuższym czasie. - I mam zamiar to zrobić, czy wam się to podoba, czy nie.
- Ale Pablo... Skąd ta nagła decyzja? - spytała znacznie już ciszej.
- A... - Zerknął na szafkę nocną i znowu musiał się uśmiechnąć. - Zdałem sobie sprawę, że przez całe życie bałem się wskoczyć do fontanny, a teraz mam ostatni moment, żeby to zrobić.
- Wskoczyć... do fontanny? Pablo, masz na pewno gorączkę. Halo? Pablo? Halo?... Jesteś tam?...


                               ***


Rozejrzał się trochę niepewnie po wielkiej sali, wypełnionej tłumem eleganckich postaci. Olbrzymie zwierciadło powiedziało mu, że tu zwyczajnie nie pasuje ze swoimi nietwarzowymi okularami i czupryną żyjącą własnym życiem. Skrzywił się, odwracając do lustra plecami, powiódł raz jeszcze wzrokiem po ludziach. I uznał, że ma gdzieś ich opinię. Widział ich pierwszy i ostatni raz w życiu.
Występ poszedł mu zaskakująco dobrze, zebrał trochę oklasków i jakieś gwizdy z ostatnich rzędów. Zszedł ze sceny, wyłapując czyjeś naglące machanie. I stanął przed samą gwiazdą wieczoru, która uśmiechnęła się do niego czarująco. Nie bardzo wiedział, jak się zachować, więc postawił na staromodny gest i pocałował ją w rękę. Pierścionek z zielonym kamieniem zakłuł go w oczy. A w głowie coś mu zaświtało.
- Pablo... prawda? - W białym uśmiechu Marii i jej ciemnych oczach można było zatonąć. Czułby się onieśmielony, gdyby nie ta jej swobodna postawa i entuzjazm w ciepłym głosie, z jakim teraz nawijała o jego występie.
- A, mam nadzieję, że pamiętasz o swojej partnerce? - zapytała po długim szeregu ochów i achów.
Pokręcił niepewnie głową.
- Nie przedstawiono mi jej jeszcze.
- Nic dziwnego, dopiero co przyszła. To dziecko spóźni się na własny... Jesteś! - przerwała sama sobie, przygarniając przemykającą gdzieś bokiem szczupłą sylwetkę. Wysunęła dziewczynę przed siebie. - Przedstawcie się sami, ja muszę lecieć. - Odbiegła z zaskakującym wdziękiem jak na kogoś na piętnastocentymetrowych obcasach.
Nie wykonali tego jej rozkazu - prośby, polecenia, czy jak to nazwać. Tylko stali, patrząc na siebie nawzajem. W milczeniu obiegali wzrokiem swoje twarze, uśmiechając się jak z dobrego żartu.
Wreszcie pokiwał głową, zastanawiając się, czy przyspieszony puls jest wynikiem zdziwienia - czy może czegoś jeszcze.

- I jaki wniosek? - Jej jasny głos przebił się przez gwar.
- Dużo snobów. Tak, jak przewidywałem. - Rozejrzał się znacząco. - Ale powinienem też przewidzieć, że... że to będziesz ty.
- Nie jesteś nieomylny, jak widać. - Parsknęła śmiechem.
- Umiesz tańczyć? - spytał nagle.
- Nieszczególnie.
- To dobrze, bo ja też nie - mruknął. - Przynajmniej możemy się tu nudzić razem.
- Ale nie musimy. - Pociągnęła go za rękę i błyskawicznie wyprowadziła z tłumu, odpowiadając co jakiś czas na pozdrowienie kogoś z zaproszonych gości.
- Znasz tych ludzi? - zdumiał się.
- Nie - odparła z rozbrajającą szczerością.
Jakoś bardzo łatwo wychodziło im wspólne śmianie się z niezbyt śmiesznych rzeczy.
- Słuchaj - zaczął, kiedy już stanęli na dworze, oddychając ciepłym, ale już bardziej rześkim, wieczornym powietrzem. - Jak ty się w ogóle nazywasz? - Wlał w swój ton tyle powagi, że nawet zabrzmiał całkiem wiarygodnie jako sztywniak, którego - teoretycznie - miał grać.
Kąciki ust jej zadrżały.
- Angeles - odpowiedziała śmiertelnie poważnym tonem, błyskawicznie wchodząc w rolę.
- Masz bardzo ładną sukienkę, Angeles. - Wciąż starał się powstrzymywać rozbawienie, choć szło mu dość miernie. - Ale czegoś mi w niej brakuje. - Odczekał stosowny moment, nim sięgnął do kieszeni.
Drobiazg zalśnił w świetle pobliskiej latarni.
- Moja broszka! - Uchyliła usta ze zdumieniem, wyciągając rękę i przejeżdżając opuszką palca po ząbkowanym brzegu. - A zastanawiałam się, gdzie ją posiałam.
- Mogę? - spytał dla porządku, w milczeniu skinęła głową. Rozpiął agrafkę i delikatnie, niczym relikwię, umieścił ją na białym materiale jej odświętnej szatki. Była owalna, nieduża. Ze srebra, co rozpoznał bez trudu, w które wprawiono kilka nieregularnych, jasnozielonych kamieni - tu już było trudniej.
- Jak się nazywa ten kamyk?
- Ten? - Musnęła odzyskany skarb. - Awenturyn. Gdzieś słyszałam, że pomaga w podejmowaniu decyzji.
- A to dobre.
- Co? - Zerknęła na niego pytająco.
- Nic.


- Długo tu zostajesz? - Niebo było już pełne gwiazd, a oni dalej siedzieli na szczycie marmurowych schodów i gadali - o wszystkim i o niczym.
- Jutro wracam pierwszym samolotem.
- Szkoda. - W zamyśleniu stukała palcami o brzeg stopnia. - Ja dopiero za dwa tygodnie.
- Zgadamy się w Buenos. Mamy na to całe wakacje - przypomniał.
- Całe lato - powtórzyła. - A potem?
Całe życie, chciał dodać, ale coś mu mówiło, że bez tych słów też się obejdzie. Wystarczyło, że teraz mógł patrzeć na jej postać w srebrnym świetle księżyca, słuchać jej śmiechu - i patrzeć w oczy, zielone jak awenturyn i pełne obietnic na przyszłość.


* Uriah Heep - July morning
_________________________________________________________

Od autorki: Cześć, to ja - ta dziwna. Wpycham się bez kolejki - nie zwracajcie na mnie uwagi. Przebrnęliście przez to u góry? Nie umarliście z nudów? Jeśli tak, to gratuluję - sama bym nie dotrwała.
Dla pocieszenie przypomnę, że trwa konkurs, na który gorąco wszystkich zapraszam.