Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fedemiła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fedemiła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3 

piątek, 25 lipca 2014

{Zamówienie 005} Femiła || "Bez końca" Carmen E.

Tytuł: Bez końca
Para: Fedemiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, romans, obyczajowy
Przedział wiekowy: K



Dla Anonimka :3


Zazwyczaj w powieściach znamy początek historii i zatrzymujemy się w jej pewnym momencie, nie zastanawiając się, co było dalej - koniec nam wystarcza, jeżeli tylko jest szczęśliwy. Nie rozstrząsamy dalszej części, nie negujemy jej. A to przecież koniec jest bardziej istotny - on wieńczy wszystko. Nie początek, który wcale o niczym nie świadczy. I dlatego niektóre historie powinno się opowiadać od końca. Przewińmy więc jedną z nich.


Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii....
Umarła.
Osiemdziesięcioletnia staruszka właśnie opuściła świat żywych - nikogo nie powinno to dziwić, wszyscy powinni być na to gotowi. A jednak nie byli. Płacz wypełnił korytarz, kiedy mężczyzna w białym fartuchu poinformował rodzinę o tym, że nigdy więcej jej nie zobaczą. Jej dzieci, wnuki i trójka prawnuków zasmuceni siedzieli jeszcze przez chwilę w szpitalu, rozpamiętując poszczególne momenty z nią spędzone - a może myśląc o tym, że kiedyś ich też spotka śmierć - by niedługo później go opuścić.
I to był właśnie koniec tej historii.


2 miesiące wcześniej:


-Babciu, nie chcę żebyś nas zostawiała - powiedziała jej prawnuczka, dwunastoletnia Priscilla, tuląc policzek do jej nieruchomej dłoni. Chciała coś odpowiedzieć, jednak nie miała już na to siły. Życie wyczerpało ją doszczętnie - ale też uszczęśliwiło i obdarowało najwspanialszą rzeczą, jaką może tylko posiadać człowiek - rodziną.
-Pris, daj babci odpocząć - w pokoju pojawiła się matka dziewczyny i delikatnie wyprowadziła ją, popychając za ramiona. Martwiła się o córkę, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy - ktoś umiera, ktoś za nim płacze, ktoś nowy pojawia się na świecie. Niesprawiedliwy system, rytuna, której ludzie bali się najbardziej na świecie.
Została sama, z własnymi myślami, które ledwo dawała radę utrzymać w swej głowie - gotowe były odlecieć, gdyby tylko na dłuższa chwilę zamknęła oczy. Ale ona nie chciała spać. Wiedziała, że to ostatnie dni czy tygodnie jej życia. I pragnęła po prostu wspomnieć wszystkie dobre i złe chwile, które miały w nim miejsce. By celebrować dar jakim było przebywanie na tym świecie - dar, którego tak wielu nie doceniało.
Nie czuła się tak osamotniona od śmierci swojego męża. Jednak wiedziała, że oni nie potrafią jej zrozumieć. Nawet jeżeli by chcieli. Dzieliła ich różnica pokoleń i - przede wszystkim - lata doświadczeń, których oni nie mogli sobie dopisać, a ona nie mogła ich wymazać. Została więc sama, bez osoby, która byłaby w stanie do niej dotrzeć. Czuła miłość, która ją otaczała, jednak zdawała się nie wdzierać do środka niej. Omijała ją niczym rwąca rzeka. Płyneła dookoła, stykała się z nią, jednak nie docierała do środka jej ciała. I nikt nie mógł na to nic poradzić.


2 lata wcześniej:


-Nie chcę go żegnać! - oznajmiła staruszka siedząca na wyniszczonym, wiklinowym fotelu. Nie płakała. Nie okazywała w ogóle żadnych emocji. Powtarzała tylko wszystkim, że pożegnanie oznacza koniec czegoś - więc powie mu tylko 'do widzenia', co zrobiła w szpitalu, gdy umierał, i nawet nie pojawi się na pogrzebie. Bo pogrzeby są tylko dla żywych. Co niby za różnicę robi osobie umarłej to, czy przyjdzie się z nią pożegnać dwie osoby czy pięćset? Gdy iskierka jego życia gaśnie już więcej nic dla niego się nie liczy.
-Mamo, proszę... - blondwłosa kobieta z twarzą prawie bez żadnej zmarszczki zaprotestowała, jednak nie gwałtownie. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeżeli jej rodzicielka coś postanowi to dyskusję z nią są całkowicie bezsensowne.
-Oj, już tu mi nie strzelaj fochów. Idźcie jeżeli chcecie. Mnie dajcie spokój – kiedy jej córka wycofała się nieco z pokoju krzyknęła jeszcze za nią – Ale mogłabyś mi przynieść krzyżówki i herbatę! Najlepiej brzoskwiniową … - dodała po chwili zastanowienia. Młodsza kobieta wyszła z pokoju podziwiając hardość ducha matki. Nie wiedziała, jak poradziłaby sobie ze stratą Javiera, czy którejkolwiek ze swoich córek. Nie wiedziała tylko, że starsza kobieta cierpi, kryjąc ból w sobie. Straciła osobę z którą spędziła sześćdziesiąt jeden lat życia i nie umiała się z tym pogodzić. Zdawała sobie tylko sprawę, że w końcu nadejdzie i na nią czas, a wtedy znów spotka swojego Federico – młodego i przystojnego. Takiego, jakiego znała jeszcze za czasów liceum.
Dotknęła swojego policzka. Obwisła skóra uciekała jej pod policzkami. Uśmiechnęła się sama do siebie wiedząc, że to nie potrwa długo. Nie będzie długo tęskniła. Jest już stara...


Dwanaście lat wcześniej:


-Pośpieszcie się! - zawołała podekscytowana Marika, okrywając matkę płaszczem i pomagając ojcu dźwignąć się z fotela. Ludmiła odsunęła jej ręce, cicho prychając. Nie lubiła jak ktoś jej pomagał. Czuła się całkowcie sprawna i – póki mogła – chciała radzic sobie sama. Różwnież nie podobało jej się to, że własna córka ją pośpiesza. Rozumiała, że ma urodzić jej się zaraz pierwsza wnuczka i zostanie babcią pierwszy raz w życiu, jednak granice rozsądku powinny jej podyktować, jak zachowywać się inteligentnie. Niestety, albo stety, Marika odziedziczyła po ojcu włoską krew, włoską namiętność i włoską pobudliwość.
-Chodź, Lu, zostaniemy pradziadkami – poczuła rękę męża w swojej dłoni i uśmiechnęła się do niego delikatnie. Martwiła się o niego, ze względu na ciągłe choroby, jednak nie dawała po sobie tego poznać – wiedziała, że on tego nie chce, tak jak i ona by nie chciała.
Wyszli z domu na podwórko, gdzie ich zięć czekał już w samochodzie. Również był podekscytowany, jednak nie rozgłaszał tego naokoło, jak jego żona. Siedział spokojnie na fotelu kierowcy i przypatrywał się teściom, idącym spokojnie dróżką i nie śpieszącym się tylko po to, by dogryźć córce. Javier uśmiechnął się pod nosem marząc o tym, żeby jemu i Marice też tak dobrze ułożyło się przyszłości – żeby tak jak ta para nigdy nie przestali się kochać. Byli jego wzorem do naśladowania, jeżeli chodzi o miłość i podziwiał ich, jak nikogo innego. Tym bardziej, że sam pochodził z rozbitej rodziny.
-Jedziemy! - zarządziła ich córka, zatrzaskując drzwi za rodzicami i siadając obok swojego męża. Przez całą drogę obgryzała paznokcie, czego nie robiła od kiedy skończyła dwanaście lat. Ludmiła uśmiechnęła się porozumiewawczo do Federico. Na szczęście droga nie była długa, więc końcówki paznokci Mariki zdołały przetrwać.
Kobieta praktycznie wbiegła do szpitalu, przepychając się korytarzami. Później było tylko czekanie na jakieś wieści. Długie czekanie... Tylko po to, by kilka godzin później usłyszeć:
-Gratulacje, zostaliście pradziadkami – i zobaczyć pierwszy raz ukochaną prawnuczkę – Priscillę.


Pięćdziesiąt dziewięć lat wcześniej:


-I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci – usłyszała z ust swojej najlepszej przyjaciółki słowa skierowane do jej partnera, którego zdawała się kochać nad życie. Ludmiła wiedziała, że zaraz nadejdzie i jej kolej na złożenie przysięgi – jednak była spokojna, opanowana – pewna swojej decyzji – jak niczego innego wcześniej. Spojrzała w oczy Federico i dosłownie się rozpłynęła. Zdało jej się, że to właśnie w jego oczach zakochała się najpierw. Patrzyły na nią wtedy tego dnia, gdy się poznali, z bardzo bliska. I ta odległość jej nie przeszkadzała, chociaż wtedy w ogóle się nie znali. Uśmiechnęła się, wiedząc, że teraz wszyscy zgromadzeni w kaplicy będą zastanawiali się o co chodzi, jednak nie zwróciła na to uwagi. Była taka szczęśliwa... Że chyba bardziej już nie mogła. Położyła jedną dłoń, prawie niewidocznie, na swoim brzuchu – jeszcze płaskim. Jednak Fede zauważył jej ruch i uniósł pytająco brwi. Skinęła głową, zastanawiając się, jaka będzie jego reakcja. Diego i Natalia skończyli wymawiać przysięgę, kiedy rzucił się w jej stronę i chwycił w ramiona, by złożyć na jej ustach pocałunek, nie zwracając uwagi na księdza, który próbował go powstrzymać i wyjaśnić, że takie rzeczy dopiero po przysiędze.
-Kocham Cię – wyszeptał jej jeszcze do ucha, zanim Diego zdążył go od niego odciągnąć, śmiejąc się z przyjaciela.
-Wiem... - odpowiedziała szeptem, którego nie mógł usłyszeć. Jednak to nie było ważne.


Sześćdziesiąt lat wcześniej:


-Zgadnij kto? - poczuła palce na swoich powiekach. Jednak nie musiała długo się zastanawiać – zbyt dobrze znała ten głos i ten dotyk, by się pomylić.
-Fede, przestań się wygłupiać – powiedziała i poczekała aż przeskoczy ławkę i usiądzie obok niej, by go pocałować. Czuła, że nigdy jej się to nie znudzi. Że mogłaby to robić w nieskończoność.. Mężczyzna odsunął się od niej na wyciągnięcie ręki i uśmiechnął się rozbrajająco, jakby coś przeskrobał. Chciała go zapytać o co chodzi, jednak nie zdążyła.
-Diego i Natalia się dzisiaj zaręczyli – blondynka ucieszyła się szczerze, ta dwójka kochała się od dłuższego czasu. Poza tym uwielbiała swoją przyjaciółkę i dzieliła z nią każdą radość i smutek.
-Diego coś wspominał kiedyś, że ten moment się zbliża, ale nie wiedziałam, że to już.
-Lu... - Fede dotknął jej policzka opuszkami palców i spojrzał jej w oczy – Też chciałem zadać Ci pewne bardzo ważne pytanie... - poczuła, jak serce podskoczyło jej gardło, czekając co nastąpi dalej, gdy chłopak uklęknął obok ławki i z kieszeni wyjął małe pudełeczko.
-Wyjdziesz za mnie?


A to był jej początek. Może nie historii ich miłości – bo miłość pojawiła się wcześniej – ale etapu ich życia, który spędzili razem. Nie cofniemy się dalej w przeszłość, gdyż ona nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że spełnili obietnicę. Żyli ze sobą w miłości do samej śmierci. Darząc się szacunkiem. Będąc sobie wiernymi. I nie potrzebując niczego więcej poza sobą nawzajem.
I chociaż sensem tej historii było jej zakończenie to jedno jest pewne - pomimo śmierci ich miłość będzie trwała.

Bez końca. 

______________________________
I to by było chyba na tyle :D Wybaczcie opóźnienie, zwyczajnie nie miałam internetu ;/ Femiła miała być patologiczna, a w końcu zmieniłam zdanie i oto jest - całkiem normalna ^^ Oczywiście zapraszam na wszelkie poprzednie, jak i przyszłe OSy, które sa i będą genialne *o*
Do zobaczenia przy kolejnym OSie
Kocham Was <3
Carmen E.