Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diemi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diemi. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

{Zamówienie 001} Diemi, Leonesca || "We can't stop" - Little Liar i Alexandra Comello

Tytuł: "We can't stop"
Para: Diemi (Diego i Camila) i Leonesca (Leon i Francesca)
Gatunek: Dramat, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: K


Dla Veronici Blanco ♥

Niczym porcelanowa laleczka stojąca wśród ołowianych żołnierzyków z miniaturowymi karabinami przy boku. Z białą nóżką uniesioną wysoko do góry. Pochylona ku podłożu, ciągle tkwiąca w tej samej pozycji bez możliwości poruszenia się.
Filigranowe rączki ułożone w dostojnej pozycji po obu stronach ciała, oparte na różanej sukience baletnicy. Choć wydawać by się mogło - tiulowej, to w rzeczywistości wykonanej z cennego szkła.
Dookoła niej tak wielu ludzi, którzy mogli zniszczyć ją przypadkowym ruchem.
Życie tak delikatnej figurki wcale nie było proste, wiesz? Bo choć ona chciała, to tak naprawdę nie mogła go zmienić.
Skazana była na do końca życia na jedno. Na walkę o każdą chwilę, o każdy dzień, bo przecież tak naprawdę, kolejnego może się już nie obudzić. Ktoś może niechcący potrącić ją swoją silną dłonią i przewrócić. A ona wtedy potłucze się na miliony kawałeczków, których nikt nigdy nie da rady skleić w całość.
I ona już się nie odrodzi.
Wiesz, że Camila miała tak samo? Kiedy patrzyła na swoją ukochaną laleczkę stojącą na drewnianej półce, widziała samą siebie. Potężne żołnierzyki należały niegdyś do jej brata, którego nie widziała już jakieś pięć lat. Czy tęskniła?
A czy można nie tęsknić za towarzyszem zabaw z dzieciństwa? Za taką osobą, w której ramię mogłeś się wypłakać i zapomnieć o swojej ciężkiej doli, którą niestety miałeś okazję prowadzić?
Bo wiesz, on był przy niej zawsze. Odkąd przyszła na świat. Stała się jego oczkiem w głowie po tym wypadku, który diametralnie zmienił jej życie. Od tamtej pory już nic nie było takie samo.
Ale teraz go przy niej nie było. Zdajesz sobie sprawę, jak cholernie mocno jej go brakowało?Chciała znów go zobaczyć. Chciała, żeby znów ją do siebie przytulił i otarł łzy z jej policzków. Żeby szepnął do jej ucha chociaż te głupie, tak bardzo oklepane słowa - „Będzie dobrze”. I choćby to było jednym wielkim kłamstwem, to dałoby jej nadzieję choć na chwilę.
Ciężko żyć ze świadomością, że jesteś pokłócony ze swoją jedyną rodziną. A poszło o taką błahostkę... Wyjechał i zostawił ją samą, choć wiedział, że sama nie da sobie rady. Zostawił chorą siostrę na pastwę losu. Ktoś by powiedział, że nie ma serca.
Ale jego serce odeszło wraz z jego rodzicami. Przynajmniej jego część.
Druga została w środku. Ale zamarzła. Potrzebowała ciepła, aby na nowo zacząć kochać prawdziwą miłością.
A ona tęskniła. Nikt nie wiedział, że płakała po nocach, a rano nakładała na siebie grubą warstwę makijażu, aby ukryć te koszmarne cienie pod oczami.
Cierpienie było nieodłączną częścią jej życia. Miała wrażenie, że nie wytrzyma już długo. Że odejdzie niezauważona, jeśli nie przez chorobę, to przez własną głupotę czy choćby nieszczęśliwy wypadek.
A wiesz, że żyła dla jednej osoby? Domyślasz się dla kogo?

Obraz za oknem doskonale odzwierciedlał to, co działo się w jej wnętrzu. Ciężkie krople spadające z nieba rozbijały się o betonowe chodniki i ulice. Na trawniku po drugiej stronie drogi leżał czarny, bezdomny pies, który tak bardzo lubił deszcz. A ona? Ona też go lubiła. Mogła wtedy w spokoju zastanowić się nad swoim życiem. Mogła po prostu pomyśleć.
Siedziała na wiklinowym, bujanym fotelu i wpatrywała się w świat za szybą.
Ten dzień był inny. Nie tylko przez pogodę, która zmieniła się tak nagle - w końcu jeszcze wczoraj wieczorem było tak gorąco, że z trudem dało się wytrzymać. Ten dzień był zupełnie różny od reszty. Dla innych byłby to powód do świętowania... Ale nie dla niej. Dla niej to był najgorszy dzień w całym roku.
Usłyszała kroki. Ktoś zbliżał się w jej kierunku. Odgarnęła brudne włosy do tyłu.
Klęknął obok niej. Ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w policzek.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, kochanie - powiedział.
Spojrzała na niego.
- Mówiłam, że nie chcę, żebyś mi o tym przypominał - rzekła cicho.
Położył rękę na jej kolanie i spojrzał jej głęboko w oczy.
Tak bardzo ją kochał. Jego serce krajało się gdy patrzył jak ona cierpi. Ból przeszywał go na wskroś, kiedy widział łzy w jej oczach. Chciał wziąć cały ciężar jej życia na siebie, byle tylko ona w końcu była szczęśliwa, wiedział jednak, że nie jest to możliwe.
- A ja mówiłem, że ci przypomnę - odparł. - Camila, dzisiaj są twoje urodziny...
- I jego też - przerwała mu.
Jakby nie mogła przyjść na świat dzień później. Albo on. Ale przez cholerne zrządzenie losu urodzili się w tego samego dnia, on rok wcześniej. Może to dlatego byli tak do siebie przywiązani?
- Ale Camila, jego już nie ma.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Jak możesz tak mówić? On jest, tylko gdzieś daleko i jeszcze nie zdecydował się wrócić. Ale kiedyś wróci, zobaczysz.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał sprawiać jej bólu. Wiedział, jak tęskniła za swoim bratem, jak bardzo chciała znów go zobaczyć. Jednak on już tak naprawdę zwątpił, że Leon kiedykolwiek wróci.
Przeklinał go, że zostawił Camilę samą w najgorszych momentach jej życia. Nie rozumiał, jak mógł być takim bezuczuciowym dupkiem. Wprawdzie nigdy go nie widział, ale przysięgał, że gdyby tylko zobaczył go na ulicy i miał świadomość, że to właśnie brat jego dziewczyny, zlałby go tak, że nawet Camila by go nie poznała. Ale kiedy tylko jej o tym powiedział... Cóż, musiał jej przysiąc, że nigdy mu nic nie zrobi. Więc nie miał wyboru.
- Dzwonili ze szpitala - zmienił temat.
Gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Widział ten błysk w jej oczach... I wiedział też, że miał on za chwilę zniknąć.
- Znaleźli dawcę? - zapytała z nadzieją.
Przygryzł wargę. Pokręcił przecząco głową.
- Nadal nic.
Jej oczy na powrót posmutniały. Zwiesiła głowę.
Czy to musiało być takie trudne? Czy nie mogli znaleźć jakiegokolwiek człowieka, żeby mógł oddać jej tylko tą jedną, cholerną nerkę? Zawsze pojawiały się jakieś przeszkody, nigdy nie mogli doprowadzić do operacji. Cóż, widocznie nie dane jej było prowadzić spokojnego życia.
A wszystko to zaczęło się, kiedy miała czternaście lat. Nie, oczywiście, że nie z jej winy. Przecież ona tylko jechała poboczem drogi, na rowerze. To jakiś palant rozmawiający przez telefon uderzył w nią samochodem. Wprawdzie nic aż tak poważnego się nie stało - spędziła tylko kilka tygodni w szpitalu. Ale właśnie od tego felernego dnia wszystko się zmieniło.
Musieli operacyjnie usunąć jej jedną nerkę, bo już nie nadawała się do funkcjonowania. Podobno można żyć z jedną nerką... Dopóki nie pojawią się komplikacje. U niej źle zaczęło się dziać już w pierwszym miesiącu po powrocie do domu.
I od tamtej pory już nic nie było takie samo. Ciągłe pobyty w szpitalu, badania i inne rzeczy. Codzienne łykanie masy leków, bo bez nich nie dałaby rady. Nienawidziła widoku tych białych sal i metalowych łóżek, z nieskazitelnie ułożoną pościelą. To nie było dla niej. Jednak to miejsce powoli stawało się jej drugim domem.
A później... Reszta i tak już podniszczonego muru runęła. Jak domek z kart. Dosłownie.
Znowu rowery, znowu samochód i nieodpowiedzialny kierowca. Tym razem jednak pijany. Nie zdążył wyhamować.
I jej rodzice odeszli.
Mimo, że miała już wtedy prawie dwadzieścia lat, nie mogła się z tym pogodzić. Było ciężko. Naprawdę ciężko. Ale był Leon. I to on podtrzymywał ją przy życiu, kiedy myślała, że nie da rady.
Wiesz, o co się pokłócili? O wspomnienia. O cholerne wspomnienia, które siedziały w ich głowach. Wyobrażasz to sobie?
On chciał zapomnieć. Ona nie. On chciał sprzedać dom razem ze wszystkim co przypominało im o nich. Ona chciała zachować to na zawsze, aby pamięć o nich nigdy nie wyblakła.
I Camila dopięła swego. Jednak w tym samym momencie straciła brata. I sens swojego życia.
Niedługo później poznała Diego. To on jej pomógł. On wyciągnął ją z tego głębokiego dołu, do którego wpadła po wyjeździe Leona. On postawił ją z powrotem na nogi i nie pozwolił jej się załamać. On był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Obiecał, że nigdy jej nie zostawi, mimo jej choroby. I słowa dotrzymywał. Przynajmniej na razie.
Wiesz o czym marzyła? Żeby wróciło jej życie sprzed pięciu lat. Żeby znów miała kochającą rodzinę. Żeby znów miała brata.
A gdybyś ty był na jej miejscu, nie chciałbyś tego?

Czy wiesz jakie to uczucie być niewidzialnym?
Kiedy usilnie starasz się zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a mimo, dla tej osoby równie dobrze mógłbyś nie istnieć?
Ona wiedziała.
Odkąd udała się pierwszy raz do liceum, Leon Verdas stał się jej istną obsesją, nie mogła myśleć, nie mogła normalnie funkcjonować, nie mogła śnić o czymkolwiek ani kimkolwiek innym.
Gdy na rozpoczęciu roku stanął na scenie z gitarą i posłał niepewny uśmiech w stronę uczniów, miała wrażenie że przez chwilę na nią spojrzał, że wyłapał ją wzrokiem spośród tłumu.
I był to jedyny w przeciągu trzech lat moment, kiedy Leon zwrócił – a przynajmniej wydawał się zwrócić – na nią swoją uwagę.
Jedno, ukradkowe spojrzenie, nic więcej.
Codziennie po lekcjach zakradła się na aulę, obserwując uczniów na dodatkowych zajęciach z muzyki, obserwując Jego.
Kiedyś nawet zastanawiała się czy nie dołączyć do tego kółka jednak szybko rozwiała swoje wątpliwości myślą, że nigdy nawet nie miała styczności z muzyką, że na pewno skompromitowałaby się w jego oczach.
Była dziewczyną ładną, inteligentną i w głębi duszy śmiałą i towarzyską, jednak odkąd On się pojawił zastanawiała się nad każdym wypowiedzianym przez siebie słowem, nad każdą decyzją.
Nigdy nie spotkała kogoś takiego, kogoś tak pełnego życia, pasji a za razem normalnego, nie wywyższającego się ucznia liceum w Buenos Aires.
Cały czas miała nadzieję że ich drogi w końcu się zetkną, wierzyła w przeznaczenie, odkąd Go poznała była wręcz pewna że nie stało się to przypadkiem, jednak kiedy w drugiej klasie pojawiła się Violetta Castillo, jej dotychczasowe marzenia i przekonania runęły.
Vilu była utalentowaną, sympatyczną i zdolną dziewczyną, szybko zjednała sobie sympatię wszystkich jej znajomych, jak i również Leona.
Parą zostali kilka dni przed zakończeniem roku.
Za każdym razem gdy na nich patrzyła, gdy widziała jak obejmuje ją ramieniem na korytarzu czy wychodzi ze szkoły splatając jej palce ze swoimi, czuła kłucie w sercu i pieczenie w gardle.
Nie mogła tego przezwyciężyć, starała się, próbowała ale nie potrafiła.
Kiedyś nawet chciała zmienić szkołę, obejrzała jedno z prywatnych liceów jednak po tygodniu stwierdziła, że nie potrafi, że nie jest w stanie wytrzymać bez Jego widoku i bez przyjaciół których bądź co bądź – miała w tej szkole.
Był dwudziesty czwarty lutego, wyjątkowo chłodny dzień, pamiętała jak siedziała na ławce pod szkołą, ubrana w grubą kurtkę, wełnianą czapkę i dokładnie opatulona szalikiem, drżąc z zimna.
Źle się czuła, nie miała siły iść na lekcje, przerażała ją myśl spędzenia czterdziestu pięciu minut w ciasnej, zapchanej po brzegi ludźmi sali.
- Nie zmarzniesz? – usłyszała głos, którego z początku nie rozpoznała, a i tak przyprawił ją o szybsze bicie serce.
Stał nad nią, uśmiechając się i spoglądając na nią ciepłym wzrokiem.
Zamarła, nie mogła wydusić z siebie słowa, patrzyła na niego, starając się pamiętać o oddychaniu.
- Jesteś Francesca, prawda?
Skinęła głową.
Zapamiętał. Wiedział, jak ma na imię, wiedział, widział ją, pamiętał o niej.
- Cóż, Fran, tak do ciebie mówią, prawda?
Ponownie pokiwała głową, serce biło jej jeszcze szybciej niż przed chwilą.
- Nie wyglądasz na osobę zbyt pozytywnie nastawioną do życia, nie dzisiaj.
Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawę, że nie oddycha.
Nerwowo odgarnęła włosy do tyłu, zaczerpując powietrza, miała szczerą nadzieję że tego nie zauważył.
- Zimno. – wydusiła, na chwilę spoglądając mu w oczy, po czym wystraszona ponownie spuściła wzrok.
Bała się, bała zatracić się w jego zielonych oczach, przestraszyła się tej chwili na którą tyle czekała, był obok niej, blisko i koncentrował się tylko na niej.
Czy było tak pięknie jak sobie wyobrażała?
Było zimno.
- To może skoczymy na kawę? Bo chyba nie zamierasz już iść na lekcje? – spytał, ruchem głowy wskazując na dróżkę prowadzącą do pobliskiej kafejki.
Nie wiedziała nawet, kiedy zdążyła pokiwać głową i wstać.
Nie spodziewała się tego, nie spodziewała się tego dzisiaj, jednak momentalnie zrobiło jej się na sercu cieplej.
Była z nim, z chłopakiem swoich marzeń.
I jak myślisz, jak to się dalej potoczyło? Czy marzenia naprawdę mogą się spełniać?
W towarzystwie żadnego chłopaka nie czuła się nigdy tak swobodnie jak tego dnia, w małej kawiarence, popijając gorącą kawę z Leonem Verdasem.
Nigdy wcześniej nie zauważył, że miała kształt oczu dokładnie taki jak jego matka.
Wcześniej co prawda nigdy ze sobą nie rozmawiali, ona zawsze trzymała się na uboczu, miała swoich znajomych a on miał swoich.
Poza tym Violetta nie lubiła gdy zadawał się z innymi dziewczynami, od zawsze była piekielnie zazdrosna.
Prawdę mówiąc, jego dziewczyna męczyła go ostatnio coraz bardziej, zależało mu na niej, to na pewno, była sympatyczna, przyjacielska, zawsze gotowa do pomocy, jednak ich charaktery były zupełnie sprzeczne.
Wspólne spotkania przestały przynosić mu radość, jedynie co chwila zerkał nerwowo na zegarek, szukając jakiejś wymówki by móc się od niej wcześniej wyrwać.
W towarzystwie Włoszki czuł się… inaczej.
Obserwował ją odkąd pojawiła się w jego liceum, podziwiał ją za niesamowitą inteligencję, za to jak potrafiła się wysłowić, jak dogadywała się z ludźmi.
Pamiętał, kiedy jedna z dziewczyn z młodszej klasy dowiedziała się, że jej młodsza siostra miała poważny wypadek.
Francesca siedziała z nią dopóki rodzice nie zabrali jej do domu, zresztą, to był jeden z wielu przypadków kiedy miała okazję pokazać jak bardzo empatyczną jest osobą. Podobało mu się to.
Nie spodziewał się, że jedno popołudnie w kawiarni zburzy cały jego dotychczasowy świat, że bez pamięci zakocha się we Włoszce.

- Pójdę do toalety.
Wyplątała się z uścisku swojego chłopaka i podniosła się z sofy. Wolnym krokiem skierowała się w stronę łazienki.
Weszła do środka. Stanęła przed lustrem. Kogo zobaczyła? Dziewczynę z długimi, zaniedbanymi, rudymi włosami. Z szarymi oczami i bladą twarzą. Tak bardzo zmęczoną. Czy to była ona? Wiedziała. Tak, to ona. A w ogóle nie podobna. Bo gdyby spojrzeć na te zdjęcia sprzed kilku lat, to wyglądała zupełnie inaczej. Niby tak samo. Ale inaczej. Miała wtedy zaróżowione policzki, radosny wzrok i szeroki uśmiech na ustach.
To już nie była ta sama Camila. Tamta wyjechała razem z Leonem. A raczej jej dusza - bo ciało zostało tutaj, w Buenos. Zabrał ją ze sobą, zupełnie tego nie świadomy. Przecież gdyby wiedział, na pewno by tego nie zrobił, zmusiłby ją, żeby została w swoim kraju.
Wiesz co? Ona nawet nie przypuszczała, że za kilka sekund jej życie znowu obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
Najpierw usłyszała dzwonek do drzwi, ale nie przejęła się tym. Co w tym dziwnego? Później kroki Diego, który zmierzał w ich stronę. Chciał je otworzyć.
Szczęk klucza przekręcanego w zamku.
- W czym mogę pomóc?
- Chcę zobaczyć się z Camilą.
I zdrętwiała.
Poznałaby ten głos zawsze. Każdego dnia, każdej nocy, o każdej porze. Przebudzona w najmniej spodziewanym momencie jego brzmieniem, od razu wskazałaby jego właściciela. Przecież to było takie oczywiste.
- Camila!
Odeszła od lustra. Stanęła przy drzwiach. Wahała się. Bała się je otworzyć. W końcu to zrobiła. Wyszła. I zobaczyła go.
Był żywy, prawdziwy. Stał przed nią. A może to tylko jej przywidzenia? Nie. Wcale jej się nie wydawało.
- Leon... - szepnęła.
Ale on nie dał po sobie niczego poznać. Nie odezwał się. Nie wypowiedział jej imienia. Nie podszedł do niej, nie przytulił jej i nie powiedział, jak bardzo ją kocha. A jeśli przestał?
- Ja - potwierdził sucho.
Zachwiała się. Obok niej pojawił się Diego, który objął ją ramieniem, patrząc spod byka na mężczyznę stojącego w drzwiach.
- Co ty tu...
- Chciałem tylko zobaczyć, czy nadal mieszkasz w tym domu - przerwał jej - czy może jednak zmieniłaś zdanie i wyprowadziłaś się stąd. Cóż, pomyliłem się.
Zacisnęła długie, blade palce na ręce swojego chłopaka.
- Leon, ja...
- Camila - Nie dał jej dokończyć - przestań. Wróciłem do Buenos Aires. Ale nie chcę utrzymywać z tobą kontaktów. Niech zostanie tak, jak było.
I już czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy.
Te słowa tak cholernie mocno bolały, wiesz? Jakby ktoś wbił ostre igły w jej delikatne serce. Uwierz mi, nie chciałbyś tego doświadczyć.
- Jak możesz...? - rzekła cicho.
- Mogę - potwierdził. - I ty też możesz.
Słone krople spłynęły po jej policzkach.
Dlaczego to robił? Przecież wiedział, jak bardzo go kocha. Czy to możliwe, by głupia kłótnia o spadek mogła pokłócić dwie tak bardzo ze sobą związane osoby?
- Nie rób mi tego - poprosiła błagalnym tonem.
- Nie robię nic niewłaściwego - zaprzeczył. Jego głos był taki sztywny. Wyprany z emocji.
Nie wierzyła. Jak on mógł zmienić się tak przez te lata? Z miłego, pogodnego chłopaka stał się wyrachowanym, śmierdzącym dupkiem, który gdzieś ma smutek i łzy własnej siostry. Pamiętała, jak kiedyś mówił, że nigdy nie pozwoli jej płakać. Że własnoręcznie udusi tego, który wywoła u niej łzy. A teraz? Teraz on to robił. Sprawiał, że jego jedyna rodzina tak bardzo cierpiała.
Nie sądziła, że byłby do tego zdolny. Widocznie nie znała go tak dobrze, jak jej się wydawało. A myślała, że to ona wie najwięcej, wiesz? Pomyliła się.
- Leon, nie odchodź. - Wyrwała się z uścisku Diego i podeszła do niego. - Nie zostawiaj mnie znowu samej.
Spojrzał na nią, ale w jego oczach już nie było tyle ciepła, co kiedyś. Teraz widziała tylko chłód. I mimo wszystko była pewna, że on nie zmienił się tak sam z siebie. To ktoś uczynił go takim, jakim teraz był. Na pewno.
- Przecież już sobie kogoś znalazłaś - zaśmiał się z pogardą. - Ja nie jestem ci potrzebny.
Wytarła słone łzy rękawem rozciągniętej bluzy i chwyciła go za rękę.
- Leon, proszę cię - szepnęła. - Leon, ja cię kocham...
- Cóż, będziesz musiała jakoś z tym żyć.
Zaczęła krztusić się własnymi łzami. Czuła, jak żywy ogień płonie na jej policzkach. Momentalnie rozbolał ją brzuch. Zgięła się wpół. I upadłaby, gdyby nie Diego, który pojawił się przy niej i chwycił ją w pasie. Złapała go za dłoń. Usłyszała jego głos.
- Wynoś się stąd - wycedził w stronę jej brata. - I nie przychodź tu więcej.
A później... Później usłyszała tylko, jak schodzi po kamiennych schodkach. Odszedł.
- Nie! - krzyknęła. - Leon, zostań!
Cierpiała, tak strasznie cierpiała. A on na to nie zważał. Nie obchodziły go jej uczucia.
Diego trzymał ją mocno w talii, przyciskając jej ręce do ciała. Wyrywała się, chciała pobiec za swoim bratem, ale on jej to uniemożliwiał.
- Dlaczego pozwoliłeś mu odejść?! - zawołała przez łzy. - Idź po niego! Biegnij za nim!
Obraz przed oczami rozmazywał jej się od łez. Nabierała łapczywie powietrza chcąc się opanować. Nie potrafiła.
- Camila, spokojnie - szepnął jej do ucha. - On nie był ciebie wart...
- Nie mów tak! - Wbiła paznokcie w jego ramię. - Przestań!
Poczuła, jak kolana się pod nią uginają. Nogi nie utrzymały ciężaru jej ciała. Upadła na ziemię, ciągle w objęciach swojego chłopaka. On przycisnął ją mocniej do siebie i wtulił twarz w jej włosy. Nie zważał na jej krzyki, na przekleństwa i na bluźnierstwa, którymi go obrzucała. To nie było teraz ważne.
Wiesz co? Kiedy zobaczyła swojego brata, pomyślała, że może wszystko w końcu się ułoży, że znowu będą rodziną. Widząc go w drzwiach miała nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się pomyliła?
Że straciła już wszelką nadzieję...?

Przemierzała ulice Buenos Aires, ściskając w ręku smycz swojego psa.
W wolnych chwilach lubiła wałęsać się tak bez celu, przyglądać się Twixy’emu – małemu labradorowi, który wydawał się być zafascynowany wszystkim co ich otaczało.
Dużo spacerowali razem, zanim wyjechał.
Lubili po nocy przechadzać się po osiedlach, rozmawiając, śmiejąc się, niekiedy płacząc, po prostu spędzając ten czas tylko we dwójkę.
Na ostatnim z ich wspólnych spacerów pocałował ją – ujął jej twarz w swoje dłonie, ocierając łzy z jej policzków i delikatnie musnął jej wargi swoimi.
Zarzuciła mu wtedy ręce na szyję wplatając palce w jego włosy i odpędziła od siebie wszystkie dotychczasowe myśli, po prostu żyła chwilą.
Dwa dni później oznajmił, że wyjeżdża.
Przyszedł, spojrzał na nią chłodnym wzrokiem, powiedział że jego samolot startuje wieczorem, pocałował ją w policzek i zamknął za sobą drzwi, tak po prostu.
I złamał jej serce.
Bolało jeszcze bardziej gdy dowiedziała się, że zabrał ze sobą Violettę. Przez chwilę łudziła się że może ma problemy rodzinne, że coś mu nagle wypadło, że musi coś załatwić, a prawda okazała się być zupełnie przeciwna i zdecydowanie bardziej przytłaczająca.
Uciekł od niej, zostawił ją by bawić się w Hiszpanii w dom z panną Castillo.
Zacisnęła zęby, wbijając wzrok przed siebie i starając się myśleć o czym innym.
Obiecała sobie że zapomni, wielokrotnie obiecywała sobie że wymaże go ze swojego życia, że swojej pamięci. Mimo że upłynęło już sporo czasu, wciąż nie mogła zmusić się do tego by nie myśleć.
- Twixy! – zawołała, odciągając psa od małego sznaucera, który wyraźnie przyciągnął jego uwagę.
- Nic się nie stało, chyba się polubili. – usłyszała głos, na dźwięk którego zakręciło się jej w głowie.
Serce zaczęło bić jej tak szybko, że bała się że nie będzie w stanie normalnie oddychać, wciąż nie mogła zmusić się do tego by podnieść wzrok.
‘To się nie dzieje naprawdę’ – powiedziała do siebie w myślach, zaciskając pięści i powoli unosząc głowę do góry.
Na widok zielonych oczu ponownie poczuła zawroty głowy, nie była w stanie dostrzec nic więcej, obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami.
Ocucił ją Twixy, liżący ją po ręce.
Zamrugała, biorąc głęboki oddech i robiąc krok do tyłu.
Udało jej się nad sobą zapanować, zacisnęła zęby przyglądając mu się uważnie.
Nie zmienił się bardzo, jego twarz nabrała ostrzejszych rysów, miała wrażenie że włosy stały się ciemniejsze, to wszystko.
Wciąż był tym samym Leonem Verdasem na widok którego traciła zmysły i w którym była bezgranicznie zakochana.
- Pięknie wyglądasz. – powiedział, uśmiechając się słabo i drapiąc labradora za uchem.
Otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Rozpaczliwie nakazywała sobie w myślach by się uspokoić, opanować, nie mogła pokazać mu jak bardzo ją zranił, nie mogła dać mu do zrozumienia że wciąż coś dla niej znaczył.
Bo nie znaczył, prawda?
- Wróciłeś do Buenos Aires? – spytała, starając się zapanować nad drżeniem głosu.
Kiwnął głową, uważnie się jej przyglądając.
Spuściła wzrok.
Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia, nie chciała nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego, nie chciała nawiązywać z nim jakiegokolwiek kontaktu.
Tęskniła.
- Tak, przyjechałem kilka dni temu. A ty? Cały czas tutaj?
Pokiwała głową.
- Tak, nie zmieniałam miejsca zamieszkania. Jest mi tutaj dobrze.
Przytaknął, spuszczając wzrok i bawiąc się smyczą swojego psa.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, wciąż nie patrząc jej w oczy. – A może wybralibyśmy się na kawę to tej kafejki co kiedyś, pamiętasz? Chyba wciąż tutaj stoi?
W głowie zaczęło kłębić się jej tysiące myśli, w pierwszym odruchu chciała podtrzymać się czegoś, bała się że nie wytrzyma, że eksploduje.
Nigdy za nikim tak tęskniła, niczyjej obecności nigdy tak bardzo nie pragnęła, nikogo nigdy tak nie kochała. Nikt jej nigdy tak nie zranił.
- Przepraszam, nie mogę. – powiedziała cicho, wymijając go i szybkim krokiem ruszyła do przodu, nie oglądając się za siebie.

"Widzisz dziewczynkę w różowej sukience z prawej strony? Tak, tę blondynkę. Spędziła długie dnie i noce, czekając na wyniki badań. Dostrzegłeś wzrok tamtej kobiety przy stoliku? Tak, w tej szmaragdowej tunice. Modliła się do Boga, by jej mąż przeżył ciężką operację. Popatrz na tego mężczyznę przy oknie. Przez niekończące się 13 minut, trzymał za rękę swoją żonę, której przedwcześnie odeszły wody. Spostrzegłeś trójkę rodzeństwa, którzy pusto wpatrują się w drzwi?Oni ze strachem oczekiwali na telefon, który powiedziałby im, że ich rodzice jednak nie zginęli w wypadku autokarowym. Wiesz co ich wszystkich łączy? Niepewność, która wraz z krwiobiegiem ogarnia całe ciało człowieka. Ten brak wiedzy, brak pewności, że wszystko będzie dobrze..."
On cierpiał. Strach przepełniał całe jego wnętrze. Bał się o nią. Bał się, że może na zawsze ją stracić. Wiedział, że jego życie bez niej nie miałoby sensu.
Ona była jego narkotykiem. Jego własną odmianą heroiny. Uzależnił się od niej. Nie mógł przetrwać bez niej choćby jednego dnia. A teraz? Teraz nikt nie mógł go przekonać, że wszystko się uda. Nikt nie mógł wypowiedzieć tych kilku, cholernie prostych - a jednak tak trudnych - słów.
Drzwi sali otworzyły się. Zobaczył wysokiego mężczyznę w białym kitlu z kamiennym wyrazem twarzy.
- Pan Dominguez?
- To ja.
Podszedł do niego i stanął naprzeciw. Zacisnął ręce w pięści. Starł się oddychać miarowo. Nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo się boi.
- Opanowaliśmy sytuację - powiedział lekarz. - Na chwilę obecną wydaje się być w porządku. Jednak nie na długo. Nerka powoli przestaje funkcjonować, a znalezienie dawcy w tak krótkim czasie graniczy z cudem. Proszę być przygotowanym na najgorsze. Przepraszam.
Odszedł.
Diego zawsze myślał, że lekarz powinien dawać nadzieję, że powinien przekonywać, że wszystko się unormuje. Przekonał się jednak, że nie wszyscy podchodzą do tego w taki sposób. Byli ludzi źli, bez serca. Lekarz bez serca?
Lekarz bez serca potrafiącego kochać.

Nerwowo uderzał palcami w blat stolika. Co chwilę spoglądał na zegarek. Spóźniał się. Mógł chociaż udawać, że go to obchodzi. Nie potrafił zrobić nawet tego.
W końcu drzwi kawiarni się odtworzyły, a on stanął w progu. Rozejrzał się, a kiedy dostrzegł go siedzącego w kącie pomieszczenia, podszedł bliżej i bez zbędnych formułek grzecznościowych usiadł na krześle naprzeciw niego.
- Po co chciałeś się ze mną spotkać? - spytał.
Spojrzał na niego uważnie.
Leon nie wyglądał na człowieka, który nie miałby współczucia. Można by pomyśleć, że jest to wzorowy, opiekuńczy i dobry mężczyzna. Rzeczywistość była inna.
- Nie chcę tracić na ciebie czasu - odparł - dlatego powiem krótko. Camila jest w szpitalu. Jej stan jest ciężki, a uratować ją może jedynie przeszczep. Ja nie mogę być dawcą, bo nie ma zgodności. Pewnie wiesz, że Cami jest wpisana na dziesięciokilometrową listę pacjentów oczekujących na przeszczep. Wiesz również, że ty na dziewięćdziesiąt dziewięć procent możesz oddać jej jedną nerkę. Ona jest twoją siostrą, powinieneś to dla niej zrobić. Możesz ją uratować.
Wiele razy nad tym myślał. Naprawdę, całym sercem kochał Camilę. Kochał ją i tęsknił za nią. Te kilka lat spędzone bez niej były prawdziwą udręką. Pamiętał jeszcze ich wspólne zabawy w dzieciństwie, ich rozmowy, kiedy byli już nastolatkami. Pamiętał, jak siedział przy niej kilka godzin i podawał jej chusteczki, równocześnie przytulając do siebie, kiedy zostawił ją chłopak, którego naprawdę kochała. Później poszedł i zlał go tak, że zawiesili go w prawach ucznia na tydzień, ale nie żałował tego, bo to wszystko zrobił dla swojej siostry.
I chciał, wiele razy chciał oddać ją jedną ze swoich nerek i sprawić, żeby już nie cierpiała. Ale zawsze coś było przeciw nim. A teraz? Teraz mógłby to zrobić. Nawet musiał. Ale jedyną przeszkodą na drodze do zdrowia Camili, była Violetta. Violetta. Ona nie chciała, żeby to zrobił. Nigdy nie lubiła jego siostry.
Czy ją kochał? Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałby, że tak. Teraz jednak miał wątpliwości. Kiedy po powrocie do Buenos Aires spotkał Francesce, dawne uczucia, które krył w sobie, na nowo odżyły. Nigdy nie powiedział jej, że coś do niej czuje. Bał się, że go wyśmieje, bo nie sądził, żeby taka dziewczyna jak ona, chciałaby się związać z kimś takim jak on. Ale kiedy ją spotkał, przekonał się, że dalej ją kocha.
- Zastanowię się nad tym - rzekł w końcu.
Diego spojrzał na niego uważnie.
- Posłuchaj mnie. - Nachylił się w jego kierunku. - Ja naprawdę nie wiem, jak mogłeś zrobić to Camili, jak mogłeś ją zostawić. Gdyby nie jej prośba to przysięgam ci, że leżałbyś teraz na intensywnej terapii. Człowieku, nie wierzę, że nie chcesz tego zrobić. Na pewno wcale nie chcesz, żeby umarła, i to na dodatek przez ciebie. Wiesz co ja czuję? Wiesz co czuję, kiedy każdego dnia muszę patrzeć, jak ona cierpi? I nie mogę jej pomóc, wiesz jakie to uczucie? A ty możesz, ale nie chcesz tego zrobić. Jesteś z tą swoją Violettą, nie? I...
- Skąd wiesz, że jestem z Violettą? - Spojrzał na niego uważnie.
- Francesca mi powiedziała, nie ważne - mruknął. - Ale wyobraź sobie, że to ona jest chora, a tylko ja mogę ją uratować. Co wtedy byś zrobił?
Leon przygryzł wargę.
Nie wiedział, że Francesca zna jego siostrę i Diego. Bał się, że tym straci w jej oczach. A tego nie chciał.
- Muszę iść. - Nie odpowiedział na jego pytanie. - Przemyślę to - dodał.
Wstał z krzesła i odszedł, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem.
Nie wiedział co ma robić, jak ma robić. Nie wiedział jak się zachowywać. To wszystko było takie dziwne.
A to niezdecydowanie było przerażające, wiesz?

Skrzywił się, kiedy wracając z domu Francesci zauważył idącą naprzeciwko niego Violettę.
Fran albo nie zastał w domu albo zwyczajnie nie chciała mu otworzyć, bał się że chodziło o to drugie lub jeszcze gorzej – że zmieniła miejsce zamieszkania.
- Mówiłem ci, żebyś za mną nie chodziła. – warknął w stronę szatynki, próbując szybkim krokiem ją wyminąć. Niestety, bezskutecznie.
Obawiał się, że kiedy wróci do Buenos Aires jego była dziewczyna podąży w ślad za nim jednak miał cichą nadzieję, że może da sobie spokój, że zrozumie. Złudną.
- Leon, jak mogłeś mnie zostawić i wyjechać, co? Wydaje ci się, że po tylu latach związku możesz traktować mnie przedmiotowo? Że w ogóle możesz mnie tak traktować?!
Ruszył przed siebie, jednak tak jak się spodziewał – Violetta podążyła w ślad za nim.
Uprzedził ją że wyjeżdża, liczył że może w ten sposób uda mu się od niej uwolnić, żadne inne argumenty nie docierały do niej, nie chciał z nią być, nie mógł wytrzymać już dłużej – nie kochał jej. Nie kochał jej nigdy poza tym, mimo iż uważał że była dobrą i wrażliwą dziewczyną, ze względu na sytuację rodzinną i przedwczesną śmierć ojca i ciotki miała problemy psychiczne, była niestabilna emocjonalnie, momentami wręcz go przerażała. Miał wyrzuty gdy z nią zrywał, bał się że to tym bardziej pogorszy jej stan jednak nie mógł obarczać tym siebie, nie chciał zmarnować sobie swojego życia.
- Vilu, proszę cię, daj mi spokój. Musimy nauczyć się żyć osobno, tak? Przerabialiśmy to już.
Złapała go za ramię, mocno wbijając mu paznokcie w skórę.
- Nie. – syknęła, spoglądając mu wojowniczo w oczy. – Ty to przerabiałeś. Nie dałeś mi wyboru, po prostu odszedłeś! Jak tchórz, wiesz?
Przystanął, biorąc głęboki oddech i spoglądając jej w oczy.
- Takie jest życie, Violetto, ludzie się schodzą i rozstają. Zrobiłbym ci ogromną krzywdę gdybym wciąż z tobą był, mimo że cię nie kocham. To szansa dla nas obojga, wykorzystaj ją – powiedział, starając się przybrać spokojny ton, a gdy zauważył przystającą obok chodnika taksówkę, natychmiast rzucił się w jej stronę, uciekając przed dziewczyną.

Upiła łyk drinka, stawiając szklankę z powrotem na blacie i kręcąc się w rytm muzyki.
Przymknęła oczy. Światła padały prosto na nią rozświetlając jej twarz, dookoła był tłum, nie miała zbyt wielu możliwości manewru, rozmowy ludzi zagłuszała głośna muzyka. Była gorąco.
Na co dzień nie przebywała w takich miejscach, ostatni raz w klubie była jako nastolatka. Po rozmowie z Leonem jednak nie wiedziała co ze sobą zrobić, nie chciała go widzieć, nie chciała go słuchać nigdy więcej, zrujnował jej życie którego do tej pory nie zdążyła jeszcze sobie poukładać, a potem wrócił, jak gdyby nigdy nic, ponownie wprowadzając jeszcze większy zamęt.
Zacisnęła zęby.
Nie było go tutaj, a wokół niej kręciła się masa przystojnych facetów. Była wolna. Mogła robić co tylko chciała.
Remember only God can judge ya
Poczuła, jak jeden z tańczących obok mężczyzn obejmuje ją w pasie, zarzuciła mu ręce na szyję i przybliżyła się do niego, pozwalając mu przycisnął usta do jej szyi.
Forget the haters cause somebody loves ya
Powoli kręcili się w rytm coraz szybszej muzyki, kiedy poczuła że ktoś przeciskając się przez tłum ludzi ciągnie ją za rękę.
Była ściśnięta ze wszystkich stron, czuła gorący oddech na skroni, otworzyła oczy, starając się powrócić do rzeczywistości.
Zakręciło się jej w głowie na widok zielonych oczu patrzących prosto na nią, nie poruszyła się, zresztą, nie miała nawet jak.
- Musimy porozmawiać. – zawołał, próbując przekrzyczeć głośną muzykę. - Zabieram cię stąd.
Chciała zaprzeczyć ale nie miała jak, gardło odmawiało jej posłuszeństwa, hałas odbierał zdolność racjonalnego myślenia.
Przeciskali się przez tłum ludzi, im bliżej wyjścia tym tym bardziej zaczerpywała coraz to chłodniejszego i świeższego powietrza.
- Śledziłeś mnie?! – krzyknęła, kiedy byli już przy samych drzwiach i odzyskała zdolność mowy.
Leon nacisnął klamkę przepuszczając ją pierwszą w progu, po czym sam podążył za jej śladem i zatrzasnął za nimi drzwi.
- Zauważyłem cię jak jechałem taksówką i pomyślałem, że warto spróbować. – powiedział, biorąc głęboki oddech.
Zadrżała. Opatuliła się mocniej kataną dżinsową.
Zdjął kurtkę zarzucając jej ją na ramiona, a kiedy nie zauważył sprzeciwu spojrzał na nią, po czym wolnym krokiem ruszył do przodu.
Dziewczyna zacisnęła zęby, po czym udała się w jego ślady.
- Musiałem wtedy wyjechać, Fran, musiałem, sytuacja rodzinna mnie do tego zmusiła. – wyrzucił, nie czekając na jej reakcje. – A Violetta pojechała za mną, nie pytała mnie nawet o zdanie, nie mogłem się nie zgodzić, byłem na to za słaby, potrzebowałem kogoś bliskiego… Ale cały czas o tobie myślałem, cały czas. – powiedział, stając i łapiąc ją za ręce.
Zakręciło się jej w głowie pod wpływem jego dotyku i spojrzenia, nie potrafiła się poruszyć, nie potrafiła nic powiedzieć. – Starałem się zapomnieć, wiedziałem że cię straciłem ale nie mogłem, musiałem wrócić, nie wytrzymywałem już tam dłużej, rozumiesz? Zerwałem z Violettą, powiedziałem jej że to nie ma sensu, nie kocham jej, nigdy jej nie kochałem. Prawdę mówiąc, zawsze kochałem tylko ciebie Fran, tylko. I nadal cię kocham.
Zamrugała kilka razy oczami chcąc powstrzymać łzy jednak na nic się to nie zdało, czuła jak po chwili zaczęły spływać jej po policzkach rozmazując makijaż, jedna po drugiej.
- Porozmawiajmy, proszę. – powiedział, przygryzając dolną wargę. Dosłyszała w jego głosie panikę.
Nie wiedziała co odpowiedzieć, stała bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym przed siebie.
Po pewnym czasie skinęła głową.
- Dobrze. Porozmawiajmy.

Popijała kawę w milczeniu, kiedy usłyszała pukanie do drzwi, które z sekundy na sekundę stawało się być coraz bardziej natarczywe.
Westchnęła, odkładając filiżankę na stół, po czym skierowała się w stronę drzwi. Przekręciła zamek po czym otworzyła je i natychmiast tego pożałowała, kiedy zauważyła stojącą w progu Violettę. Zamarła kiedy zauważyła wściekłość malującą się na twarzy dziewczyny. Zadrżała, kiedy poczuła jak panna Castillo przeszywa ją ostrym spojrzeniem.
- Powinnam cię teraz zabić, wiesz? – syknęła, robiąc krok do przodu i przeciskając się w drzwiach.
Francesca przez chwilę nie odzywała się, nie wiedziała jak zareagować, kiedy Violetta wtargnęła do jej mieszkania, z hukiem zamykając za sobą drzwi.
- Przepraszam cię, ale wydaje mi się, że my nie mamy o czym rozmawiać.
Zrobiła krok do tyłu, poczuła nagły przypływ lęku. Leon uprzedzał ją, że jego była dziewczyna jest nieobliczalna. Że jest zdolna do wszystkiego. A teraz stała tu, zamknięta z nią w jednym, małym pomieszczeniu.
- Zniszczyłaś mi życie, wiesz? – warknęła, robiąc krok w jej stronę.
- Violetto, ja nie… - zaczęła, jednak zamilkła robiąc krok do tyłu, kiedy Violetta rzuciła się na nią z pięściami.
Odepchnęła ją, jednak szatynka była silniejsza i pchnęła ją wprost na stojącą obok szafę.
Francesca upadła jednak nie zdążyła się podnieść, kiedy zauważyła idącą na wprost niej Violettę.
Zacisnęła zęby, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Leon.
Odetchnęła.

Dwa tygodnie później.

Siedzieli w milczeniu na balkonie pod daszkiem, popijając gorącą herbatę. Wzrok miała wbity przed siebie jednak czuła, że Leon co jakiś czas na nią spogląda.
Odkąd Violetta została zabrana do ośrodka psychiatrycznego żyli w ciągłym napięciu, nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak to sobie zaplanowali. Francesce było szkoda dziewczyny, zdawała sobie sprawę że nie miała łatwego życia jednak to że ją zaatakowała przeważyło sprawę. Bliscy panny Castillo również zeznali, że jest ona niestabilna psychicznie i potrzebuje pomocy.
- Na dworze robi się coraz ładniej. – odezwał się, rzucając jej przelotne spojrzenie.
Niepewnie przeniosła wzrok na niego, po czym skinęła głową. Przez chwilę ponownie siedzieli w milczeniu, ostatnio zresztą coraz częściej tak było. Woleli siedzieć w ciszy niż rozmawiać o przykrych rzeczach.
- Fran… - odezwał się w końcu, wzdychając. – Słuchaj, ja nie chcę żeby tak między nami było, żeby to wszystko tak wyglądało. – dodał, wstając z krzesła i podchodząc do niej. – Kocham cię.
Zamrugała kilka razy, spoglądając w jego ciemnozielone tęczówki.
- Wiem, Leon. – odparła po chwili.
Nie była teraz gotowa na żadnego rodzaju szczere rozmowy, wyznania. Musiała odpocząć od tego wszystkiego, poczekać aż minie trochę czasu. Jeszcze nie czuła się gotowa.
- Fran… - zaczął łamiącym się głosem, niezrażony jej postawą. – Chcę być z tobą. Już na zawsze, wiesz? Kocham cię, do cholery, naprawdę cię kocham. Gdybym cię teraz zapytał czy wyszłabyś za mnie, zgodziłabyś się?
Wstrzymała oddech, prawdę mówiąc na tę chwilę w ogóle zapomniała, jak się oddycha. Spoglądała na niego starając się uporządkować natłok myśli i zapanować nad zawrotami głowy.
- Posłuchaj. – wydusiła, z całych sił starając się nie spuścić wzroku. – Też mi na tobie zależy, okej? To znaczy, ja też cię kocham. Bardzo. Tylko że teraz… Po prostu nie mogę, Leon. Zbyt wiele się wydarzyło, sam rozumiesz. Nie gniewaj się ale nie.
Przez chwilę wpatrywał się w nią tkwiąc w bezruchu, jednak po kilkunastu sekundach kiwnął głową, wstając i zajmując miejsce z powrotem na krześle. Tego wieczora nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa.

Leżała. Miała zamknięte oczy, ale podobno słyszała. Podobno. Tak mu powiedzieli. Powiedzieli mu też, że była za słaba, żeby na niego spojrzeć. I żeby się odezwać.
Myślał, że widząc ją w takim stanie stchórzy i wyjdzie. Uwierz mi, chciał to zrobić. Nie chciał patrzeć na jej cierpienie, ale coś ciągnęło go do niej.
Usiadł na krześle obok. Nie wiedział, czy miała świadomość, że tu jest. Chwycił ją delikatnie za bladą dłoń.
- Camila - szepnął. - Camila, to ja. Słyszysz mnie? Proszę cię, daj mi jakikolwiek znak.
Spojrzał z nadzieją na jej umęczoną twarz, która zasłonięta była w połowie maską tlenową.
Po chwili ona podniosła swoje powieki. W jej ciemnobrązowych oczach widział tyle bólu... Ale przebijało się przez nie również szczęście. Cieszyła się, że go widzi?
Próbowała poruszyć ustami. Widział, że chce coś powiedzieć. Ale nie mogła.
- Nie - rzekł. - Nie mów nic, siostrzyczko.
Ścisnął mocniej jej rękę. Bał się, że może jej coś zrobić. Była w końcu taka krucha i słaba.
- Chciałem cię przeprosić - zaczął. - Byłem idiotą. Kocham cię, Camila. Zawsze cię kochałem. Rozmawiałem z Francescą... Lekarze zrobili testy na zgodność. Zaraz jadę na zabieg. Jeszcze dzisiaj będziesz miała przeszczep.
Patrzył na nią z uwagą. Czekał na jej reakcję.
I wtedy dostrzegł, jak kąciki jej ust z trudem unoszą się do góry. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był słaby, ledwo widoczny. Ale był. A Leon cieszył się, że to właśnie on go wywołał.

Chodziła nerwowo od okna do okna, od drzwi do drzwi, do ściany do ściany. Z jej warg płynęła krew - z nerwów tak bardzo je przygryzała. Nie przejmowała się bólem, zmęczeniem cy głodem. W tym momencie modliła się tylko, by operacja się udała. By jej przyjaciółka przeżyła.
- Dlaczego to tak długo trwa?
Odwróciła się w jego stronę.
Widziała jego zdenerwowanie. Bał się o Camilę. Była w końcu wszystkim dla niego. Francesca wiedziała, że bez niej by nie wytrzymał. Kochał ją całym sercem.
- To dopiero sześć godzin - odparła cicho.
- A ile trwają takie operacje? - spytał.
Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia. I nie było to ważne. Bo tutaj liczył się wynik przeszczepu, nie czas jego trwania.
Podwójne drzwi otworzyły się. Stanął w nich lekarz.
Twarz miał stężałą. Ale żadne z nich się nie zdziwiło, od początku leczenia Camili nie widzieli go uśmiechniętego. To taki ponury typ człowieka.
Diego podniósł się z krzesła i wyprostował. Podszedł bliżej i stanął naprzeciw niego. Nie odezwał się. Czekał. Bał się. Ale czekał.
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy.
Zamrugał szybciej oczami.
- Słucham?
- Niestety, pojawiły się komplikacje. Przeszczep nie udał się. Nasza pacjentka nie miała szans. Przepraszam.
I odszedł. Wiesz, że jego życie straciło w tym momencie cały sens? Tylko on jeszcze o tym nie wiedział. Bo nie wierzył, że Jej już nie ma.
Z sali wyjechało łóżko. Ktoś na nim leżał. Przykryty był białym prześcieradłem.
Nie zastanawiał się. Podbiegł do niego. Zerwał cienkie okrycie. Wtedy ją zobaczył. Leżała przed nim, bezbronna, nieżywa, a na jej zastygłej twarzy wciąż błąkała się nadzieja.
- Nie... - szepnął. - Nie. Nie! Kochanie, odezwij się, proszę cię! Błagam cię, Camila!
Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie wstydził się ich. Pokazywały one w końcu, jak bardzo ją kocha.
Czuł, jak ktoś próbuje go odciągnąć. Nie pozwolił na to. Przywarł do niej całym ciałem. Nie chciał od niej odejść. Nie mógł pogodzić się z tym, co się przed chwilą stało.
- Diego... - Usłyszał głos swojej przyjaciółki przy uchu. - Diego, przestań...
Chwyciła go za dłoń, którą zacisnął na szpitalnej piżamie swojej ukochanej. Pociągnęła go do tyłu. Nie zapierał się. Był za słaby. A to wszystko z miłości.
Upadł na ziemię.
Ukrył twarz w dłoniach. Płakał. Płakał całym głosem i nie obchodziło go, co mogą pomyśleć sobie osoby wokół niego. Miał to gdzieś.
Francesca oparła się o ścianę i osunęła po niej na podłogę. Zachłysnęła się powietrzem. Z jej gardła wydobywał się głośny szloch.
Miała nadzieję do ostatniej chwili. Ale nadzieje bywają płonne.
Wiedziałeś o tym?

W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, prawda? Tylko słabi się poddają. Silni pomimo wszystkiego brną do przodu. Zawsze.
Zaraz po śmierci jego jedynej siostry, oplatając go ramionami za szyję i szepcąc mu do ucha słowa pocieszenia zdała sobie sprawę, jak bardzo kruche jest życie. Że trzeba żyć chwilą. Że nie można zmarnować ani jednej. I powiedziała ‘tak’.

Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Zapukała drugi raz. Głucha cisza. Zapukała trzeci raz. Brzęczenie muchy przy jej uchu.
- Diego! - zawołała. - Diego, otwórz drzwi!
Zero reakcji. Przygryzła wargę.
Nie przyszedł na ślub. Chociaż miał być drużbą. Nie zadzwonił. Chociaż nigdy tak nie robił. Nie dał żadnego znaku życia.
Wiedziała, że jest mu ciężko po śmierci sensu swojego życia, ale obiecał jej, że przyjdzie na najważniejsze wydarzenie w jej życiu. Obiecał, że będzie szczęśliwi przez te kilkanaście godzin. Obiecał, że spróbuje zapomnieć. Jej samej po części się udało. I była z siebie dumna, bo teraz mogła patrzeć na Jej zdjęcie i nie uronić ani jednej łzy.
Nacisnęła lekko klamkę. Drzwi były otwarte. Zdziwiła się. On nigdy nie zostawiał drzwi otwartych. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Weszła do środka. Nie słyszała nic, cały dom pogrążony był w przerażającej ciszy. Podniosła do góry długą, śnieżnobiałą suknię ślubną. Jednym ruchem zdjęła niewygodne szpilki i ruszyła w głąb mieszkania.
Od razu skierowała się do jego sypialni. To właśnie tam przesiadywał całymi dniami, odkąd Camila odeszła.
Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Pchnęła przymknięte tylko drzwi i przekroczyła próg pokoju uważając, aby o nic się nie potknąć. Podniosła głowę.
Zamarła. W pierwszym momencie nie wierzyła, myślała tylko, że to jej oczy płatają jej figla, a później... później zrozumiała, że to nie jest sen.
Leżał na podłodze. Jego ciało wydawało się oddawać całe cierpienie, jakie ukrywał w sobie od tamtego dnia. Oczy miał zamknięte; jakby spał. A wokół niego ta wielka kałuża ciemnoczerwonej krwi...
Podeszła do niego, nie czuła nawet łez płynących po jej policzkach. Upadła na kolana przy nim, farbując swoją białą jak śnieg suknię na czerwono. Nie obchodziło ją to.
Wiesz dlaczego? Bo straciła kolejną ważną osobę.
Bo Diego już nie było.

Chwyciła go za rękę, dyskretnie śledząc każdy jego ruch. Stał nad grobem siostry z martwym spojrzeniem wbitym w jeden punkt: jej imię i nazwisko wyryte na lśniącej, marmurowej płycie. Po cichu zrobiła jeden krok do przodu, przenosząc wzrok na twarz swojego Męża. Wiedziała, że jest gotowa by spędzić z nim resztę swojego życia, chciała tego. Ślub wprawdzie był skromny ale wystarczyło to im obojgu, w końcu była to uroczystość połączona z tragedią bo chcąc czy nie – w głębi duszy wciąż opłakiwali Cami. Kiedy na chwilę przed jej śmiercią zapytał co ma zrobić, zostawiła go samego w pokoju i wyszła, dając mu czas na zastanowienie. Nie chciała mieć wpływu na żadną jego decyzję, wiedziała że ani z tej ani z tej nie będzie zadowolona – zależało jej na utrzymaniu przy życiu Camili, wiedziała że jeśli by odmówił nie wybaczyłby sobie tego nigdy jednak zdawała sobie sprawę, że jest to poważna operacja i zwyczajnie bała się o niego, nie chciała by aż tak ryzykował. Kiedy oznajmił jej jaką decyzję podjął, uśmiechnęła się i poszła razem z nim do szpitala. Kiedy zniknął za białymi drzwiami, drżała ze strachu. Jej modlitwy zostały wysłuchane – wrócił do niej, cały i zdrowy, choć osłabiony i obolały. Camila nie miała tyle szczęścia. Odeszła.
A wraz z nią odszedł Diego, za każdym razem gdy patrzyła w jego oczy widziała tylko pustkę. A przecież mówi się, że oczy są oknami duszy, prawda? Uśmiechnęła się sama do siebie i pewniej ścisnęła rękę Leona. Był z nią. Byli razem. Wreszcie. Nigdy o niczym innym w życiu tak nie marzyła jak o tym, by dzielić je właśnie z nim. Wciąż mieli siebie i przez to przejść, pokonać pierwszą z przeszkód jakie życie postawiło na ich drodze, pokonać cierpienie.
- Kocham cię. – powiedziała, przenosząc wzrok z nagrobka na swojego ukochanego.
Obrócił się w jej stronę, jego wargi wygięły się w delikatnym uśmiechu.
- Ja ciebie też. – odparł, przyciągając ją do siebie i pozwalając, by oparła głowę na jego ramieniu.
Miałeś czasem w swoich życiu momenty zwątpienia? Zdarzało się, że po prostu chciałeś się poddać?
Żadne z nich tego nie zrobiło, choć oboje niejednokrotnie próbowali. Zawsze jednak byli przy sobie, gdy ta druga osoba tego potrzebowała i to pozwalało im podnieść się i iść dalej.
Ciekawe, co jest na samym końcu…
 
Od autorek: Hej wszystkim :) Wepchałam się pierwsza, jestem zła xD No dobra. Parta pisało mi się naprawdę super, mówię wam, jak się z Asią fajnie współpracuje :D Trochę zachodu było, bo nam się wątki pomieszały, ale się spięłam i je ogarnęłam :P Z końcowego efektu jestem zadowolona. No oczywiście, moje fragmenty są beznadziejne, Asi piękne, ale o tym to już chyba wiecie ;)) Part na zamówienie Veronici Blanco (takiej jednej idiotki z którą chodzę do klasy, jakby ktoś nie wiedział xD) więc mam nadzieję, że jej się spodoba. Nie no, kto jak kto, ale ona nie ma wyboru i musi jej się podobać :D Na tym kończę moją przemowę i jednocześnie zapraszam na parta Jenny, który się pojawi w piątek. Aha, no i dziękuję, że wytrzymaliście z naszą załogą cały miesiąc <3 - Alexandra Comello.

 Hej misiaki! Nie umiem przemawiać więc będzie krótko: to był tak naprawdę pierwszy prawdziwy onepart jakiego pisałam, na ogół specjalizuje się w dłuższych historiach (tylko żartowałam, ja się nie specjalizuję w niczym poza spaniem xD) więc z góry przepraszam za efekt, Oli na szczęście udało się ogarnąć całą fabułę i wątki, nie narzekała na mój nieogar więc mam nadzieję że Wy też nie będziecie i jakoś wytrzymacie. xD Kocham Was i życzę wszystkim miłych (prawie) wakacji! <3 PS. Marciak, Sarna, jeszcze skomentuję te Wasze cuda na na dole, obiecuję! - Little Liar.