Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francesca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francesca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2014

{Zamówienie 016} Leomas, Diecesca || "Oderwani" - Tears in Heaven

Tytuł: "Oderwani"
Para: Leomas (León & Tomas), Diecesca (Diego & Francesca)
Gatunek: Dramat, romans, komedia
Przedział wiekowy: M





Dla Moniki, jako mocno spóźniony prezent urodzinowy.




"Zawsze myślałam, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."
 ~Kathrin Schrocke - "Freak City"~
________________________________________________________________________________



Syk spalającej się materii, gdy gwiazda zakreśla ostatni łuk.

Nie, to wyobraźnia.

Biały ślad na firmamencie jak słona ścieżka, wyrzeźbiona przez łzę w policzku.

Gwiazdy przecież nie pozostawiają śladów. 

Bezkres ani drgnie. Zalewa śpiące dachy rozmytą czernią, tu i ówdzie przyszarzałą od obłoków, a po lewej, nad ich krawędzią, rozjarzoną przez księżyc, który drga i lśni jak kropla rosy na rozległej pajęczynie nieba. Szpileczki gwiazd jaśnieją w srebrnych skupiskach, tonących w wieczornej mgle. Noc jest jeszcze młoda, światło księżyca czerwone jak krew, a oni - trzęsący się odrobinę z zimna mimo bliskości własnych ciał. Też młodzi. Piękni, zupełnie jak ta noc. I chyba zakochani.

I znów błysk sunie po granacie. Zadziera głowę, a spadająca gwiazda szkli się bielą w jej zielonych oczach.
- Pomyśl życzenie.
- Już.
- Myślisz, że się spełni? - Ciepły oddech wypełnia jej ucho jak najpiękniejsza pieszczota.
- Już się spełniło. - Szuka jego ręki, upewnia się, że nadal jej palce przeplatają się z jego w idealnie dopasowaną jedność i zatrzymują ciepło we wnętrzu. Czuje usta, przesuwające się po płatku ucha, delikatnie, i znów przechodzi ją dreszcz. - Spełnia - uściśla po chwili, odwracając się do niego. Dłoń w dłoni, spojrzenia napierają na siebie w niemej walce. A potem gasną, bo przecież najlepsze obrazy wyłaniają się po zamknięciu oczu. Teraz walczą już usta, walczą dłonie - sunące nieomylnie po trochę ciepła i szybko je znajdujące pod warstwami materiału.
Wbija palce w jej plecy, wolno wędrując wzdłuż kręgosłupa, ze skupieniem, jakby chciał policzyć wszystkie kręgi. Odsłoniętą skórę na lędźwiach muska zimny wiatr, a ona wzdryga się i przerywa przepływ prądu.
- Nie tutaj - dyszy w jego usta. 
Jego dłonie niechętnie uwalniają się spod jej swetra. Wsuwają się w czarne włosy, pociągają bezboleśnie.
- To gdzie? - pyta, obiegając jej twarz uważnym spojrzeniem. Bardzo uważnym, jakby w myślach rysował siatkę linii wzdłuż jej policzków i określał współrzędne geograficzne każdego piega, pieprzyka, dołeczka.
- Choćby w windzie, ale nie tutaj - mruczy z ustami przy jego szyi. Jej włosy pachną miętą, słodko i delikatnie. Zaciąga się tym zapachem, rozważając propozycję.
- W windzie zawsze - odpowiada ironicznie, a może nie do końca?, zgodnie z jej oczekiwaniami. Zaciska mocniej palce na małej, zziębniętej dłoni.
- To chodź. - Ciągnie go łagodnie, ale po jej pociemniałych oczach poznaje, że ona też nie chce czekać. Ani sekundy.

Winda. Czterdziesty siódmy raz.

**

- Jeszcze sekunda i zadzwoniłbym po policję.
Gdy się denerwuje, na policzki wypełzają mu czerwone plamy. W oczach lśni złość. Niepokój. Troska. I jeszcze z milion innych uczuć, przemieszanych warstwami w nieodgadniony błękit kryształowych tęczówek.
- Trochę mi się zeszło, no i... - nieporadnie tłumaczy, zdejmując kurtkę i zahaczając ją za kaptur o drewniany kołeczek w korytarzu. Zegar w salonie wybija godzinę - zawsze oboje marzyli o bijącym zegarze. Tomas znacząco liczy na palcach uderzenia. Dwanaście.
- Praca jest ważniejsza ode mnie? - pyta, gdy ostatni dźwięk rozpływa się w ciszy mieszkania, a następny dzień rozpoczyna swoje pierwsze sekundy.
- Jezu, przecież wiesz, że nie. - Przeczesuje nerwowo włosy, ciemne od wilgoci mgły, która na nich osiadła podczas spaceru z biura do domu. Cofa mokre palce i wsuwa je do kieszeni dżinsów. - NIC nie jest ważniejsze.
- Jasne. - Odwraca się, mnąc w dłoniach ściereczkę w czerwono-zieloną kratkę. - Oczywiście.
- Tomuś, przecież wiesz - powtarza, w dwóch krokach znajdując się obok niego. - Wiesz, że to wszystko dla nas.
- Zabłocisz mi podłogę - utyskuje, ale chyba już się uśmiecha. Nie cofa się przed dotykiem, stoi bez ruchu i pozwala objąć się od tyłu. Drży dopiero, gdy usta Leóna dotykają jego karku.
- Zimno, cholera. - Obraca się i zarzuca mu ręce na szyję.
- Nieprawda - zaprzecza od razu, a potem wpija się w ciepłe wnętrze jego ust, nie zważając na jęk protestu.
Nie chce czekać. Nie lubi.
- Pierniki? - pyta, odrywając się na sekundę.
- Czemu? - Nie przestawaj, proszą oczy, mimo wszystko.
- Czuję cynamon - śmieje się, a potem jeszcze przez pięć minut upewnia się co do słodkiego, korzennego smaku na jego języku. - Zdecydowanie cynamon.
- Anyż. Goździki. Gałka muszkatołowa.
- Też. - Puszcza jego ramiona i wspinając się na palce zagląda do kuchni. - To ty jesteś geniuszem kulinarnym, nie ja.
- Ty bądź geniuszem od wycierania podłogi - odpowiada takim samym tonem.
- Racja. Zdecydowanie wolę na czystej podłodze.
- Czy ty masz w głowie tylko jedno? - Tomas podaje mu mopa takim gestem, jakby to było berło.
- Nie. - Zaciska palce na drewnianym kiju. - Czasem myślę też o jedzeniu.
- Z naciskiem na "czasem".

**

Ciemny motyl nocy siada na oknie, przyciągnięty światłem jednej, jedynej lampki. Żarówka pod zielonym abażurem mruga niepewnie, nieśmiało.
W powietrzu pachnie miętą, tak silnie. Jej poduszka ma zapach szamponu, tak jak i ciemne, świeżo umyte włosy, które on od niechcenia rozczesuje palcami. Zawija długi kosmyk dookoła dłoni, podczas gdy Francesca kręci się mu na kolanach, szuka wygodniejszej pozycji. W końcu opiera głowę na jego ramieniu, a opuszkami rysuje mu jakieś nieokreślone kształty na brzuchu. Krótkie, obcięte paznokcie nie zostawiają śladów, dotyk jest leciuteńki, prawie nieodczuwalny, a jednak pełen czułości.
- Grasz na gitarze? - pyta mimochodem, łapiąc śliczną dłoń w połowie ruchu i przyglądając się jej.
- Tak.
- Ja też. - Puszcza jej nadgarstek i pozwala szczupłym palcom znowu błądzić między jego żebrami, po mięśniach, coraz niżej, aż do linii włosów. Nie rozmawiają więcej, bo po co im słowa?
Przyjemny dreszcz przechodzi go po raz kolejny, trzeci, gdy dłonie zapędzają się trochę za daleko. Podejmują od nowa grę, a on pozwala im na to. Minuty, sekundy lecą jakoś dziwnie. Puls przyspiesza, oddech przyspiesza.
- Zwariuję przez ciebie - wyrywa mu się gardłowy jęk. Potem delikatnie odsuwa jej ręce, zdejmuje ją z siebie i klęka u jej stóp.
Spogląda z góry na jego nieodgadnione oczy i uśmiecha się leciutko.
Wydaje się taki szorstki, a jednak potrafi adorować każdy skrawek jej skóry z takim zaangażowaniem, że jej ciało się rozpływa, poddaje mu w pełni, gdy pieści podbicie stopy, całuje każdy palec, każdą żyłkę. Przesuwa językiem po krągłości łydki, po zgięciu kolana, po wnętrzu uda. 
Wyrywa jej się westchnienie, gdy mija, przeskakuje od razu na brzuch i, drażniąc go lekko zarostem, krąży dookoła pępka. Gorąco jego warg, języka, oddechu - wypala ślady, tak namacalnie.
Biały szlafrok opada obok łóżka jak przestraszony łabędź.
I już, już nie czeka, gwałtownie i bez uprzedzenia - wydziera jej z ust głośny krzyk. Jeden, drugi, pobielałe palce zaciskają się kurczowo na prześcieradle. Odchyla głowę, po poduszce rozsypują się mokre włosy, a rozkoszny grymas białych zębów jest równie oślepiający jak dwie godziny temu, na podłodze w salonie. Jak godzinę temu, w wannie pełnej miętowej piany.

W łabędzim śpiewie tej nocy odrywają się od rzeczywistości.

- Cholernie lubię tak z tobą leżeć - mruczy sennie nad jej uchem. Ich ciała tak gładko się dopełniają. Jej plecy idealnie przylegają do jego klatki piersiowej, miękko wtulone w nią i wygięte w łuk zgodny z liniami jego ciała. Jeden wilgotny kosmyk lepi mu się do twarzy, inny łaskocze w nos. - Naprawdę cholernie.
- Mmm... - mamrocze niewyraźnie.

Mokre włosy. Dwudziesty pierwszy, zaledwie.

**

- Pojedźmy nad morze. Na jeden dzień. - Patrzy w sufit, jakby przez warstwę jasnego tynku, łuszczącego się w samym rogu, widział już ten obraz: zielonkawe fale, pomarszczone przez wiatr, wyzłocone słońcem, skłębione pianą i kołyszące się miarowo, zostawiając ciemne ślady na płowym, prawie białym piasku. I oni, idący brzegiem, podczas gdy woda omywa ich stopy, a sól szybko zasycha wokół kostek iskrzącym się osadem.
Ale León wzdycha i cała wizja pryska. Na suficie jest już tylko mucha, która jakimś cudem utrzymuje się do góry nogami.
- Wiesz, że nie mogę - przekreśla słowami tę myśl, nim zdąży do końca uformować się w jego głowie. - Mam w pracy teraz taki okres, że...
- Przecież ty ciągle masz taki okres! - warczy Tomas, przyciągając do siebie kołdrę. - Pieprzony pracoholik. Najlepiej tam sobie zamieszkaj w tym biurze, bo i tak masz mnie w dupie. Tereska będzie ci gotować, może umie robić coś więcej poza kawą i lodami.
- Kotku...
- Skończ kotkować, to już na mnie nie działa.
- Pojechałbym z tobą, przecież wiesz - szepcze w stronę sufitu. - Ale no...
- Ale co? No powiedz. - Odwraca się znów w jego stronę i patrzy wyzywająco. - Jaką znowu wymówkę wymyślisz, żeby mnie spławić? Projekt na wczoraj? A może ta twoja sekretarka znowu złamała nogę i trzeba pilnie zawieźć ją...
- Jutro.
- ... do szpitala. Co jutro? Mógłbyś mówić pełnymi zdaniami, jak ze mną rozmawiasz? Drażnią mnie te twoje pomruki.
- Jutro jedziemy.
- O proszę, już mamy orzeczenie - chwali zgryźliwie z rozpędu, a potem milknie. - Dokąd?
- Dokąd chcesz, malkontencie. - León uśmiecha się w półmroku.
- Jesteś taki seksowny, kiedy używasz tych trudnych słów. - Oczy mu rozbłyskują. - A kiedy zrobimy remont kuchni?
- Boże! Nie wymagaj za wiele naraz - wzdycha, a potem przyciąga go do siebie i gładzi jego szczupłe, jeszcze nieco spięte plecy. - Kiedy indziej. Jutro idziemy na żywioł i nie robimy nic.
- A twoja cholerna praca? - Przesuwa szorstkim podbródkiem po jego ramieniu, wtula głowę w zagłębienie obojczyka.
- Nie ucieknie.
- Jak miło - mruczy jeszcze kpiąco, ale jego mięśnie się wyraźnie rozluźniają. Już po chwili oddycha miarowo, nieco chrapliwie, spokojnie.
Bo tej nocy odrywają się od wszystkich zmartwień.



"Żeby przed oczami zrobiło mi się ciemno, nie trzeba mi nigdy dużo. Jedna kropla wystarczy mi zawsze. Tak to już jest. Kto widzi za dużo, ślepnie raz po raz."
~Edward Stachura - "Cała jaskrawość"~
_________________________________________________________________________________


- Gdybym był bogaczem, na-na-na-na, na-na-na-na, na-na, na-na, naaa...
- Bez pracy byś umarł zaraz sam, widzisz, jak cię dobrze znam... - kończy Tomas na tę samą melodię. - Nie gadajmy dziś o pieniądzach. Ani o niczym materialnym.
- Czyli komplementowanie twoich nowych trampek też odpada. Ech. - Zwiesza głowę, przekręcając gaz pod czajnikiem. - Porozmawiajmy... o... nie wiem, o inflacji.
- León, nienawidzę ekonomii. - Kręci głową. - Poza tym to się do pieniędzy wlicza, nie umiesz się bawić w tę grę. - Przygląda się podejrzliwie kanapce, którą ten mu przed chwilą wręczył. - Co to jest?
- Chleb.
- A w środku? - Zagląda ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki na myszy.
- Majonez. I parówki w plasterkach.
- Czyli wszystko. Zmielony papier toaletowy. I świnia razem z korytem. Kręgosłupy, uszy, to wszystko zawiera się w mięsie oddzielonym mechanicznie - komentuje jak zwykle. Technik żywienia.
- Ale ja je zrobiłem! - León dumnie podsuwa mu kubek kawy.
- Parówki?
- Kanapki. Nie grymaś, to z sercem.
- A tak, serca jakieś też się tam znajdą. Pewnie kurczęce. Z kawałkami aorty i zakrzepłą krwią w środku.
- Litości, ja jem - bełkocze, sięgając po swój kubek i biorąc potężny łyk. - Ach. Spakowałeś krem do opalania?
- Wszystko spakowałem. Twoje tabletki też.
- Jakie tabletki? - baranieje z kanapką w uniesionej ręce. - Nie używam żadnych tabletek.
- To może czas zacząć - rzuca w powietrze aluzję, krzywiąc się tylko nieznacznie po skosztowaniu czarnej lury.
- Ha, ha. Zażalenia będzie mi tu składał - prycha, ale też się śmieje.
- Tak w sumie to miałem na myśli witaminy, włosy zaczynają ci wypadać. Nie, żebyś nie był pociągający z zakolami, ale...
- Ja ci dam zakola, złośliwcze.
- Dobra. Na drugi raz ty nas spakujesz, a ja będę gotował - decyduje Tomas, wstając od stołu. - To było obrzydliwe.
- Jeśli myślisz, że po takiej odzywce będę ci smarował plecy olejkiem, to...
-...mam rację, bo w życiu nie odmówisz sobie tej przyjemności - kończy spokojnie. 
- Kretyn. - León demonstracyjnie trzaska wszystkim, co podejdzie mu pod rękę. Łyżkami, kubkami, drzwiczkami zmywarki.
- Przyhamuj. - Tomas otwiera ją z powrotem. - Tam są fusy.
- Ech. - Poprawia podkoszulek, obserwując ponuro, jak jego partner płucze kubki i ustawia je z powrotem. - Do wszystkiego się przyczepisz.
- Ktoś musi.

***

Jej mieszkanie jest ładne, nieduże. Sporo tu doniczek, przeważnie białych i wypełnionych zielonymi listkami jakichś paprotek; sporo książek, chwiejnie poustawianych w kątach i zmatowiałych cieniutką warstewką kurzu; sporo spinek, walających się na jasnym dywanie. Brzeg jakiejś pomarańczowej apaszki utkwił między drzwiami szafy i wysuwa się w jego stronę jak dłoń prosząca o parę groszy. Reprodukcja "Płonącej żyrafy" Salvadora Dalí wisi przekrzywiona o kilkanaście stopni. Poza tym porządek. Zresztą nawet te chaotyczne elementy pasują, jakby były zamierzone. Nawet ona, siedząca na stole ze stopami opartymi o parapet, wygląda, jakby została zakupiona razem z meblami i ustawiona w tym konkretnym miejscu na stałe.
- Wyjdziemy gdzieś? - Postukuje palcami o brodę, wpatrując się z boku w linię jej zgarbionych pleców. Biały sweter o grubym splocie jest idealnym tłem dla czarnych włosów. Łapie się na tym, że przygląda się jej w swetrze, a nie zastanawia, jaką bieliznę ma pod spodem.
Przecież to nie w jego stylu.
- Ile jeszcze razy o to zapytasz? - Unosi nań oczy, połyskujące zza okularów, zsuniętych nisko na nosie. Przyszywa oderwane guziki do jego koszuli, tej samej, którą nosiła wczesnym rankiem. - Jak wszystko zrobię, to może.
- Okej. - Nie nalega. Czeka.
To jeszcze bardziej nie w jego stylu.
Igła miga w jej rękach, zagłębiając się w materiale raz po raz. Wiąże niedbały supełek, urywa koniec nitki zębami.
- Teraz mogę ją wyprać.
Nogawki jej dżinsów są za długie, przydeptuje je sobie przy chodzeniu, szwy strzępią się na brzegach. Przykuca, podwija je od niechcenia. Skarpetki w kolorowe paski suną leniwie po podłodze.
Na półce obok kanapy leży empetrójka. Sięga po nią machinalnie i wsuwa kabelki do uszu. Przerzuca piosenki. Hendrix. Clapton. Kravitz. Slash. Sami gitarzyści, dziwi się. B.B. King. Zappa. Pfaff, jedyna kobieta. 
W końcu wraca do Lenny'ego Kravitza i przy dźwiękach "Fly away" odpływa. Odlatuje.

Wyprana koszula jest jeszcze lekko wilgotna, gdy przygniata ją żelazkiem. Głośny syk miesza się z obłokiem białej pary. Uważnie zajmuje się każdym zagnieceniem, dopieszcza kołnierzyk, lawiruje między guzikami. Z wieszakiem w dłoni przechodzi do salonu i staje bez ruchu, rozbawiona.
- Ech, dzieciaku - szepcze, ostrożnie zdejmując mu słuchawki i poprawiając zwinięty w kłębek podkoszulek - jej podkoszulek - który służy mu za poduszkę. Przez chwilę wpatruje się chciwie w jego kochane rysy, wrażliwe usta - uchylone lekko, ciemne rzęsy - długie i gęste. Jest taki idealny.

Odkłada swój sfatygowany odtwarzacz na stolik. Nie ma pojęcia, że jest
piętnastą, która słucha dobrej muzyki.

**

Po słonecznym dniu nastaje wieczór - chłodnawy, choć nie tak bardzo jak w mieście, łagodniejszy, ale jednak. Morze nabiera koloru atramentu, księżyc rzuca krzywe, rozchwiane i rozpryśnięte w smugi odbicie na wodę. Głośny krzyk jakiejś mewy sprawia, że León mruczy coś niezrozumiałego przez sen, układając się wygodniej na płaszczu Tomasa. A ten patrzy w gwiazdy - żadna nie chce spaść. Nie szkodzi. Ich liczba jest idealna i jedna mniej mogłaby zaburzyć ten piękny obrazek.
Chociaż przy nim wszystko jest piękne, dochodzi do wniosku sennie.
Kładzie głowę na jego brzuchu.
Razem, myśli.
Zawsze.
Do końca.

**

Mięta.
Ten zapach zna już na pamięć.
Wciska mocniej nos w miękki materiał, przytulając go do twarzy jedną ręką. Drugą poprawia koc.
Koc?
Otwiera oczy, choć tak straszliwie mu się nie chce. I zamyka z powrotem.
Bo po co. Jest dobrze.
Koc?, myśli jeszcze, nim zaśnie z powrotem. Kanapa?

Która mnie jeszcze okrywała kocem? To będzie... czwarta... Albo piąta. Nieważne.



"Czasem gdy wszystko
Oddala się w głęboki sen
Przychodzi przebudzenie
A reszta jest prawdą"
~Jim Morrison~
_________________________________________________________________________________

Dłużej nie mogę. Nie mogę.
Rano wymyka się bez słowa, nim zdąży otworzyć te piękne oczy, które mają barwę aleksandrytu. Z tą małą różnicą, że w świetle sztucznym nie stają się czerwone, tylko brunatnawe. W dziennym są zielone.
Tyle, że to nie ma znaczenia pod osłoną powiek. A przebudzenie ma nadejść bez jego obecności.
Ale wieczorem wraca. Gdy już zbierze siły, bo cały dzień poświęca na chodzenie w kółko po swoim mieszkaniu. Dalej nie wie. Nie wie, do cholery. Co się z nim dzieje?
A decyzję i tak podejmuje.
- Gdzie poszedłeś? - wita go w drzwiach, roześmiana jak zwykle - najpiękniej... W kącikach oczu robią jej się wtedy drobne zmarszczki, a usta drżą leciutko.
- Pocałuj mnie - prosi ją, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Ani o cokolwiek.
Posłusznie wspina się na palce, ale nie zamyka oczu - wpatruje się w niego uważnie, rozchylając mu wargi swoimi, tak delikatnie, i zaciskając palce na jego ramionach z całych sił. Ma takie ciepłe usta, a jednak ich dotyk przejmuje go chłodem. Bo tak bardzo chce je czuć; czuć jej język na swoim podniebieniu, tuż za zębami, smakować oddech; czuć, jak namiętność wzrasta, jak podniecenie przybiera na sile. Chce, żeby oplotła go nogami w pasie i żeby jej jasny podkoszulek nie zasłaniał już ani przez sekundę idealnego ciała.
Chce. A jednak tylko odwzajemnia jej spojrzenie, odwzajemnia pocałunek - łagodnie, bez fajerwerków.
- Gdzie poszedłeś? - powtarza, odsuwając się od niego.
- Do domu - odpowiada wreszcie zgodnie z prawdą.
- Po co?
- Po nic. - Nadal nie kłamie. Dziś nie zamierza, a raczej prawie. - Teraz chciałem się tylko pożegnać. Ja już tu nie wrócę, Fran. Nigdy. - Jego głos brzmi spokojnie, beznamiętnie, choć wewnątrz wszystko w nim drży i się sypie.
- Nie wrócisz - powtarza za nim jak echo. Cień uśmiechu wciąż trzyma się na jej bladej twarzy, ale jest już dziwnie nieprawdziwy.
- No tak. Nie wrócę. Chyba rozumiesz. - Wzrusza ramionami. - I tak za długo się to ciągnie. Nic już nie będzie. Nawet nie moglibyśmy być razem. Ja się przecież nie zakochuję.

I patrzy, jak w tych pięknych, zielonych oczach coś pęka, załamuje się, kruszy. Jak coś umiera. Nigdy nie widział śmierci z tak bliska, tak wyraźnie. Z przerażeniem więc obserwuje, jak coś w kilka sekund gasi światło, wyszarpuje trochę kolorowego pigmentu z tych tęczówek, odbiera im blask, wymywa uczucie. Zostaje tylko pustka.
I natychmiast chce cofnąć swoje słowa. Bo są przecież fałszywe, prawda? Tylko tego chce. Powiedzieć, że właśnie o to chodzi. Że zakochał się w niej - choć obiecywał sobie, że nigdy, nigdy... Chce wskrzesić te oczy, ożywić martwe źrenice, tchnąć życie w wygasły uśmiech. Chce.
Ale nic nie mówi, patrzy - obojętnie. Tak strasznie obojętnie.
- To było coś wyjątkowego - odzywa się wreszcie jakby pocieszająco i znów nie kłamie. Było.
- Mówisz to każdej? - Jej głos jest równie bezbarwny jak spojrzenie.
Tak właściwie to... Jesteś pierwszą, której to mówię. 
- Każdej - potwierdza, tak będzie łatwiej.
Policzek. Auć.
- Wyjdź. - Odwraca się, już za późno.
Spełnia jej polecenie. Zamyka drzwi i słyszy jeszcze tylko, jak dobiega zza nich szloch.

Pierwsza. I co z tego.

**

- Zabierzesz mnie na to do kina - decyduje Tomas, gdy w radiu rozpoczyna się piosenka z nowej ekranizacji Tolkiena.
- Pewnie. Koncert życzeń czas zacząć. - León gapi się przez okno na migoczące morze w oddali. Sięga aż po horyzont, a zaczyna się tuż za brzegiem klifu. Wystawia rękę przez okno i macha - nie wiadomo komu. 
- Heeeeeej! - ryczy do jakiejś mewy.

Patrzy na jego wygłupy z czułością, w zamyśleniu dociska gaz.
"- Kocham cię."
"- Ja ciebie też, debilu."
- Tomas, zakręt!
"- Przyhamuj. Tam są fusy."
- Ja pier... - Kręci kierownicą z całej siły, rozpaczliwie.
"-...nie umiesz się bawić w tę grę."
León drze mu się nad uchem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
"- Wiesz, że to wszystko dla nas."
Barierka pęka z trzaskiem, a klif wyciąga po nich przepaściste objęcia.
"- Zimno, cholera."
Lecą.
Lecą.
Trwa to jakieś... trzy sekundy?
"- Czasem myślę też o jedzeniu."
- Kocham cię! - wrzeszczy któryś, León, Tomas? To już bez znaczenia, wszystko wiruje.
- Zawsze?
- Zawsze!
I jeśli to ma się skończyć w ogniu..., drze się spazmatycznie Ed Sheeran z radia. Skaliste wybrzeża są do bólu wyraźne.
- Do końca?
- Do końca!
...to powinniśmy spłonąć...
- Razem?
- Razem!
A na końcu - skały. 
"- Kretyn."
   Ogień. Woda. 
"- ...to z sercem."
   Sól. Światło.
"- A twoja cholerna praca?"
   Krew. Ogień.
"- Kiedy indziej."
   Woda. Skały.
...razem.
I potem już nic. Ciemność.

"Zawsze myślałem, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."

**

Miesiąc. Znowu pełnia.
Srebrna moneta księżyca zawieszona nad dachami po lewej. 
Chłodniej, już naprawdę zimno.
- Spadająca gwiazda! - Ludmiła unosi głowę. Jest taka śliczna. Drobna i ciepła, z delikatnymi ustami i delikatnymi dłońmi.
- Pomyślałaś życzenie? - pyta, łaskocząc oddechem wnętrze jej ucha.
- Pewnie.
Ale jej paznokcie są długie i pomalowane na jasny błękit.
- Spełni się?
- Na pewno.
Włosy jasne i pachnące jabłkiem. Nie miętą.
- Chodź tu.
Oczy bursztynowe. Nie zielone.
- Ach, Diego...
W uśmiechu nie robią jej się zmarszczki.
- Robiłaś to kiedyś w windzie?

To będzie... Czterdziesty ósmy raz.

___________________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz trzeci! :D Znowu totalna masakra produkcji Zuzki, zignorujcie to. Psychiatra przepisał mi chyba nie te leki.
Przepraszam Cię, Moniko, za to coś. Zwłaszcza Diecescę, za którą nie przepadam... Więc nie umiem o niej pisać, ech.
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wszystkie przeszłe i przyszłe OSy były, są i będą lepsze od tego czegoś. Zapraszam więc na nie, a mną się nie przejmujcie.

wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3 

niedziela, 3 sierpnia 2014

{Zamówienie 008} Diemiła || "Mała czarna, bez cukru" - Eddie N.

Tytuł: "Mała czarna, bez cukru".
Para: Diemiła (Diego & Ludmiła) oraz Naxi, Leonesca - gdzieś w tle.
Gatunek: Romans, obyczajowy, komedia.
Przedział wiekowy: T (miało być K, ale podczas pisania wdarło się kilka "choler" i podtekstów ;D)

Długi, ostrzegam!


Olivii Blanco,
mam nadzieję, że Ci się spodoba, słonko :)

*

  Przejechała wypielęgnowaną dłonią po jasnych, upiętych w sztywnego koka, włosach. Przycisnęła ciemną aktówkę do piersi, upijając z granatowego kubka kolejny łyk życiodajnego - w jej mniemaniu, płynu. Kawa. Zaciągnęła się ostrym, lekko duszącym zapachem. 
  Odbiła się ramionami od kuchennej wysepki, na której, jeszcze chwilę temu, opierała cały swój ciężar i sprężystym krokiem przemierzyła małe, aczkolwiek przytulne pomieszczenie, które w jej niewielkim, czteropokojowym mieszkanku odgrywało rolę kuchni.
  Przystanęła obok wielkiego, całkowicie oszklonego okna, wyglądając na zewnątrz; jeszcze jeden łyk.
  Zaklęła szpetnie pod nosem, gdy ciemna, jeszcze ciepła (jednak nie gorąca) kawa rozlała się po jej białej, eleganckiej - kupionej specjalnie na tę okazję, bluzce z falbaną na piersi. Wzniosła oczy ku niebu. Dlaczego to zawsze muszę być ja?, pomyślała zrezygnowana, kręcąc delikatnie głową. Oprawki okularów zsunęły się nieco niżej po prostym nosie.
  Spojrzała na zegarek, mieszący się na orzechowej komodzie, ustawionej w najodleglejszym kącie salonu, i odetchnęła z ulgą, miała jeszcze trochę czasu. 
  Dzisiejszy dzień był jednym z najważniejszych, w końcu po wielu (bezskutecznych, wypadałoby zaznaczyć) próbach zdobycia pracy, wysyłając - wcześniej sporządzone Curriculum Vitae na prawo i lewo, została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną; nie mogła pozwolić sobie na spóźnienie. Broń Boże!
  Dlatego właśnie, tego dnia wstała wcześniej, bo już przed ósmą, choć godzina umówionego spotkania wciąż majaczyła w jej głowie uprzejmym, acz lekko przesłodzonym, głosem recepcjonistki: Dziesiąta trzydzieści, panienko Ferro. Machnęła dłonią, chciała wyglądać perfekcyjnie.
  Wiedziała, że starając się o pracę asystentki kierownika nie może pokazać się w siedzibie "Hernandez Company" niedostatecznie elegancka czy roztrzepana. 
  Stanęła przed lustrem, zerkając na swoje delikatnie umalowane policzki, usta, rzęsy. Zjechała wzrokiem w dół - ciemne buty na delikatnej koturnie, zakryte palce. Wyżej? Ołówkowa spódnica, sięgająca kolan - dokładnie wyprasowana, w kolorze ciemnego granatu. Przejechała długimi, pomalowanymi na bezbarwny kolor paznokciami po staranie ułożonej fryzurze. Żaden kosmyk nie miał prawa wypaść, co by przypadkiem nie zburzyć zewnętrznej, dopiętej na ostatni guzik fasady. Struktury. Czarna aktówka leżąca gdzieś na szklanym stoliku i...
  Jęknęła głośno, bezsilnie? 
  I wielka, brązowa plama na samym środku bluzki z długim, ozdobionym na krańcach, rękawem. Zaklęła jeszcze raz, spoglądając z wyrzutem na winowajczynię. Złagodniała. Nie, i tak kocham kawę.
  Pokręciła głową; musiała się pośpieszyć. Jak opętana biegała po pomieszczeniach, szukając odpowiedniej, zastępczej części garderoby. W końcu znalazła, skrzywiła się lekko. Dekolt był dość głęboki, a rękaw przykrótki; spojrzała do szafy. Ah, ubiorę marynarkę!, wykrzyknęła w myślach radośnie. Spełniona.  
  Podśpiewując cicho pod nosem, ściągnęła mokrą, przylegającą do ciała (w miejscu plamy) bluzkę - miała szczęście, że napój w trakcie rozlania nie miał już tak wysokiej temperatury jak na początku, i mimo wszystko nie wylądowała w szpitalu, z ciężkim poparzeniem skóry, zupełniej jak jej biedna chrześnica, która oblała się filiżanką pod nieuwagą rodziców, i odrzuciła ją na bok. Później posprzątam, stwierdziła lekceważąco. 
  Chwyciła delikatny materiał, wciągając ubranie przez głowę. Zarumieniła się; bluzka rzeczywiście miała sporawe wcięcie w okolicach biustu. Odchrząknęła, mimo swoich dwudziestu czterech lat blondynka nigdy wcześniej nie była w poważnym związku. A w każdym razie, nie w takim, który miał szansę przetrwać dłużej niż dwa tygodnie. Nie szukała miłości, a może wręcz przeciwnie?
  No tak, to Ona nie chce znaleźć mnie.
  Machnęła dłonią - jeszcze raz, i podchodząc do szafy, sięgnęła po marynarkę. Mam czas, jeszcze trochę czasu, przymknęła oczy, rozmyślając, i już nikt nie wiedział - nawet ona, czy chodziło jej o umówione spotkanie, a może miłość.

  Biegła zatłoczonymi ulicami, przepychając się przez, śpieszących do pracy, szkoły, ogólnie - do życia, przechodniów, próbując złapać taksówkę. Kapryśny los nie był tego dnia najlepszym przyjacielem, o nie, wręcz przeciwnie - w tym momencie, z czystym sumieniem, mogła nazywać go największym wrogiem. 
  Kiedy już wszystko zmierzało w dobrym kierunku - bluzka okazała się nie być wcale taka zła, pojawił się nowy problem. Ciemna marynarka była kompletnie nieuprasowana - przez chwilę zastanawiała się, marszcząc brwi, dlaczego była w aż tak opłakanym stanie, ale równie szybko zdała sobie sprawę z faktu, iż ostatnią osobą mającą ją w posiadaniu był nie kto inny, jak jej najlepsza przyjaciółka... Natalka; prychnęła, i wszystko jasne, dlatego wyciągając deskę i odpalając żelazko, straciła kilka kolejnych, tym razem w cholerę cennych, minut.
  Warknęła pod nosem, gdy kolejna taksówka przejechała obok, ignorując jej, zdruzgotaną wewnętrznie, osobę - jakby nigdy nic. Mogła przysiąść, że była pusta...
  - Aghr! - wykrzyknęła, a kilku nieznajomych spojrzało na nią z przestrachem.
  Zadziwiająco, gdy była wściekła jej nieśmiałość znikała gdzieś głęboko, za rogiem.
  Los Angeles, choć piękne - nazywane w końcu "Miastem Aniołów", przepełnione było tysiącami rozmaitych ludzi; tętniło życiem. Zwłaszcza nocą lub, gdy wjeżdżałeś z przedmieścia na teren centrum, wysokich wieżowców i nieskończonego, nieraz brutalnego, biznesu, gdzie to mieściły się największe korporacje. Właśnie tam zmierzała - z głośno bijącym sercem, głową pełną obaw, i - jeśli się nie pośpieszy... kilkuminutowym spóźnieniem na karku. 
  Zagryzła wargi, miała jeszcze ostatnią szansę. Postój taksówek, zalśniło jasno, niczym mrugająca, niewielkich rozmiarów żaróweczka, tak świetnie wszystkim znana z kreskówek. Obróciła się, i równie szybko krzyknęła przerażona, wpadając na jakiegoś człowieka. Upadłaby i uderzyła, zapewne boleśnie, w twardy beton, gdyby nie silne ramiona łapiące ją w pasie i utrzymujące na miejscu.
  Uchyliła zaciśnięte (nie wiadomo kiedy) powieki i spojrzała na swojego oprawcę, a zarazem wybawcę. Paradoks? I wiesz, jedynym, co naprawdę mocno wyryło się w jej pamięci, było świdrujące, przeszywające jakby na wskroś, spojrzenie brązowych, wręcz czekoladowych, oczu, ponieważ już chwilę później wyrwała się jak oparzona z uścisku mężczyzny, stając z boku; prychnęła gniewnie. 
  Pierwotny rumieniec spowodowany jego bliskością, zapachem drogich perfum zastąpiła płonąca wściekłość, nadając ciemnego koloru jej policzkom, uszom, szyi. Poprawiła okulary, stwierdzając z ulgą, że nie uległy większemu zniszczeniu mimo wcześniejszego zderzenia.
  - Kretyn - zaszemrała pod nosem, zbierając z ziemi papiery, które wskutek uderzenia aktówki o chodnik, rozsypały się dookoła. - Mógłbyś bardziej uważać - dodała, zapominając całkowicie o jakiejkolwiek grzeczności. W końcu nie znała tego człowieka, czy na pewno wypada, by zwracała się do niego na "Ty"? 
  Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym zaśmiał się gardłowo, i z kpiącym uśmieszkiem na ustach przejechał palcami po roztrzepanych, niemal czarnych włosach. Pochylił się ku niej. - Cukiereczku. - Głos, zgodnie z wypowiedzianym słowem, miał nadto przesłodzony; niemal warknęła. - To Ty na mnie wpadałaś - dokończył i puknął ją palcem w klatkę piersiową. 
  Zadarła do góry głowę; ciemnooki brunet był kilka, jak nie kilkanaście centymetrów wyższy, ogólnie wyglądał na parę lat starszego, niż ona sama. Ubrany był w ciemny, idealnie wykrojony garnitur, z niedbale przewiązanym u szyi - oczywiście czarnym, krawatem, i białą koszulę. 
  I choć od teraz figurował na jej prywatnej, czarnej liście pod takimi słowami jak "kretyn", czy "niemiły, złośliwy dupek", musiała przyznać, z ręką na sercu, że był niemożliwie wręcz - przystojny. Speszyła się nieco pod uważnym spojrzeniem mężczyzny, gdy ten dostrzegł, iż się w niego wpatruje.
  - Oczywiście - sarknęła gniewnie, zapinając teczkę; zerknęła na zegarek, i z przestrachem w bursztynowych oczach obróciła się na pięcie, gnając we wcześniej wyznaczonym kierunku.
  - A gdzie moje "przepraszam"? - wykrzyknął za nią brunet i zaśmiał się głośno, niemal opętańczo, gdy posłała ku niemu niecenzuralny gest.

  Wpadła na dolne piętro ogromnego wieżowca, dysząc i słaniając się chybotliwie na zmęczonych nogach. Całą drogę, od pobliskiej przecznicy, gdzie, ku jej niezadowoleniu, wysadził ją taksówkarz, mówiąc coś o nagłym wezwaniu - Że też jakiejś kobiecie zachciało się rodzić, mruknęła pod nosem, przebiegła, by czasem się nie spóźnić.
  Wsparła się ciężko o kremową ścianę, jednak odetchnęła z ulgą, gdy zdała sobie sprawę, iż - rzeczywiście, zegarek w jej czarnym, opakowanym w błękitne etui, telefonie nie odnotował spóźnienia. Gra warta świeczki. Wyłączyła urządzenie, wciskając je zaraz do czarnej aktówki i poprawiając lekko rozwichrzone (mimo wszystko) włosy, podeszła do recepcji, przywołując na twarz uroczy, lecz fałszywy, uśmiech. 
  - Dzień dobry. - Przywitała się uprzejmie, z podejrzliwie na nią zerkającą ciemnowłosą kobietą, na oko w jej wieku. - Byłam umówiona na rozmowę kwalifikacyjną... 
  - Ah, tak. - Przerwała jej - spojrzała na identyfikator przypięty do marynarki, Francesca, zamieniając wcześniejszy wyraz irytacji na pełen pogody uśmiech. - Pani Ludmiła Ferro? 
  - Właściwie to panna - odchrząknęła zażenowana. 
  - Szczegóły. - Czarnowłosa machnęła na jej przytyk dłonią, zerkając w papiery. - Dwudzieste szóste piętro, oszklony gabinet. Szef pani oczekuje. - Skinęła głową, odchodząc. - Powodzenia - krzyknęła jeszcze Francesca na odchodne i wiedziała, że jeżeli zostanie przyjęta do tej pracy brunetka będzie pierwszą osobą, którą tu polubi.
  Wcisnęła guzik przy windzie; czekała. Drzwi rozsunęły się, ukazując kilku, spieszących się mężczyzn w garniturach i kobiety w idealnie dopasowanych kostiumach. Zarumieniła się, spoglądając na swoje - miała teraz wrażenie: kompletnie śmieszne odzienie. Weszła do środka, robiąc dobrą minę do złej gry, i pośpiesznie wcisnęła okrągły przycisk z cyferką 26, widniejącą na samym środku. 
  Chyba mam szczęście, pomyślała lekko, gdy dotarła na sam szczyt, bez zbędnych postojów. W końcu, dodała, marszcząc brwi.
  Zaśmiała się, gdy jeden z pracowników - ubrany w podobny strój, co reszta, mijając ją w korytarzu, posłał jej promienny, może nieco pokrzepiający, uśmiech. Podeszła do oszklonego gabinetu - jednak w tym wypadku, szyby zasnute były roletami, więc (ku swej ogólnej dezaprobacie) nie mogła nic wcześniej podpatrzeć, i stając przed brązowymi, ciężkimi drzwiami - zapukała. 
  - Proszę. - Jej serce zabiło mocniej na dźwięk stanowczego, męskiego barytonu, który wysłał wzdłuż jej pleców niekontrolowany dreszcz. 
  Jakbym już gdzieś go słyszała, pomyślała ze zdziwieniem, jednak szybko odegnała tę myśl, naciskając na klamkę. Weszła do środka. 
  Serce podjechało niebezpiecznie blisko gardła, gdy niesamowicie znajome - przecież nie mogła tak szybko zapomnieć, spojrzenie czekoladowych oczu spoczęło na jej postaci.
  W następnej chwili całe pomieszczenie wypełnił głośny śmiech - jednak nie ten kpiący, który zapamiętała... dziwnie ciepły, rozbawiony, i wiedziała, że nie ma mowy o pomyłce. 
  Jęknęła głośno. Właśnie zrozumiała, że kilkanaście minut temu nazwała "kretynem" swojego potencjalnego (tak, jasne) pracodawcę. 
  
  Mam przechlapane. Prawda? 

  *
dwa miesiące później

  Właściwie, mimo upływu długich sześćdziesięciu jeden dni, wciąż nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że dwudziestoośmioletni Diego Hernandez, jeden z najmłodszych miliarderów świata, który początkowo prowadził słabo prosperującą firmę, przekazaną mu w spadku po zmarłym ojcu, lecz już po kilku latach - przy pomocy swego niezaprzeczalnego geniuszu i charyzmy, wspiął się na wyżyny, zdobywając fortunę, po nazwaniu go per "kretynem", a w myślach nawet gorszym epitetem, przyjął ją na stanowisko swojej asystentki/sekretarki.
  Pokręciła głową, nie, to się nie mieści w głowie. Zignorowała irytujący, wciąż powracający w myślach głosik Franceski, która pewnego dnia śmiejąc się diabolicznie, zaproponowała urocze stwierdzenie, że szef ma do Ciebie słabość. Nachmurzyła się wtedy automatycznie - to nie mogło być prawdą, dodała jeszcze natychmiast w myślach. Mimo, iż... dobra! była tą blondynką o dość zgrabnym ciele, to przecież nigdy nie była uważana za ładną, a co dopiero atrakcyjną. Ani w liceum, ani na studiach. I choć wstyd przyznać (a może nie?), wciąż była całkowicie zielona w tych sprawach, jeśli wiecie, co ma na myśli. 
  Spojrzała w podręczne lusterko, stwierdzając szybko, że nienawidzi swoich ciemnych okularów o grubej, kwadratowej oprawie. Westchnęła, nigdy nie pomyślała o soczewkach; cóż, do tej pory nie miała dla kogo się starać. Zrugała się w myślach. Czy teraz, na Boga, miała osobę, dla której powinna się starać? Nie, szarpnęła gwałtownie głową, i skończ te żałosne rozmyślania.
  Mimo wszystko, zaraz uśmiechnęła się promiennie, przypominając sobie ciąg dalszy tamtej sytuacji, a raczej przedziału czasowego, gdy między jednym śmiechem, krzykiem "Zabiję Cię!", a szaleńczą pogonią za czarnowłosą przyjaciółką, wpadła na Hernandeza.
  Dotyk jego ciepłych ramion, zapach perfum, spojrzenie w oczy... wszystko, w tamtym momencie, było takie same jak zapamiętała ostatnim, czyli za pierwszym, razem. 
  A może jednak z tą słabością..., rozległ się cichy, niepewny głos w jej głowie, gdy przypomniała sobie płomienny rumieniec, wstępujący na policzki, i o zgrozo! nie należał on do niej. Nie, sarknęła na to, i nie myśląc o tym, co właściwie robi, wymierzyła sobie delikatny, aczkolwiek zauważalny, policzek. 
  - Dobrze się czujesz? - zapytał brunet z obawą, spoglądając w jej stronę. No tak, przecież nie była sama w pomieszczeniu.
  Idiotka, warknęła sama do siebie, robiąc skwaszoną minę, na co mężczyzna zaśmiał się głośno. Zawsze tak robił; uważał, że blondynka wygląda nad wyraz uroczo, z tymi zaciśniętymi ustami i zmarszczonymi brwiami.
  - Musisz nad czymś intensywnie myśleć, co? - zapytał Diego, opierając się o skraj biurka, przy którym siedziała, wstukując do laptopa kolejne cyfry z, doniesionego przed chwilą, protokołu.
  Pokręciła głową, spuszczając wzrok. Mężczyzna ponownie zaśmiał się, a ono poczuła jak klepie ją lekko po głowie. Zmarszczyła brwi; kolejna rzecz, którą dość często robił. Nie, żeby jej przeszkadzało, skąd. Jęknęła w myślach, z zamiarem szybkiego zapadnięcia się pod ziemię. Francesca musiała pomylić coś w ocenie, bo cholera, to najwyraźniej ona miała do Niego słabość.
  - Idę po kawę, przynieść Ci? - zapytał po chwili ciszy, już normalnym, spokojnym głosem, odbijając się od krawędzi mahoniowego blatu. 
  Na chwilę uniosła wzrok, zaszokowana. Jednak równie szybko przypomniała sobie, że to był Diego - tak, od razu stwierdził, że powinni przejść na Ty, skoro jak stwierdził: "Wcześniej nie miałaś z tym większego problemu, cukiereczku", westchnęła - chyba chciał ją wtedy zawstydzić; udało się. Diego, jego imię odbiło się jak echem.
  Mężczyzna mimo swojego łobuzerskiego wyglądu - nigdy niedopiętego, ostatniego guzika koszuli, umięśnionego, wręcz atletycznego ciała, kilkudniowego zarostu na twarzy i wrednego, gdy ktoś zalazł mu za skórę, usposobienia - o czym w końcu sama się przekonała (cóż, w sumie... czy to nie ona pierwsza zaatakowała?), łobuzem nie był. Wręcz przeciwnie był... dżentelmenem. Pogodnym, opanowanym, miłym i niesamowicie sympatycznym. Diego potrafił rozbawić ją na każdym kroku - najmniejszą uwagą, gdy tylko taki był jego zamiar. 
  Zagryzła wargi; jeśli dobrze pamięta, zdenerwował się na nią tylko raz - na ogół był osobą cierpliwą. Jednakże, tamta sytuacja była z goła inna... Z własnej głupoty - i nie, wcale nie rozproszył ją jego gorący oddech na policzku, zalała, przyniesioną mu chwilę wcześniej kawą, ważne dokumenty; szczerze, sama by się wściekła. Mężczyzna jednak szybko doprowadził się do porządku, ściskając nasadę nosa, a ona stwierdziła z niewinną minką, że powinna gdzieś mieć kopię zapasową. Roześmiał się wtedy, pocierając kark i przeprosił za swój wybuch. 
  Miała szczęście, że kopia, zalanych dokumentów, rzeczywiście spoczywała na dnie jednego z folderów.
  Jednak tym razem jej zdziwienie było w pełni uzasadnione. Przecież, to ona przynosiła wszelkiego rodzaju kawy, lunche, nigdy na odwrót. A jednak, to było miłe. Szybko powiedziała, przekręcając blond główkę, że szef musiał być w szampańskim nastroju. Tylko dlaczego?, zamajaczyło w jej umyśle, jednak szybko zepchnęła niechciane pytanie na sam spód podświadomości. Uśmiechnęła się, niebywale szeroko. 
  - Poproszę. Czarną, bez cukru. - Zmieszała się, gdy brunet spojrzał na nią zdziwiony. Czy powiedziała coś złego? Zmarszczyła brwi. - Czy coś się...
  - Nie, nie - przerwał jej Hernandez. - Po prostu. - Zaczął, śmiejąc się pod nosem. - Nie wiedziałem, że pijemy taką samą kawę.
  Zamrugała oczyma; rzeczywiście, nigdy dotąd nie pili kawy w swoim towarzystwie. Zazwyczaj, oboje zajęci byli pracą i wymieniali między sobą jedynie kilka słów, dotyczących najczęściej jej kolejnych zadań, a kiedy już naprawdę rozmawiali, to po godzinach, jednakże wtedy firmowa kawiarnia była dawno zamknięta.
  - Więc mam rozumieć, że espresso? - zapytał jeszcze mężczyzna dla upewnienia, sięgając do swojego krzesła po marynarkę, którą zaraz zarzucił na ramiona. 
  - Oh, tak. - Zarumieniła się wściekle. Nigdy nie używała tych skomplikowanych terminów. Dla niej czarna kawa zawsze pozostanie kawą czarną, tak po prostu.
  Uśmiechnął się - nieco kpiąco, widząc jej zakłopotanie. - Zaraz wracam. 
  I już go nie było. 

  Kilkanaście minut później wrócił z dwoma kubkami, wciskając jej jeden do ręki. Przyjęła go, kiwając z wdzięcznością. Zaraz jednak krzyknęła zdziwiona, gdy złapał jej wolny łokieć i odciągnął ją od biurka, kierując ich wspólne kroki w stronę jasnobeżowej kanapy. 
  - Jeszcze mi coś zalejesz. - Odpowiedział wskutek jej pytającego spojrzenia i wzruszył ramionami. 
  W jego głosie wyczuła aluzję do, nie tak odległego wydarzenia oraz nutkę ironii. Prychnęła, wywracając oczyma, jednak usiadła grzecznie. Mężczyzna zachichotał - co było do niego tak niepodobne, a tak! Zarumieniła się, już kiedyś - gdzieś na początku, powiedział, że lubi kobiety z charakterem, jednak jakiegoś tam szacunku wymaga. Jak przystało na ich relację. Szef-pracownica, oczywiście!
  Jęknęła żałośnie w myślach; był tak blisko. 
  Wypuściła powietrze przez nos, wołając - w zaciszu duszy, o błogi spokój. Zaciągnęła się zapachem świeżej, parzonej niedawno kawy i odetchnęła głośno. Ten aromat ją uspokoił; jak zawsze zresztą.
  - Zarządzam przerwę - dodał, z uroczym uśmiechem, po kilku sekundach, które dla niej w dziwny sposób przybrały koloryt wieczności, i oparł się ramieniem o oparcie. Poluzował krawat, a ona odwróciła wzrok. - Porozmawiajmy.
  Cholera, szepnęła. Gdyby mogła, pewnie teraz wyrywałaby sobie włosy. Z frustracji. Musisz się opanować, upiła pierwszy łyk.
  - Mmm, pyszna - powiedziała pierwsze, co przyszło jej na myśl, a mężczyzna, niczym w akompaniamencie, spróbował swojej, skinąwszy zaraz głową.
  - Masz rację - potaknął, odrzucając głowę do tyłu, eksponując przy tym długą szyję; a jej zabrakło oddechu.
  - Cholerny... - Zaczęła cicho pod nosem. 
  Uniósł głowę i spojrzał na nią z, mogła przysiąc!, zadowolonym z siebie uśmieszkiem. - Coś mówiłaś? 
  - Nie, nic - wyszeptała, spoglądając z zacięciem na swoje dłonie, zaciskające się coraz mocniej na styropianowym kubku. Czy on ją, kurcze, prowokuje?
  Skrzywiła się, gdy jego przystojną gębę wykrzywił triumfalny uśmieszek; kolejny łyk - tym razem bardziej stanowczy.
  Następne pół godziny - gdy tylko przestało być niezręcznie, upłynęło im na ciekawej, cieszącej obydwie strony, rozmowie. Dyskutowali o wszystkim i o niczym, śmiejąc się głośno - co chwilę. I chociaż kawa już dawno została wypita, nie chcieli przestać.
  W końcu otrząsnęła się z tego przyjemnego, lecz odrobinę nierealnego snu - bo to wszystko musiało być snem, nie mogło być inaczej, prawda? odchrząkując. - Chyba powinniśmy wracać do pracy. 
  Hiszpan (z urodzenia) uniósł nadgarstek i spojrzał na srebrny zegarek. - Racja.
  Brunet przeciągnął się niczym wielki kot i wstał, podając jej rękę. Chwyciła jego dłoń, z uśmiechem na ustach, i wstała z wygodnej sofy. 
  Podeszła do biurka, na nowo pogrążając się w papierach.

  Nareszcie koniec, pomyślała z wytchnieniem. To nie tak, że nie lubiła tej pracy, a skąd! Po prostu, po kilku godzinach ciągłego siedzenia przy biurku, a także nad wyraz dziwnym zachowaniu szefa, nie marzyła o niczym innym, jak o powrocie do domu, a potem... zanurzeniu się w miękkiej pościeli. Mmmm, zamruczała w środku z zadowolenia.
  Opuściła budynek firmy, a jej, otulone jedynie cienkim płaszczykiem, ramiona owiał chłodny wietrzyk. Zadrżała. W końcu, wielkimi krokami zbliżał się październik. Potem listopad, i proszę! Zima jak się patrzy. Zachichotała cicho, owijając się szczelniej chustą.
  Firmowy kostium, który otrzymała, kilka dni po zajęciu posady, był wykonany z nadzwyczaj cienkiego materiału. No nic, westchnęła, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Ostatni transport odjeżdżał o dwudziestej drugiej, ale jako, iż dziś (wyjątkowo) nie została po godzinach, nie musiała przejmować się spóźnieniem. Wskazówka zegarka zatrzymała się na dwudziestej piętnaście.
  Zazwyczaj wychodziła o równej ósmej, jednak tym razem musiała pozamykać gabinet i nieco posprzątać, gdyż Hernandez jakieś trzy godziny temu opuścił budynek na rzecz biznesowego spotkania, i dotąd nie wrócił. Dziwne, najczęściej to on zajmował się takimi sprawami, gdyż, jak na kierownika przystało, wychodził z firmy ostatni.
  Weszła na chodnik, zmierzając w znanym kierunku, gdy nagle zatrzymało się przy niej czarne BMW. Uniosła brew; szyba opadła, ukazując uśmiechniętą twarz Hiszpana. 
  - Wsiadaj. - Zarządził, a ona drgnęła. Czy powinna? Chyba dostrzegł jej niepewność, bo odezwał się ponownie: - No już, cukiereczku, przecież Cię nie zgwałcę. 
  Prychnęła oburzona, na tak jawną prowokację w jego głosie, i tupnęła nogą. Okrążyła jednak samochód i wpakowała się na miejsce pasażera. Zapięła pasy; spoglądając na niego spod byka.
  - No już, już, tak sobie tylko żartuję - dodał, śmiejąc się cicho, i odpalił samochód. Ruszyli. 
  - Nieśmieszne. 
  - Oj no, daj spokój. Po prostu jadę w twoją stronę, pomyślałem, że Cię podrzucę. - Wyjaśnił mężczyzna; chyba zrozumiał jak wielką gafę popełnił. 
  Kiwnęła głową, jednak nie odezwała się ani słowem. Sama nie wiedziała, co tak bardzo ją zdenerwowało. Może fakt, że dla Niego to zawsze będzie tylko jeden, głupi i nic nieznaczący żart? Nie wiedział jak na nią działa, cholerny... kretyn? Zaśmiała się cicho, a brunet jakby odetchnął z ulgą. Nie nacieszył się jednak zbyt długo, gdyż ponownie łypnęła na niego złowrogo.
  Reszta drogi upłynęła im w, nad wyraz przytłaczającej, wręcz duszącej, ciszy. Niemal dwadzieścia minut później byli na miejscu. Mężczyzna zaparkował na pobliskim parkingu, tuż obok, zamieszkiwanej przez nią - kamienicy.
  Szepnęła ciche "dziękuje" i wyciągnęła dłoń w stronę klamki; chciała już wyjść...
  - Ludmiła - przemówił Hernandez, i chwytając delikatnie jej nadgarstek, odciągnął go od pierwotnego celu.
  Sapnęła zmrożona; jeśli dobrze pamięta, to będzie pierwszy raz, gdy dzisiejszego dnia użył jej imienia. Odwróciła wzrok od szyby, wpatrując się nagląco w przygaszone, ciemne jak gorzka czekolada, zwłaszcza w obliczu chłodnej nocy, tęczówki.
  - Słucham?
  Brunet zaczerpnął drżącego oddechu; zdziwiła się, chyba pierwszy raz wiedział go tak zdenerwowanego. Odchrząknął, wciąż nie wypuszczając jej dłoni z ciasnego objęcia.
  - Przepraszam za to, co powiedziałem. - Wybałuszyła (dość nieelegancko) oczy. - Nie chciałem Cię zdenerwować - dodał, rozluźniając palce.
  Była wolna. Westchnęła głośno, poprawiając fryzurę.
  - Nie szkodzi - odparła i posłała w jego stronę, dziwnym trafem wcale niewymuszony, delikatny uśmiech.
  No tak, nie potrafiła zbyt długo trzymać urazy, a już szczególnie w jego przypadku. Nie, gdy wiedziała go tak przybitego; Diego z markotną, na wpół smutną miną wydawał się taki... nieswój.
  Uchyliła drzwi, chwyciła torebkę i...
  - Ludmiła?
  - Tak? - zapytała z rozbawioną miną, spoglądając w stronę nieźle skrępowanego mężczyzny, utkwiwszy z jedną stopą na zewnątrz.
  - W następną sobotę, organizowany jest firmowy bankiet z okazji pomyślnego podpisania umowy z "Markizo Corporation".- Zaczął, a ona potaknęła głową na znak, iż rozumie; choć nie do końca wiedziała, ku czemu mężczyzna właściwie zmierza. - Pomyślałem, że... - Brunet ponownie urwał, a ona omal nie wybuchła śmiechem, widząc jego niepewną, jakby zawstydzoną miną. On, Diego Hernandez, najbardziej pewny siebie mężczyzna jakiego przyszło jej poznać, zbity z tropu? Niemożliwe! - Że może, poszłabyś ze mną?
  Dokończył, a ona zdębiała - dosłownie. Serce zatłukło się w piersi, szczęśliwe.
  Już od kilku długich sekund wpatrywała się w Hiszpana wielkimi, zaszokowanymi oczyma, a ten chyba opacznie zrozumiał jej reakcję, bo zaraz odchrząknął zmieszany i przemówił:
  - Heh, bo wiesz, tydzień to całkiem mało czasu...
  Umilkł, pocierając nerwowo kark. Zawsze tak robi, pomyślała zaraz, w obliczu problemu? - A nie chcę szukać kogoś na siłę.
  W tej samej chwili, [jej serce] rozpadło się na tysiące drobnych kawałeczków.
  W bursztynowych, teraz jakby zachmurzonych, oczach stanęły łzy. Co ona sobie wyobrażała? Na co liczyła? Uśmiechnęła się sztucznie; nie mógł wiedzieć, jak bardzo ją zranił.
  - Rozumiem. - Kiwnęła głową. - Zgadzam się - wyszeptała, nawet na Niego nie patrząc, i postawiła kolejny krok. Trzasnęły drzwi. - Dobranoc.
 
  Wpadła do mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Chwilę potem upadła na chłodną podłogę i ukrywszy głowę w dłoniach zaniosła się głośnym, urwanym płaczem.
  - Idiota! - wykrzyknęła, waląc pięściami w zimne, surowe panele.
  Bajka okazała się koszmarem.
  - Kretyn! - Tym razem o oktawę głośniej.
  Wyjrzała przez okno, podciągając ciemną firankę.
  A wspaniały sen dobiegł końca.   Podniosła się, po kilku, zdecydowanie za długich, minutach i zmęczona doczłapała do sypialni. Weszła pod pierzynę, przymykając oczy. Załkała.
  I tylko jedna rzecz, (wciąż) nie mogła dać jej spokoju. Diego powiedział, że jedzie w jej stronę, więc dlaczego, gdy tylko zniknęła za drzwiami, zawrócił i pojechał tą samą drogą, którą przybyli?
  Nieważne, prychnęła lekceważąco, zagrzebując twarz w, nagle niewygodnej, poduszce - miała zapach samotności, to, i tak bez znaczenia.

  A następnego dnia, w piątek, wszystko wróciło do normy, gdy przekraczając próg znajomego gabinetu, uśmiechnęła się promienie, i zapytała:
  - A może kawy?

*
kilka dni później; sobota
 
  Jęknęła rozeźlona, chwytając za przód białej sukienki i podciągnęła ją wyżej. 
  - Obróć się. - Odezwała się Natalia. 
  Instruowana jej głosem, wykonała polecenie, czując się dokładnie tak, jak się czuje zwierze w klatce, a zwłaszcza, gdy jej ciemnowłosa przyjaciółka, trzymająca w ramionach swoją dwuletnią córeczkę - Anastazję, wspomnianą wcześniej chrześnicę, której oparzenia nie były jednak tak poważne (to Natalia panikowała, skacząc dookoła, bo mała w wieku zaledwie półtora roku oparzyła sobie dłoń), i z każdym gwałtowniejszym ruchem matki, (chyba myślała, że jest na swego rodzaju karuzeli) uśmiechała się promiennie, oglądała ją uważnie od stóp do głów. 
  - Ładnie Ci - stwierdziła kędzierzawa, bujając Ani (przezwisko wymyślił Maxi - ojciec dziewczynki), na prawo i lewo.
  - Chyba żartujesz - powiedziała i puknęła się prześmiewczo w czoło. - Jest za ciasna - dodała, zaraz demonstrując swoją rację, próbując się wyprostować. Coś pękło.
  - Nie moja wina, że masz takie wielkie piersi. - Brunetka machnęła dłonią. - Kiedyś była idealna. 
  - Natalia! - parsknęła, czerwieniąc się po cebulki włosów. 
  - Dobra, dobra. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Znajdziemy coś innego. Potrzymaj Ani. - Wręczyła córeczkę w jej ręce.
  Objęła małą ramionami, spoglądając z uśmiechem w jej ciemnobrązowe, czekoladowe? oczy, które odziedziczyła po nikim innym, tylko po ojcu. 
  Natalia i Maxi poznali się jeszcze w liceum; dużo czasu minęło jednak nim przyznali się przed sobą do skrywanych wewnątrz uczuć (wcześniej ostro zarzekali się, że jednym co ich łączy, jest przyjaźń) - i cóż, zaśmiała się, miałam w tym swoją zasługę. Teraz tworzyli bardzo zgrane i kochające się małżeństwo, z czteroletnim stażem w zanadrzu. 
  Zerknęła w stronę dziewczynki, poprawiając jej przykrótkie, kręcone, ciemne włoski. Anastazja była owocem tej miłości.
  Ucałowała jej czółko. Ani otworzyła, zamknięte jeszcze chwilę temu, oczka i uśmiechnęła się pięknie - swoją dziecięcą, lekko pyzatą buzią, a w jej policzkach pojawiły się urocze dołeczki.
  - Lusia - wyszeptała dziewczynka cichutko. 
  - Tak, słońce? - odrzekła, pozwalając, by filigranowe rączki objęły jej twarz. 
  - Bszydko. - Zmarszczyła brwi, czując dotyk drobnych paluszków na ciemnych oprawkach. 
  - Okulary? - Mała kiwnęła głową. - Tak wiem, kochanie. Ciocia nic nie poradzi - dodała, i jakby chcąc zaprezentować swoją niemoc, wzruszyła przesadnie ramionami. 
   - Za to ja mogę coś poradzić. - Zza jej pleców rozległ się dość diaboliczny śmiech. Przełknęła ślinę, rzucając się do ucieczki, odkładając wcześniej chrześnicę. Już ona wiedziała, co Natalia miała na myśli.
  Kilka minut później leżała, przerzucona przez pufę, wierzgając nogami i rękoma, przez co Natalka musiała podduszać ją lekko łokciem - co by nie dostać w twarz, i darła się wniebogłosy, gdy czarnowłosa próbowała wcisnąć do jej oczu... Soczewki.
  - Złaź ze mnie!
  Coś się rozbiło.
  - Ludmiła, cholera!
  Coś zatrzeszczało.
  Maxi, obładowany zakupami - ponieważ, jak stwierdził po kilku godzinach przebywania z dwoma (pardon, trzema) kobietami naraz: Przebieranki to nie jego pole bitwy, i obiecał, że jeszcze przed wyjazdem Lusi (jak pieszczotliwie nazywał ją w ślad za córką), które miało nastąpić o dwudziestej; spojrzał na zegarek... osiemnasta trzydzieści, przygotuje ("lekkostrawną!" to słowo brzmiała niezwykle dziwacznie, jednak tamtego dnia pani Ponte używała go nad wyraz często) kolację, i przerażony widmem armagedonu, gdy tylko zza zamkniętych drzwi dobiegł go dźwięk szamotaniny, wkroczył do środka. 
  Jakież było zdziwienie niskiego bruneta, gdy zamiast oblicza śmierci i pożogi dostrzegł swoją małą, gaworzącą słodko córeczkę, rozłożoną na dywanie, gdzie tuż obok trwała zaciekła walka między dwoma (wydawałoby się dorosłymi - phi, pozory!) kobietami. Soczewki poszły w ruch!, wykrzyknął mężczyzna w myślach, zrozumiale.
  - Maxi! - krzyknęła głośno, błagalnie. Jednakże, to nie było zbyt mądre posunięcie, bo właśnie w tym momencie nieuwagi odsłoniła się za bardzo, co Natalia wykorzystała, z triumfalnym uśmiechem na twarzy, wpychając jej jedno ze "szkiełek", wprost do lewego oka.
  - Moje oko! - Zawyła. 
  - Uuu. - Brunet wydał z siebie współczujący dźwięk, gdy kobieta krzyknęła ponownie - jego Natalka była szczwaną bestią, w trakcie poprzedniego lamentu złotowłosej, wepchnęła do prawego oka - tę drugą.
  Ponte odstawił zakupy na stolik i opadł na miejsce obok córki. 
  - Gupie? - zapytała Ani, wskazując paluszkiem nieruchomą "ciotkę" i matkę, która właśnie opadła na ziemię, dysząc ciężko, zupełnie jak po przyciągnięciu maratonu. 
  - Zdecydowanie, ale ciii - szepnął, starając się nie narazić żadnej z nich. Mała zachichotała.
  - Wiesz? - Rozległ się zdziwiony głos blondynki. - To wcale nie jest takie złe. - Potaknęła radośnie głową, odkładając okulary, wcześniej dość brutalnie potraktowane przez Natalkę, do futerału. 
  - Hah, hah. - Brunetka wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, padając na wznak. - No co Ty nie powiesz! 
  Maxi zaśmiał się, przy zawtórowaniu własnej pociechy. 
  Podeszła do lustra, stwierdzając z ulgą, że jej oczy wciąż miały naturalny, bursztynowy kolor, a nie jakiś całkiem niestworzony - czerwony czy fioletowy, do czego Natalia mogła się z całą pewnością posunąć, w ramach tej dziwacznej zemsty (czy jak sama zainteresowana twierdziła - odwetu), którą prowadziła już od jakiegoś czasu, za całkiem przypadkowe pofarbowanie jej włosów na perłowy blond (nie jej wina, że w drogerii się pomylili, prawda?!), a jednak... uśmiechnęła się promiennie w jej stronę.
  I nagle coś zrozumiała; w końcu - po tylu latach, nie miała na sobie okularów. Przyjrzała się swojej, nieosłoniętej niczym, twarzy; ciche "wow" opuściło jej usta, gdy zdała sobie sprawę, że teraz wygląda całkiem inaczej, że jest, że jest...
  - Ja... - wyrwało jej się, lecz równie szybko umilkła. 
  - Jesteś piękna - dokończyła zamiast niej Natalia, stając za nią i oparłszy głowę o jej ramię, rozpuściła blond włosy, wypinając z głowy przyjaciółki srebrną spinkę.
  Jasne kosmyki opadły długimi kaskadami, rozsypując się po nagich, mlecznobiałych ramionach. Duże, bursztynowe oczy zerkały zdziwione, jednak, jakby... ufne? Pełne usta rozpostarły się w szerokim, pięknym uśmiechu, a wysokie kości policzkowe nabrały koloru.
  - Teraz jeszcze tylko makijaż, sukienka i voila!, księżniczka jak się patrzy - szeptała podekscytowana Natalka, jednak ona nie zwracała uwagi na jej słowa, zbyt pochłonięta widokiem, roztaczającym się przed sobą.
  - A co Ty się tak napaliłaś na ten bankiet, kochana? - Coraz śmielsza harce żony przerwał Maxi. - To nie Ty na niego idziesz. 
  - No właśnie! - Uniosła oskarżycielsko palec. - Bo ktoś tu nigdzie mnie nie zaprasza. - Założyła ręce na piersi, niczym - dogłębnie obrażone, dziecko. 
  - Aw, kochanie. - Mężczyzna pojawił się tuż za Natalią, obejmując jej talię. - Jeśli tak bardzo chcesz, możemy jutro pójść na kolację, we dwójkę. Tylko Ty i Ja. - Mówiąc to wszystko, zbliżał się coraz bardziej, aż w końcu ich usta złączyły się w delikatnym, acz namiętnym pocałunku, spragnionych siebie ciał. 
  - Hej! - Przerwała im. - Ktoś tu miał robić kolację. - Łypnęła na bruneta, który zaśmiał się tylko, wystawiając ku jej osobie język, jednak posłusznie wykonał polecenia, biorąc małą na ręce i udając się w stronę, przedzielonej zaledwie ścianką, kuchni. - A znowu ktoś inny, miał mi pomóc. 
  - Wybacz, kochana. - Młoda matka udała skruszoną, podchodząc do szafy. 
  Westchnęła, wcale nie była zła, raczej zdenerwowana wizją zbliżającego się spotkania; miała wrażenie, że zaraz oszaleje. Mimo, że - między nią, a Hernandezem nic nie było wyjaśnione, a w pracy wciąż udawali zupełnie niezależnych od siebie znajomych (zamienili ze sobą tylko kilka słów odnośnie wspólnego wypadu, a mianowicie te dotyczące godziny spotkania, etc, etc.), to jednak sama myśl o mężczyźnie, tak blisko, w smokingu?, przyprawiała ją o szybsze bicie serce, przesadną potliwość dłoni. 
  Szlag, czuła się zupełnie jak zakochana, głupiutka nastolatka.
  - W co by Cię tu ubrać, hmm - szeptała ciemnooka bardziej do siebie, niż do niej. Opadła na kanapę. - To nie. - Na podłogę spadło coś czerwonego. - To też nie. - Tym razem niebieska, niesamowicie szeroka sukienka śmignęła obok ucha. - A może... - Nastała dłuższa chwila ciszy. 
  - To? - Chwyciła się za serce, gdy, tuż przed jej nosem, pojawiła się (znikąd!) rozanielona Natalia, trzymając w dłoniach, zupełnie czarny, połyskujący lekko, materiał.
  Przyjrzała się uważnie. Mała czarna, sapnęła wewnątrz z niedowierzaniem. Pamiętała zakup tej sukienki, choć nigdy jej nie ubrała, ponieważ, jak sama stwierdziła, była zbyt... wyzywająca, i kupiła ją tylko ze względu na namowę, przebojowej, jak mawiali, koleżanki ze studiów - Camili. 
  Rudowłosa na drugim roku opuściła internat, a po uniwersytecie dość szybko rozniosła się plota o jej domniemanej ciąży. No to pobalowała, pomyślała z mściwą satysfakcją. Cóż, nigdy jej nie lubiła.
  W każdym razie, po swoim stwierdzeniu zakopała sukienkę głęboko w szafie, i zapomniała. Właściwie nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że zaginęła gdzieś podczas przeprowadzki z akademika do wynajętego - jej obecnego lokum, mieszkania.
  - Jest genialna - stwierdziła przyjaciółka, bez owijania w bawełnę. - Ubieraj. 
  Pokręciła głową. 
  - No nie bądź taka. Mówię Ci, ten cały Hernandez oszaleje. - Zaśmiała się głośno, gdy brunetka poruszyła zabawnie brwiami. Szybko jednak spoważniała. 
  - Coś mi się nie wydaje. - Westchnęła i, moim wszystko, wyrywając ubiór z zachłannych dłoni Natalii, skierowała się do jasnej, wyłożonej płytkami łazienki. 
  Jej mieszkanko - choć małe, było przytulne i wspaniale urządzone. Wzruszyła ramionami; po prostu, nie potrzebowała kolejnych metrów kwadratowych, skoro i tak mieszkała sama.
  Wciągnęła na siebie materiał, wygładzając sukienkę w okolicach ramion, płaskiego brzucha. Spojrzała w lustro - okej, może wyglądała zabójczo, gdyż czarna, zupełnie gładka (oprócz delikatnych, perełkowych zdobień na krańcach rękawów) sukienka sięgała zaledwie ud, owalny dekolt odsłaniał tyle ile powinien - nie za dużo, nie za mało, a długie rękawy, idealnie przylegające do ciała (tak jak całe odzienie), nadawały jej postaci eleganckiego, bardziej dystyngowanego wyrazu, ale... nie, tym razem nie miała żadnego "ale" w zanadrzu. Co jest nieco śmieszne, bo zawsze była zakompleksioną osobą, już od najmłodszych lat swojego życia, kiedy to rodzice najpierw zamieszkali osobno, wymigując się przed nią separacją, a potem rozwiedli - zostawiając ją samą, po środku. Między przysłowiowym młotem, a kowadłem, co?
  Wyszła z łazienki, pukając - odwróconą tyłem, Natalię w nagie ramię. Wysokie, czarne szpilki, z odkrytymi palcami, sprawiały, że sama blondynka była dużo wyższa niż zazwyczaj, a jej zgrabne nogi wyglądały na jeszcze dłuższe.
  - O matko. - Tylko tyle była w stanie wykrzesać z siebie, o kilka miesięcy starsza, przyjaciółka, gdy ją zobaczyła. 
  Uśmiechnęła się niepewnie. - Może być?
  - Czy może, czy może?! Luśka wyglądasz cudownie! - wykrzyknęła brunetka, używając nawet jej słodkiego, nadanego przez Anastazję, przezwiska, którego tak samo - jak i ona, nie znosiła. - Uh, coś czuję, że nie odpędzisz się od adoratorów - dodała i uśmiechając zalotnie, powachlowała się dłonią.
  - Przestań. - Zachichotała, uderzając ją w ramię. 
  - Teraz jeszcze tylko Cię umalujemy. - Mówiąc to, Natalia sięgnęła w stronę kosmetyczki i wyciągnęła z niej kilka - najbardziej istotnych, rzeczy. 
  Przejechała po jej ustach czerwoną szminką, a oczy podkreśliła czarną maskarą. Delikatny róż rozświetlił policzki, choć jak stwierdziła czarnowłosa... wcale tego nie potrzebowała: "Ty już błyszczysz", i była jej za te, w pewien sposób pokrzepiające, słowa naprawdę wdzięczna, bo cóż, chyba nigdy nie była zdenerwowana bardziej niż teraz, w tej chwili. W całym swoim dwudziestoczteroletnim życiu!
  Pół godziny później wskazówki zegara przesunęły się, zahaczając o godzinę dziewiętnastą trzydzieści. Odchyliła się niedbale na krześle, spoglądając na roześmianą dwójkę przyjaciół oraz Ani, która siedząc na kolanach ojca wierciła się na wszelkie możliwe strony. Mała była prawdziwym, nieskończonym niemal, wulkanem energii.
  Zaśmiała się, kręcąc głową; zaraz jednak jej usta wygiął przygaszony, na krańcach, uśmiech. Czasem patrząc na nich, żałowała. Zazdrościła. Dlaczego ona nie ma rodziny, dlaczego nie ma nikogo, kto mógłby ją pokochać? - To najczęstsze z pytań, które sobie w takich momentach zadawała. A potem, jak na zawołanie, przypominała sobie słowa ciemnowłosego przyjaciela: "My jesteśmy twoją rodziną".
  Potrząsnęła głową, w takim razie ma najlepszą rodzinę pod słońcem. Pomocną, świetlistą, o nieskończonej, wciąż buchającej niczym płomień, miłości. Ją też pragnęli objąć, pochłonąć w te zdradliwe - bo nie ma odwrotu, lecz tak bardzo pożądane, odmęty. Czy im na to pozwoli?
  Maxi był genialnym kucharzem - w swoim wieloletnim, owocnym związku z brunetką, to właśnie brązowooki zajmował się takimi sprawami, podczas gdy Natalia studiowała prawo, jednakże nie mogła zmusić się na, chociażby tknięcie smacznie wyglądającej potrawy. Ponte spojrzał podejrzliwie.
  - Myślałem, że lubisz moją kuchnie. - W jego głosie spostrzegła lekki wyrzut.
  - Bo to prawda - odpowiedziała szybko, nie chcąc niepotrzebnie urazić mężczyzny. - Po prostu nie jestem głodna.
  - Denerwuje się, to oczywiste. - Swoje trzy grosze wtrąciła Natalia.
  Zgromiła ją wzrokiem; przyjaciółka uwielbiała to robić, ale nie mogła mieć tego kobiecie za złe... To właśnie te drobne szczegóły - choć nieraz irytujące wszystkich wokół, tworzyły Pontównę. I mimo wad, nie zamieniłaby czarnowłosej na nikogo innego. Bo, w końcu, kto ich nie ma?
  - Może troszeczkę. - Wypuściła powietrze przez nos, z niewinnym uśmiechem. Wyłamała palce.
  Natalia zachichotała, kręcąc głową i wróciła do konsumowania przyrządzonej przez męża sałatki.

  O równej dwudziestej rozległ się dzwonek do drzwi. Uśmiechnęła się lekko; Hernandez nie tolerował spóźnień, więc oczywistym było, iż sam jest nad wyraz punktualny.
  Obciągnęła sukienkę, nagle martwiąc się, że może pokazywać trochę za dużo, i wymieniając uściski z każdym po kolei (tylko, śpiącą już, małą ucałowała w czółko), porywając jeszcze po drodze czarną, maleńką kopertówkę, którą pożyczyła od kuzynki - Lary, podeszła w stronę drzwi.
  Odetchnęła głęboko; ostatni raz - coś czuła, że przy nim zabraknie jej oddechu, i pociągnęła za klamkę. Oczywiście - miała rację, i zdała sobie z tego sprawę, gdy tylko za drzwiami spostrzegła jego wyprostowaną sylwetkę. Diego miał na sobie (jak wcześniej przypuszczała) czarny smoking, idealnie skrojony - dopasowany, równie czarną muchę pod szyją, która o dziwo nadawała mu zabawnego, swobodnego wyrazu, dokładnie wystylizowane włosy, i ledwo, bo ledwo, ale jednak widoczny zarost.
  Mężczyzna uśmiechnął się - w ten sposób, w który tylko on potrafił, a pod nią ugięły się kolana. Po chwili, zmierzył jej całą postać - od stóp do głów, uważnym spojrzeniem i sam zdębiał.
  - Ludmiła. - W jego ciemnych oczach dostrzegła niedowierzanie, zachwyt, podziw?
  - Diego. - Odparła, witając się. Zaśmiała się w duchu, na widok jego skołowanej miny.
  - Wyglądasz... - Urwał i zarumienił się... wściekle? Czy wzrok, aby jej nie myli? - Pięknie. - Dokończył, już pewniej, odchrząknąwszy wcześniej.
  - Aw, dziękuje. - Zachichotała, mrugając zalotnie rzęsami, a gdy zdała sobie sprawę z tego co robi, zaczerwieniła się równie mocno, co mężczyzna, chwilę temu. - Ty też niczego sobie. - Wybrnęła, odzyskując nagle zdolność mówienia, uderzając go lekko w ramię. Jak kumpla?
  Dobra, może nieco bardziej niż "niczego sobie", ale tego wiedzieć nie musiał. W końcu, czy to nie On powiedział niedawno, że może mieć każdą? (A przynajmniej tak zinterpretowała jego słowa) W takim razie, czy była dla niego jakimkolwiek wyzywaniem? Nie, była pod ręką. Prychnęła.
  - Coś się stało? - zapytał brunet, marszcząc brwi.
  - Nie, nie - zaprzeczyła, uśmiechając się słodko, a na przystojnej twarzy Diego pojawił się grymas; dostrzegł nieszczerość jej uśmiechu - podczas dwóch miesięcy wspólnej pracy miał sporo czasu na obserwowanie blondynki, i cóż, korzystał z tego prawa bardzo często, ale o tym wiedzieć nie powinna... Prawda?
  - W takim razie, chodźmy - zaproponował po chwili, z rozbrajającym uśmiechem, a ona - drugi raz tego samego dnia, zapomniała jak właściwie ma na imię. Przyjęła jego ramię.
  - Nie czekajcie! - krzyknęła jeszcze, obracając się w stronę zaszokowanych przyjaciół. Wzruszyła ramionami, ciekawe, o co im chodzi...
  Wyszli na zewnątrz, przed zadbaną kamienicę, a jej ramiona owiał mroźny, jednakże, w tej chwili niezwykle przyjemny, wietrzyk. Bo choć nie chciała przyznać sama przed sobą, dotyk Hiszpana palił. Czuła, że płonie, rozgrzewana każdym - najmniejszym nawet, ukradkowym spojrzeniem. Zawadiackim uśmiechem. Cóż, przynajmniej miała wytłumaczenie na wciąż nieblaknące rumieńce. (Całkiem mroźno, prawda?)
  Podeszli do czarnego, zaparkowanego na podjeździe BMW, tak świetnie kobiecie znanego z ich ostatniej, wspólnej przejażdżki. Ilekroć wracała  wspomnieniami do tamtego wydarzenia, chwili, jej oczy nieznacznie gasły.
  Mężczyzna otworzył jej drzwi, jak na dżentelmena przystało, i okrążając samochód, zasiadł na miejscu kierowcy. Usadowiła się wygodnie, odkładając kopertówkę na tylne siedzenie, i zapięła pasy. Odprężyła się, już po chwili, w takt spokojnego, wysyłającego wzdłuż jej kręgosłupa - przyjemny dreszcz, głosu Johna Lennona sączącego się wolno z głośników. Radio okazało się być jedynym (głośniejszym) towarzyszem ich podróży. Hernandez zbyt pochłonięty był drogą, ona - nie chciała mu przeszkadzać. Milczeli.
  Pół godziny później zajechali pod, równie wielką - co ich własnej firmy, nieznaną jej dotąd, siedzibę "Markizo Corporation", chociaż, to ona sama przecież, brała udział w tworzeniu poszczególnych paragrafów umowy. Praca zobowiązuje, pomyślała, chichocząc.
  Mężczyzna, jak poprzednio, otworzył drzwi, ofiarował ramię. Podeszli do oszklonego, rozsuwanego wejścia i wstąpili do środka. Uderzył w nią powiew ciepła, szum rozmów, zapach drogich, szykownych perfum, wody kolońskiej. Razem z inną grupą wpakowali się do windy, z zamiarem wjechania na ostatnie - trzydzieste piętro, gdzie mieścił się olbrzymi taras, sala konferencyjna, i jak się okazało - właśnie tamte pomieszczenia postanowiono wykorzystać, podczas organizacji bankietu.
  Spojrzała po pozostałych, z którymi zaszczyt było jej dzielić windę, i bardzo szybko zauważyła, że każdy mężczyzna ma na sobie smoking, a kobieta ubrana jest elegancko - prawie, że wytwornie... Spojrzała z uśmiechem na swoje ubranie; to jednak był dobry pomysł, dodała w myślach. W małej czarnej prezentowała się niezwykle szykownie.
  Zaparło jej dech w piersiach, a usta opuścił cichy okrzyk zdziwienia, podziwu?, na co mężczyzna bez oporów zachichotał, zgarniając ją do środka, gdy tylko dostrzegła wnętrze sali, w której przyjdzie im spędzić najbliższe kilka godzin.
  Pomieszczenie miało owalny kształt, w jednym kącie mieściły się stoły z przekąskami, napojami, na środku stał bar, wokół którego mieściło się mnóstwo roześmianych gości, mężczyzn stawiającym zarumienionym kobietom drinki, a znowu w przeciwległym, od pierwszego zakątku, mieściło się podwyższenie, coś w rodzaju sceny, z ciemnoskórym DJ'em za konsolą.
  Wszystko przystrojone było tysiącem, pachnących pięknie, kwiatów - gdzieniegdzie po prostu w roli wazonów, indziej - spływającym ku ziemi girland. A także połyskujących, jasnych lampeczek zwieszonych od jednego kąta do drugiego, i tak przez całą długość, szerokość. Srebrno-złote serpentyny spływały z sufitu, zahaczając co rusz, o ich włosy, ramiona.
  Jednak tym, co wyryło na niej największe wrażenie był ogromny, kryształowy żyrandol, mieszczący się na samym środku, i chybotający wesoło na boki. Miliony kryształów odbijało kolorowe światła otulając całą sale mnóstwem promieni, tęczowymi refleksami.
  Sapnęła z zachwytu.
  - Podoba Ci się? - zapytał Diego, z rozczuloną miną.
  Kiwnęła tylko głową, jednak szybko spuściła głowę, zażenowana. Cóż, w przeciwieństwie do Hiszpana, nie często miała okazję bywać w takich miejscach. Właściwie, z ręką na sercu, była na tego typu imprezie pierwszy raz. Zabawne?
  Przez następne pół godziny zaczepiani byli przez gości, jakieś ważne osobistości, dlatego musieli stać, uśmiechać się ładnie i wymieniać formy grzecznościowe. Hernandez za każdym razem przedstawiał ją jako swoją "asystentkę", i gdy przy okazji nadmieniał jak "świetną" pomocnicą była, po jej ciele, w okolicach serca, rozlewało się przyjemne ciepło. W końcu cała sprawa zaczęła ją nudzić, mężczyznę chyba też, bo jego mina na chwilę przybrała wyraz cierpiętnika, gdy w ich stronę podeszła kolejna para snobów.

  Popijała właśnie przyniesiony przez Hiszpana poncz, gdy coś ciemnego mignęło jej przed oczyma i wpadło w rozpostarte ramiona. Rozszerzyła zaszokowana oczy, dostrzegając roześmianą Francescę, w równie czarnej, co jej sukience, jednak nie przylegającej, a rozkloszowanej u dołu, sięgającej przed kolana. Wyglądała pięknie.
  - Ludmiła. - Włoszka kiwnęła głową z uznaniem, okrążając ją dookoła. - Wyglądasz... inaczej - podrapała się po brodzie. - Soczewki?
  Przytaknęła głową, zmieszana.
  - A więc Natalii w końcu się udało? - Zachichotała Francesca.
  Mimo, iż ciemnowłosa piękność nie znała jej przyjaciółki, w ciągu tych (teraz już ponad) dwóch miesięcy zdążyły się zżyć na tyle, by wiedzieć o sobie bardzo dużo, jak nie wszystko. W czasie przerw, to właśnie z Włoszką odwiedzała wszelkiego rodzaju kawiarnie, restauracje, co by napić się kawy, czy zjeść porządny obiad. Oprócz tamtej, jednej sytuacji, zamajaczyło gdzieś w podświadomości, a przed jej oczyma, bez udziału woli, stanęła scena, kiedy to pijąc kawę, i opierając ramieniem o kanapę, wesoło gawędziła z Hernandezem.
  - Tak - wyszeptała zarumieniona, odgarniając zagubiony kosmyk blond włosów za ucho. Nie mogła normalnie funkcjonować, gdy obiekt jej skrytych (naprawdę? Jesteś pewna?) westchnień, wodził za nią uważnym spojrzeniem czekoladowych tuneli.
  Francesca kiwnęła, z aprobatą. - Mówiłam, że to dobry pomysł.
  Posłała jej niewymuszony, szczery uśmiech. - A właściwie, Fran. - Upiła kolejny łyk. - Dlaczego tutaj jesteś?
  - A! Właśnie! - wykrzyknęła kobieta, z poszerzonymi w zrozumieniu źrenicami, i ślad po niej zaginął.
  Zamrugała oczyma, a kiedy spojrzała na Diego ten wzruszył ramionami. Ciemnowłosa zawsze była nieco, ekhm... roztrzepana.
  Panująca między nimi, nagle niezręczna, cisza nie trwała jednak zbyt długo. Z tłumu ponownie wyłoniła się Włoszka, ciągnąc za sobą wysokiego, zielonookiego blondyna, o przystojnej twarzy i szerokim uśmiechu.
  - To jest Leon, mój narzeczony. - Odezwała się kobieta podniosłym, jakby lekko patetyczny, tonem. Zachichotała. - Jego rodzina prowadzi dość sporą firmę deweloperską, zupełnie jak Diego (mimo wszystko, z szefem, większość osób była na "Ty"), dlatego przyszłam tu z nim.
  Przyjrzała się mężczyźnie i nagle coś zaświtało. - Ah, więc to jest ten sławny pan, o którym tak wiele słyszałam? - Francesca spłonęła rumieńcem.
  Leon zaśmiał się; to był bardzo przyjemny dźwięk.
  - Najwyraźniej. - Przemówił, łapiąc jej wolną dłoń. - Leon Verdas, miło mi. - Pochylił się i ucałował jej wierzch.
  Zarumieniła się mocno. - Ludmiła Ferro, mnie również.
  - Ekhm. - Ktoś odchrząknął.
  Wybałuszyła oczy, gdy wspomnianym "ktosiem" okazał się Diego, z dość nietęgą miną. Spłonęła rumieńcem, chrząkając coś na kształt "Oh", gdy okazało się, że zielonooki wciąż nie puścił jej dłoni. Wyrwała się delikatnie, co by przypadkiem blondyna nie spłoszyć, i uśmiechnęła lekko.
  - Uuu. - Francesca objęła szyję ukochanego. - Widzę, że ktoś tu się polubił. Tylko wiesz, żebyś mi go czasem nie podkradła. - Pokiwała jej prześmiewczo palcem. Cała trójka wybuchnęła szczerym śmiechem.
  Spojrzała na bruneta, po swojej lewej, który wymamrotał coś pod nosem i zacisnął usta w wąską kreskę. Uniosła wydepilowaną brew. Zazdrosny?, przebiegło jej przez myśl, lecz szybo zepchnęła dziwne słowo na dno, kręcąc szybko głową, gdy zdała sobie sprawę z jego absurdalności.
  Włoszka zamilkła, gdy szef łypnął na nią złowrogo, i unosząc na chwilę wyżej brwi, coś zrozumiała, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo nagle uśmiechnęła się złośliwie - uśmiechem triumfalnym, jakby wszystko wiedzącym i powiedziawszy: - Dobrze, my już pójdziemy. - Odeszła z narzeczonym w stronę parkietu.
  Mrugnęła - raz, drugi, jednak wiedząc, że i tak nigdy nie uda jej się zgłębić tajników psychiki kobiety, pokręciła zrezygnowana, lecz rozbawiona, głową. Zerknęła niepewnie w stronę starszego, bo o cztery lata, mężczyzny.
  Uśmiechnął się - delikatnie, bo zaledwie kącikiem ust, jednakże to wystarczało, by wzdłuż jej pleców przebiegł elektryzujący dreszcz.
  - Ludmiła. - Zaczął, a głos miał tak pociągający i niski, że jej serce podjechało niesamowicie blisko gardła - zupełnie jak kiedyś, za pierwszym razem, tym razem nie ze strachu, a z jakiegoś innego, niezidentyfikowanego uczucia.
  Przełknęła ślinę, obserwując delikatny ruch jego dłoni, która szybko spoczęła na jej policzku. Zarumieniła się, zaledwie centymetry?
  - Oh, Hernandez, tu jesteś! - Za nimi rozległ się tubalny głos, a czar prysł, gdy Diego westchnął głośno, i odwracając spojrzenie od jej zamglonych tęczówek, zerknął na przybysza.
  - Pan Markizo, witam. - Przywitał się brunet uprzejmie, choć w jego głosie dostrzegła zgryzotę. Odeszli na bok.
  Odetchnęła głośno, dotykając płonącego policzka. W miejscu, gdzie spoczęła, a chwilę później zniknęła jego duża, silna dłoń, odczuwała przyjemne mrowienie, ciepło. Jęknęła zła, wręcz zrozpaczona. Spuściła głowę, dlaczego?
  Wyrwała się z przykrego letargu i ruszyła w stronę wyjścia na taras (czy tam balkon); potrzebowała odrobiny świeżego powietrza. Łokciami oparła się o żelazną barierkę i rzucając jedno, szybkie spojrzenie niebu, które zewsząd pokryte było gwiazdami, ukryła zarumienioną twarz w dłoniach.
  Głupia, wyklęła się w myślach. Wariatka.
  Zadrżała z zimna. Ten stan nie trwał jednak dostatecznie długo, by mogła porządnie zamarznąć, bo zaraz poczuła coś ciepłego i gładkiego, opadającego i opatulającego jej ramiona. Uniosła wzrok, spoglądając na uśmiechniętą twarz Hernandeza. Oddał jej swoją marynarkę. Ścisnęła materiał.
  - Dziękuje. - Hiszpan ledwo zrozumiał jej wypowiedź, tak cicha była.
  - Nie ma za co. - Wzruszył jeszcze ramionami. - Jest całkiem chłodno, prawda? - Spojrzał na nią, opierając się - tak samo jak ona, obok.
  Kiwnęła głową. Chwilę trwali w ciszy, lecz pierwszy raz od niepamiętnych dziejów (czyli tygodnia) nie była ona niezręczna, a wręcz pożądana.
  - Wiesz. - Poluzował delikatnie muszkę. - Nigdy nie lubiłem tego typu imprez.
  Zaśmiała się, może tylko trochę za głośno. Kto jak kto, ale mężczyzna nie miał sobie równych w rozluźnianiu atmosfery.
  - Racja. - Przytaknęła śmielej. - Są nudne.
  Tym razem to ciemnooki wybuchł głośnym śmiechem. - I właśnie dlatego Cię lubię. - Spojrzał na nią, a jego tęczówki przeszyły ją na wskroś. - Wiedziałem, że zabierając Cię, będę mógł się wyluzować. W sumie, to wyjaśnia powód, dla którego to zrobiłem.
  Zamarła na chwilę, niezdolna nawet do zaczerpnięcia oddechu, a co dopiero wypowiedzenia, czy tam sformułowania, jakiegokolwiek słowa, zdania. Szybko jednak odzyskała rezon. Spojrzała nań kątem oka; mężczyzna, nie pozostawał dłużny, uważnie przyglądając się jej poczynaniom, spod przymrużonych powiek.
  - Naprawdę? - Obróciła się tak, by spojrzeć brunetowi prosto w oczy. W jej głosie pobrzmiewała ostra nuta. - A nie dlatego, że nie było już wystarczająco dużo czasu, by szukać zastępstwa?
  Na chwilę zamarł, zlękniony.
  - Ja... - Chyba sam nie wiedział, do czego zmierza, jak się wytłumaczyć, wybrnąć, bo umilkł równie szybko, co w ogóle zaczął.
  - Spokojnie. - Dotknęła jego ramienia, uśmiechając się delikatnie, choć jej głos ociekał smutkiem. - Nie musisz nic mówić. - Dokończyła i ściągnęła marynarkę, wciskają mężczyźnie w dłonie. Obróciła się na pięcie z zamiarem odejścia; w jej oczach zalśniły pierwsze łzy.
  Przystanęła w miejscu, gdy Diego złapał jej nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Utonęła w jego spojrzeniu.
  - Posłuchaj mnie, Ludmiła... - Nie dokończył, gdyż w tle, z zadymionego pomieszczenia dobiegły ich pierwsze nuty znajomego utworu.
  - Uwielbiam tę piosenkę. - Wyrzucili z siebie jednocześnie, a kiedy zdali sobie z tego sprawę, wybuchnęli śmiechem. W głos.
  - W takim razie... - przemówił mężczyzna z uśmiechem; w świetle księżyca wyglądał tak pięknie, wręcz nierealnie. - Nie pozostaje mi nic innego, jak zaproponować Ci wspólny taniec. - Zachichotała, gdy puszczając jej nadgarstek, skłonił się nisko. - Mogę prosić?
  Uśmiechnęła się szeroko, zapominając na chwilę o troskach, niedomówieniach - panujących między nimi. Tylko chwila, szepnął cichy głosik, tuż obok ucha. Kusił?
  - Ależ oczywiście - odszepnęła podobnym, podniosłym tonem i podała mężczyźnie swoją dłoń. Uderzyło ją niewiarygodne ciepło, gdy ich skóry otarły się o siebie, a palce zetknęły. Wyładowania elektryczne?
  Weszli do środka, zmierzając w stronę parkietu, gdzie niejedna para przygotowywała się już do spokojnego, rozbujanego tańca. Gdzieś w tym tłumie dostrzegła rozanieloną Francescę, z Leonem przy boku.
  Nagle pokręciła głową, gwałtownie, w duchu pytając: Co ja właściwie robię?, jednak szybko zapomniała o wątpliwościach, a konkretnie w momencie, gdy Diego ułożył jedną ze swoich dłoni na jej talii. Dotknęła wolnymi opuszkami palców jego ramienia. Uniosła oczy.

  MUZYKA*

  Wise men say only fools rush in 

  Ruszyli. Tańczyli powoli, bujając się lekko, w takt muzyki; słów - ukochanego wokalisty jej matki.

  But I can't help falling in love with you 

  Jeden obrót, drugi. Mężczyzna odepchnął ją od siebie delikatnie, tylko po to, by zaraz przyciągnąć jej ciało z powrotem, splatając ramiona na jej piersi.

  Shall I stay?
  Would it be a sin,
  If I can't help falling in love with you?

  Nie pamiętała, kiedy ostatnio tańczyła walca - chyba na weselu Natalii i Maxiego, gdzie właściwie była świadkiem, jednak była pewna, że brunet robił to dość często, ponieważ miała wrażenie, że na parkiecie czuję się nad wyraz pewnie. Jak w domu?, pomyślała i zaśmiała się cichutko.
  Wiedziała, że trzymając się jego dłoni, wytycznych, nie zgubi kroku. 
  I choć nie miała pojęcia na czym stoją, dotyk i ciepło jego ramion, czułe objęcie, sprawiło, że zapomniała o bożym świecie. Lecz strach pozostał.

  Like a river flows surely to the sea
  Darling so it goes 


  Zarumieniła się mocno, dostrzegając pewne, świdrujące spojrzenie ciemnych tęczówek, na swojej, nagle - płomiennej, twarzy.Jeszcze jeden obrót, wpadła wprost w silne ramiona.

  Some things are meant to be
  Take my hand, take my whole life too 


  I kolejny, kolejny. Zapomniała już, w którym miejscu kończy się rzeczywistość, a gdzie zaczyna granica - niedostrzegalnego okiem, snu. Ktoś wypuścił konfetti; złote opiłki zawirowały w powietrzu i opadły, wplatając się niczym gwiazdy w jej długie, delikatnie pofalowane włosy.
  - Bo nic nie mogę poradzić na to, że się w Tobie zakochuję. - Zaśpiewał mężczyzna, zlewając swój głos z tym należącym do Presleya, tuż przy jej uchu, a ją przeszedł, jeden z, najprzyjemniejszych, jakie przyszło kiedykolwiek jej czuć, niekontrolowanych dreszczy.
  Najlepsze, że nawet kiedy śpiewał jego głos pozostawał głęboki, pełen żaru, z lekką, acz wyczuwalną chrypką. 
  Zbyt pochłonięta, nie dostrzegła nawet momentu, kiedy to mężczyzna zbliżył się na tyle blisko, by ich usta zetknęły się w delikatnym pocałunku. Zupełnie jak muśnięcie skrzydeł motyla.
  Zamarła, wpatrując się w przymknięte powieki. Bez zastanowienie podjęła decyzję - nie mogła, o nie. Wyrwała się, nie zwracając uwagi na prośby Hernandeza o zatrzymanie się, i przepychając przez, zbitych ciasno, ludzi, dopadła do windy.
  Załkała głośno, wciskając się - wprost w objęcia ciasnego pomieszczenia. Drzwi zasunęły się. Oszalała wcisnęła guziczek, opatrzony cyferką "0", i oparłszy plecami o ścianę, odetchnęła głośno. Wołała o oddech.

  Like a river flows surely to the sea
  Darling so it goes 


  Zatkała uszy; nie chciała nic słyszeć, tylko... zapomnieć?
  Uciekła?
  Racja.
  Jak tchórz?
  Zupełny.
  Płacz wezbrał na sile. Bo co miałam zrobić? Czekać, aż mężczyzna odsunie się i przeprosi za chwilę zapomnienia, nieuwagi, która dla niej była najpiękniejszą z możliwych chwil, choć podszyta grubą nicią goryczy? A może, aż stwierdzi, że to tylko kolejny, głupi żart, i zabawnie było obserwować jej skołowaną, rozanieloną minę? Nie chciała tego. 

  Ktoś zaśmiał się na górze. Nie, nie na piętrze, czy tarasie. Wyżej.
  Wiesz, jaki był ich największy problem?
  Nieporozumienie.

  Some things are meant to be

  Wyszła z windy, a niechciany, w tej chwili, głos Elvisa, pobiegł w krok za nią. Zaklęła siarczyście pod nosem, przecież to niemożliwe. Wariuję?
  Dobiegła do oszklonych drzwi i zaraz znalazła się na zewnątrz, przeklinając w myślach własną głupotę. Na dworze było wyjątkowo zimno, na minusie? Opatuliła się ciaśniej ramionami, zauważając nagle brak torebki - pokręciła głową, czy to teraz ważne?, i ruszyła przed siebie.
  Kolorowe światła tętniącego życiem miasta oświetlały jej drogę. Jednak nie zdążyła postawić nawet kilku stanowczych kroków, bo ktoś dość brutalnie chwycił ją za ramię, odwracając w przeciwną stronę. Stanęła twarzą w twarz ze swoim oprawcą.
  - Co Ty do cholery wyprawiasz? - syknął mężczyzna; wyglądał na złego. Jednakże (na ich nieszczęście), jego wściekłość zadziała na blondynę zupełnie tak, jak czerwona płachta działa na byka.
  Uśmiechnęła się złośliwie. - Co ja wyprawiam? Chyba Ty. Zastanów się, co mówisz.
  Prychnęła, unosząc wysoko głowę, z nagłym zamiarem odejścia (zniknięcia?), jednakże uścisk jego dłoni okazał się zbyt mocny, by mogła uciec. Ponownie.
  - No nie wiem. - Diego skrzyżował ręce na piersi, i dziwnym trafem - nie ruszyła się z miejsca, mimo zwolnienia nadgarstka. - To nie ja uciekłem jak tchórz. - Spojrzenie ciemnych oczu było zimne, wręcz lodowate. Zadrżała.
  
  Take my hand, take my whole life too
 
  - A co innego miałam zrobić? - rzekła, po chwili ciszy. Oczy mężczyzny złagodniały, wyraz twarzy też, gdy dostrzegł jej niepewność, kruchość. - Czekać aż mnie wyśmiejesz?
  Zamrugał zszokowany oczyma. - Dlaczego miałbym to zrobić?
  - Bo nic do mnie nie czujesz? - podsunęła uprzejmie, a na przystojnej twarzy dostrzegła wahanie; zignorowała je jednak, zaliczając szybko do listy mar, wynikających z, otulającego ją zewsząd, zmęczenia. - Ah, rozumiem. - Brunet zmieszał się, słysząc nagłą pewność w jej głosie. Zaśmiała się gorzko. - Podobam Ci się taka, prawda? - zapytała, wskazując swoją sukienkę, włosy, twarz. - Wyglądam lepiej, więc postanowiłeś traktować mnie lepiej, co?
  Ciemnooki o mało nie zapowietrzył się, słysząc te słowa. - O czym Ty, do cholery, mówisz?
  - Nie udawaj - sarknęła, krzywiąc się mocno. - Najwyraźniej, wcale nie pomyliłam się, gdy na początku powiedziałam, że jesteś zwykłym krety...
  Zamilkła jak zaklęta, gdy, chcąc ukrócić jej przytyki, mężczyzna zamknął jej karminowe wargi namiętnym (kolejnym już) pocałunkiem. Oderwała się po chwili, bardziej niż zmroczona, gdy obojgu zabrakło powietrza.
  - Co Ty...?
  - Posłuchaj mnie, wariatko - fuknął Diego, a ona prychnęła. Musiała go nieźle zdenerwować. - Nie wiem, co sobie ubzdurałaś, ale nie, nie jestem typem mężczyzny, który wykorzysta i zostawi. Nie przerywaj mi! - warknął, widząc jak ta otwiera usta. - I nie, nie traktuje Cię lepiej przez zmianę wyglądu. Ludmiła, cholera! Za kogo Ty mnie masz? - Potarł twarz dłonią. - Już pod oprawą tych grubych, ciemnych okularów dostrzegłem twoją piękną twarz. - Chyba trafił w odpowiedni punkt, bo blondynka zupełnie zdębiała. - Ale nie ona była najważniejsza, o nie. To twój uroczy, lekko niepewny uśmiech. Wibrujący, zawsze radosny śmiech. Sposób w jaki zaciskasz dłonie, gdy się zdenerwujesz, i ten - w jaki je rozluźniasz, gdy okaże się, że wszystko poszło zgodnie z planem. I ten, w jaki segregujesz dokumenty - kolorystycznie, bo sama jesteś jak każdy najdrobniejszy kolor, tak zmienna, nieuchwytna. To fakt, że kubek z kawą zawsze stawiasz po lewej, bo dziwnym trafem jesteś i prawo, i leworęczna. Te wszystkie rzeczy tworzą prawdziwą Ciebie. - Stała tam, z rozdziawioną nieelegancko buzią, wysłuchując Jego, teraz już spokojnych, słów.

  For I can't help falling in love with you 

  - I kurcze. - Mężczyzna zaśmiał się nerwowo, pocierając kark. - Naprawdę nie potrafię nic poradzić na to, że się w Tobie zakochuję.
  Zapadła cisza. Dziwna, bo wcale nie dusząca, ale nie na tyle komfortowa, by mogli czuć się swobodnie. Brunet już powiedział, co czuję, teraz kolej na nią?
  - Ale. - Zaczęła, jakby niepewnie, w końcu odzyskując głos. Od razu na nią spojrzał. - Dlaczego w takim razie powiedziałeś, że bierzesz mnie ze sobą, żeby nie szukać nikogo na siłę? - Dokończyła groźnie, opierając dłonie na biodrach.
  - A co miałam powiedzieć, hm? - zapytał, nagle równie zdenerwowany. Szybko się jednak zreflektował; odetchnął. - "Ludmiło, skradłaś moje serce, za pierwszym razem, gdy Cię ujrzałem, zgodzisz się mi towarzyszyć?" Jakby to zabrzmiało? - Jęknął głośno, z oburzeniem. A ona wybuchnęła śmiechem.
  Mężczyzna prychnął, marszcząc brwi. - I z czego się śmiejesz?
  - Z Ciebie - odparła prosto, niepewnie dotykając skóry na jego policzku. Pod opuszkami palców wyczuła delikatny zarost.
  Stali chwilę w milczeniu, mierząc się zaciekłymi spojrzeniami. Zdeterminowani, by dostrzec wszystko, prawdziwe emocje - każdą, nawet tę najmniejszą, najdrobniejszą?  
  - Naprawdę skradłam twoje serce? - zapytała, po dłuższej chwili, wodząc palcem po jego brodzie.
  - Tak. - Odetchnął mężczyzna, trącając jej klatkę piersiową palcem wskazującym. Zaczepnie. - Złodziejka.
  Zaśmiała się najszczerzej jak tylko potrafiła, odrzucając głowę do tyłu, a brunet nie czekając, tylko wykorzystując zaistniałą sytuację, pocałował ją mocno.
  Oplotła ramionami jego szyję, wplatając palce w miękkie, ciemne kosmyki, i przyciągnęła jego głowę bliżej. Całowali się szybko, nagląco, stojąc na, lekko oblodzonym od szronu, chodniku, otoczeni przez tysiące błyskających świateł. Zapomnieli kim są, po co są. Ważna stała się tylko ta chwila, ten moment, gdy ich usta - tak blisko, ocierały się o siebie, przynosząc im obu ulgę, utęsknione spełnienie.
  Tak długo na to czekali?

  For I can't help falling in love with you*

  Za ich głowami, nad niedawno opuszczonym budynkiem korporacji, wybuchły fajerwerki.

*
dwa lata później

  Siedziała przy rozległej, kuchennej wysepce, na jednym z barowych krzeseł, gdy nagle, tuż pod jej nosem - w ramach dziwnego rytuału, którego przestrzegali od dnia, gdy tylko zamieszkali razem (to jest jakieś półtorej roku temu), w ogromnym domu mężczyzny, który dla jednej osoby wydawał się być zbyt duży, pusty, dla dwóch - w sam raz, wylądowały dwa kubki. Oba z kawą - czarną, bez cukru, ich ulubioną. Nie, teraz tylko jeden. Drugi - niebieski w białe grochy, który upatrzyła sobie zaraz po przeprowadzce, wypełniał marchewkowy soczek. 
  Zmarszczyła brwi, patrząc w stronę męża (jak to brzmi... nierealnie? Pięknie?) - tak, teraz już niemal od roku, błagalnie. Przygryzła wargę, próbując zastosować, tak zwaną  szczenięcą minkę.
  Choć zazwyczaj ten sposób działał na Diego wyjątkowo świetnie, to... nie tym razem.
  - No już, nie nabzdyczaj się tak - powiedział, pstrykając ją w czoło. Warknęła. Brunet stanął za jej plecami i obejmując jej talię, przejechał kciukiem, po lekko zaokrąglonym brzuszku. - Dobrze wiesz, że Ci nie wolno - wymruczał wprost do jej ucha, drażniąc nosem zaróżowiony policzek. 
  - Czasem Cię nienawidzę, wiesz? - zapytała, kiedy mężczyzna w końcu usiadł, z prawej, chwytając kubek - czarny jak noc, wypełniony po brzegi aromatycznym napojem. Spojrzała z powątpiewaniem na naczynie w swoich dłoniach; łyknęła - nie taki zły.
  - Aw, oczywiście - odparł Hiszpan rozczulony, opierając twarz na, podpartej w łokciu, dłoni. - Prawie tak mocno, jak mnie kochasz, prawda?
  - Możliwe. - Zarządziła z uśmieszkiem, opróżniając pozostałości kubka jednym, zdecydowanym łyknięciem.
  Ciemnooki pokręcił zrezygnowany głową. Uśmiechnęła się - mimo swoich, skończonych niedawno, trzydziestu lat Diego wciąż wyglądał młodo. Gorąco i przystojnie też, zwłaszcza w garniturze, jeśli już chcecie wiedzieć. Zachichotała, spoglądając na swój brzuch. Czasem, całymi dniami, zastanawiała się jak to będzie z ich dzieckiem - nie znali płci, stwierdzili, że chcą mieć niespodziankę, ale coś nieustanie podpowiadało jej - matczyny radar?, że ich pociecha okaże się chłopczykiem, czy odziedziczy więcej po niej, a może po nim? 
  - O czym tak myślisz? - zapytał brunet, przejeżdżając opuszką kciuka po jej szyi. Zadrżała; oczywiście, znał każdy z jej słabych punktów, i za każdym razem - umiejętnie go wykorzystywał.
  - O dziecku, o Nas - odparła, wzruszając ramionami. Pokiwał głową na znak, iż rozumie; ostatnio myślała o tego typu sprawach bardzo często. 
  - Ja za to. - Diego przerwał, szukając odpowiednich słów; spojrzała nań kątem oka, nie odwracając jednak całkowicie wzroku od, otulonego w materiał flanelowej pidżamy, z każdym dniem, coraz bardziej wypukłego brzuszka. - Zastanawiam się, gdzie za kilka miesięcy znajdę drugą, tak cudowną, sekretarkę, w ramach zastępstwa... - Jęknął; na pierwszy rzut oka widać, że cierpi.
  - Ha, ha, ha. - Zaśmiała się głośno, gardłowo, uderzając go mocno w ramię. - Kretyn, no kretyn. 
  - Może. - Mężczyzna zmrużył zaczepnie oczy, dotykając jej policzka. Utonęła w słodkiej czekoladzie. - Ale tylko Twój - wyszeptał przy jej szyi, a ją przeszedł przyjemny dreszcz.
  - Racja. - Objęła ramionami jego szyję, wpakowując mu się na kolana. - I nigdy o tym nie zapominaj - ostrzegła, grożąc mężowi palcem.
  - Nie śmiałbym - powiedział i zamknął jej usta delikatnym, przepełnionym jednak uczuciem, pocałunkiem.

  - Kocham Cię.
  - Ja Ciebie też.

  *

  Od autorki: Witajcie, mili! xo Jeśli jesteście w tym miejscu (nie, bez opuszczania treści! ;D), to przyjmijcie moje gratulację! I szczere, najszczersze podziękowania. Nawet jeśli nie pozostawicie po sobie komentarza, wiedźcie, że jestem Wam dozgonnie wdzięczna. Zdaję sobie sprawę, że ten oneshot (zamówienie) był bardzo długi, więc rozumiecie mój entuzjazm, jeśli ktoś rzeczywiście przeczytał, w całości! Może nie jest najlepszy, trochę nudnawy (ale czy ja kiedyś napisałam coś innego?) - taka ot, zwykła obyczajówka, to naprawdę się nad nim napracowałam... Z ciekawości policzyłam nawet ilość słów, chcecie wiedzieć? Około 10 tysięcy (pobiłam rekord, juhu! Ostatni wynosił prawie 9 ;D) Haha, jestem niemożliwa, no wiem. Przepraszam.
  Olivio, chyba jakoś przebrnęłaś, prawda? Starałam się trzymać umówionych wytycznych, a więc masz Ludmiłę jako asystentkę/sekretarkę Diego, haha. Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci wątek Naxi czy Leonesci - nie były one aż tak widoczne, aczkolwiek istotne dla historii (zwłaszcza pierwszy)... Nooo, po prostu taka koncepcja zrodziła się w mojej głowie, po pierwszym przeczytaniu twojej propozycji na fabułę, i proszę! Marzę, byś tylko nie była zła. Czuję się winna zaznaczyć to w tym miejscu, a także u góry w opisie, gdyż cóż, zapis zamówienia nie zawierał żadnych, dodatkowych par :)
  To tak... na koniec, zapraszam do czytania poprzednich OS, zamówień, a także komentowania, jeśli ktoś chciał, a wciąż nie miał ku temu okazji - dziewczyny są świetne, najlepsze! Zasługują na uznanie (: ♥
  Co jeszcze? Za kilka dni pojawia się kolejny OS/Zamówienie, tym razem - Kasi i Marceli, czekajcie, bo ja wiem, że warto ;>
  Kocham Was wszystkich, dziękuje za poświęcony czas i przepraszam za jego zabranie (;c), Edyta ♥

  * - Elvis Presley - Can't Help Falling In Love 

  PS: Widzimy się ponownie, stosunkowo niedługo, bo dokładnie za dwa tygodnie. Do zobaczenia! ♥
  EDIT! (Jeju, zapomniałam o.o To przez tę nieludzką porę XD) PS.2: Naprawdę cieszy mnie fakt, iż dzisiejszego dnia udało mi się coś dodać - może nie na swojego indywidualnego bloga, ale JSM, bo cóż, dzisiaj trzeci, czyli, co za tym idzie, kolejny - siódmy już, miesiąc Waszego obcowania z moją osobą. Jak to znosicie? XD Hahaha. No nic, dziękuje za wszystko! ♥