Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Federico. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Federico. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3 

środa, 6 sierpnia 2014

{Zamówienie 009} Fengie || ''Światło'' - Marcela Ferro i Kathrina


Tytuł: ''Światło''
Para: Fengie (Federico i Angie)
Gatunek: Romans 
Przedział wiekowy: T 
UWAGA! Prostytutka w opowiadaniu


Dla Lin ♥


,,Co ja bym zrobił bez twoich wyszczekanych ust
Przyciągają mnie, a Ty mnie odrzucasz
W głowie mi się kręci, nie żartuję, nie mogę cię zdefiniować
Co się dzieje w tym pięknym umyśle?''



          W labiryncie ciemności, całe swoje życie zamieszkiwała piękna królewna, która nie była wstanie odnaleźć właściwego wyjścia. Jej oczy przyzwyczajone były do ciągłej ciemności. Czasem zastanawiała się, czy rzeczywiście widzi. Ale zdarzało jej się natrafić na lampy ognia. Miała tylko siebie. Tylko swoje ciało. Więc służyła nim jak tylko mogła, by przetrwać, by żyć, by doczekać się chwili końca rozdziału pod tytułem ''ciemność'' a rozpocząć nowy, pełny życia i kolorów. ''Światło'' zawsze i na zawsze byłby dla niej wszystkim, uratowałby ją. Pomógł by dotrzeć do wyjścia bez końca. Mijały lata, a ona nie wierzyła, że kiedykolwiek zdoła uwolnić się z pudełka ludzi przeszłości, którzy tak naprawdę zaciągnęli ją do tamtego miejsca. Ratowała się myślami, że właśnie dlatego, że ona cierpi, ktoś inny może być w tym momencie szczęśliwi. Tylko dlatego trwała nadal na świecie. Życie uważała za najcenniejszy dar od Boga. A samą siebie, za uwięzioną księżniczkę w wieży, którą kiedyś uratować może książę i wreszcie zawita jasność. Jednak już liczyła się z tym, że nigdy nie zazna życia jasności. 
          W najgorszych ciemnościach, zawsze się pojawiało. Gwiazdy. Blask. Świece. Jasność. Zawsze ratowało ją przed upadkiem. I nigdy nie zdarzyło się, żeby umierała. Była bardzo silna. Mimo tego, że łatwo nie miała, wygrywała. Nie poddawała się. Uparcie pięła się w górę. Nie mogła upaść. To nie było w jej stylu. Kobieta pewna siebie, jak mało która. 
Wybuchała, czerwieniała, promieniała.
Opadła. 
Jej ciało było rozpalone, kolejna noc, w innym klubie.
Zimno stalowej rury, pomagało ochłodzić jej gorące ciało. Uwodziła ich. Ich wszystkich.
Podeszła do pierwszego lepszego. Z bujną czupryną, w średnim wieku, na oko około 45 lat. Nic specjalnego. Kryzys wieku średniego, będzie łatwo, pomyślała, przygryzła wargę i ruszyła po swój cel. 
          To nie było nic trudnego, zwłaszcza, że ten oblech miał ją już na oku dużo wcześniej. Przebyła dzielącą ich odległość i szepnęła mu go ucha podniecające słowa zapraszające do wspólnej zabawy, a następnie ruszyła na zewnątrz. On dopił swojego drinka i poleciał za nią, zostawiając kelnerowi mały napiwek. Wszyscy się za nią uganiali, bo wydawała się być niemożliwa. Była jak zakazany owoc, który kusił najbardziej tych zaobrączkowanych. Boska, zgrabna blondyna w obcisłej sukience, proponująca mu sex, o czym innym może marzyć mężczyzna po czterdziestce, gdy żona umyta, nie pozwoli się dotknąć? Więc płacą za przyjemność, gdy w domu nie mogą jej zastać. Mężczyzna zaprosił kobietę do motelu, i to on płacił za wszystko, za przyjemność i w miarę dobre warunki. Mimo iż wydawał się w porządku, tak na prawdę wiedziała, że w głowie ma tylko jedno, ale jest zbyt wstydliwy i nie wie jak zacząć.
W końcu to moja praca. Kolejne myśli przechodziły jej po głowie, podeszła do mężczyzny i powolnie zaczęła rozpinać jego koszulę. Widziała uśmiech na jego twarzy. Mimo tego iż nie był on zbyt atrakcyjny, jej oczom ukazała się silnie umięśniona klata. Położyła się na łóżko i zaczęła ściągać z siebie poszczególne części garderoby, złapał do czego kobieta dąży i zaczął jej pomagać. Nie minęło kilka chwil, a leżała całkiem naga, a on na niej przyssany do szyi.
                  Już po wszystkim. Odetchnęła z ulgą. Minęło sześć godzin, leżała z nim w łóżku. Jak najszybciej podniosła się, złapała swoją lekką, prześwitującą bluzkę i obcisłą, skąpą spódniczkę, po czym nałożyła na małe stopy buty. Klient na wyciągnięcie jej ręki wyjął z portfela pięć banknotów po czym włożył jej do kieszeni bluzki. Uradowana swoim zarobkiem ruszyła w stronę domu. 


,,Pojmujesz, że ją kochasz, gdy pozwolisz jej odejść
Zauważasz, że byłeś na szczycie tylko wtedy, gdy spadasz na dno
Nienawidzisz drogi tylko wtedy, gdy tęsknisz za domem
Pojmujesz, że ją kochasz, kiedy pozwolisz jej odejść
I pozwalasz jej odejść.''


                      Miała dopiero dwadzieścia pięć lat, a już była usiedlona z mężem o dziesięć lat starszym, którego dobrali jej rodzice według własnych potrzeb, gdyż był ich wspólnikiem w firmie, którą prowadzili. 
Właściwie to nie była już usadzona gdyż od niego odeszła. Zrobiła to pół roku temu. Wyprowadziła się do innego miasta, rzuciła wszystko co tam miała i poczęła zacząć życie od nowa. Nigdy nie wyobrażała sobie, że jej nowy start będzie wyglądał w ten sposób. Obskurne hotele, zdesperowani, napaleni na nią faceci i mizerne kluby, w których musi zarabiać. Nie miała wyboru. Ze zwykłej pensji, wystarczyłoby jej zaledwie na czynsz i pozostałe opłaty związane z mieszkaniem. German Castillo, jej mąż, a w zasadzie są już w trakcie trwania rozwodu. Bił ją, zmuszał do uprawiania seksu, znęcał się i wyżywał. Nie mogła wiązać przyszłości z kimś takim. On natomiast nieustannie jej szukał, prześladował i chciał aby znów była jego własnością. Zgodzenie się na to byłoby czymś poniżej jej godności. Gdy go opuściła popadł z alkoholizm, podobno kilka razy był na policji i w szpitalu psychiatrycznym. Te wszystkie obrazy, które mogła sobie tylko wyobrazić czasami przyprawiały ją o zaszklone oczy, ale umiała szybko się uspokoić i odwrócić swoją uwagę. 
                     Przemyła twarz zimną wodą, otarła ją ręcznikiem po czym przejrzała się w lustrze. Kobieta szatan. Nie mogło to do niej dojść, nie mogła zrozumieć dlaczego akurat wybrała taki styl życia. Czasami brało ją obrzydzenie, nienawidziła swojego ''często używanego'' ciała. Już dawna nie robiła niczego dla siebie. Nie miała kogoś kto naprawdę darzyłby ją uczuciem, opiekował się i rozumiał. Popierał jej decyzje na każdym kroku. 
-Chyba masz za duże wymagania, Angeles, otrząśnij się. - Mówiła sama do siebie. Zwariowałam.
                     Minął kolejny spokojny dzień, nic szczególnego, jak zwykle. Nie miała tu znajomych, chciała pozostać tu anonimowa, dlatego jedyną osobą, którą codziennie widziała to pani ze sklepu, nawet ją traktowała z dystansem. Jej dzień do godziny dwudziestej ciągnął się w nieskończoność. Patrzyła jak krople deszczu spływają po szybie, kot chodzi przy ulicy, oglądała telewizję, czytała trochę książek i szukała stroju na wieczór. To jak wieczność. Nagle jej serce stanęło, a rutyna została zaburzona. Pukanie do drzwi.
-Otwierać, policja. - Usłyszała mocne pukanie do drzwi i męski, potężny głos. Roztrzęsiona podeszła do drzwi, szarpnęła za klamkę, a na jej twarzy pojawiła się ulga i wściekłość. 
-Cholerni żartownisie! - Wrzasnęła na pół klatki po czym schowała się do środka mieszkania. Osunęła powolnie po drzwiach i nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. 
                       Weszła pod prysznic zmywając z siebie nudę dnia. Zmoczyła się zimną wodą, po czym zmywała pianę z włosów. To była jedna z jej ulubionych czynności. Mogła przemyśleć niektóre sprawy, tu miała chwilę ciszy. Tylko ona i jej myśli. Lubiła długie zimne zraszanie się wodą. Pomagała racjonalnie myśleć i przyjemnie orzeźwiała. Po danej przyjemności związała włosy w roztrzepanego koka, a ciało owinęła białym ręcznikiem, po czym wybrała się do swojej sypialni. Otworzyła szafę i wyjęła z niej wysokie czarne buty na obcasie, bluzkę na cieniutkich ramiączkach, która odsłaniała jej brzuch siateczką oraz po raz drugi obcisłą, bardzo krótką czarną spódnicę. Stanęła przed największym lustrem w domu. Mocno maznęła jej ulubioną, czerwoną szminką usta. Faceci lubili ten kolor, pociągał ich.
Na obu oczach namalowała równe kreski jej najciemniejszym eyelinerem. Oczy podkreśliła kredką, a rzęsy wydłużającą maskarą. Długie, złote włosy zakręciła delikatnie na lokówce, a zbędne pasma podpięła do tyłu. Dziś postawiła na elegancję. To też ją nakręcało do działania. Uwielbiała świetnie wyglądać, a swym wyglądem kusić innych. Narzuciła na siebie tylko bordowy płaszcz, po czym zatrzasnęła drzwi od domu ruszając w stronę klubu. 


,,Moja głowa jest pod wodą, ale oddycham swobodnie.
Jesteś szalona a ja tracę zmysły.''


       
              Zdjęła swój płaszcz, rzuciła go na kanapę i ruszyła do boju, stanęła przy jednej z rur i zaczęła zapuszczać wzrok na facetów, śliniących się na jej widok. 
Ten za stary, ten wygląda jak frajer, a tego nie wiem jak wpuścili do klubu, z szesnastolatkami tego nie robię. 
Powoli śledziła każdego, kto siedział w obrębie jej wzroku. Zobaczyła jednego, wyglądał na kogoś w jej wieku, może rok, maksymalnie dwa lata starszego. Miał delikatny zarost i zadbane brązowe włosy. 
Spodobał się jej. Jako jedyny w tym towarzystwie był przystojny. Przyglądała się mu kontem oka przez kilka minut, widziała jak co chwilę zamawia kolejnego drinka.
Podejdę, zanim całkiem będzie nieświeży. 
Wykonała kilka pewnych kroków, gdy podeszła do stolika przy którym siedział chłopak wszystkim innym oczy wyskoczyły z orbit. Nie mogli w to uwierzyć i większość po cichu miała nadzieję, że to właśnie ich wybrała. Usiadła koło przystojniaka, po czym położyła swoje nogi na jego kolanach. Podniósł wzrok i natychmiastowo otrzeźwiał. Dziewczyna wstała z miejsca i wskazała palcem na wyjście. Posłusznie podążył za nią. Prowadził ją do swojej dumy.
                  Dotarli do jego samochodu. Duży, luksusowy, to się jej podobało. Wsiadła do czarnej Audi, a po chwili dołączył do niej Pan Tajemniczy. Nie chciała się krępować, szybko przestąpiła z miejsca z tyłu samochodu, na środkowe, a później była już na mężczyźnie. Usiadła okrakiem i przyssała się do jego ust.
Czuła ich miękkość i ciepło. Lepszych nigdy nie miała zaszczytu spróbować. Pociągał ją. Lecz jej przyjemność nie potrwała długo, oderwał się od niej po czym przerzucił na siedzenie obok. 
-Nie przyszedłem po to. - Wymamrotał pod nosem. Na jej twarzy pojawiło się zniesmaczenie. 
-To po co wybrałeś się do takiego klubu? - Zapytała zdziwiona. W sumie była też zawiedziona, pierwszy raz trafił jej się taki klient. Przystojny, uwodzicielski. Nie wiedziała jak się zachować. 
-Kolega mi go polecił, a, że teraz wpadłem w dołek, musiałem coś ze sobą zrobić. - Oznajmił jej.
-Więc... Może ja mogę Ci jakoś pomóc? Wiesz, nie znamy się, nie będę Cię osądzać, po prostu wysłucham i postaram się pomóc. - Teraz na jego twarzy wymalowało się zdziwienie. - Jestem Angeles, ale mów mi Angie. - Powiedziała kobieta. Nigdy żaden inny mężczyzna nie poznał jej imienia, dla nich była zwykłą dziwką, z którą mieli ochotę na jeden, szybki numerek. 
- Federico. - Uśmiechnął się i podał przyjaźnie rękę.
-Więc... Federico. Powiedz co Cię gnębi i dlaczego zatapiasz swe smutki w kieliszku? - Zadała pytanie i posłała mu ciepły uśmiech. 
Czuła coś magicznego. 


,,Bo wszystko co we mnie kocha wszystko co w tobie.
Kocham twoje krągłości i wszystkie krawędzie, wszystkie twoje idealne niedoskonałości
Daj mi całą siebie, a ja dam całego siebie tobie
Jesteś moim końcem i początkiem, nawet jeśli przegrywam, to wygrywam''


           Obudziły ją promienie porannego słońca wdzierające się przez duże okno w jej sypialni. Była wypoczęta, jak jeszcze nigdy przedtem. Nim się podniosła, dotarły do niej informacje z niniejszej nocy. Nie przespała się z tamtym mężczyzną. Ona tylko mu pomogła. Rozmawiali? Jak mogła odpuścić sobie jedną noc pracy dla jakieś pijanego kretyna!? Ale w jego postawie, było coś, co nie pozwoliło jej działać swoimi zasadami. Jego oczy, nikt nigdy tak na nią nie spoglądał. Odkąd stała się, kim się stała, tak na prawdę z nikim nie miała przyjemności porozmawiać normalnie, o swoich uczuciach, problemach, wysłuchiwać drugiego, udzielać mu rad, wspierać się nawzajem. Zupełnie coś nowego. 
        Nie pamiętała, jak znalazła się w domu. Widziała jakby przez mgłę, czarny samochód, i tyle. Zapamiętała imię mężczyzny z którym rozmawiała. Federico. Takie piękne imię, przemawiało do niej pięknymi słowami. Zapytał, dlaczego zajmuje się prostytucją. Zapytała się jego, co sprowadziło go do ciemnego clubu. Odpowiedzi uzyskali, i może dlatego, tak bardzo Federico nie przypominał jej tylko zwykłego klienta? 
          Cały jej dzień poszedł na stracenie. Spędziła go na wylegiwaniu się. Na płakaniu w rozmyśleniach. Przyszły jej rachunki. Jak było wspaniale, tak stało się tragicznie. Zastanawiała się, skąd wytrzaśnie tyle pieniędzy, żeby utrzymać swoje niewielkie mieszkanie w bloku. Praktycznie nic nie jadła, tyle co jakieś tanie jogurty, ale przywykła do głodu, wiedziała, że wtedy przynajmniej nie straci dachu nad głową. A dla niej lepszym wyjściem, było się przegłodzić niż spać pod mostem.
         Kiedyś jej życie było zupełnie inne. Miała rodziców. Miała rodzinę. Ale kiedy za młodych lat, dowiedzieli się, że zaszła w ciążę a później usunęła swoje dziecko, najzwyczajniej w świecie wyrzucili ją z domu. Przez kilka lat mieszkała ze swoimi dziadkami, ale śmierć szybo ich dopadła, a nawet po tych wydarzeniach rodzice nie chcieli przyjąć jej z powrotem do domu. Jej ojciec był bardzo surowym człowiekiem. Nie cierpiał, gdy ludzie sprzeciwiali się prawu i religii. A ona właśnie ciągle łamała przepisy. Miała młodszą siostrę, oczko w głowie tatusia. Często nad tym myślała, może gdyby była ich jedynym dzieckiem, nie odważyliby się wyrzucić jej z domu. Miała ciężko, i tyle. Na studia nie miała szans. Na pracę tym bardziej. Nie miała nikogo kto mógłby jej pomóc, więc nauczyła się sama sobie radzić. Później pojawił się kolejny świr w jej życiu, który złamał ją po całości, jej były mąż, którego po latach wciskał jej tatuś i już totalnie ją zniszczyli. Wgnietli w ziemię by już nigdy nie była wstanie się podnieść. Ale ona się nie poddała. Ratowała się wszystkim tym co miała. Sobą. Nie żałowała swojej decyzji, przejrzała na oczy. Może gdyby podejmowała w przyszłości inne decyzje jej przyszłość wyglądałaby inaczej, ale nie chciała cofać czasu. Nie chciała cofać się do przeszłości, bo tamte wspomnienia bolały ją bardziej niż te obecne stany. 
          W nocy znów wyruszyła do swojego miejsca pracy. Jak zawsze, wywierała na innych wielkie wrażenie. Każdy jej pragnął, bo wydawało się im, że jest dla nich niemożliwa. A tak na prawdę, była tanią dziwką, która oddawała swoje ciało za pieniądze, by móc normalnie żyć. Tak jak każdy inny. By nie musieć ośmieszać się jako sprzątaczka na ulicy. By też mieć szanse normalnie żyć. 
          Rozglądała się gorączkowo po zatłoczonym klubie. Wszędzie same obleśne typy. Gdy widziała, jak usiłuje zwrócić na nią uwagę jakiś stary, tłusty mężczyzna, ale bogaty mężczyzna, aż jej się zbierało na wymioty. I właśnie w takich momentach nienawidziła samej siebie, bo nie mogła sama sterować swoim życiem, i móc jak ten typ, urządzać sobie podobnego typu atrakcji, ale jako zupełnie inna osoba. 
          Ruszyła dumnie przed siebie, tym razem z myślą pewnej szczęśliwej bajki w głowie. 


''Dziś mogę umrzeć z miłości,
Ratuj moje serce,
Zostań ze mną.''


          Kolejnej nocy, poprawiając makijaż w toalecie, zastanawiała się nad tym, czy słusznie postąpiła. Zarobiła, i to nie mało, ale czuła się źle. Jakby jej własne ciało przestało należeć już tylko do niej. Mężczyzna dzisiejszego wieczoru, zadowoliłby się z byle czego, był typem obleśnie bogatego kolesia. A biedna żona, pewnie niczego nieświadoma właśnie w tym momencie leżała oglądając jakąś tanią telenowelę. Angie głośno westchnęła i wyszła z pomieszczenia do gwaru tłumu imprezy. Wydawało jej się, że wszyscy się na nią patrzą, doskonale zdając sobie sprawę z tego co przed chwilą robiła. Nigdy nie traktowała sexu jako coś wyjątkowego. Jej przeszłość nie pozwalała jej tak uważać. Wyobraźnia podziała jej poprzedniego dnia. Ciągle widziała w niej Federico w roli jej rycerza na białym koniu, ale zdawała sobie sprawę, że nigdy więcej go już nie zobaczy. Miał szanse uratować swoje życie. Sama mu tak doradzała. Chciała komuś pomóc, by chociaż dzięki niej jedna osoba nie ponosiła tylko samych konsekwencji za swoje zachowanie. 
          I naglę, jak przez mgłę, zobaczyła twarz mężczyzny z którym rozmawiała. Patrzył na nią z obrzydzeniem. Wybiegła z klubu ze łzami w oczach. Rozglądała się gwałtownie, wyszukując jakiejś taksówki. Chciała jak najszybciej uciec. Zostawić dzisiejszy dzień za sobą. Zacząć nowy, kolejny, spokojny, w swoim łóżku. W pokoju, w ciszy. Samotnie, jak przez całe swoje życie. 
          Jak we śnie, poczuła ciepłą dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła się i ujrzała przystojnego chłopaka, któremu zwierzyła się ze swojego życia. W jej głowie, myśl krążyła wokół pięknej bajki, o księżniczce i księciu, który ratuje ją przed zniszczeniem i złem świata. Ale ona natychmiast otrząsnęła się z transu. Nie potrzebowała pomocy żadnego mężczyzny. To ona ich niszczyła. Wykorzystywała. Skubała z pieniędzy i dawała im chwilę najcudowniejszych przeżyć. Następnie ich porzucała. Pustych, tak jak jej dusza. Ale to ona wtedy cierpiała. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, jak wielkie ślady pozostawały na jej sercu. 
          Spojrzała mu prosto w oczy i strzepnęła jego rękę z ramienia. Zdziwiony, nie zdążył jej złapać, gdy zaczęła szybko się oddalać. 
  - Gdzie ty idziesz?! - Krzyknął za nią i dogonił, nim zdążyła zniknąć za skrzyżowaniem. 
  - Możesz za mną nie łazić? Masz swoje życie, możesz je naprawić. - Warknęła i szła nadal dumnie przed siebie nie odwracając się za nim. Czuła, że po tych słowach zostawi ją w spokoju. Ale bardzo tego nie chciała. Jej potrzebą było, przebywanie z nim, i rozmawianie. Tymczasem on westchnął głęboko i chwycił ją mocno za rękę tak, że nie mogła uwolnić się spod jego uścisku. Chciała krzyknąć, ale zasłonił jej usta wolną dłonią.
  - Przestań udawać, że nie chcesz mieć ze mną do czynienia. Odstawmy to co było wczoraj. Zabieram cię na spacer. - Popatrzyła się na niego bezbronnie, a wtedy opuścił rękę. Zastanawiało ją, co chce jej powiedzieć. Co chce zrobić. Zakuło ją serce, tak bardzo pragnąć, równocześnie odpychając przyszłość. 
          Zostań ze mną.

Oni zniszczyli mnie, a ja niszczyłam dalej.

          Przeszłość nigdy nie zostanie zapomniana. Pewne owoce nigdy nie znikają. A przeszłość nigdy nie odchodzi w zapomnienie. Można ją jednak rozpieścić i pozwolić dzięki niej wprowadzić piękną i szczęśliwą przeszłość, by już nigdy nie popełniać błędów z przeszłości. Być wszystkim, czym pragnie się być. Sobą. Bez ingerencji innych w Twoje życie. Własna historia jest bajką w której żyje każdy z nas. A każdy inny człowiek, niesie ze sobą coś zupełnie nowego do naszego życia.
          Federico stał się dla Angie kimś wyjątkowym. Spędzał z nią każdą wolną chwilę, sprawiając, że każdy jej dzień nie był już tak nudny. Wypełniał jej życie miłymi doznaniami. Pozwolił sobie czasem, na bliższy kontakt, w postaci drobnych pieszczot czy delikatnych pocałunków, a ona przeżywała nieznane dotąd uczucia i emocje. Zastanawiała się nieraz, kim dla niej jest Federico. Czy przez te miesiące wspólnie spędzonego czasu, może mu ufać. Ale on był dla niej wybawieniem. Przy nim czuła się bezpiecznie. Nie musiała już chodzić do klubów, bo on przelewał na jej konto pieniądze, troszcząc się o nią, nie wymagając niczego w zamian. Cieszył się, że może pomóc choć jednej kobiecie, która rzeczywiście potrzebuje pomocy. Jej zapłatą za jego hojność, były spokojne noce, które spędzała w jego objęciach. Nie zależało jej na seksie, chciała tylko, by zawsze był blisko niej. Wiedziała, że nie należy on do niej, tylko do innej, a ta świadomość niszczyła jej serce. 
  - Nie mogę z nią zerwać, bardzo bym tego chciał, ale wtedy... - przerwał na moment. - Boję się tego co będzie. - Wyznał, trzymając ją w objęciach i bawiąc się jej lśniącymi włosami. 
  - Nie powinieneś się bać, nie masz czego. Masz własną firmę. Masz pieniądze i one ci w życiu pomogą. Ale i tak, nigdy nie poklepiesz takiej biedy jak ja. Jesteś szczęściarzem Fede, nawet nie wiesz jakim. - Wyrwała go z zamyślenia i spojrzał na nią. Jej delikatną twarzyczkę, ciało, które samo nie umie walczyć z życiem, i potrzebuje pomocy. Jego pomocy. 
  - Masz racje, jesteś szczęściarzem, ale tylko dlatego, że poznałem ciebie. - Chciał ją pocałować, ale się odsunęła. Zdezorientowany spoglądał, jak siada na samym brzegu wielkiego łóżka, oddalając się od niego. - Co się dzieje? - Podniósł się pomału. 
  - Nie mogę tego zrobić Federico, masz już swoją kobietę, która na pewno się teraz o ciebie zamartwia. Więc może, powinieneś do niej wrócić. - Zabolały go te słowa. 
  - Czyli mówisz, że dopóki nie zacznę sterować własnym życiem, nie będzie mnie dla ciebie... - Nie odezwała się. Federico gwałtownie się podniósł i nim wyszedł, delikatnie musnął  ustami jej policzek. 
          On nadal będzie brnął do swojego zniszczenia.
          Jej nie będzie dla niego, tak jak jego dla niej. 
          Znów musi wracać do pracy.
          Szybko wskoczyła pod prysznic, bez namysłu ostro się umalowała i ubrała czerwoną sukienkę. Ruszyła w miasto, czując w sercu ból.

Tylko tam...
        
          Zimny wiatr muskał jej spocony kark. Ciemność i odludzie idealnie pasowały do tego miejsca. Było bardzo urokliwe, a panująca w nim cisza i spokój ratunkiem. Federico trzymał za rękę Angie, i prowadził ją w swoje magiczne miejsce. Znalazł ją we łzach przed klubem. Nie mogła nadal być tą samą osobą co parę miesięcy temu. Federico równocześnie zabił ją, jak i dał jej nadzieje. Nie chciała z nim pójść, bała się, że okaże się tym samym draniem z zimną krwią, ale on był inny niż wszyscy mężczyźni których znała...
          Ta cisza budowała ich relacje. Oboje pragnęli tylko jednego, by znów poczuć smak ust drugiego. Ale nie zdawali sobie jeszcze sprawy z prawdziwych pragnień ich serc. 
  - Kiedy miałem piętnaście lat, uciekłem z domu właśnie do tego miejsca. - Wskazał na mały drewniany domek skryty pomiędzy drzewami. - Wtedy byłem jeszcze gówniarzem, ale mimo tych lat, nadal uciekam do tego miejsca. Nie wytrzymuję presji jaką wywiera na mnie mój ojciec i nie jestem wstanie zrobić nic głupiego, co na pewno by mi pomogło i zmieniło moje życie. Dziś zrozumiałem coś bardzo ważnego, i zmieniłem całe swoje życie. Moja decyzja sprawiła, że jestem samotny, ale wreszcie szczęśliwy. To właśnie tylko twoje słowa mnie zmotywowały. Zerwałem z Vannesą, nie obchodzi mnie, że przez to moja rodzina nie będzie milionerami. Jesteśmy bogaci, i te pieniądze nam wystarczą. Są na mnie źli. Nie rozmawiamy ze sobą, ale wreszcie czuje się wolny. Pamiętam twoje słowa, o własnym życiu i prawie decydowania o sobie, dlatego chce ci dać taką szansę. Nigdy cię nie skrzywdzę, nie podniosę na ciebie ręki, ani nie będę zmuszał cię do tego, czego robić nie chcesz, tylko powiedz, że mnie pragniesz...- Spojrzał głęboko w jej oczy. Widział w nich nie tyle strachu, co zdziwienia. 
  - Chcesz przez to powiedzieć, że teraz chcesz dać szanse nam? - Uśmiechnął się i ujął palcami jej podbródka. 
  - Tak, właśnie to miałem na myśli. - Przygryzła dolną wargę. 
  - Ale ja nie jestem jak twoja była. Nie jestem dziewczyną z klasą. Jestem po prostu tanią... - Przerwał jej gorącym pocałunkiem. 
          Książę? 
         Księżniczka? 
  - Jesteś moją szansą, pamiętaj o tym. - Musnęła jego ust, a jej policzki pokryły się rumieńcem. 
  - Więc teraz... - zastanowiła się. - Masz jakiś koc? - Na początku był bardzo zdziwiony, ale zrozumiał co ma na myśli i szeroko się uśmiechnął.
  - Coś czuje, że nie będzie nam potrzebny.- Porwał ją w ramiona i przycisnął do siebie z całej siły. 
          Właśnie tam odnalazły swoje miejsce, ich serca. Księżniczka uratowała księcia. I właśnie tam spoczywali. Spali, a wraz z nimi ich dusza i serca. Już na zawsze. 
          


Od autorek: 



Witajcie, z tej strony Kathrina. Mam nadzieję, że One Shot przypadł Wam do gustu, gdyż był o dość nietypowej parze. Czy poradziłyśmy sobie z takim zadaniem? To już Wy musicie ocenić. Ja w głębi serca mam nadzieję, że Wam się spodobało i czytało to lekko i przyjemnie, tak jak nam go pisało. No i co mogę Wam jeszcze powiedzieć? Nie jestem dobra w pisaniu notek, w dodatku w nocy xd Proszę w swoim imieniu tak samo jak i Marceli, abyście zostawiali swoje opinie w komentarzach, bo bardzo na nie czekamy i myślę, że chyba każdy autor/autorka mnie rozumie ^^ Więc jak... My spotykamy się już za dwa dni w One Shocie o Lodogerro :3 Kocham Was :* Do później! ♥

A tutaj Marcela, dopuszczona do głosu :D
No więc, takiej pary, to ja sama bym nigdy nie wymyśliła, ale to dobrze, że dzięki Wam możemy rozwinąć naszą wyobraźnię, a to tak szczerze, chyba mój taki pierwszy raz kiedy piszę o takiej nietypowej parze :D Więc bądźcie wyrozumiali xD Zapraszam Was do kolejnej pracy Lodogerro za dwa dni. Strasznie mocno Was kocham ♥ 

piątek, 25 lipca 2014

{Zamówienie 005} Femiła || "Bez końca" Carmen E.

Tytuł: Bez końca
Para: Fedemiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, romans, obyczajowy
Przedział wiekowy: K



Dla Anonimka :3


Zazwyczaj w powieściach znamy początek historii i zatrzymujemy się w jej pewnym momencie, nie zastanawiając się, co było dalej - koniec nam wystarcza, jeżeli tylko jest szczęśliwy. Nie rozstrząsamy dalszej części, nie negujemy jej. A to przecież koniec jest bardziej istotny - on wieńczy wszystko. Nie początek, który wcale o niczym nie świadczy. I dlatego niektóre historie powinno się opowiadać od końca. Przewińmy więc jedną z nich.


Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii....
Umarła.
Osiemdziesięcioletnia staruszka właśnie opuściła świat żywych - nikogo nie powinno to dziwić, wszyscy powinni być na to gotowi. A jednak nie byli. Płacz wypełnił korytarz, kiedy mężczyzna w białym fartuchu poinformował rodzinę o tym, że nigdy więcej jej nie zobaczą. Jej dzieci, wnuki i trójka prawnuków zasmuceni siedzieli jeszcze przez chwilę w szpitalu, rozpamiętując poszczególne momenty z nią spędzone - a może myśląc o tym, że kiedyś ich też spotka śmierć - by niedługo później go opuścić.
I to był właśnie koniec tej historii.


2 miesiące wcześniej:


-Babciu, nie chcę żebyś nas zostawiała - powiedziała jej prawnuczka, dwunastoletnia Priscilla, tuląc policzek do jej nieruchomej dłoni. Chciała coś odpowiedzieć, jednak nie miała już na to siły. Życie wyczerpało ją doszczętnie - ale też uszczęśliwiło i obdarowało najwspanialszą rzeczą, jaką może tylko posiadać człowiek - rodziną.
-Pris, daj babci odpocząć - w pokoju pojawiła się matka dziewczyny i delikatnie wyprowadziła ją, popychając za ramiona. Martwiła się o córkę, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy - ktoś umiera, ktoś za nim płacze, ktoś nowy pojawia się na świecie. Niesprawiedliwy system, rytuna, której ludzie bali się najbardziej na świecie.
Została sama, z własnymi myślami, które ledwo dawała radę utrzymać w swej głowie - gotowe były odlecieć, gdyby tylko na dłuższa chwilę zamknęła oczy. Ale ona nie chciała spać. Wiedziała, że to ostatnie dni czy tygodnie jej życia. I pragnęła po prostu wspomnieć wszystkie dobre i złe chwile, które miały w nim miejsce. By celebrować dar jakim było przebywanie na tym świecie - dar, którego tak wielu nie doceniało.
Nie czuła się tak osamotniona od śmierci swojego męża. Jednak wiedziała, że oni nie potrafią jej zrozumieć. Nawet jeżeli by chcieli. Dzieliła ich różnica pokoleń i - przede wszystkim - lata doświadczeń, których oni nie mogli sobie dopisać, a ona nie mogła ich wymazać. Została więc sama, bez osoby, która byłaby w stanie do niej dotrzeć. Czuła miłość, która ją otaczała, jednak zdawała się nie wdzierać do środka niej. Omijała ją niczym rwąca rzeka. Płyneła dookoła, stykała się z nią, jednak nie docierała do środka jej ciała. I nikt nie mógł na to nic poradzić.


2 lata wcześniej:


-Nie chcę go żegnać! - oznajmiła staruszka siedząca na wyniszczonym, wiklinowym fotelu. Nie płakała. Nie okazywała w ogóle żadnych emocji. Powtarzała tylko wszystkim, że pożegnanie oznacza koniec czegoś - więc powie mu tylko 'do widzenia', co zrobiła w szpitalu, gdy umierał, i nawet nie pojawi się na pogrzebie. Bo pogrzeby są tylko dla żywych. Co niby za różnicę robi osobie umarłej to, czy przyjdzie się z nią pożegnać dwie osoby czy pięćset? Gdy iskierka jego życia gaśnie już więcej nic dla niego się nie liczy.
-Mamo, proszę... - blondwłosa kobieta z twarzą prawie bez żadnej zmarszczki zaprotestowała, jednak nie gwałtownie. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeżeli jej rodzicielka coś postanowi to dyskusję z nią są całkowicie bezsensowne.
-Oj, już tu mi nie strzelaj fochów. Idźcie jeżeli chcecie. Mnie dajcie spokój – kiedy jej córka wycofała się nieco z pokoju krzyknęła jeszcze za nią – Ale mogłabyś mi przynieść krzyżówki i herbatę! Najlepiej brzoskwiniową … - dodała po chwili zastanowienia. Młodsza kobieta wyszła z pokoju podziwiając hardość ducha matki. Nie wiedziała, jak poradziłaby sobie ze stratą Javiera, czy którejkolwiek ze swoich córek. Nie wiedziała tylko, że starsza kobieta cierpi, kryjąc ból w sobie. Straciła osobę z którą spędziła sześćdziesiąt jeden lat życia i nie umiała się z tym pogodzić. Zdawała sobie tylko sprawę, że w końcu nadejdzie i na nią czas, a wtedy znów spotka swojego Federico – młodego i przystojnego. Takiego, jakiego znała jeszcze za czasów liceum.
Dotknęła swojego policzka. Obwisła skóra uciekała jej pod policzkami. Uśmiechnęła się sama do siebie wiedząc, że to nie potrwa długo. Nie będzie długo tęskniła. Jest już stara...


Dwanaście lat wcześniej:


-Pośpieszcie się! - zawołała podekscytowana Marika, okrywając matkę płaszczem i pomagając ojcu dźwignąć się z fotela. Ludmiła odsunęła jej ręce, cicho prychając. Nie lubiła jak ktoś jej pomagał. Czuła się całkowcie sprawna i – póki mogła – chciała radzic sobie sama. Różwnież nie podobało jej się to, że własna córka ją pośpiesza. Rozumiała, że ma urodzić jej się zaraz pierwsza wnuczka i zostanie babcią pierwszy raz w życiu, jednak granice rozsądku powinny jej podyktować, jak zachowywać się inteligentnie. Niestety, albo stety, Marika odziedziczyła po ojcu włoską krew, włoską namiętność i włoską pobudliwość.
-Chodź, Lu, zostaniemy pradziadkami – poczuła rękę męża w swojej dłoni i uśmiechnęła się do niego delikatnie. Martwiła się o niego, ze względu na ciągłe choroby, jednak nie dawała po sobie tego poznać – wiedziała, że on tego nie chce, tak jak i ona by nie chciała.
Wyszli z domu na podwórko, gdzie ich zięć czekał już w samochodzie. Również był podekscytowany, jednak nie rozgłaszał tego naokoło, jak jego żona. Siedział spokojnie na fotelu kierowcy i przypatrywał się teściom, idącym spokojnie dróżką i nie śpieszącym się tylko po to, by dogryźć córce. Javier uśmiechnął się pod nosem marząc o tym, żeby jemu i Marice też tak dobrze ułożyło się przyszłości – żeby tak jak ta para nigdy nie przestali się kochać. Byli jego wzorem do naśladowania, jeżeli chodzi o miłość i podziwiał ich, jak nikogo innego. Tym bardziej, że sam pochodził z rozbitej rodziny.
-Jedziemy! - zarządziła ich córka, zatrzaskując drzwi za rodzicami i siadając obok swojego męża. Przez całą drogę obgryzała paznokcie, czego nie robiła od kiedy skończyła dwanaście lat. Ludmiła uśmiechnęła się porozumiewawczo do Federico. Na szczęście droga nie była długa, więc końcówki paznokci Mariki zdołały przetrwać.
Kobieta praktycznie wbiegła do szpitalu, przepychając się korytarzami. Później było tylko czekanie na jakieś wieści. Długie czekanie... Tylko po to, by kilka godzin później usłyszeć:
-Gratulacje, zostaliście pradziadkami – i zobaczyć pierwszy raz ukochaną prawnuczkę – Priscillę.


Pięćdziesiąt dziewięć lat wcześniej:


-I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci – usłyszała z ust swojej najlepszej przyjaciółki słowa skierowane do jej partnera, którego zdawała się kochać nad życie. Ludmiła wiedziała, że zaraz nadejdzie i jej kolej na złożenie przysięgi – jednak była spokojna, opanowana – pewna swojej decyzji – jak niczego innego wcześniej. Spojrzała w oczy Federico i dosłownie się rozpłynęła. Zdało jej się, że to właśnie w jego oczach zakochała się najpierw. Patrzyły na nią wtedy tego dnia, gdy się poznali, z bardzo bliska. I ta odległość jej nie przeszkadzała, chociaż wtedy w ogóle się nie znali. Uśmiechnęła się, wiedząc, że teraz wszyscy zgromadzeni w kaplicy będą zastanawiali się o co chodzi, jednak nie zwróciła na to uwagi. Była taka szczęśliwa... Że chyba bardziej już nie mogła. Położyła jedną dłoń, prawie niewidocznie, na swoim brzuchu – jeszcze płaskim. Jednak Fede zauważył jej ruch i uniósł pytająco brwi. Skinęła głową, zastanawiając się, jaka będzie jego reakcja. Diego i Natalia skończyli wymawiać przysięgę, kiedy rzucił się w jej stronę i chwycił w ramiona, by złożyć na jej ustach pocałunek, nie zwracając uwagi na księdza, który próbował go powstrzymać i wyjaśnić, że takie rzeczy dopiero po przysiędze.
-Kocham Cię – wyszeptał jej jeszcze do ucha, zanim Diego zdążył go od niego odciągnąć, śmiejąc się z przyjaciela.
-Wiem... - odpowiedziała szeptem, którego nie mógł usłyszeć. Jednak to nie było ważne.


Sześćdziesiąt lat wcześniej:


-Zgadnij kto? - poczuła palce na swoich powiekach. Jednak nie musiała długo się zastanawiać – zbyt dobrze znała ten głos i ten dotyk, by się pomylić.
-Fede, przestań się wygłupiać – powiedziała i poczekała aż przeskoczy ławkę i usiądzie obok niej, by go pocałować. Czuła, że nigdy jej się to nie znudzi. Że mogłaby to robić w nieskończoność.. Mężczyzna odsunął się od niej na wyciągnięcie ręki i uśmiechnął się rozbrajająco, jakby coś przeskrobał. Chciała go zapytać o co chodzi, jednak nie zdążyła.
-Diego i Natalia się dzisiaj zaręczyli – blondynka ucieszyła się szczerze, ta dwójka kochała się od dłuższego czasu. Poza tym uwielbiała swoją przyjaciółkę i dzieliła z nią każdą radość i smutek.
-Diego coś wspominał kiedyś, że ten moment się zbliża, ale nie wiedziałam, że to już.
-Lu... - Fede dotknął jej policzka opuszkami palców i spojrzał jej w oczy – Też chciałem zadać Ci pewne bardzo ważne pytanie... - poczuła, jak serce podskoczyło jej gardło, czekając co nastąpi dalej, gdy chłopak uklęknął obok ławki i z kieszeni wyjął małe pudełeczko.
-Wyjdziesz za mnie?


A to był jej początek. Może nie historii ich miłości – bo miłość pojawiła się wcześniej – ale etapu ich życia, który spędzili razem. Nie cofniemy się dalej w przeszłość, gdyż ona nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że spełnili obietnicę. Żyli ze sobą w miłości do samej śmierci. Darząc się szacunkiem. Będąc sobie wiernymi. I nie potrzebując niczego więcej poza sobą nawzajem.
I chociaż sensem tej historii było jej zakończenie to jedno jest pewne - pomimo śmierci ich miłość będzie trwała.

Bez końca. 

______________________________
I to by było chyba na tyle :D Wybaczcie opóźnienie, zwyczajnie nie miałam internetu ;/ Femiła miała być patologiczna, a w końcu zmieniłam zdanie i oto jest - całkiem normalna ^^ Oczywiście zapraszam na wszelkie poprzednie, jak i przyszłe OSy, które sa i będą genialne *o*
Do zobaczenia przy kolejnym OSie
Kocham Was <3
Carmen E. 

niedziela, 15 czerwca 2014

{008} Lenarico || "Połączyła nas Pizza" - Carmen Elizabeth

Tytuł: Połączyła nas pizza
Para: Lenarico (Lena & Federico), Naxi (Natalia & Maxi)
Gatunek: Fantasy, komedia, na faktach
Przedział wiekowy:  M (ryje psychikę, biczys)





-Poproszę pizzę na grubym cieście z podwójną porcją sera i... - zawahała się, spoglądając na szeroki wybór dodatków, który widniał tuż przed jej oczami, zapisany małym drukiem na ulotce, którą dostała tego dnia od jakiejś młodej dziewczyny, idąc sobie zwyczajnie miastem. Nie była fanką pizzy. Ale nie miała ochoty niczego gotować, a ulotka wyglądała naprawdę zachęcająco. Więc zadzwoniła - Pieczarkami. Może pan też dodać odrobinkę salami i ... trochę bazylii? - usłyszała dźwięk wstukiwanych do komputera słów. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że te kilka słów może zmienić jej życie na zawsze. 

-No słuchaj, to całkiem logiczne! - odezwała się, kiedy przeżuwał kolejny kęs. Spojrzał spod przymrużonych oczu niezbyt świadomy, czy przypadkiem nie śni dopóki nie podniosła się i nie stanęła na biurku jakby nigdy nic - Ty kupujesz pizzę, żresz ją i myślisz: Ojej, wszystko będzie super. Ale nie jest super! Wcale nie jest super. Rozumiesz - mówiła coraz szybciej, a jemu zaczynało wirować w głowie, więc nie był pewien, czy naprawdę dobrze rozumie wypowiadane przez nią słowa - Ty, stary, żresz moich braci. Że Ci nie wstyd - podskoczyła w miejscu i obróciła się z gracją, pełna wdzięku - Zaraz mnie też pożresz, wiem to, bo po co Ci przyjaciele, nie? Ogar. Pizze nie mówią. Zwariowałeś do reszty! I mówi Ci to pizza. Lepiej posłuchaj. 

-Jezu, ile można czekać - mruknęła, patrząc na zegarek. Minęło półtora godziny od kiedy zamówiła swój obiad, a on nadal nie dotarł. Zirytowana sięgnęła po telefon i zadzwoniła do pizzerii. I, oczywiście, musiała mieć to szczęście, że akurat zepsuł im się samochód i mogła odebrać jedzenie tylko na miejscu.

-Głodny jestem - mruknął, klepiąc się po brzuchu i rzucając na kanapę - Mogę Cię zjeść? - spytał prosząco, patrząc na pizzę biegającą po komodzie w tę i z powrotem. Zatrzymała się i spojrzała na niego jak na idiotę. 
-Jasne! Jedz, oczywiście - a kiedy poderwał się do pionu wrzasnęła - To był sarkazm, ty buraku!!! Czy ty nie masz uczuć? Nie odpowiadaj, pewnie kalafiora też byś zjadł. 
-Obrażasz mnie w tym momencie! Szkalujesz mnie! Narażasz moje dobre imię na szwank! NIGDY nie zjadłbym kalafiora i dobrze o tym wiesz - gestykulował tam zamaszyście, że wazon stojący na stoliku zachwiał się niebezpiecznie po czym upadł z wielkim hukiem na ziemię, rozpadając się na miliardy maleńkich kawałeczków - Kalafior jest zbyt zdrowy. A teraz jeszcze przez Ciebie matka mnie zabije... 
-Co robisz? - spytała, zaniepokojona, widząc, że kieruje się w stronę drzwi.
-Idę zjeść Twoich kuzynów - mruknął i ze mściwą satysfakcją usłyszał jej cichy jęk przerażenia i zobaczył przestaszone oczy - I kuzynki.

-Dwudziestaka poproszę - oznajmił niski chłopak w czapce, podając jej karton od pizzy. Uśmiechnęła się do niego i wręczyła mu pieniądze.
-Dzięki.
-Moja praca - obrócił się dookoła własnej osi, pstryknął palcami w jej stronę i odszedł w stronę kuchni. Poczuła zapach ulatniający się z pudełka i doszła do wniosku, że równie dobrze może zjeść na miejscu. Mniej chodzenia. No i ... Była porządnie głodna.

Wbiegł do prawie pustej pizzeri, rozglądając się dookoła. Za kasą nie stał nikt - a on potrzebował pizzy. On jej wręcz p r a g n ą ł. To było coś więcej. Łaknienie, którego nie mogło zapokoić poza nią. 
-Błagam, podziel się! - rzucił się na miejsce obok małej blondynki, która zabierała się właśnie jedzenie. W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami i wskazała na karton, dając mu nieme pozwolenie. Nie wahał się długo... 

-A więc... - zaczęła, spoglądając na puste pudełko i chłopaka opartego o krzesło, z rękoma założonymi na brzuchu - Musiałeś być bardzo głodny - chociaż musiała przyznać, że i jej niezwykle zasmakowało zjedzone danie i miała ochotę zamówić kolejną porcję.
-Och, to też - odparł, machając ręką i podnosząc się do przyzwoitej pozycji - Ale ja po prostu musiałem się zemścić na mojej towarzyszce, która mnie obrażała.
-Co powiedziała? - spytała, zaciekawiona, spoglądając na przystojnego chłopaka, który przed chwilą zjadł trzy czwarte jej pizzy. Zaintrygował ją, a miłośc jaką darzył (od tej pory) jej ukochane danie powodowała tylko, że chciała wiedzieć o nim więcej.
-Że zjadłbym kalafiora - zaśmiała się, kiedy tupnął nogą i zrobił minę obrażonego dziecka - Co jest totalnym pomówieniem, bo kalafiory są zdrowę, a ja takich rzeczy nie jem.
-To oczywiste - zgodziła się. W tym samym momencie za ladą pojawił się chłopak w czapce. - Jestem Lena.
-Ja Federico. Co powiesz na jeszcze jedną pizzę?

Tej dziewczynie mógłby stawiać pizzę codziennie. Bo podzieliła się z nim jedzeniem. To musiała być miłość - był o tym całkowicie przekonany, kiedy stał przy ladzie, czekając aż nieco nieogarnięty kasjer zapisze jego zamówienie. 
-Pizza łączy ludzi - powiedział sam do siebie, w rozmarzeniu patrząc na dziewczynę siedzącą przy stoliku i piszącą SMSa. 
-To prawda. Pamiętam jak moją dziewczynę poznałem na festiwalu hawajskiej - rozmarzył się, opierając o blat - Natalia stała tam z rozwianymi włosami i prosiła o dodanie ananasa. Wiedziałem, że to musi być miłość! 
-O matko, co za cudowna historia! - Federico poczuł, jak z oczu wypływają mu łzy, więc szybko otarł je leżącymi na blacie chusteczkami - Naprawdę. Poruszająca... - pociągnął nosem - Myślisz, że to kobieta dla mnie? 
-Słuchaj człowieku! Jeżeli podzieliła się z tobą pizzą... - chłopak położył mu dłoń na ramieniu - To lepszej już nie znajdziesz. 


* * * * * * * * * * * * * 

Kilka miesięcy później

* * * * * * * * * * * * *

-Przecież Cię uwielbiam - usłyszała głos dochodzący z jego mieszkania i zamarła z ręką na klamce. Do kogo mógł mówić? - Nie zostawiłbym Cię dla pierwszej lepszej... - pchnęła drzwi i weszła po cichu do pomieszczenia - Jesteś bardzo ważna w moim  życiu.
-Chyba nie wystaczająco! - skrzekliwy głos dotarł do jej mózgu i spowodował nieprzyjemne ukłucie. Kim była ta osoba? 
-Nie miej do mnie wyrzutów! Przecież wiesz,  że bym Cię nie zdradził! - tego było za wiele. Wybiegła z mieszkania Federico, trzaskając z całych sił drzwiami. Miał inną... 


-Lena! - krzyk. Później kolejny. Tupot stóp. Wiedziała, że ją dogoni, był od niej sporo szybszy. 
-Poczekaj! - poprosił. Odwróciła się na pięcie i spojrzała na jego rozgorączkowaną twarz. 
-Z kim? Powiedz mi: z kim? - prosiła o odpowiedź. Potrzebowała jej. 
-To nie tak jak myślisz! To jedna z tych chodzących pizz...
-Czemu mam Ci uwierzyć? One istnieją tylko w legendach. A więc? Czemu? - spytała
-BO CIĘ KOCHAM! - powiedział, ciągnąc ją za dłoń w swoją stronę i przyklękając na jednym kolanie - Prawie tak jak ten kawałek pysznej pizzy - w jego ręce znikąd pojawiła się pizza ociekająca wręcz stopionym serem w którą natychmiastowo się wgryzł i kontynuował z pełnymi ustami - Jesteś jak symfonia smaków: gyrosa z kukurydzą, a Twoje oczy są niczym drobne kawałki brokułów pływające w sosie serowym. - spojrzał na nią wyczekująco, a na jej policzkach pojawiły się pierwsze łzy.
-Czy ty... - zaczęła, czując jak jej głos się załamuje - Czy ty zgodzisz się... Pójść... Z-ze mną na pizzę? - chłopak chwycił ją w ramiona, co wydawało się być ostateczną odpowiedzią.
I w ten oto sposób dwójkę ludzi połączył cud pizzy.


Od autorki: No cześć, długo balowałam na dzikach i całkiem zdziczałam (muahaha, dzika sarna ;>) toteż macie to coś powyżej. Be haaapppy :3 Nie mam nic do dodania (chyba), ale sobie pogadam, bo każdy gada, to ja też. No to ludzie WPADAĆ NA NASZEGO ASKA, bo nie mam komu odpisywać i mi smutno >>> Tutaj link <<<. Poza tym nie martwcie się tym czymś na górze, następnym razem kogoś zabiję, czy coś i będzie normalniej (dobra, takie słowo w moim słowniku nie istnieje, ale co tam ^^)

I tak na koniec, żart tematyczny - sama wymyśliłam:

Co mówi Sara, patrząc na zegarek? 

.
.
.
.
.
.
.
.
.
Ale ten czas gna, jak dziki 

TA BUM TSSS.... 
Dzięki za uwagę,
Wasza Carmen E. - mistrz żartu :D 

Ach, no i zapraszam na pierwsze zamówienie, które napisane zostanie przez Asię i Olę, a później OS Jenny :3 Zakładam, że te OS przed moim wszystkie już przeczytane ^^