Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Songfic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Songfic. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2014

{Zamówienie 011} Leonaty, Diegara || "Kreski" - Carmen E.

Tytuł: Kreski (Dashes)
Para: Leonaty (Leon & Naty), Diegara (Diego & Lara)
Gatunek: Dramat, Songfick, Obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)

Uwaga: Nietypowy styl pisania, bardzo krótki.



Dla panny Martin (Leonaty) i dla Kasi (Diegara).

Może pewnego dnia powrócę tutaj, 
Może pewnego dnia będę potrafił kochać cię tak, 
Jak powinienem.
-Tyler Ward "Dashes"

Natalia
Larissa

Pierwszego dnia nie poczuła dosłownie nic. Patrzyła przed siebie obojętnie, nie zwracając na niego uwagi.
Pierwszego dnia nie zmieniło się. Po prostu do jej życia dołączył ktoś nowy. Do teraz obcy. Ale takie rzeczy się zmieniają. 

Drugiego dnia w ogóle go nie widziała na co nie zwróciła uwagi. Obcy. Nieznajomy. Nowy.
Drugiego dnia spojrzała w jego brązowe oczy i uśmiechnęła się, niepewnie. Odpowiedział takim samym gestem. Nadal nic... 

Trzeciego dnia spotkała go w kawiarni, siedzącego przy jej ulubionym stoliku. Dosiadła się. Było tłoczno.
Trzeciego dnia oficjalnie przedstawił ich sobie jej kolega. Wymienili pare słów. Bywa. 

Czwartego dnia przywitał się z nią na korytarzu na uczelni, mijając ją w pośpiechu. Już znała jego imię. Leon.
Czwartego dnia nie zdarzyło się nic ważnego. 

Piątego dnia wyszła na imprezę z przyjaciółką, na której był on. Zatańczyli razem jeden taniec. Nic więcej i nic mniej.
Piątego dnia siedziała w salonie ucząc się na egzamin, kiedy dostała SMSa. Od niego. Pierwszego. Po raz pierwszy coś w niej drgnęło. 

Szóstego dnia nie wychodziła nigdzie z domu. Przyszła do niej druga przyjaciółka, spędziły razem dzień.
Szóstego dnia spotkała się z przyjaciółką. Znów napisał - ucieszyła się. 

Siódmego dnia pomyślała o nim pierwszy raz, zdając sobie sprawę, że był naprawdę czarujący. Nic nie powiedziała.
Siódmego dnia umówiła się z nim na kawę. Spędzili razem kilka godzin po czym odprowadził ją do domu, na pożegnanie całując w policzek. 

Ósmego dnia spotkali się na zajęciach, tak samo jak tydzień wcześniej. Tym razem nie był już obcy.
Ósmego dnia nie zobaczyli się. Zadzwonił. Ucieszyła się. 

Dziewiąty dzień przyniósł zaskoczenie - zaprosił ją na obiad. Zgodziła się.
Dziewiątego dnia nie mogła przestać już o nim myśleć, zastanawiając się, czy człowiek może się tak szybko zakochać. 

Dziesiątego dnia spotkała się z przyjaciółką i opowiedziała jej o Leonie. Tamta powiedziała jej, że również spotkała kogoś, kto może okazać się kimś naprawdę ważnym.
Dziesiątego dnia powiedziała o nim przyjaciółce i napisała do niego pierwsza. Co to było? 

Nie widzieli się jedenastego dnia. Czekała na umówione spotkanie.
Jedenastego dnia spotkała go w parku. Rozmawiali o wszystkim i niczym. Nie mogła przestać patrzeć mu w oczy. 

Dwunastego dnia spotkali się w restauracji. Poznała go lepiej. I z każdą rozmową poznawała lepiej.
Dwunastego dnia nie widziała go. 

Trzynastego dnia zadzwonił do niej. Rozmawiali ponad pół godziny. Cieszyła się każdą sekundą.
Trzynastego dnia umówili się na spacer. Przeszli pół miasta, nie zwracając na to większej uwagi. 

Czternastego dnia nie wydarzyło się nic niesamowitego.
Czternastego dnia zdała sobie sprawę, że zaczyna jej na nim poważnie zależeć. 


...


Trzydziestego piątego dnia pocałował ją pierwszy raz. Niepewnie. Odwzajemniła pocałunek, prawdziwie szczęśliwa.
Czterdziestego dnia powiedział jej, że ją kocha. Ona też go kochała. 

...

Sześćdziesiątego dnia powiedział, że nie wie, czy jest gotowy na związek.
Sześćdziesiątego dnia w trakcie spotkania z nim dostała smsa od przyjaciółki. Pożegnała się szybko i ruszyła do Natalii. 

Wiem, że to wygląda jakbym uciekał, 
Nigdy nie powiedziałem, że to co mamy tutaj
Było złe
~Tyler Ward "Dashes"

Sześćdziesiątego trzeciego dnia powiedział, że musi odpocząć i wyjeżdża. Opuścił ją tuż po tym, jak zdała sobie sprawę, że jest dla niej najważniejszy. Postawił kreskę na ich związku. Zapytała, czy to koniec. Powiedział, że nie wie.
Siedemdziesiątego dnia spytał ją czy zechce poznać jego mamę. Zgodziła się. Dla niego zrobiłaby wszystko. 

Siedemdziesiątego piątego dnia zadzwonił. Z nadzieją odebrała. Mimo, że ja porzucił tęskniła. Chciała, żeby wrócił. Powiedział, że chce zakończyć ich związek. Postawił grubą kreskę, której już nic nie mogło zmazać.
Osiemdziesiątego dnia poznała jego matkę i młodszą siostrę. Pokochała je od razu. Prawie tak samo jak jego. 

Może jeżeli wszystko się zmieni, 
Znajdę swoją duszę,
Nawet jeżeli pójdę sam...
~Tyler Ward "Dashes"



Trzysta osiemdziesiątego dnia zapytał jej czy za niego wyjdzie. Ze łzami w oczach odpowiedziała, że tak. 

Niektóre historie mają szczęśliwe zakończenia, inne niekoniecznie...

Z każdym dniem stawiasz kolejne kreski na tym, co między nami było. Z każdym dniem coraz bardziej zamazujesz to, co miało miejsce. Z każdym dniem widzę coraz mniej przeszłości. Jednak nadal coś tam jest. Coś za czym tęsknię. 

Czterechsetnego dnia zadzwonił dzwonek. Otworzyła drzwi i zobaczyła jego. Stojącego tak i wpatrującego się w nią.
-Minął prawie rok...
-Przepraszam...
Cisza. Nie potrafiła sama sobie zaufać. Co miała zrobić? Cofnąć się do przeszłości czy iść dalej?
-Idź dalej, weź mnie ze sobą. Podrzyj tę kartkę, zapiszmy kolejną...
Tyle słów... Tyle kresek. Za dużo?


Od autorki: Że coś powinnam tu napisać... Wybaczcie takie dziwactwo, ale po 1: miałam ochotę napisać coś innego, po 2: pisałam to dzisiaj, bo ... no cóż, jakoś tak wyszło, po 3: nic nie widzę, ślęczę 15cm nad klawiaturą. Rozwaliłam znowu okulary ^^, po 4: mam dużo rzeczy do napisania, po 5: nie umiem nic konkretnego napisać. Więc tak wyszło ;)
Zapraszam Was na kolejne i poprzednie OSy, które są i będą lepsze od mojego czegoś ^^

PS. Przepraszam, że dwa zamówienia w jednym, ale w grafiku nam sie nie mieściły OSy, więc takie rozwiązanie wymyśliłam :D 

sobota, 19 lipca 2014

{Zamówienie 003} Pablangie || "Drzazga" - Tears in Heaven

Tytuł: "Drzazga"
Para: Pablangie. (Pablo & Angie)
Gatunek: Dramat, psychologiczny, romans 
Songfic (Deep Purple - "Perfect Strangers")
Przedział wiekowy: T



Dla Laverne.


         Zapisana w gwiazdach, opleciona srebrnymi nitkami domysłów, krucha jak szkło.
Jest.
         Po dziecinnemu naiwna i śmiertelnie poważna.
Była.
         Płynąca pod skórą, wypalona w krwiobiegu, wtłoczona aż do serca.
Będzie.

- Spróbuj nazwać, czym jest miłość - nie używając fachowych określeń. Spróbuj z prostych słów stworzyć jej definicję.
- Sensem?
Bywa nieracjonalna.
- Celem?
Nie zawsze warto do niej dążyć.
- Poszukiwaniem?
Ale ona sama znajduje.
- Szczęściem?
Od kiedy szczęście utożsamia się z bólem?

- Drzazgą.
Milknie zaskoczony.

_________________________________________________________________________________
Często słucham, jak deszcz układa na szybach drżące melodie. Uderza w szkło tysiącami kropel, wiążąc ich delikatne jęki w brzęczący, monotonny lament. Po przezroczystej scenie pląsają samotne diamenty, rozpaczliwie wijące się między innymi, by przetrwać jak najdłużej; prędzej czy później wszystkie spływają na sam dół, wsiąkając w czarne fugi białych ram jak łzy.
Czerń i biel, jak nasza miłość? Kiedyś była najjaśniejszym diamentem, odbijającym światło pod każdym kątem. Teraz - mglistym wspomnieniem, czarnym jak węgiel.
Nie była.
Nadal j e s t.


"Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko."
~Pieśń nad Pieśniami~


Dlaczego pozwoliłeś jej upaść?
Diamenty nie pękają, ale serca tak.

- Uważaj!
Słyszy wołanie, ale nie zwraca na nie uwagi. Zaciska tylko mocniej brudne ręce na szorstkim włóknie sznura, który zostawia na delikatnej skórze czerwone ślady. I leci, leci w przestworza, próbując dotknąć krawędzi nieba, kołyszącego się nad głową.
- Angie, spadniesz. - Przez troskę w jego głosie przebija złość, ale ona nie lubi rozkazów. Nigdy nie lubiła.
- Nie spadnę. - Wychyla się jeszcze bardziej w tył, w przód. Huśtawka wznosi się niemal do poziomu, oddala od ziemi coraz bardziej. Trochę już kręci jej się w głowie, ale na przekór jemu kołysze się dalej na stojąco.
- Uważaj! - woła jeszcze raz, a potem zrezygnowany staje w bezpiecznej odległości, patrząc na jej wygłupy. Zabawa znudziła się jej już dawno, więc wreszcie postanawia ją zakończyć. Wyłapuje moment, w którym jest najmocniej wychylona do przodu - i wypuszcza sznurki z rąk, leci - wpadając prosto w jego wyciągnięte ramiona. Siła upadku odbiera im obojgu oddech, przez dłuższą chwilę więc leżą na trawie, zastygli w tej niezręcznej pozie. Nie jest ciężka, ale chłopak pod nią długo nie umie wykrztusić ani słowa, oszołomiony nagłym uderzeniem. 
Wreszcie zaczynają się śmiać, a on zamiast zganić - przytula ja do siebie mocniej, nie bacząc na kościste łokcie wbijające mu się w żebra. Głaszcze jasne, rozsypane w nieładzie włosy, składa na czubku jej głowy ostrożny pocałunek. A ona wtula się w niego kompletnie odruchowo i leży - z lśniącymi oczami, z urywanym oddechem i buzią zaczerwienioną z wysiłku.
I jest im dobrze.


Czasem spoglądam w nocne niebo, szukając konstelacji, które kiedyś nazywaliśmy po swojemu. Nasz Skorpion nie pokrywał się z prawdziwym Skorpionem, ale za to miał prawdziwe szczypce i ogon z kolcem jadowym. Razem wytyczaliśmy szlaki, rysowaliśmy niewidzialne niteczki, rozpięte pomiędzy jedną gwiazdą a drugą. Razem wymyślaliśmy nowe nazwy, odkrywaliśmy bezmierną przestrzeń po kawałeczku - palcami i wyobraźnią zamiast cyrkla i mapy nieba. I znaliśmy je lepiej, niż niejeden doświadczony astronom.

W jedną z tych ciepłych nocy, kiedy mieliśmy jeszcze po osiemnaście lat, zabrał mnie do nieba - prawdziwego. Pokazał mi je z bliska, pozwolił dotknąć gwiazd, zanurzyć dłonie w kosmicznym pyle i wybuchnąć razem z jakąś supernową. Zatańczyć odblaskiem w jego oczach, zapłonąć prawdziwym, jasnym ogniem w środku ciemnej przestrzeni.

A potem - odszedł. Zostawił wielką czarną dziurę w miejscu, gdzie kiedyś były nasze roześmiane twarze i splecione palce. I ona mnie wciąga, dzień po dniu - wysysa całą radość, pozostawia pustkę. Próżnię.



"Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie."
~1 List do Koryntian~


Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?
Gwiazdy żyją miliardy lat, ale złamane serce boli o wiele dłużej.

- Muszę tam pojechać, Angie.
- Żadne "muszę". Dlaczego? Ja nie chcę. Nie pozwalam ci!
- Nie mam wyjścia - szepcze z bólem, ściskając jej drobne dłonie. Wyrywa mu się, płacze. - Nie mam wyjścia - powtarza, a to zdanie za każdym razem brzmi tak samo beznadziejnie.
- Nie możesz, dlaczego nikt się mnie nie spytał o zdanie? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
- Wyjeżdżam i nie ma już żadnej dyskusji, musimy to oboje przyjąć do wiadomości.
- Ale ja nie mogę bez ciebie żyć! Nie mogę, nie umiem i nie chcę! - krzyczy, drze się przeraźliwie, macha rękami, traci rozum. Przygarnia ją do siebie, ale ona gwałtownie jego ręce odtrąca, szarpie się, tłucze go pięściami. On nie zważa ani na to, ani na jej krzyki. Trzyma mocno, aż wreszcie opada z sił i tylko szlocha na jego ramieniu. Gładzi ją po plecach, mruczy jakieś ciepłe słowa.
Które okażą się kłamstwem...
A czas wcale nie leczy ran. Tylko pomnaża tęsknotę.


Bardzo rzadko oglądam nasze zdjęcia. Mam parę albumów, a w nich udokumentowaną historię naszego domku na drzewie, pogrzebu mojego psa Hectora, wyścigów rowerowych. Jestem ja, przeraźliwie chuda, piegowata i nieuczesana. Jest on, roześmiany beztrosko mimo potężnego guza na czole. Całkiem mali i trochę więksi, w pierwszej klasie i na balu maturalnym. Zawsze razem, nierozłączni, prawie jak brat i siostra - a nawet bliźniaki. Znamy się dosłownie całe życie. Urodziliśmy się tego samego dnia, w tym samym szpitalu, a nasze matki zajmowały sąsiednie łóżka.
Nie mam ochoty wspominać starych, dobrych czasów. Obecne są złe, ale świadomość, że kiedyś było lepiej, wcale nie poprawia sytuacji.
... A pamięć? Pamięć bywa zdradliwa, ale pewne punkty pozostają w niej wytłoczone tak mocno, że nawet po latach wyczuwa się je pod palcami - choć starte już przez czas, dotykane tysiące razy. Istnieją - bez względu na to, czym są. Nazwij je bliznami. Albo piętnami, śladami, rysami, znamionami, jeśli chcesz. To nie ma znaczenia. One s ą.
_________________________________________________________________________________

czy pamiętasz, pamiętasz me imię
gdy przepływam przez twoje życie
tysiące oceanów, które przemierzyłem
i zimnych duchów lodu
całe moje życie
jestem echem twojej przeszłości


- O czym tak myślisz? - Czuje za plecami uderzenie ciepła, a chwilę później silne ramiona obejmują ją w talii. Od jego dłoni bije gorąco, promieniujące przez materiał bluzki. Tłumi westchnienie.
- O niczym.
- Zawsze lubiłaś bujać w obłokach - oznajmia z czułością, a w niej się coś burzy.
Jakie z a w s z e, do cholery? Czemu próbujesz udawać, że znasz mnie od zawsze?
Zaciska delikatne palce na jego przedramionach, gładzi je lekko. Uśmiecha się smutno, jakoś tak gorzkawo.
- Masz rację, German. Zawsze - powtarza jak automat, patrząc na swoją dłoń. Jedna z gwiazd przykleiła się do jej palca serdecznego.
Jedna za to, że muszę iść dalej.
Jedna za to, że bez ciebie.
Jedna dla ciebie. Ciekawe, czy gdzieś tam spada ci z nieba, przypominając o mnie?
Jedna dla mnie. Smutna, ale potrzebna.
Jedna dla nas. Bo zapaliliśmy ją razem, prawda?
I nie zgasła.

- Kocham cię.
Tylko jedna. A o jedną za dużo.
- Ja też cię kocham - mówi, odwracając głowę. Jej usta są zimne. Żar wypalił się dawno.


powracam, echo miejsca w czasie
i odległe lśniące twarze
tysiące wojowników, których znałem
i śmiech pojawiający się jak duch
całe twoje życie
cienie innego dnia


Wyciąga rękę w niedowierzaniu. I zaraz ją cofa.
Mruga.
Zwilża suche usta, zaciska trzęsące się dłonie.
Wschodzące słońce pełznie ślamazarnie po niebie, zostawiając krwawe ślady na załamaniach obłoków. Powoli przeistacza się w kroplę płynnego złota, wbrew wszystkim regułom podpływającą - do góry. W tym ciepłym świetle jego oczy mają najpiękniejszy odcień brązu. 
To jakaś cholerna fatamorgana?
- Jestem - oznajmia po prostu, bez ckliwych wstępów, bez patosu. Nie zjawia się na rumaku z lśniącą grzywą ani pośród grzmiących fanfar i pieśni. Zwyczajnie, jak mleczarz albo listonosz, stoi - ściskając w ręku poranną gazetę, w starych jak świat conversach mokrzuteńkich od rosy i dżinsowej kurtce, połatanej akurat tak samo niedbale jak zawsze.
Ma ochotę cofnąć się, wejść do domu i zapomnieć o tej zjawie, ale zamiast tego jej trzęsąca się dłoń trafia na jego ramię, a w podkrążonych z niewyspania oczach zapala się światło.
Nie znajduje słów, co jest kompletnie nie w jej stylu.
Dalej stoi, gapiąc się na niego.
Czas płynie gdzieś poza nimi.
-... jeden dzień - dobiega spoza ścian ciszy.
- Jeden? - powtarza, czując w gardle coś dziwnego.
- Miałem nadzieję, że spędzisz go ze mną - dopowiada cicho, a ona wyrywa się z tego zawieszenia i obejmuje go - mocno, rozpaczliwie, wciskając twarz w podkoszulek z jakimś rockowym zespołem. Twarze muzyków spoglądają na nią posępnie.
Jeden za to, że się zjawiłeś.
Jeden za to, że znowu odejdziesz.
Jeden dla ciebie - ze mną.
Jeden dla mnie - z tobą.
Jeden dla nas. Jak dawniej.

- Tęskniłam - szepcze wreszcie z wysiłkiem.
Jeden. Tylko jeden. Za mało o całą wieczność.



i jeśli słyszysz jak mówię na wietrze
musisz zrozumieć


- ...Pamiętasz ten mostek? - Wyciąga się jak długi na ciepłych deskach, wychylając się i spoglądając w głębię zamulonego strumyczka, wijącego się brunatnym wężykiem między zielonymi plamami pól. - Wrzucaliśmy patyki z jednej strony, wypływały z drugiej.
- ...Pamiętasz tamtą łąkę? Tak świetnie się tam puszczało latawce.
- ...Pamiętasz to?
- ... Pamiętasz tamto?
- ...A pamiętasz, jacy byliśmy szczęśliwi?
- I to drzewo. - Zatrzymuje się, zadzierając jasną głowę. Wygodnie rozłożone, szerokie gałęzie zawsze aż się prosiły o domek. Teraz zostało z niego tylko kilka desek i kawałek sznura. - Ciekawe, czy jeszcze... - Chwyta drobnymi dłońmi za wysunięty konar, próbuje się podciągnąć. Czuje jego pomocne ramiona, już po chwili oboje siedzą na gałęziach jak dzieci.
- A jak załamie się pod nami? - Zerka w dół, macha nogami w wytartych dżinsach.
- To spadniemy razem. - On jak zwykle traktuje ją ze stoickim spokojem i żartobliwą ironią jednocześnie. Wśród zielonych liści jego sylwetka wygląda tak znajomo, jakby nigdy stąd nie schodził. Jakby przez wszystkie te lata siedzieli tu, kryjąc się przed światem, zamiast szukać szczęścia na dwóch różnych kontynentach.
- Jesteś szczęśliwy? - wyrywa jej się, nim zdąży pomyśleć.
- W tym momencie? Czy tak w ogóle? - Odwraca wzrok.
- Czyli to dwie różne odpowiedzi. - Kiwa głową, choć przecież powinna się tego spodziewać.
- Angie...
- Nie umiem o tym zapomnieć. - Zeskakuje, chce odejść. Staje obok niej, łapie ją w ramiona. Jak dawniej zanurza ręce w jej włosach, głaszcze szyję, rozchyla jej usta swoimi, roznieca dawny ogień. Rozdmuchuje żarzące się węgielki, osłania je przed wiatrem. Jeden płomień.
Jeden, bo rozpalony raz.
Jeden, bo na zawsze.
Jeden dla mnie, żeby roztopił lód odległości.
Jeden dla ciebie, żeby spopielił te głupie bariery.
Jeden dla nas, żeby spalił nas raz jeszcze, pochłonął.

Deszcz uderza w nich z zaskakującą siłą, jakby celowo chciał ich rozdzielić.
- Chodź, jedziemy do domu - udaje jej się wyszeptać pośród szumu kropel.
Jeden. Jak jeden dom. Mój. Nie nasz wspólny...


musimy pozostać
Zupełnie Obcymi Ludźmi


- Zatrzymałeś się w hotelu? - pyta głosem bez wyrazu, ale nawet na niego nie patrzy. Wie, że skinie głową.
- Ale on jest... - przerywa, obraca się niespokojnie na fotelu.
- Jeden - powtarza jak w dziwnej malignie.
- ... w drugą stronę - kończy, za oknem jej samochodu majaczy już znajoma dzielnica.
- Wiem o tym, Pablo. - Parkuje przed swoim domem, wyjmuje kluczyki ze stacyjki. - Chodź.
- Angie...
- Chodź - powtarza, wychodząc na deszcz. Podąża za nią, biegnącą przez rosnące kałuże.

Wiesza kurtkę na haczyku, spogląda na kobietę. Wilgotne, poskręcane włosy opadają jej na kark. Biały podkoszulek klei się do mokrej skóry, mocuje się z nim w milczeniu. Wreszcie dziecięcym gestem wyciąga ręce do góry, patrząc na niego błagalnie. Podchodzi, wsuwa dłonie po materiał, uwalnia ją i jednocześnie wydaje wyrok na samego siebie.
Całuje ją, ale inaczej niż wtedy. Delikatnie, ledwie muskając jej słonawe usta. Ostrożnie, jakby robił to po raz pierwszy.
I z ociąganiem, jakby po raz ostatni.
Przerywa, patrzy jej w oczy. Błąka się w nich pragnienie - to, którego nie ugasi woda, tylko ogień.
Sekunda, nie więcej.
Niżej. Dalej. Odchyla głowę, żeby dać mu dostęp do szyi.
Nie śpieszy się kompletnie. Ale nie tak, jakby się bał odkrywać skrawki jej ciała. Bardziej jakby chciał zatrzymać tę ulotną chwilę na dłużej. Jakby przerażała go sama myśl o jej końcu.
Mylą się ci, którzy myślą, że kobietę zdobywa się brutalnością. To działa w drugą stronę.
Im wolniejsze i bardziej czułe stają się jego pocałunki, tym bardziej doprowadzają ją do szału. A wyraźnie nie zamierza tego zmienić, krąży i znów zawraca. Dotyka kącika jej ust, tam, gdzie kiedyś uderzyła ją huśtawka - do teraz została mała, szorstka blizna. I znów przebiega po skroniach, szyi, ramionach. A ona chyba zaraz zwariuje.
Szarpie go za włosy, przyciąga znów do ust, zagłębia w nie mocniej, bardziej chciwie. Gładzi jego kark, przykłada dłoń do policzka, ściera uciekającą łzę. Jedna.
Jedna za to, że wciąż cię kocham.
Jedna za to, że nie mogę cię kochać.
Jedna za to, że chcę cię kochać.
Jedna dla mnie, bez powodu.
Jedna dla ciebie, bez powodu.
Jedna dla nas, już za późno.

A ogień trawi ich ciała, nic nie zdoła już go powstrzymać - krople deszczu na ich ciałach, pot, ślina, łzy. Skóra przy skórze, coraz głębiej w płomienie, słone, palące, pełne iskier i jęków, pełne żarliwych szeptów, płynących wzdłuż kręgosłupa.
Szarpnięcie wymywa z ich oczu cień lęku.
Wyrywają się z nich dzieci, łapiące się za ręce i biegnące po schodach - do nieba. Szklane stopnie uginają się pod ich stopami, słońce świeci już pod nimi, obłoki owijają się wokół kostek, a dookoła rozlewa się struga tęczy.
Są wysoko, najwyżej. W miejscu, skąd najłatwiej spaść.

"- Uważaj!"

Rozkołysana huśtawka.

"- Nie spadnę."

Niebo pod palcami.

I jest im tak dobrze...

Będzie?

"- Spadniesz."


Roztrzaskuje się na kawałeczki o twardą ziemię, rozsypuje w pył - wirujący jeszcze przez chwilę w promieniach jak kurz - i zaraz jednoczący się z mrokiem, wpełzający na samo dno.
Krzyczy. Łapie powietrze, dławi się szlochem, błaga. Prosi. Płacze.
Ale nie ma nieba, nie ma schodów, nie ma ich. Nie ma już niczego.

Pablo głaszcze ją po włosach, całuje ich długie, jasne pasma. On też płacze.
Płaczą razem. Rozpaczliwie sami pod pustym, bezlitosnym niebem. W tę jedną noc.
Jedna. Ostatnia.


wiem, że muszę pozostać we wnętrzu tej ciszy
studni smutku

brzeg srebrnej zasłony rozpostarty na niebie
wzruszający bardziej niż ci się wydaje
głos rozsądku w twojej głowie
cierpiący wraz ze śmiercią nocy
wartościowe życie (twoje łzy giną w padającym deszczu)



Budzi się. Otwiera oczy, na piersi czuje ciężar. Ten najpiękniejszy, najprzyjemniejszy.
Włosy rozsypały się na wszystkie strony, ramiona obejmują go ufnie. Pod jasną skórą rysują się delikatne obrzmienia żył - maleńkie tunele, niosące krew w stronę jej zapadniętych policzków i kolorujące sny, które drzemią pod drżącymi zasłonami rzęs. Oddycha tak spokojnie. Gdzieś tam, pod powiekami, błądzi teraz w światach kruchych jak lód marzeń, które rozpadną się wraz z otworzeniem oczu.
Z czułością przesuwa palcami po jej dłoni. Dobrze wie, że ten czerwony ślad nie jest przypadkiem, tylko miejscem po pierścionku, który zapewne leży w jednej z szuflad, wrzucony w pośpiechu, by ukryć go przed jego wzrokiem.
Uśmiecha się smutno.
Słońce wpada przez zasłony i maluje na skórze jej pleców złote pręgi. Mosty, łączące piękną przeszłość z teraźniejszością, która przecież też mogłaby być piękna.


Budzi się. Wdycha zapach, który utulił ją do snu - mokrej trawy, zielonej herbaty i jakiejś nieokreślonej goryczki, przypominającej dym z ogniska. Dziwne perfumy.
Zapach - i nic więcej. Wzrok natrafia na pustkę. Tylko ślad na poduszce i rozsunięte zasłony w oknie dowodzą, że to nie był sen.
Wzdycha ciężko. Zeszłej nocy wyczerpała już wszystkie łzy.

Ze zrezygnowaniem sięga do szafki, wyjmuje ten cholerny sygnet i przez moment się zastanawia, czy wyrzucenie go przez okno byłoby dobrym wyjściem. Ale w szufladzie jest coś jeszcze. Jakaś kartka.
Kochany Promyczku, a jednak nie wyczerpała. Już pierwsze słowa rozmazują się na papierze.
Przepraszam Cię za wszystko. Przepraszam, że zjawiłem się jak tchórz i jak tchórz odchodzę. Przepraszam, że nie mogę dać Ci tego, na co zasługujesz. Przepraszam, że nie wybuduję dla Ciebie zamku ze szkła, że nie uczynię Cię jego królową. 
Przepraszam, że złamałem Ci serce.
Przepraszam, że zgasiłem Twoje gwiazdy.
Przepraszam, że wszystko zniszczyłem.
Nie mogę kraść Twojego szczęścia, nie mogę wymagać, żebyś mi je oddawała dobrowolnie. Nie mogę być psem ogrodnika ani żądać, żebyś zadowoliła się niczym. Bo ja nie mam nic, więc nie mogę dać Ci nic. Kompletnie nic.

Ale za to on może, prawda?

Bądź szczęśliwa, Promyczku. Łap każdą małą radość i nawlekaj na nitkę jak koralik, uzbieraj ich jak najwięcej. I nie myśl o mnie. Myśl o sobie, bo to od Ciebie zależą przyszłe dni. Proszę, obiecaj mi, że nie będziesz smutna. Wiesz, że tego nie chcę.
Nie mówię: nie kochaj mnie. Wiem, że to niewykonalne. Ta Miłość w nas zostanie jak drzazga, która zbyt głęboko utkwiła w skórze, by ją wyjąć. Nie boli. Ale jest. I będzie, prawda?
Nie mówię: zapomnij. Też się nie da.
Ale mówię: idź dalej. Po prostu.
Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zrób go. Tylko jeden.
Jeden jak jeden dzień.
Jeden jak jedna noc.
Jeden jak jedna gwiazda.
Jeden jak jedna łza.
Jeden jak jeden płomień.
Jeden jak jedna drzazga w naszych dwóch sercach.

Życie też masz tylko jedno, nie zmarnuj go. Żyj.

Kocham Cię, Promyczku. Najbardziej.


Słońce świeci już bardzo jasno, zapala w oczku pierścionka tęczowe błyski. Obraca dłonią, łapie te refleksy, przygląda się im w skupieniu. A potem wstaje i idzie zaparzyć kawę.
W kuchni skreśla na kalendarzu ten dzień. Jeden dzień. Kolejny dzień.
Zwykły. Najzwyklejszy. Jedna kratka, wypełniona cyfrą.
Skreśla i liczy - do ślubu z Germanem jeszcze tylko dwa tygodnie.
Czy można to uznać za pierwszy krok?



And if you hear me talking on the wind
You've got to understand
We must remain

Perfect Strangers...
____________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz drugi! Znowu napisałam coś dziwnego, ale to typowe dla mnie. Miejmy nadzieję, że nie uciekniecie w popłochu po przeczytaniu tego - bo gdybyście uciekli, to stracilibyście okazję do przeczytania cuda od Sarenki, które pojawi się już wkrótce i na pewno nie będzie tak dołujące jak wypociny jej siostry bliźniaczki.

czwartek, 12 czerwca 2014

{007} Naxi || "Najgłębsze tęsknoty" - Katniss Parker


Tytuł: "Najgłębsze tęsknoty"
Para: Naxi ( Natalia i Maxi ) + Diemiła ( Ludmiła i Diego ) 
Gatunek: Dramat, Psychologiczny, Romans,
 Songfic ( Ellie Goulding - How Long Will I Love You )
Przedział wiekowy: T
   






Edycie, Aci, Sarze, Natalce, Kasi, Asi, Domi, Lilce, 
Tysi, Karolci, Marceli, Zuzi, Adze, Julci, Olci, Natce
Mojej najwspanialszej szesnastce ♥
oraz Hani, która jest moim słońcem. 

Kocham was, najmocniej!

*




   Jak długo będę Cię kochać?
   Tak długo jak nad Tobą będą gwiazdy.
   I dłużej, jeśli mogę.


Słowiku,
W dniu, w którym po raz pierwszy otworzyłaś oczy, zamknęłaś serce.
Nie dajesz mi znaków,
Nie przynosisz żółtych kwiatów.
Nie karzesz za drobnostki,
Nie zawsze oddajesz troski.
Nie mieszasz kawy z mlekiem,
Nie jesteś tym samym człowiekiem.
Nie stajesz w obronnie miłości,
Nie znosisz niejasności.
Nie pozwalasz na pieszczoty,
Nie pojmujesz mej tęsknoty.
Nie kochasz, nie pamiętasz,
Ciągle mnie nękasz - z miłości.

Moje serce pragnie przerwy.
Twoje odeszło, już na zawsze - tak mówią.
A ja wciąż czekam.
Wrócisz?


Me najgłębsze tęsknoty pojawiły się dokładnie piętnaście miesięcy temu.
Kilka sekund zabrało mi więcej niż ktokolwiek inny. Uwierzysz?

_ _


26 wrzesień, 2009 rok
8 wrzesień, 2015 rok; 09.04; Poranny blask - nowy początek?

   Zaciska palce na flanelowej poszewce poduszki, podnosząc się na obolałych łokciach, przeciągając drobne ciało wzdłuż łóżka. Głowa pulsuje niemiłosiernie, słyszy syczenie w uszach, żyła tętni tuż obok ucha, jakby krew szalała w porywistym tańcu. Na chwile przestaje oddychać, potem znów wciąga poranną świeżość i zapach wypranej pościeli; aromat spokoju.
   Patrzy na blady sufit, nerwowo skacząc wzrokiem po ścianach. Coś się zmieniło. 

   Słońce wkrada się przez otwory w cienkich zasłonkach poruszanych lekkim zmęczeniem lata, a jego kres wymalowany żółtym kolorem na jeszcze żywych liściach, lśnił w skarze dnia. Krążące chmury na niebie, jakby chciały przyćmić słońce - niepotrzebnie, kochała je. Na końcu zaś wierzba, stojąca zaraz przy jej oknie, puka śpiącymi gałązkami w przeźroczystą powłokę. Wydaje się być większa. 
   Masuje skronie, dotyka opuszkami gorącego czoła, próbuje przypomnieć sobie co działo się wczoraj, kawałki obrazów migają przed jej oczami. Podnosi się, stawia pierwsze chwiejne kroki na zimnej drewnianej podłodze. Zatrzymuje się, jeszcze raz spogląda na drzewo zaciskając powieki w zastanowieniu. Próbowałaby zadać sobie kilka retorycznych pytań, ale głowa nie dawała jej spokoju - dzwoni, iskrzy ogniem. Słyszy piszczące opony, cichy skowyt mężczyzny i mocne uderzenie, gruchot kości. Macha ręką i rusza dalej, szukać białej śmierci. 
   Idzie po bielusieńkim dywanie wzdłuż korytarza, a stopy pływają w jego owczym puchu, jak w chmurach. Naciąga luźną koszulkę z powrotem na prawe ramię,  trzęsąc się z nieistniejącego zimna. Czuje zapach kawy, intensywne opary, przez niektórych nazywane nałogiem, słabą trucizną życia. Przejeżdża palcem po ścianie, zamykając równocześnie oczy; jak we śnie. Potem już tylko chwyta klamkę; drzwi otwierają się powoli, a ledwo słyszalny zgrzyt przyciąga szybko jego oczy. 

- Co ty tutaj robisz? - pyta znagla, podpierając się o mahoniową futrynę. Zaciska palce na brzegu jasnej tkaniny, czując ostry zapach męskich perfum, gdzieś w okolicach ramion. - Myślałam, że...
-  Zostałem, posprzątałem w kuchni i postanowiłem potowarzyszyć Ci tej nocy - maskuje małe kłamstewko szczerym uśmiechem, sprytne zagranie, tak bardzo wyćwiczone. - Pomyślałem, że nie będziesz mieć nic przeciwko, jeśli prześpię się na kanapie.
- Nigdy. Tylko trochę mnie przestraszyłeś... - urywa w połowie, próbując sobie przypomnieć cokolwiek z wczorajszej imprezy. Triumfuje, kiedy odnajduje w głowie obraz swojej przyjaciółki. - Myślałam, że to Francesca krząta się po moim domu, bo wczoraj za dużo wypiła - reasumuje, siadając na karmazynowym, rzeźbionym krześle - kochała starcie.
   Maxi przytakuje ochoczo, grzebiąc gdzieś po szafkach. Znał jej dom lepiej, niż sama ona, a właściwie lepiej niż ktokolwiek na ziemi. Przebiera wśród różnokształtnych pudełeczek z dziwnymi nazwami, czasem nie miały one żadnego sensu, aż w końcu trafia na te kwadratowe, odznaczające się kolorem głębokiego błękitu, prawie turkusu. Jak morze, dwa lata temu - myśl ta przelatuje mu szybko, choć bardzo często. Zbyt często.
- Kawy? Z mlekiem? - pyta i czeka jedynie z grzeczności; zna odpowiedź.
- Bez mleka. I dorzuć coś na ból głowy, bo zaraz wybuchnę - chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, jakby miała dosyć. - Jakieś tabletki powinny być w tamtej półce - wskazuje pacem na jedną z wiszących szafek; krwisto czerwone, miała obsesje na punkcie tego koloru.
- Te lepiej podziałają - rzuca niebieskie, specjalne drażetki.
   Natalia połyka na sucho, bez popijania, bez zastanowienia? Później jej usta czują już tylko słodki smak czarnej rozkoszy. A nie, zaczęła słodzić dopiero kilka lat później.


_ _


   Jak długo będę Cię potrzebować?
   Tak długo jak pory roku będą musiały
   postępować zgodnie ze swoim planem.

Od niedawna miałem problem, a Ty go nie rozumiałaś. Zdenerwowałem się, puściły mi nerwy. Jak zawsze, pamiętasz? 
Kilka razy zadawałem sobie to samo pytanie, nasze małe rozstanie, później powrót, wielka miłość i uderzenie pana ciemności. Straciłaś świadomość, ja straciłem rozum. Wiesz? 
To już się kiedyś stało. Wspomnienie nastało. Moje ciało po raz kolejny oszalało. 
Wyjechałem - nie pożegnałem się.
I co mi przystało? 


*



26 września, 2009
8 wrzesień, 2015; 12.04; Żółtych płatków taniec - przypomnisz sobie?

   Kolorowe morze kwiatów - tulipanów, jej ulubionych. Starannie wybiera tylko żółte, bo przypominały jej dzieciństwo; ma nadzieje, że coś więcej. Poprosi o czerwoną osłonkę i kokardkę, również w kolorze wiśni, bo nie lubił abstrakcji tak, jak ona prostoty. Płaci, dziękuje i już ma wracać, kiedy coś tknęło go do płaczu.
   Chwilę, może dwie, kwili jak małe dziecko na jednej ze starych ławek przy kawiarni. Patrzy na rośliny z obrzydzeniem, a zapach goryczy razi jego oczy, brązowe smutne szkiełka. Przeciera je szybko, kiedy słyszy, że idzie w jego stronę. Znów widzi chmarę iskierek wokół niej, tysiące gwiazdek, miliony świetlików, a to spowodowane jednym uśmiechem, jak zaklęcie najpotężniejszego czarodzieja w środku nocy. 
- Tulipany? - pyta zaskoczona; oczarowana, choć trochę zdegustowana.
- Przypominają mi Ciebie - wzrusza ramionami, podając jej złoty bukiet. Już ma powiedzieć prawdę, ale na to jakby za wcześnie. 
- Dlaczego właśnie żółte? - wpycha nosek w sam ich środek i wciąga mało przyjemny zapach; chyba jej się spodobały. 
   Na pytanie odpowiada jedynie ogromnym uśmiechem, waląc mury podejrzliwych spojrzeń i gestów. Opanował sztukę przekonywania w niecały rok. Czy to zbyt szybko? 

   Krążą wokół ogromnej fontanny - stalowej, odzianej w kolorowe kamienne wzory. Ptaszki taplają się w lodowatej wodze, chłodząc obolałe skrzydełka, myjąc zakurzone piórka, zapadły w długo oczekiwaną ekstazę przyjemności.
   Przygląda się światu dostrzegając małe-wielkie różnice. Tu i ówdzie więcej kwiatów, przeplatanych wstęgą maków. Drzewa - jak konająca wierzba spod jej okna - znacznie większe, porośnięte kopułą zielonkawych, pyzatych przyjaciół. Mury, jakby trochę starsze, doszczętnie obdarte z przyciągających uwagę plakatów. Pasy na jezdni, a właściwie ich brak, przykuł jej największą uwagę. Przecież jeszcze wczoraj przez nie przechodziłam.

   W końcu trafiają do kawiarni. Tutaj nic się nie zmieniło, choć coś ją nieco zdziwiło. Pytanie kelnerki "Podać państwu to, co zawsze?" . Maxi odchrząknął, kręcąc głową ze złością. Panią w białym fartuszku oblewa rumieniec zakłopotania, szybko spisuje ich zamówienie i ucieka w kąt, jak malutka myszka przed wielkim kotem. 
   Przecież jestem tu trzeci raz.


- A pamiętasz, jak Pablo kazał nam razem tańczyć podczas programu? - pyta, gdy wrócili do wspomnień szkoły, wciągając truskawkowy koktajl przez zakręconą słomkę. - Wtedy mnie jeszcze nie lubiłeś - udaje obrażoną; słodkie zagrania. 
- Och, to wcale nie było tak - pęka z zażenowania, macha ręką. - Ja po prostu wszystko dobrze ukrywałem. 
- Maxi, nie żartuj sobie - zaśmiała się cierpko. - Ty na mój widok czerwieniałeś ze złości - podkreśla ostatnie słowo. Chce wyznaczyć mu błędy?
- Natalko, to były rumieńce - mówi w końcu niespokojnie; przyznał się. 
- Rumieńce? 
- Tak, byłem w tobie szaleńczo zakochany.

_ _


   Jak długo będę z Tobą?
   Tak długo jak morze będzie zobowiązane
   do rozmywania piasku


Młodzieńcze lata zguby,
To pamiętasz, moja Luby? 


*


26 wrzesień...
8 wrzesień, 2015 rok; 18.04; Księżyc na błękitnym niebie - pożegnanie dnia?

   Słońca blask dotyka ich twarzy, stają się niemal pomarańczowe, stykają się z niebem; jednolite barwy zachodu. Biała sukienka telepie się na gorącym wietrze. Podnosi, opada, faluje, przypominając niespokojne morze, ale bez burzy. Szum wody wypełnia ich uszy, aż po same serce; krąży w żyłach, przyzwyczaja się do wolnego rytmu.
   Topią stopy w błogim piasku, maczają w pijanie oceanu. Na szorstkich kamyczkach zostają ślady tylko ich dwojga, wciąż niezmyte. Może już na zawsze? 

- Wiesz co? 
- Hmm?
- Zawsze marzyłam o tym, by mężczyzna mojego życia oświadczył mi się właśnie na plaży. Przy zachodzie słońca. To bardzo romantycznie, nie sądzisz? - spogląda na niego ukradkiem. Chyba po raz kolejny widzi smutek, ale nie przyznaje się do tego. 
- Tak, też tak sądzę - kiwa głową; spierzchnięte usta w końcu układają się w uśmiech. 
- A twoje? - pyta; nieugięta. 
- Co moje? - głupieje, zaczyna tracić kontrole. Nie słuchał, myślał, ale o czym?
- Twoje marzenie, głuptasie - chichocze, jak mała dziewczynka. Taka była najpiękniejsza. 

   Myśli intensywnie, przez chwile nie ma pojęcia co powiedzieć. Przebiera w marzeniach z dzieciństwa, kiedy był malutkim szkrabem bez problemów. Następnie doszukuje się czegoś za czasów szkoły średniej, w której to poznał miłość swojego życia - ktoś powiedziałby, że zły traf, jednak on zawsze będzie zaprzeczał. 
   No i przychodzi czas na teraźniejszość. 
   Ma multum marzeń, które wybrać? 
   Już ma.

- Chciałbym cofnąć czas.
- O ile? 
- O piętnaście miesięcy, tyle mi w zupełności wystarczy.


_ _


   Jak długo będę się Ciebie trzymał? 
   Tak długo jak powiedział Ci Twój ojciec
   Tak długo jak potrafisz

Wiesz, że już niedługo nasza piąta rocznica? 
To są chyba jakieś żarty. 
Wtedy znowu kupię Ci żółte tulipany, byś na nowo je pokochała.

Jak mnie...? 

*


2009?
8 wrzesień, 2015 rok; 20.04; Krzyczących gwiazd cień - przedostatni etap?


  Siedzą wpatrzeni w ponury ekran telewizora, a skoloryzowane postacie spełniają marzenia o najpiękniejszej miłości. Tańczą w cieniu drzewa, piją różowe koktajle i śmieją się z niczego - cieszą się życiem, nie skacząc sobie do gardeł i nie niszcząc ściany harmonii. Ale to tylko film, tam wszystko jest zmyślone, nieprawdziwe. 
   W zamyśleniu, nawet nie zauważa kiedy palce zaciskają się na jej dłoni. Tęsknota wygryza jego serce, ciało działa w osamotnieniu, mózg woła o pomstę do nieba. Kręci się, wierci, obraca, przesuwa po skrzypiącej kanapie w lewą stronę, pragnie poczuć jej perfumy - niesamowity zapach jaśminu i fiołków, choć tak naprawdę to kochała tulipany.
   Czuje oddech na swojej szyi, włoski jeżą się niemal natychmiastowo.
- Co robisz? - pyta; wieszając wzrok na jego ustach.
- Chce Cię pocałować.

    Najpierw delikatnie całuje kącik ust, a kiedy rozchyla wargi, pozwalając mu na więcej, wpija się w nie z taką siłą, że z dłoni wypada jej kubek herbaty; rozlewa się, moczy wszystko wokół, ale oni widzą już tylko siebie. Maxi napiera, chwyta jej dłonie, trzyma z całych sił - jak nigdy. W fali namiętnych pocałunków, rozkoszowali się swoją obecnością.
   Duszą się, choć nie przestają.
   Próbuje coś zrobić z rękoma, aż w końcu, w tym wzlocie samotnych serc, oplata jego kark, przyciskając do siebie. Gdzieś nad mleczną drogą, w samym środku gorących przestworzy, pomiędzy błyszczącymi gwiazdami, słychać ich miłość.
   Pocałowali się po raz pierwszy, kilkusetny raz z rzędu.

- Ja też Cię kocham - szpeta ustami w jego usta.
    Uśmiecha się To chyba dobry znak. 


_ _

   Jak długo będę Cię pragnął?
   Tak długo jak Ty również będziesz mnie pragnęła.
   I o wiele dłużej.

A kiedy mnie całujesz,
Mój świat wiruje,
Już tego nie wytrzymuje.
Ja w a r i u j e.

Pragnę więcej.


*

...
8 wrzesień, 2015 rok; 21.24; Ostatnie mrugnięcie księżyca - zapamiętasz?


   Dzwonek do drzwi warczy w głuchej ciemności.
- Spodziewamy się gości? 
- Nie, poczekaj tutaj, proszę.

   Zanim wstaje, jeszcze raz ją całuje. Czule, łaknąc każdego zakamarka jej czystej duszy. Głaszcze gorące lico, pieści czarne loczki, które rozpłynęły się po bladej pościeli. 
Znów słyszy dziki warkot. 
- Cholera.
- Idź otwórz. Może to coś ważnego? - ponagla go; przejeżdża wierzchem dłoni wzdłuż brody. - Proszę - szepce, niemal błagalnie. 
- Zgoda. 


   Przechodzi wzdłuż korytarza z furią w oczach, a ogniki spokojnej miłości przestały świecił, tak na te kilka minut. Otwiera pierwszy zamek, potem drugi, naciska klamkę i widzi trzy postacie, pogrążone w mroku klatki schodowej. Jedna z nich sięga ledwo do pasa reszty, stoi z krzaczastą czuprynką odbijającą się cieniem na grochowej ścianie, a w lewej łapce trzyma puchatego misia. 
   Nie spodziewałby się ich tu o tej porze, być może wspomniał ostatnią rozmowę, która skończyła się sińcem i zbitym ekranem nowego telefonu. Drażni go ich widok. 
- Co wy tutaj robicie? - szepcze; ogląda się za siebie w panice, szukając jakiegokolwiek podsłuchu, po czym przymyka drzwi, wychodząc na szarą posadzkę.  
- Przyszliśmy sprawdzić jak się czujesz - zaczyna Ludmiła, mierząc go wzrokiem od góry do dołu. Od razu stwierdza, że jest znacznie gorzej niż ostatnio. Zapadnięte oczy, monotonne spojrzenie, cierpki wyraz twarz i uśmiech, a właściwie jego brak. - Źle wyglądasz - podsumowuje; zaciska palce na ramionach synka.
- Ale czuje się wręcz wyśmienicie - odszczekuje, jak nastolatek rodzicom, szczebiocze zębami. - Możecie mnie już zostawić? 
- Nie. Nie zostawimy Cię dopóki nie zdasz sobie sprawy z tego, że niszczysz sobie życie, rozumiesz? - wytyka palcem każdy jego błąd; chyba zwariował. - Nie możesz tego tak ciągnąć - wzdycha, trochę się uspokaja - oczy napełniają się troską, jak nigdy. 
- Diego, przerabialiśmy to jakieś milion razy - jest oazą spokoju, na razie. - Ja jej nigdy nie zostawię. Wierze, że...
- W co wierzysz? W to, że odzyska w końcu pamięć? - krzyczy szepcząc, sprzeczne, ale prawdziwe.
- Jest już coraz lepiej. Powiedziała mi, że mnie od zawsze kochała. Patrzyła tymi samymi oczami, co kiedyś, wiesz? - trudno mu wierzyć we własne słowa, ale stawia na swoim; bierze oddech. - Wciąż wspomina czasy Studia, występy i naszą pierwszą randkę. Jestem pewny, że przyjdzie taki dzień, kiedy przypomni sobie i o nas. 
- Ponte... - kręci głową z niedowierzaniem; słony smak goryczy napływa mu do ust z tęsknoty. - Natalia miała wypadek ponad półtorej roku temu. Lekarze stwierdzili, że wpadła w wir czasowy, w cholerne okrągłe bagno bez końca. A na dodatek wyleciało jej z głowy sześć lat życia. A wiesz co to oznacza? Nie wie, że jesteś jej mężem.
- Ale, dzisiaj zauważyłem postępy - przełyka ślinę, czuje gorzki smak krwi, żyła pulsuje; chce uciec. - Zabrałem ją na plaże. Była szczęśliwa. 
- A jutro pójdziecie pograć w golfa. Za dwa tygodnie do kina, a ona następnego dnia nie będzie tego pamiętać. Tego chcesz? - prawie chwyta go za kołnierzyk, ale uświadamia sobie, że dziecko nie może brać takiego przykładu z własnego ojca. 
- Uspokój się - syczy w końcu dawna pani Ferro. Ich syn zdecydowanie przypomina ją. - Nie tylko Tobie jest ciężko. Tylko popatrz - rozkłada ręce z bezradności. - Ona nawet nie wie, że mam dziecko. Że mam dziecko z Diego. Maxi, wiem, że nie potrafisz pogodzić się ze stratą Natalki, ale...
- Ona wciąż jest! - krzyczy; wyje nieokiełznanie, nie zwraca uwagi nawet na sąsiadów. - Jest! Oddycha, mówi, słucha, tylko nie pamięta. Proszę, nie mówicie o niej jak o kimś, kogo już nie ma... - ciało zaczyna drżeć, łzy lecą jak szalone. Pot nieszczęścia. 
   Diego spogląda to na Ludmiłę, to na małego Carlosa, który z przerażeniem przygląda się wujkowi. Ściska zabawkę na tyle mocno, że pękają szwy u dołu nóżki. Zaczyna majaczyć pod nosem, boi się, czuje w powietrzu złą energie; miejsce spoczynku diabła rozpływa się w ogniu, żarze gniewnego smutku. 

    Jak długo będę Ci ofiarował?
   Tak długo jak będę żyć dzięki Tobie
   Mówisz, że na wieki.

- Proszę. Pamięć może wrócić - opiera się o lodowatą ścianę, zamyka oczy. Czuje, że zaraz zwymiotuje, więc bierze kilka głębokich wdechów. - Lekarze tak mówili.
- Nikt Cię nie będzie winić, jeśli odejdziesz - mówi szybko, planowała to tak dawno. 
- Nie mogę tego zrobić - kręci głową, wzruszając ramionami. - Za bardzo ją kocham i zrobię wszystko, by być z nią. Osobno, czy razem. Z pamięcią, czy bez niej. Zdania nigdy nie zmienię. 

   Chyba w końcu zrozumieli.

- Dobrze - powiedział Diego, chrząkając po trochu. - Ale dbaj o siebie, jasne? 

   Kiwa głową, ciągnąc wzorkiem po szlaku ich ucieczki. Wezbrał w sobie spokój, przeczesał grube włosy chudymi palcami. Wypadały - z przemęczenia, ze stresu, z chorobliwej miłości? Chyba popadł w otchłań, z której już nigdy nie wyjdzie. 
   Uśmiecha się, szczerze i z przekonaniem, że jutro po raz kolejny będzie próbował, bo poddanie się nie wchodziło w grę. To słowo zostało na zawsze wykreślone z jego życiowego słownika. 

~ 

   Uchyla jasne drzwi, wchodzi powoli, ostrożnie stąpając po drewnianej podłodze. Czuje, że jego serce mięknie, gdy widzi ją śpiącą. Teraz już wie, że niczego nie zapamięta. Siada obok, delikatnie zakrywając jej ramiona kremową kołderką. Kciuk kładzie na różanym policzku; uśmiecha się. 
   Może śni o tulipanach? 

- Dobranoc, Słowiku - szepcze do jej ucha. - Widzimy się jutro.
    Całuje ją ostatni raz i wychodzi, zamykając za sobą drzwi. 

_ _

Natalko,
Odkąd zapomniałaś o miłosnych latach, oświadczynach na plaży przy pomarańczowym słońcu, środowych wypadach do kawiarenki za rogiem, ja zacząłem pisać wiersze. 
Nadal nie idą mi zbyt dobrze.
Od czasu do czasu Ci jednego przeczytam, a Ty pękasz ze śmiechu twierdząc, że nie znasz mnie od tej strony. 
Cholera. 
Nawet nie wiesz jak tęsknie.


   Jak długo będę Cię kochać?
   Tak długo jak nad Tobą będą gwiazdy.
   I dłużej jeśli mi pozwolisz.


*


26 wrzesień, 2009 rok
9 wrzesień, 2015 rok; 9.04; Powitalny promyk - zataczamy koło?


Ranek.
Nowy dzień? 

- Co ty tutaj robisz?
- Zostałem. Spałem na kanapie.

- Głowa mnie boli.
- Weź te niebieskie tabletki.

- Co to za plama w salonie?
- Rozlałem coś w nocy, wybacz.

- Dlaczego żółte tulipany? 
- Bo mi je przypominasz.

- Zawsze marzyłam...
- O zaręczynach na plaży przy zachodzie słońca?

- Kocham Cię od zawsze.
- Ja Ciebie też.

_ _



Przyrzekam Ci, że będę Cię w sobie rozkochiwać każdego kolejnego dnia. 
Aż do śmierci. 
W żółtym lecie. Deszczowej jesieni. Ponurej zimie. Ciepłej wiośnie. 
Choćbym miał się kręcić w kółko, zaczynać od początku. 
Choćbym stracił wiarę, zgasił nadzieje. Nie, miłości się nie pozbędę - jest zbyt duża. 
Czy kiedyś będę mógł... 
Być pragnieniem nieżywego serca?
Znów prowadzić Cię do ślubnego kobierca?
Trzymać drobne, niepewne dłonie? 
Tańczyć, przytulając do piersi twe skronie?
Patrzeć w te pamiętne oczy cnoty?
Już wiesz, czym są moje najgłębsze tęsknoty? 


Jak długo będę Cię kochać?

Tak długo jak nad Tobą będą gwiazdy...


*

Od Autorki: Hejka, pysie <3 Przybywam do was.. spóźniona. Jak zawsze? No nic. Najsłabsze ogniowo dodało OneShota i trzeba przyznać, że jest beznadziejny. Strasznie krótko i z... rymami? Nie wiem co mnie napadło. Muszę przyznać, że w mojej głowie wyglądało to znacznie lepiej... Ale cóż. Zostawię hejty wam, bo jestem pewna, że dostanę ich masę. A pomysł? Inspiracją był poniekąd film, piosenka, a także pewna para bliska mojemu sercu. Edziu, wiesz o kogo chodzi, prawda? 
Obiecuje, że przy następnym razie postaram się jeszcze bardziej, bo wiem, że to totalnie zawaliłam. Przepraszam więc każdego, kto musiał to przeczytać. 
Ach, mam jeszcze jedną sprawę i będzie to najlepsza wiadomość, jaka została napisana w tym poście. Za trzy dni ( będzie to niedziela ), swój OS dodaje nasz kochany i utalentowany Sarciak <3 Uwierzcie mi. Jest na co czekać. 
Tymczasem zapraszam do poprzednich Oneshotów, gdzie Edytka, Acia, Lilka, Karolcia, Marcela i Natalka, popisały się nie lada talentem <3 
Kocham Was najmocniej na świecie, wiecie?