Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

{Zamówienie 017} Falba, Ruggechi || "Dystrykt dwunasty" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dystrykt dwunasty"
Para: Falba (Facundo & Alba), Ruggechi (Ruggero & Mercedes)
Gatunek: Dramat, romans, crossover ("Igrzyska Śmierci")
Przedział wiekowy: T




Dla Cathy Lambre ♥

*

  - A drugim uczestnikiem tegorocznych Igrzysk Głodowych z dystryktu dwunastego jest... - Otwiera złożoną na wpół karteczkę. 
  Tylko nie ja, myśli, zaciskając kurczowo powieki.
  - Alba Rico Navarro!
  Czas staje w miejscu.

  A świat nadal się kręci.

  *

Dziesięć...

    Nogi uginają się pode mną mimowolnie, gdy platforma staje, trzęsą się, dygoczą, jakby nieopanowane. Rozglądam się, nic nie widzę. Wszystko rozmazane pod łez potokiem, a przecież miałam być silna. 

Dziewięć... 

    Chce przestać, nie mogę. Strach wisi nade mną i się śmieje, ochrypłe dźwięki plątają mi się obok ucha, drażnią. Łapie się za głowę - chyba wyglądam nieco dziwacznie - ale kogo to obchodzi? 

Osiem... 

    Ich oczy są pełne grozy, nienawiści? przecież mnie nie znają, a już chcą zabić. Twarze krzywe, wciąż nieco rozmazane, chyba nie potrafię być spokojna. Zamykam je i czekam na śmierć. Będę pierwsza? 

Siedem...

    W tej chwili myślę o uśmiechu swojej siostry, Luci. Zawsze się o mnie martwiła, a przecież jest młodsza. Pamiętam jej pierwsze słowa, a właściwie słowo, a raczej moje imię - Alba, byłam dumna i szczęśliwa. Chce do tego wrócić, teraz. Proszę.

Sześć... 

    Czuje zapach dopiero upieczonego chleba, jego chrupką skórkę, ciepło miękkiego środka, które zawsze wybieram palcami, a mama? Stoi przy kuchence, chuda kobieta z włosami do ramion, zniszczonymi. I wciąż powtarza jak bardzo mnie kocha. Błagam. 

Pięć...

    Często mi to powtarza - dla pewności, tak myślę - siostrze także. Chyba jest dość wylewna, czasem jednak pozostaje nieczuła, obojętna. Taka była przy moim wyborze, jakby wiedziała. Zaciskam mocniej powieki, nie chce widzieć swojej śmierci. 

Cztery...

    Jest do niej podobna, Lucia, też nie grzeszy paletą uczuć przy rozstaniach, może specjalnie? Ja płakałam najbardziej, żałośnie, omal nie skonałam w rękach strażnika. Wdałam się w ojca - mówiła. A ja go przecież nigdy nie poznałam. 

Trzy...

    Bliżej końca niż początku - znów się boje. Słyszę śpiew ptaka, a zapach trawy i lasu rozpływa się z nozdrzach, oddycham głęboko i płynnie. Wciąż nic nie widzę. Czy to już niebo? 

Dwa...

    Strój jest obcisły, zaciska się wokół gołej szyi, dusi - też chce mnie zabić? Pot spływa po policzkach, a może to łzy... sama nie wiem. Chcę odgonić strach, być jak moi przeciwnicy. Pewna siebie, niemal bezlitosna i z tym drapieżnym spojrzeniem, które ani razu nie zapłakało. Szkoda, że mama mnie tego nie nauczyła. 

Jeden...

    Tutaj już muszę być dzielna, więc zaciskam me zimne dłonie i - co dziwne - już nie płaczę. Chcę walczyć, choć już sama nie wiem po co to robię. Nie mam do czego wrócić. Pierwszy raz myślę o śmierci. Otwieram oczy i... 

Zero...

     Słyszę huk. Biegnę. Ktoś krzyczy. Pierwszy wystrzał. To nie byłam ja. 
     Mam szansę? 


*

  Od rozpoczęcia Igrzysk mijają tygodnie - długie, ciężkie, pozbawione czegokolwiek. O każdy dzień, kęs, łyk muszą walczyć, bez ustanku. Czas płynie, ubarwiony jedynie strachem o przyszłość - której właściwie już nie widzą (nawet w snach), własne życie. I tylko kolejne wystrzały z armaty (przymyka oczy, BUM!, to już trzynasty?), chłód, spiekota. Liście szurające pod stopami - zawzięcie, zdradzają pozycję!
  Ogląda się i przysiadając na gałęzi jednego z wysokich, o obfitej koronie, drzew (wysłali ją na zwiady), wypatruje pozostałej trójki; warczy, gdy przez nieuwagę, zadrapuje się szorstką korą. Odwraca dłoń, ocenia zranienie. Wzrusza ramionami, do krwi przyzwyczaja się już dawno.

  Brzdęk, krzyk, huk. Czternaste.

  - Widzisz coś?! - krzyczy ktoś z dołu. Wytęża wzrok, z tak wysoka nie widzi zbyt dobrze.
  - Nie! - odrzuca. - Czysto.
  - Czekamy w obozie! - Tym razem wie, że to Facundo. Jego głos poznaje od razu - jest jak wspaniała muzyka, zwłaszcza, gdy jedynym co ostatnio słyszą jest podłe zawodzenie, kolejny wybuch - sygnał śmierci.
  Zamyka oczy, wzdycha przeciągle.
  Wzdryga się nagle, piętnaste. Żółć podbiega do gardła.
  Chwyta łuk pod pachę, zeskakuje - opada na ziemię, zahaczając jedynie pobieżnie o niektóre konary, z gracją. Wbrew pozorom, i w dystrykcie dwunastym, polując - można się czegoś nauczyć. Chowa się za pniem - przemyka jak cień, szybko, zwinnie.
  Wpada na polane, trochę dalej - ich szałas osłonięty jest kotarą egzotycznych krzewów, ogromnych paproci. Wielka kłoda, przerzucona jakby od niechcenia ręką Boską, dodatkowo ogranicza widoczność; udogadnia - w przetrwaniu?
  Siedzieli przy ognisku, zgarbieni. Zapada zmrok. Mechita (tak czasem do niej mówią) z długimi, blond włosami, skrzącymi się jak kryształ o tysiącach załamań, w blasku ognia. Ruggero, który siedzi obok, z komiczną grzywką, i podtrzymuje delikatną dłoń. Zaciska palce. Oczy mają zmatowiałe, zmęczone, choć bardziej wyraziste niż wtedy, gdy razem z Gambande uratowali im życie...

  "Uciekają. Słońce praży, smaga promieniami - bezlitośnie, nieosłonięte niczym karki. Krzyk, gdzieś z boku, płacz? Zatyka uszy; piąte. Dopiero początek, zaledwie kilka dni upływa od rozpoczęcia morderczej rozgrywki.
   Chwyta jej rękę; spogląda nań ze zdziwieniem - jego oczy szepczą "Spokojnie", więc się uspokoja. Są z jednego dystryktu, już na początku zamierzają działać razem. 
   Tylko jedno przeżyje, huczy w głowie (jakby znikąd?) Cicho, warczy na to. Będą przejmować się później.
   
   Nagle chłopak krzyczy, przystaje. Ciągnie ją na bok, oboje padają obok siebie, na znak. Pojedyncze gałązki wplątane w jej ciemne, niczym heban, włosy. Czekają...
  Skowyt - tubalny, nieludzki, rozlega się z boku, ukryty w drzewach. Włoski stają dęba, ich ciała przebiega dreszcz. Trwoży.
   Unoszą głowy, wyglądają. Zrywa się nagle, niesiona dzikim impulsem. Dwójka ludzi - kobieta, mężczyzna, otoczeni przez bestie - z piekła rodem, przypominające psy, jednak większe, o krzywych pyskach, i cuchnącym oddechu. Śmierdzą rozkładem, czerwoną posoką, śmiercią.
  Klnie pod nosem. Cholerny Kapitol; dodają utrudnień. Przekręca łuk, wyciąga strzały - rani, z śmiertelną precyzją. Facu biegnie za nią - zmartwiony, przyjaciel?, krzycząc coś o oczywistym samobójstwie. Kręci głową, potwory padają - jeden po drugim. Tak bardzo martwe.
  - Nic Wam nie jest? - pyta dla pewności, łapiąc blondynkę pod pachę. Włoch, chyba z szóstego dystryktu, patrzy niemrawo, z ukosa. Nie oczekuje wybawienia?
   - W porządku - szepcze dziewczyna na to; wyrywa się z objęć, podbiega do towarzysza. - Dziękujemy, uratowałaś Nam życie.
  Facundo stoi z boku, ocenia. Chce krzyknąć, ostatnia z ocalonych, zbliża się ku niemu; ukradkiem. Napina struny, nabiera powietrza, nie zdąży.
   Chłopak obraca się, szybko - wyciąga harcerski nóż, rozcina szyję. Wnętrzności wylewają się na ziemię. Oddycha głośno, wciąga powietrze; kamień spada z serca. Chwilę później, zawierają przymierze. W roli zapłaty?
   Wzdycha, spogląda na truchła z, rażącą aż nadto, obojętnością.
   Już nikt nie wymiotuję, nie krzywi, widzieli zbyt wiele."

  Rozkłada się obok, wyciąga stopy - coś strzyka okrutnie w lewej kostce; ostatnio dużo biega.
  - Jest Nas coraz mniej. - Zaczyna Ruggero; jego szorstkie palce opuszczą znajomą, mlecznobiałą skórę. Łapie patyk, miętosi go w drżących dłoniach; jeszcze chwila, zatacza drewnianym czubkiem, w prochu - niekoniecznie okrągłe, koła. - Padł piętnasty strzał.
  - Słyszeliśmy - odrzuca Facundo, krzywiąc się nieznacznie pod nosem. - Do czegoś zmierzasz?
  Trzy pary oczu - onyksowe, czekoladowe, bursztynowe, wbijają się w postać Włocha. Jedne zainteresowane, drugie - mniej. Każde inne?
  - Nie wiem, czy wiecie. - Brzmi zgryźliwie. Zaciska pięści; kawałek drewna pęka, wydaje przy tym głuchy trzask. Przerażający. - Ale za niedługo staniemy się wrogami.
  Milczą. Każdy zachodzi w głowę jak poprawienie odpowiedzieć, zripostować, wiedzą - gdzieś głęboko, pod skórą, że brunet ma rację. Tylko jedno przeżyje, rozlega się w jej kędzierzawej głowie, szyderczo. Ma ochotę krzyczeć.
  - Nie mów tak - szepcze Mechi, próbuję ponownie chwycić jego dłoń, złączyć palce. Tych dwoje jest ze sobą tak blisko.
  Chwila... Nie tylko oni?
  Cierpienie łączy ludzi, co?

  "Uciekają - to, z czasem, staje się dla nich zwyczajową czynnością, wchodzi w krew. Biegną, nie oglądają za siebie. Tym razem jej dłoń pasuje do jego tak idealnie, że nawet nie myśli, o odruchowym wyszarpnięciu. Ciepło. Biegną.
   Już nie sami, teraz jest ich czwórka. To dobrze? Próbuje wykarczować z pamięci, przeświadczenie - że, i na nich przyjdzie pora; w jakiej kolejności? 
   Potężny huk rozrywa ciszę. Dziesiąte.
   Zerka z przestrachem, bijącym głośno sercem - są ściągani. Oddycha z ulgą, to żadne z nich.
   - Tędy! - Krzyczy Ruggero. Słuchają jego głosu, z przyzwyczajenia? Tu każdy plan jest jednak planem, jakimś punktem, zwrotem?
   Biegną. 

   Chowają się w gąszczu. Ostre, pożołkłe liście ranią ich dłonie, stopy, gałązki - chłostają policzki. Nie zatrzymują się. Po kilku minutach padają wykończeni; ukrywają się obok, opadłego w skutek naturalny, rozłożystego dębu.
   Wyciszają nawet oddechy, czekać; ułamki sekund. 
   Udaje się, wzdychają.
  
   Tej samej nocy - rozbijają tu obóz, siedzą nad pobliskim stawem, wpatrując w gwiazdy. Tylko On i Ona, ten sam dystrykt, to samo spojrzenie. Potrzebują samotności.
   - Dzisiaj się bałem, bałem śmiertelnie. - Mówi brunet nagle. Cicho, spokojnie, choć cały drży, szarpię się rozpaczliwe, wyrywa - ku jej dłoni. 
   Ułatwia mu zadanie. - Czego?
   - Że Cię stracę. - Spuszcza głowę, zażenowany. 
   Dotyka jego policzka. Gładzi w czułej, pocieszającej pieszczocie. - Nie straciłeś.
   - Tak, ale boję się. - Tu urywa, podnosi spojrzenie, przebiega po jej obliczu. Gorzka czekolada zamiesza w jej głowie. - Że w końcu, któregoś dnia, do tego dojdzie.
   Chwyta jego twarz w obie dłonie, potrząsa. - Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj, słyszysz?!
   Łączy ich lodowate wargi, ściśle spaja; czerwony płomień błyska - ogrzewa.
   To jedyne, czego chcą, potrzebują - w tej chwili, zapominają, że są w tym miejscu, wystawienie na śmiertelne niebezpieczeństwo; tylko dotyk, mignięcie skóry przy skórze, wspólne ciepło - najistotniejsze.
   Odchodzą od zmysłów, umierają i rodzą na nowo, głupieją?
   Bo, to w obliczu śmierci, tej gwieździstej nocy, (wzdrygają się - jedenaste, lecz wciąż nie przestawają) rodzą się wszelkie uczucia. 
   Pierwszy czy ostatni?"

  Uśmiecha się szeroko, oplata jego dłoń w czułym objęciu - nie pamięta już nawet, kiedy usiedli obok siebie, tak blisko. Nieistotne.
  - Dlaczego? - warczy Ruggero. Przewraca oczyma, wracają do punktu wyjścia. - Przecież to prawda.
  - Jesteś już zmęczony - odpowiada niższy mężczyzna. Szybko potrząsa jej dłonią, odwzajemnia uśmiech. - Lepiej się połóż.
  - Nie rozumiecie, że prędzej czy później do tego dojdzie?! - Włoch zrywa się z miejsca, tupie. Jak rozwydrzone dziecko? - A może będziemy ciągnąć słomki, o to, które z Nas ostatecznie przeżyje?!
  - To nie musi się tak skończyć - szepcze, dziś jest małomówna, ale tych podłych, obraźliwych wrzasków nie pozostawia bez odzewu. - Możemy coś zdziałać, zmienić. Razem.
  - Zmienić? Niby co? To zawsze się tak kończy! Ten rok nie będzie inny, może ludzie mówią, że jeste... - Ktoś przerwy, wbija się w środku zdania.
  - Alba ma rację. - To Mercedes. Wstaje, otrzepuje spodnie. Podchodzi bliżej bruneta, kładzie mu dłoń na ranieniu. - Jest symbolem, Kosogłosem, ich głosem. - Kładzie nacisk na to jedno, istotne słowo. - Jeśli ktoś ma coś zmienić, to właśnie Ona. - Blondynka posyła jej nieśmiały uśmiech. Jest taka niewinna, drobna, i piękna w świetle, wschodzącego dopiero co, księżyca. - Zaufajmy jej.
  Ruggero macha lekceważąco dłonią, odchodzi. - Nie mam zamiaru.
  Cisza.

  Późno w nocy, siedzą na skarpie, wtuleni w siebie. Księżyc błyska, oświetla ich umęczone codziennością, choć piękne twarze. 
  - Nie zginę za nich - mówi, brzmi pewnie. 
  - Ruggero... - Błaga.
  - Bo, jeśli mam już poświęcić życie, to tylko broniąc Ciebie, Mer - Sekunda; nie mówią już więcej, złączeni w pocałunku.
  Płomienny dotyk, wejrzenie w oczy.

  - Kocham Cię, wiesz?

  A na tę chwilę, nic więcej, do szczęście, im już nie potrzeba.

*

  Następnego dnia, gdy zbierają zdobyte, potrzebne do przetrwania, rzeczy, coś wisi w powietrzu. Jakaś groźba, cicha obietnica.
  Szesnaste, tak tubalne, uderzenie armaty.
  Obracają głowy, strwożeni. Za blisko?
  Las wrzeszczy, gnie się pod naporem stóp, kroków, uderzeń. Ostrzega. Uciekać!
  Tracą cenne sekundy - zbyt szybko. Inne czwórka wbiega na polanę, przystaje - obserwują, jak sokół zwierzynę. Trzech mężczyzn, jedna kobieta. Pamięta ich imiona?
  Nikt się nie rusza, zapada cisza. Świerszcz cyka, w chorej imitacji patetycznego koncertu.
  Wszystko jest zbyt szybkie, nie może być prawdziwe. Obcy ruszają wprost na nich, śmieją się - oszaleli?; padają pierwsze ciosy. Odskakują, co by rozdzielić, na boki. Wszyscy przemykają, tańczą - z dokładnością, jak im góra zagra.
  Naciąga cięciwę, celuję. Chybi o włos, jak to możliwe?!, Mark - wysoki i dobrze zbudowany blondyn, jeśli dobrze pamięta z drugiego dystryktu, wychodzi bez szwanku. Idzie ku niej z uśmiechem; wyciąga drugą,  wytarte włosie szeleści pod palcami. Mierzy... 
  Skowyt, złocisty refleks, zawahanie. Obraca się, spogląda - horror wypisany ma na twarzy. Opuszcza łuk.
  - Uważaj! - Wyciąga rękę, przerażona. Za późno.  
  Mercedes.
  Każdy z nich zamiera, Facundo z nożem przy szyi Dereka - ten z piątego, ma dużo piegów, Ruggero właśnie szamocze się z Alexem - blednie, wbijając wcześniej kawałek drutu (wyszarpuje go spod zapięcia plecaka), tuż pod sercem. Pada nieżywy.
  Siedemnasty wystrzał.
  Za późno... Rozlega się kolejny.
  Osiemnasty. Kłamstwo?  
  Ktoś wrzeszczy. Ten krzyk jest urwany, mrożący krew w żyłach, naglący.
  Blondynka, ta drobna, o lśniących oczach, osuwa się na kolana. Rana zionie w piersi, jest głęboka, pazerna, zabiera to życie - krwawi. Ostatnie błyski gasną. Słowa blakną na ustach, sinieją. Osiemnasty.
  Mona, ta z dziesiątego, o wykrzywionej w podłym grymasie twarzy, stoi obok, triumfuje. Na chwilę.
  Przykłada dłoń do ust, szlocha. Nie wierzy, nie chcę. Byli tak blisko końca, najbliżej?
  Opada na ziemię, Facundo podbiega z lewej, zabija wcześniej drugiego mężczyznę. Ma krew na rękach. Jak każdy (cholerne przetrwanie).
  Dziewiętnasty.
  Dwudziesty - niczym w chłodnej, krwiożerczej wyliczance. 
  Unosi głowę. Ruggero stoi kilka metrów w prawo - przy znajomym ciele, już dwóch?, prycha wściekle, zbroczony w, ciemniejącej z chwili na chwilę, posoce. Uchyla usta wystraszona, zabija.
  Obraca się ku nim, nieśpiesznie - najpierw jednak pochyla, szepcze coś żałośnie, chwyta lodowatą dłoń Mechity, i jest coś w jego oczach - jakaś szaleńcza nuta, która sprawia, że mimowolnie, wbrew woli, cofa się o krok.
  - To nie powinna być Ona.
 - Rugg... - Próbuje. Wstaje, choć cała się trzęsie, dotyka ramienia - chcę wesprzeć. To na nic?

    Nic już nie było proste, a w głowie wciąż obracała się ta sama wyliczanka. Kilka działań, bez najmniejszego wysiłku stwierdził, że została ich garstka; niewielka część, niemrawy odłamek. Przygląda się chwilkę ich twarzom, jedna smutna, druga oszołomiona, trzecia? Teraz już nawet nie wiedział czy należy do ostatniego wroga, jest ich więcej? 
    Nagle coś runęło, głęboki syk przebija się przez ich uszy, jakby gwizd nadjeżdżającego pociągu, który kłębi się w powietrzu wraz z zapachem mokrej ściółki. Ciemno zielone liany, jako macki olbrzymiego potwora, przeżynają wilgne, nieco zakurzone powietrze i ciągną czarnowłosą na wysokość niewielkiego drzewa. Wirują, obracają, trzęsą, chcą zabić? Nikt się nie dziwi, chyba mają to tego powody.
    Włoch rzuca się do ucieczki, niestety, pada na wznak tuż obok ostrego pnia, walczy z przeciwnikiem, miota się po ostrych, suchych liściach. Przegra?  
    Przełyka ślinę, myśli, że ją straci. Zamiera. 
  - Pomocy! - krzyczy, wierzga, próbuje się uwolnić. - Pomóż mi!
    Pędy zaciskają się na jej żebrach, wokół ud i szyi. Słyszy gruchot, kości? Traci oddech, powietrze zatrzymuje się w krtani, nie chce iść dalej, nie może? Sapie, bo już nie może krzyczeć. 
    Chłopak stoi, nie wie co zrobić, znowu? 

        Ratuj ją! - coś go pcha w stronę bestii.
                uczucie? 

    Wyciąga niewielki nóż, którym wcześniej ostrzył końcówkę grubego badyla i nie zważając na niewielką widoczność biegnie w stronę wcześniej nieżywego drzewa; krzyczy, teraz już nie wie czy ona, czy on. Walczy z śliskimi liśćmi, wspina się po gałęzi. Przypomina sobie, że dzień wcześniej owy potwór służył im za mieszkanie. Wzdryga się, idzie dalej, nie może się poddać. Dla niej jest gotów zginąć. Paść trupem, by ona mogła zasmakować wolności, życia. 
  - Trzymaj się! - krzyczy, choć sam ledwo daje radę. - Jeszcze chwilę. 
    Zaciska się bardziej, chyba już po niej. A jednak, w samą porę ucina mackę tuż przy pniu, zielony wąż pada na grubą warstwę spleśniałego, leśnego dywanu, wraz z Hiszpanką, całą i zdrową. Jeszcze chwilę wije, pełznie po ziemi, a później przestaje, umiera. 
  - Nic Ci nie jest? - przytula ją na klęczkach do swojej piersi; czarnowłosa kręci głową, wciąż się trzęsie. - Musimy stąd zwiewać - szepcze sam do siebie - ona jest zbyt słaba by słuchać - widząc szalejące drzewo, które, jakby odzyskało swoje siły.
    Ciągnie ją na bok, chwyta chłodną dłoń i jeszcze na chwilkę się odwraca; oni walczą zaciekle. Już się nie zastanawia, zostawia go na pastwę losu, samego wraz z Markiem, którego blond włosy nie błyszczą tak, jak wcześniej. Spogląda na dziewczynę, przecież nie mógłby jej stracić. 
    Zaciska palce, biegnie prosto w niewiadome, zdążył się już przyzwyczaić, że oni zawsze mieszają im drogę. Ścieżka się zwęża, a bestia nadal szaleje w zagłębiu zielonego buszu. Ogląda się - nic nie widzi, tylko kłęby dymu, piaskowego pyłu - gdzie ich przeciwnicy? 
    Krzyk, krwiożercze wołanie, później huk - dwa, albo i cztery. 
    Dwudziesty drugi. Czyli zostali sami? 

  - Czy on już nie...?
  - Chyba nie, a raczej na pewno. Zostaliśmy tylko my.
  - Och... 
         Chwila ciszy. 
  - Chodźmy. Musimy się jakoś stąd wydostać

*

   "W Kapitolu panuje popłoch, przetrzymują cała dwudziestkę czwórkę uczestników, wciąż coś robią, namawiają ich, pokładają nadzieje w silniejszych, skreślają słabszych. Jak było z nim? 
    Siedzi na skórzanej kanapie, pochłaniając wzorkiem wszystkie sprzęty do ćwiczeń, przeróżne maszyny, ostre sprzęty wiszące na prętach, na końcu zaś swoje odbicie. Myśli, że da radę, przecież jest z lepszego dystryktu, a jego umiejętności waleczne przekraczają normę - wyćwiczony zabójca, właśnie o nim tak mówiono. Zatapia dłoń w gęstwinie ciemnej grzywki i uśmiecha się do bladej, ledwo widocznej twarzy - taka sama, a jednak inna. 
  - I co się tak szczerzysz? - zaczepia go głos dziewczyny. - Myślisz, że masz jakieś szanse? - prycha z dumą i siada tuż obok niego, poprawiając jasny pukiel włosów na lewym ramieniu. - Nie trzęsiesz się ze strachu jak tamta dwójka? - wskazuje na zawodników z dystryktu czwartego, którzy wyglądem przypominali myszy uciekające przed wygłodniałym kotem; kręci głową, on jest odważny. 
  - Nie boje się walki - wzrusza obojętnie ramionami, spogląda na nią - A ty? 
  - Co ja? 
  - Nie boisz się walczyć? Nie boisz się kogoś zabić? - pyta, brzmi dość dziwacznie; chyba uzna go za psychopatę.
  - Tego nie powiedziałam.
     Zamierają chwilę w bezruchu. 
  - To dlaczego nie trzęsiesz się ze strachu? - wciąż zadaje pytania, męczy ją to. 
  - Bo nie boje się śmierci... "
  
    Budzi się otulony mroźnym, rześkim powietrzem, jakby w środku zimy. Oczy otwiera powoli, a światło od razu drażni jego zmęczone źrenice, pyłek już opadł, teraz widzi znacznie więcej poprzednio. Bada palcami swoje ciało - jest cały, a przynajmniej mu się tak wydaje - po czym podnosi się na łokciach. Po bitwie nie ma już śladu.
   Po niej też. Żółć podchodzi mu go gardła. Chyba wolałby skonać. 
    
    Staje na prostych nogach, nieco się kołysze, w końcu oberwał kilka razy w głowę. Prawą dłoń opiera o drzewo - tym razem, jest ono bezpieczne - i zaciska powieki z całych sił. Głowa pulsuje, krew ledwo płynie w ciemnych żyłach, ostatnio też stracił na wadze, jak każdy z uczestników, bez wyjątku. 

  "Minęły zaledwie dwa dni od rozpoczęcia, trzy wystrzały z armaty i czternaście uśmiechów - kilka z nich całkiem skrytych, niemal niewidocznych, a jednak je dostrzega. Już na początku stworzyli sojusz, jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk, choć nie z miłości, to było zupełnie coś innego - zmieniło się? 
    Blondynka siedzi tuż obok, jej chude łydki zwisają z grubej gałęzi, a głowa opiera się na jego nieco zadrapanym ramieniu, znów rozmawiają. Tematy były różne, ale nigdy nie mówili o śmierci, dobrze wiedział, że tego nie lubiła. 
  - Myślisz, że moglibyśmy spróbować wygrać? - Nadzieja zbiera się w jej oczach. 
  - Zwycięzca jest tylko jeden - mówi, brzmi groźnie.
    Piorunuje go wzrokiem. Chyba nie takiej chciała odpowiedzi. 
  - Co? 
  - Jesteś idiotą - odpowiada pokrótce.
  - Idiotą, ale za to jakim przystojnym.
    Przeczesuje palcami grube włosy, a ona się śmieje. 
    Tak bardzo uwielbiał jej uśmiech..." 

   Jego oczy poczerwieniały, zachciało im się płakać? Pociera wierzchem dłoni czerwony, zmarznięty nos i spogląda na brudne, zakrwawione dłonie. Jeszcze kilka godzin temu głaskały jej długie, blond włosy, dotykały rozgrzanych policzków i zimnego czoła. Drętwieje, prawie upada. Nie jest taki silny, jak mu się zdawało. 
   
 "- Dajesz radę?
  - Z tobą? Zawsze."

   mamrocze 

  "- Myślisz, że będziemy szczęśliwi?
   - Nie wiem jak ty, ale ja już jestem szczęśliwa. 
   - Jak to? 
   - Dzięki tobie."
  
    upada 

  "- Kocham Cię.
   - Ja Ciebie też, Rugg." 

    płacze? 

   "- Nie poddamy się, prawda?
    - Nigdy." 

   pragnie zemsty 

*


    Nigdy w życiu nie wybaczyłby sobie tego, gdyby ona zginęła zamiast niego. Pojawiła się tak nagle, wyskoczyła i od tak zajęła sobie pozycję Anioła. Może to śmieszne, ale właśnie tak było. Zjawiła się wtedy, gdy utracił już wszystko i tak właściwie, to nie miał nic więcej do stracenia - oprócz niej, to oczywiste.  
   Czas płynął mu pomiędzy palcami jak woda w strumyku, który wspomina, lubił tam przesiadywać, niegdyś sam, a teraz? Teraz mogliby spędzać czas razem, ramie przy ramieniu, by nigdy nie pozbyć się ciepła drugiej osoby. 
    To jest miłość. Tak, tak właśnie myślał. 

  - Jesteśmy tutaj! Zostaliśmy tylko my! 
     Wydziera się na środku polany skąd zaczynali. Patrzy w niebo, nic nie widzi. 
  - No dalej! Masz coś jeszcze przygotowanego?! 
     Łazi bez celu w kółko, jego głos drży, podobnie jak ręce. Boi się?
  - Przecież wiesz, że się kochamy...
     Gaśnie.

  - Facu, uspokój się - łapie go za dłoń. - To nie ma sensu. Dobrze wiesz jakie są zasady. 
  - Nie, Alba, nie zamierzam Cię stracić, rozumiesz?
  - To zróbmy to razem.

    Chwila zaplanowana od tak, przecież nikt nie musi wygrywać, prawda? Wyciąga z kieszeni garstkę owoców - gęsta czerwień, rozlewa się po jej skórze - po czym oddaje chłopakowi kilka z nich. Sok kapie z jej palca; przez chwila zastanawia się czy to przypadkiem nie jest krew. 
    - Razem?
    - Razem.* 

   Publiczność zamiera. 
  
 - Uwaga. Zwycięzców może być dwóch, jeśli pochodzą z tego samego dystryktu. 
    Pan uśmiecha się. Pan wie, co robi.

    Wiśniowe jagódki lądują gdzieś na trawie, a oni tulą się do siebie z całych sił. Już się nie boją, wiedzę, że jutro nadejdzie i będzie należało tylko do nich tak, jak reszta dni. Wtula twarz w jej włosy, potargane, a łzy - szczęścia - spływają po bladym policzku, jedna za drugą, nie za szybko? 
  - Udało się - szepce, odsuwa się. - Udało się nam, rozumiesz?
  - Rozumiem, nawet nie wiesz jak bardzo Cię...

    Brązowe oczy gasną na tle wschodzącego słońca, krew zaczyna spływać strugą od kącika ust po samą brodę. Wszystko zlewa się, czuć metaliczny zapach ciepłego płynu, a z brzucha jej ukochanej wystaje drewniany szpic. 
    Upada.
    Czarne oczy po raz kolejny mierzą jego sylwetkę, lecz nie należą już do sojusznika. 
   
        Słychać huk. Dwudziesty trzeci? Dwudziesty drugi. 
    
    _ _

    Kiedyś mogłem powiedzieć, że miłość jest jedynie grą. Wiesz, na przykład karcianą, albo po prostu szachy czy warcaby. Ktoś wygra, ktoś przegra. Dużo ludzi powiedziałoby, że wygrałem, bo... No, rozumiesz, prawda? Ale szczerze? Wolałbym przegrać i umrzeć będąc szczęśliwym, niż wygrać - jak teraz - i pozostać bez niczego. 
    Ach, no i nigdy nie dowiem się co chciała mi powiedzieć... 


*


Od autorek:   Witajcie, ciolaski! x Z tej storny Edyta. Z poprzednim zamówieniem, wypisanym na tablicy, wynikły pewne komplikacje... Przepraszamy za kłopot, a także dłuższą, bo czterodniową przerwę. Mam nadzieję, że nasze zamówienie o Falbie i Ruggechi się spodoba, i trochę zrekompensuję czas oczekiwań <3 Ja swoją część spartaczyłam, ale to zawsze, więc... Poza tym Marta ratuje! XD Kocham Was! ♥ Do następnego ;> 
      -> Witajcie, kaczuchy xD Z tej strony Marta. Jezu, ostatnio za dużo rzeczy tutaj dodaję, chyba powinnam przestać, prawda? ech. No nic. Właśnie mieliście przyjemność przeczytać kolejne dzieło moje i Edytki, hyhy. Mam nadzieje, że wam się podobało. Tym razem postawiłyśmy na Igrzyska *o* Moja część to porażka, serio XD ja nie wiem po co wy u mnie cokolwiek zamawiacie XD A teraz coś organizacyjnie... Wyniki konkursu pojawią się 1 września, tak o, na rozpoczęcie "cudownego" roku szkolnego. Mam nadzieje, że jeszcze tyle wytrzymacie :D Kocham was bardziej od Edytki, muahahaha ♥♥ (nawet daje dwa serduszka, widzicie? ;>) Ciao! 



sobota, 23 sierpnia 2014

{Zamówienie 016} Leomas, Diecesca || "Oderwani" - Tears in Heaven

Tytuł: "Oderwani"
Para: Leomas (León & Tomas), Diecesca (Diego & Francesca)
Gatunek: Dramat, romans, komedia
Przedział wiekowy: M





Dla Moniki, jako mocno spóźniony prezent urodzinowy.




"Zawsze myślałam, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."
 ~Kathrin Schrocke - "Freak City"~
________________________________________________________________________________



Syk spalającej się materii, gdy gwiazda zakreśla ostatni łuk.

Nie, to wyobraźnia.

Biały ślad na firmamencie jak słona ścieżka, wyrzeźbiona przez łzę w policzku.

Gwiazdy przecież nie pozostawiają śladów. 

Bezkres ani drgnie. Zalewa śpiące dachy rozmytą czernią, tu i ówdzie przyszarzałą od obłoków, a po lewej, nad ich krawędzią, rozjarzoną przez księżyc, który drga i lśni jak kropla rosy na rozległej pajęczynie nieba. Szpileczki gwiazd jaśnieją w srebrnych skupiskach, tonących w wieczornej mgle. Noc jest jeszcze młoda, światło księżyca czerwone jak krew, a oni - trzęsący się odrobinę z zimna mimo bliskości własnych ciał. Też młodzi. Piękni, zupełnie jak ta noc. I chyba zakochani.

I znów błysk sunie po granacie. Zadziera głowę, a spadająca gwiazda szkli się bielą w jej zielonych oczach.
- Pomyśl życzenie.
- Już.
- Myślisz, że się spełni? - Ciepły oddech wypełnia jej ucho jak najpiękniejsza pieszczota.
- Już się spełniło. - Szuka jego ręki, upewnia się, że nadal jej palce przeplatają się z jego w idealnie dopasowaną jedność i zatrzymują ciepło we wnętrzu. Czuje usta, przesuwające się po płatku ucha, delikatnie, i znów przechodzi ją dreszcz. - Spełnia - uściśla po chwili, odwracając się do niego. Dłoń w dłoni, spojrzenia napierają na siebie w niemej walce. A potem gasną, bo przecież najlepsze obrazy wyłaniają się po zamknięciu oczu. Teraz walczą już usta, walczą dłonie - sunące nieomylnie po trochę ciepła i szybko je znajdujące pod warstwami materiału.
Wbija palce w jej plecy, wolno wędrując wzdłuż kręgosłupa, ze skupieniem, jakby chciał policzyć wszystkie kręgi. Odsłoniętą skórę na lędźwiach muska zimny wiatr, a ona wzdryga się i przerywa przepływ prądu.
- Nie tutaj - dyszy w jego usta. 
Jego dłonie niechętnie uwalniają się spod jej swetra. Wsuwają się w czarne włosy, pociągają bezboleśnie.
- To gdzie? - pyta, obiegając jej twarz uważnym spojrzeniem. Bardzo uważnym, jakby w myślach rysował siatkę linii wzdłuż jej policzków i określał współrzędne geograficzne każdego piega, pieprzyka, dołeczka.
- Choćby w windzie, ale nie tutaj - mruczy z ustami przy jego szyi. Jej włosy pachną miętą, słodko i delikatnie. Zaciąga się tym zapachem, rozważając propozycję.
- W windzie zawsze - odpowiada ironicznie, a może nie do końca?, zgodnie z jej oczekiwaniami. Zaciska mocniej palce na małej, zziębniętej dłoni.
- To chodź. - Ciągnie go łagodnie, ale po jej pociemniałych oczach poznaje, że ona też nie chce czekać. Ani sekundy.

Winda. Czterdziesty siódmy raz.

**

- Jeszcze sekunda i zadzwoniłbym po policję.
Gdy się denerwuje, na policzki wypełzają mu czerwone plamy. W oczach lśni złość. Niepokój. Troska. I jeszcze z milion innych uczuć, przemieszanych warstwami w nieodgadniony błękit kryształowych tęczówek.
- Trochę mi się zeszło, no i... - nieporadnie tłumaczy, zdejmując kurtkę i zahaczając ją za kaptur o drewniany kołeczek w korytarzu. Zegar w salonie wybija godzinę - zawsze oboje marzyli o bijącym zegarze. Tomas znacząco liczy na palcach uderzenia. Dwanaście.
- Praca jest ważniejsza ode mnie? - pyta, gdy ostatni dźwięk rozpływa się w ciszy mieszkania, a następny dzień rozpoczyna swoje pierwsze sekundy.
- Jezu, przecież wiesz, że nie. - Przeczesuje nerwowo włosy, ciemne od wilgoci mgły, która na nich osiadła podczas spaceru z biura do domu. Cofa mokre palce i wsuwa je do kieszeni dżinsów. - NIC nie jest ważniejsze.
- Jasne. - Odwraca się, mnąc w dłoniach ściereczkę w czerwono-zieloną kratkę. - Oczywiście.
- Tomuś, przecież wiesz - powtarza, w dwóch krokach znajdując się obok niego. - Wiesz, że to wszystko dla nas.
- Zabłocisz mi podłogę - utyskuje, ale chyba już się uśmiecha. Nie cofa się przed dotykiem, stoi bez ruchu i pozwala objąć się od tyłu. Drży dopiero, gdy usta Leóna dotykają jego karku.
- Zimno, cholera. - Obraca się i zarzuca mu ręce na szyję.
- Nieprawda - zaprzecza od razu, a potem wpija się w ciepłe wnętrze jego ust, nie zważając na jęk protestu.
Nie chce czekać. Nie lubi.
- Pierniki? - pyta, odrywając się na sekundę.
- Czemu? - Nie przestawaj, proszą oczy, mimo wszystko.
- Czuję cynamon - śmieje się, a potem jeszcze przez pięć minut upewnia się co do słodkiego, korzennego smaku na jego języku. - Zdecydowanie cynamon.
- Anyż. Goździki. Gałka muszkatołowa.
- Też. - Puszcza jego ramiona i wspinając się na palce zagląda do kuchni. - To ty jesteś geniuszem kulinarnym, nie ja.
- Ty bądź geniuszem od wycierania podłogi - odpowiada takim samym tonem.
- Racja. Zdecydowanie wolę na czystej podłodze.
- Czy ty masz w głowie tylko jedno? - Tomas podaje mu mopa takim gestem, jakby to było berło.
- Nie. - Zaciska palce na drewnianym kiju. - Czasem myślę też o jedzeniu.
- Z naciskiem na "czasem".

**

Ciemny motyl nocy siada na oknie, przyciągnięty światłem jednej, jedynej lampki. Żarówka pod zielonym abażurem mruga niepewnie, nieśmiało.
W powietrzu pachnie miętą, tak silnie. Jej poduszka ma zapach szamponu, tak jak i ciemne, świeżo umyte włosy, które on od niechcenia rozczesuje palcami. Zawija długi kosmyk dookoła dłoni, podczas gdy Francesca kręci się mu na kolanach, szuka wygodniejszej pozycji. W końcu opiera głowę na jego ramieniu, a opuszkami rysuje mu jakieś nieokreślone kształty na brzuchu. Krótkie, obcięte paznokcie nie zostawiają śladów, dotyk jest leciuteńki, prawie nieodczuwalny, a jednak pełen czułości.
- Grasz na gitarze? - pyta mimochodem, łapiąc śliczną dłoń w połowie ruchu i przyglądając się jej.
- Tak.
- Ja też. - Puszcza jej nadgarstek i pozwala szczupłym palcom znowu błądzić między jego żebrami, po mięśniach, coraz niżej, aż do linii włosów. Nie rozmawiają więcej, bo po co im słowa?
Przyjemny dreszcz przechodzi go po raz kolejny, trzeci, gdy dłonie zapędzają się trochę za daleko. Podejmują od nowa grę, a on pozwala im na to. Minuty, sekundy lecą jakoś dziwnie. Puls przyspiesza, oddech przyspiesza.
- Zwariuję przez ciebie - wyrywa mu się gardłowy jęk. Potem delikatnie odsuwa jej ręce, zdejmuje ją z siebie i klęka u jej stóp.
Spogląda z góry na jego nieodgadnione oczy i uśmiecha się leciutko.
Wydaje się taki szorstki, a jednak potrafi adorować każdy skrawek jej skóry z takim zaangażowaniem, że jej ciało się rozpływa, poddaje mu w pełni, gdy pieści podbicie stopy, całuje każdy palec, każdą żyłkę. Przesuwa językiem po krągłości łydki, po zgięciu kolana, po wnętrzu uda. 
Wyrywa jej się westchnienie, gdy mija, przeskakuje od razu na brzuch i, drażniąc go lekko zarostem, krąży dookoła pępka. Gorąco jego warg, języka, oddechu - wypala ślady, tak namacalnie.
Biały szlafrok opada obok łóżka jak przestraszony łabędź.
I już, już nie czeka, gwałtownie i bez uprzedzenia - wydziera jej z ust głośny krzyk. Jeden, drugi, pobielałe palce zaciskają się kurczowo na prześcieradle. Odchyla głowę, po poduszce rozsypują się mokre włosy, a rozkoszny grymas białych zębów jest równie oślepiający jak dwie godziny temu, na podłodze w salonie. Jak godzinę temu, w wannie pełnej miętowej piany.

W łabędzim śpiewie tej nocy odrywają się od rzeczywistości.

- Cholernie lubię tak z tobą leżeć - mruczy sennie nad jej uchem. Ich ciała tak gładko się dopełniają. Jej plecy idealnie przylegają do jego klatki piersiowej, miękko wtulone w nią i wygięte w łuk zgodny z liniami jego ciała. Jeden wilgotny kosmyk lepi mu się do twarzy, inny łaskocze w nos. - Naprawdę cholernie.
- Mmm... - mamrocze niewyraźnie.

Mokre włosy. Dwudziesty pierwszy, zaledwie.

**

- Pojedźmy nad morze. Na jeden dzień. - Patrzy w sufit, jakby przez warstwę jasnego tynku, łuszczącego się w samym rogu, widział już ten obraz: zielonkawe fale, pomarszczone przez wiatr, wyzłocone słońcem, skłębione pianą i kołyszące się miarowo, zostawiając ciemne ślady na płowym, prawie białym piasku. I oni, idący brzegiem, podczas gdy woda omywa ich stopy, a sól szybko zasycha wokół kostek iskrzącym się osadem.
Ale León wzdycha i cała wizja pryska. Na suficie jest już tylko mucha, która jakimś cudem utrzymuje się do góry nogami.
- Wiesz, że nie mogę - przekreśla słowami tę myśl, nim zdąży do końca uformować się w jego głowie. - Mam w pracy teraz taki okres, że...
- Przecież ty ciągle masz taki okres! - warczy Tomas, przyciągając do siebie kołdrę. - Pieprzony pracoholik. Najlepiej tam sobie zamieszkaj w tym biurze, bo i tak masz mnie w dupie. Tereska będzie ci gotować, może umie robić coś więcej poza kawą i lodami.
- Kotku...
- Skończ kotkować, to już na mnie nie działa.
- Pojechałbym z tobą, przecież wiesz - szepcze w stronę sufitu. - Ale no...
- Ale co? No powiedz. - Odwraca się znów w jego stronę i patrzy wyzywająco. - Jaką znowu wymówkę wymyślisz, żeby mnie spławić? Projekt na wczoraj? A może ta twoja sekretarka znowu złamała nogę i trzeba pilnie zawieźć ją...
- Jutro.
- ... do szpitala. Co jutro? Mógłbyś mówić pełnymi zdaniami, jak ze mną rozmawiasz? Drażnią mnie te twoje pomruki.
- Jutro jedziemy.
- O proszę, już mamy orzeczenie - chwali zgryźliwie z rozpędu, a potem milknie. - Dokąd?
- Dokąd chcesz, malkontencie. - León uśmiecha się w półmroku.
- Jesteś taki seksowny, kiedy używasz tych trudnych słów. - Oczy mu rozbłyskują. - A kiedy zrobimy remont kuchni?
- Boże! Nie wymagaj za wiele naraz - wzdycha, a potem przyciąga go do siebie i gładzi jego szczupłe, jeszcze nieco spięte plecy. - Kiedy indziej. Jutro idziemy na żywioł i nie robimy nic.
- A twoja cholerna praca? - Przesuwa szorstkim podbródkiem po jego ramieniu, wtula głowę w zagłębienie obojczyka.
- Nie ucieknie.
- Jak miło - mruczy jeszcze kpiąco, ale jego mięśnie się wyraźnie rozluźniają. Już po chwili oddycha miarowo, nieco chrapliwie, spokojnie.
Bo tej nocy odrywają się od wszystkich zmartwień.



"Żeby przed oczami zrobiło mi się ciemno, nie trzeba mi nigdy dużo. Jedna kropla wystarczy mi zawsze. Tak to już jest. Kto widzi za dużo, ślepnie raz po raz."
~Edward Stachura - "Cała jaskrawość"~
_________________________________________________________________________________


- Gdybym był bogaczem, na-na-na-na, na-na-na-na, na-na, na-na, naaa...
- Bez pracy byś umarł zaraz sam, widzisz, jak cię dobrze znam... - kończy Tomas na tę samą melodię. - Nie gadajmy dziś o pieniądzach. Ani o niczym materialnym.
- Czyli komplementowanie twoich nowych trampek też odpada. Ech. - Zwiesza głowę, przekręcając gaz pod czajnikiem. - Porozmawiajmy... o... nie wiem, o inflacji.
- León, nienawidzę ekonomii. - Kręci głową. - Poza tym to się do pieniędzy wlicza, nie umiesz się bawić w tę grę. - Przygląda się podejrzliwie kanapce, którą ten mu przed chwilą wręczył. - Co to jest?
- Chleb.
- A w środku? - Zagląda ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki na myszy.
- Majonez. I parówki w plasterkach.
- Czyli wszystko. Zmielony papier toaletowy. I świnia razem z korytem. Kręgosłupy, uszy, to wszystko zawiera się w mięsie oddzielonym mechanicznie - komentuje jak zwykle. Technik żywienia.
- Ale ja je zrobiłem! - León dumnie podsuwa mu kubek kawy.
- Parówki?
- Kanapki. Nie grymaś, to z sercem.
- A tak, serca jakieś też się tam znajdą. Pewnie kurczęce. Z kawałkami aorty i zakrzepłą krwią w środku.
- Litości, ja jem - bełkocze, sięgając po swój kubek i biorąc potężny łyk. - Ach. Spakowałeś krem do opalania?
- Wszystko spakowałem. Twoje tabletki też.
- Jakie tabletki? - baranieje z kanapką w uniesionej ręce. - Nie używam żadnych tabletek.
- To może czas zacząć - rzuca w powietrze aluzję, krzywiąc się tylko nieznacznie po skosztowaniu czarnej lury.
- Ha, ha. Zażalenia będzie mi tu składał - prycha, ale też się śmieje.
- Tak w sumie to miałem na myśli witaminy, włosy zaczynają ci wypadać. Nie, żebyś nie był pociągający z zakolami, ale...
- Ja ci dam zakola, złośliwcze.
- Dobra. Na drugi raz ty nas spakujesz, a ja będę gotował - decyduje Tomas, wstając od stołu. - To było obrzydliwe.
- Jeśli myślisz, że po takiej odzywce będę ci smarował plecy olejkiem, to...
-...mam rację, bo w życiu nie odmówisz sobie tej przyjemności - kończy spokojnie. 
- Kretyn. - León demonstracyjnie trzaska wszystkim, co podejdzie mu pod rękę. Łyżkami, kubkami, drzwiczkami zmywarki.
- Przyhamuj. - Tomas otwiera ją z powrotem. - Tam są fusy.
- Ech. - Poprawia podkoszulek, obserwując ponuro, jak jego partner płucze kubki i ustawia je z powrotem. - Do wszystkiego się przyczepisz.
- Ktoś musi.

***

Jej mieszkanie jest ładne, nieduże. Sporo tu doniczek, przeważnie białych i wypełnionych zielonymi listkami jakichś paprotek; sporo książek, chwiejnie poustawianych w kątach i zmatowiałych cieniutką warstewką kurzu; sporo spinek, walających się na jasnym dywanie. Brzeg jakiejś pomarańczowej apaszki utkwił między drzwiami szafy i wysuwa się w jego stronę jak dłoń prosząca o parę groszy. Reprodukcja "Płonącej żyrafy" Salvadora Dalí wisi przekrzywiona o kilkanaście stopni. Poza tym porządek. Zresztą nawet te chaotyczne elementy pasują, jakby były zamierzone. Nawet ona, siedząca na stole ze stopami opartymi o parapet, wygląda, jakby została zakupiona razem z meblami i ustawiona w tym konkretnym miejscu na stałe.
- Wyjdziemy gdzieś? - Postukuje palcami o brodę, wpatrując się z boku w linię jej zgarbionych pleców. Biały sweter o grubym splocie jest idealnym tłem dla czarnych włosów. Łapie się na tym, że przygląda się jej w swetrze, a nie zastanawia, jaką bieliznę ma pod spodem.
Przecież to nie w jego stylu.
- Ile jeszcze razy o to zapytasz? - Unosi nań oczy, połyskujące zza okularów, zsuniętych nisko na nosie. Przyszywa oderwane guziki do jego koszuli, tej samej, którą nosiła wczesnym rankiem. - Jak wszystko zrobię, to może.
- Okej. - Nie nalega. Czeka.
To jeszcze bardziej nie w jego stylu.
Igła miga w jej rękach, zagłębiając się w materiale raz po raz. Wiąże niedbały supełek, urywa koniec nitki zębami.
- Teraz mogę ją wyprać.
Nogawki jej dżinsów są za długie, przydeptuje je sobie przy chodzeniu, szwy strzępią się na brzegach. Przykuca, podwija je od niechcenia. Skarpetki w kolorowe paski suną leniwie po podłodze.
Na półce obok kanapy leży empetrójka. Sięga po nią machinalnie i wsuwa kabelki do uszu. Przerzuca piosenki. Hendrix. Clapton. Kravitz. Slash. Sami gitarzyści, dziwi się. B.B. King. Zappa. Pfaff, jedyna kobieta. 
W końcu wraca do Lenny'ego Kravitza i przy dźwiękach "Fly away" odpływa. Odlatuje.

Wyprana koszula jest jeszcze lekko wilgotna, gdy przygniata ją żelazkiem. Głośny syk miesza się z obłokiem białej pary. Uważnie zajmuje się każdym zagnieceniem, dopieszcza kołnierzyk, lawiruje między guzikami. Z wieszakiem w dłoni przechodzi do salonu i staje bez ruchu, rozbawiona.
- Ech, dzieciaku - szepcze, ostrożnie zdejmując mu słuchawki i poprawiając zwinięty w kłębek podkoszulek - jej podkoszulek - który służy mu za poduszkę. Przez chwilę wpatruje się chciwie w jego kochane rysy, wrażliwe usta - uchylone lekko, ciemne rzęsy - długie i gęste. Jest taki idealny.

Odkłada swój sfatygowany odtwarzacz na stolik. Nie ma pojęcia, że jest
piętnastą, która słucha dobrej muzyki.

**

Po słonecznym dniu nastaje wieczór - chłodnawy, choć nie tak bardzo jak w mieście, łagodniejszy, ale jednak. Morze nabiera koloru atramentu, księżyc rzuca krzywe, rozchwiane i rozpryśnięte w smugi odbicie na wodę. Głośny krzyk jakiejś mewy sprawia, że León mruczy coś niezrozumiałego przez sen, układając się wygodniej na płaszczu Tomasa. A ten patrzy w gwiazdy - żadna nie chce spaść. Nie szkodzi. Ich liczba jest idealna i jedna mniej mogłaby zaburzyć ten piękny obrazek.
Chociaż przy nim wszystko jest piękne, dochodzi do wniosku sennie.
Kładzie głowę na jego brzuchu.
Razem, myśli.
Zawsze.
Do końca.

**

Mięta.
Ten zapach zna już na pamięć.
Wciska mocniej nos w miękki materiał, przytulając go do twarzy jedną ręką. Drugą poprawia koc.
Koc?
Otwiera oczy, choć tak straszliwie mu się nie chce. I zamyka z powrotem.
Bo po co. Jest dobrze.
Koc?, myśli jeszcze, nim zaśnie z powrotem. Kanapa?

Która mnie jeszcze okrywała kocem? To będzie... czwarta... Albo piąta. Nieważne.



"Czasem gdy wszystko
Oddala się w głęboki sen
Przychodzi przebudzenie
A reszta jest prawdą"
~Jim Morrison~
_________________________________________________________________________________

Dłużej nie mogę. Nie mogę.
Rano wymyka się bez słowa, nim zdąży otworzyć te piękne oczy, które mają barwę aleksandrytu. Z tą małą różnicą, że w świetle sztucznym nie stają się czerwone, tylko brunatnawe. W dziennym są zielone.
Tyle, że to nie ma znaczenia pod osłoną powiek. A przebudzenie ma nadejść bez jego obecności.
Ale wieczorem wraca. Gdy już zbierze siły, bo cały dzień poświęca na chodzenie w kółko po swoim mieszkaniu. Dalej nie wie. Nie wie, do cholery. Co się z nim dzieje?
A decyzję i tak podejmuje.
- Gdzie poszedłeś? - wita go w drzwiach, roześmiana jak zwykle - najpiękniej... W kącikach oczu robią jej się wtedy drobne zmarszczki, a usta drżą leciutko.
- Pocałuj mnie - prosi ją, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Ani o cokolwiek.
Posłusznie wspina się na palce, ale nie zamyka oczu - wpatruje się w niego uważnie, rozchylając mu wargi swoimi, tak delikatnie, i zaciskając palce na jego ramionach z całych sił. Ma takie ciepłe usta, a jednak ich dotyk przejmuje go chłodem. Bo tak bardzo chce je czuć; czuć jej język na swoim podniebieniu, tuż za zębami, smakować oddech; czuć, jak namiętność wzrasta, jak podniecenie przybiera na sile. Chce, żeby oplotła go nogami w pasie i żeby jej jasny podkoszulek nie zasłaniał już ani przez sekundę idealnego ciała.
Chce. A jednak tylko odwzajemnia jej spojrzenie, odwzajemnia pocałunek - łagodnie, bez fajerwerków.
- Gdzie poszedłeś? - powtarza, odsuwając się od niego.
- Do domu - odpowiada wreszcie zgodnie z prawdą.
- Po co?
- Po nic. - Nadal nie kłamie. Dziś nie zamierza, a raczej prawie. - Teraz chciałem się tylko pożegnać. Ja już tu nie wrócę, Fran. Nigdy. - Jego głos brzmi spokojnie, beznamiętnie, choć wewnątrz wszystko w nim drży i się sypie.
- Nie wrócisz - powtarza za nim jak echo. Cień uśmiechu wciąż trzyma się na jej bladej twarzy, ale jest już dziwnie nieprawdziwy.
- No tak. Nie wrócę. Chyba rozumiesz. - Wzrusza ramionami. - I tak za długo się to ciągnie. Nic już nie będzie. Nawet nie moglibyśmy być razem. Ja się przecież nie zakochuję.

I patrzy, jak w tych pięknych, zielonych oczach coś pęka, załamuje się, kruszy. Jak coś umiera. Nigdy nie widział śmierci z tak bliska, tak wyraźnie. Z przerażeniem więc obserwuje, jak coś w kilka sekund gasi światło, wyszarpuje trochę kolorowego pigmentu z tych tęczówek, odbiera im blask, wymywa uczucie. Zostaje tylko pustka.
I natychmiast chce cofnąć swoje słowa. Bo są przecież fałszywe, prawda? Tylko tego chce. Powiedzieć, że właśnie o to chodzi. Że zakochał się w niej - choć obiecywał sobie, że nigdy, nigdy... Chce wskrzesić te oczy, ożywić martwe źrenice, tchnąć życie w wygasły uśmiech. Chce.
Ale nic nie mówi, patrzy - obojętnie. Tak strasznie obojętnie.
- To było coś wyjątkowego - odzywa się wreszcie jakby pocieszająco i znów nie kłamie. Było.
- Mówisz to każdej? - Jej głos jest równie bezbarwny jak spojrzenie.
Tak właściwie to... Jesteś pierwszą, której to mówię. 
- Każdej - potwierdza, tak będzie łatwiej.
Policzek. Auć.
- Wyjdź. - Odwraca się, już za późno.
Spełnia jej polecenie. Zamyka drzwi i słyszy jeszcze tylko, jak dobiega zza nich szloch.

Pierwsza. I co z tego.

**

- Zabierzesz mnie na to do kina - decyduje Tomas, gdy w radiu rozpoczyna się piosenka z nowej ekranizacji Tolkiena.
- Pewnie. Koncert życzeń czas zacząć. - León gapi się przez okno na migoczące morze w oddali. Sięga aż po horyzont, a zaczyna się tuż za brzegiem klifu. Wystawia rękę przez okno i macha - nie wiadomo komu. 
- Heeeeeej! - ryczy do jakiejś mewy.

Patrzy na jego wygłupy z czułością, w zamyśleniu dociska gaz.
"- Kocham cię."
"- Ja ciebie też, debilu."
- Tomas, zakręt!
"- Przyhamuj. Tam są fusy."
- Ja pier... - Kręci kierownicą z całej siły, rozpaczliwie.
"-...nie umiesz się bawić w tę grę."
León drze mu się nad uchem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
"- Wiesz, że to wszystko dla nas."
Barierka pęka z trzaskiem, a klif wyciąga po nich przepaściste objęcia.
"- Zimno, cholera."
Lecą.
Lecą.
Trwa to jakieś... trzy sekundy?
"- Czasem myślę też o jedzeniu."
- Kocham cię! - wrzeszczy któryś, León, Tomas? To już bez znaczenia, wszystko wiruje.
- Zawsze?
- Zawsze!
I jeśli to ma się skończyć w ogniu..., drze się spazmatycznie Ed Sheeran z radia. Skaliste wybrzeża są do bólu wyraźne.
- Do końca?
- Do końca!
...to powinniśmy spłonąć...
- Razem?
- Razem!
A na końcu - skały. 
"- Kretyn."
   Ogień. Woda. 
"- ...to z sercem."
   Sól. Światło.
"- A twoja cholerna praca?"
   Krew. Ogień.
"- Kiedy indziej."
   Woda. Skały.
...razem.
I potem już nic. Ciemność.

"Zawsze myślałem, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."

**

Miesiąc. Znowu pełnia.
Srebrna moneta księżyca zawieszona nad dachami po lewej. 
Chłodniej, już naprawdę zimno.
- Spadająca gwiazda! - Ludmiła unosi głowę. Jest taka śliczna. Drobna i ciepła, z delikatnymi ustami i delikatnymi dłońmi.
- Pomyślałaś życzenie? - pyta, łaskocząc oddechem wnętrze jej ucha.
- Pewnie.
Ale jej paznokcie są długie i pomalowane na jasny błękit.
- Spełni się?
- Na pewno.
Włosy jasne i pachnące jabłkiem. Nie miętą.
- Chodź tu.
Oczy bursztynowe. Nie zielone.
- Ach, Diego...
W uśmiechu nie robią jej się zmarszczki.
- Robiłaś to kiedyś w windzie?

To będzie... Czterdziesty ósmy raz.

___________________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz trzeci! :D Znowu totalna masakra produkcji Zuzki, zignorujcie to. Psychiatra przepisał mi chyba nie te leki.
Przepraszam Cię, Moniko, za to coś. Zwłaszcza Diecescę, za którą nie przepadam... Więc nie umiem o niej pisać, ech.
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wszystkie przeszłe i przyszłe OSy były, są i będą lepsze od tego czegoś. Zapraszam więc na nie, a mną się nie przejmujcie.

wtorek, 19 sierpnia 2014

{Zamówienie 014} Leonesca, Dieletta, Femiła || "Uczuciowy zamęt" - Alexandra Comello i Carmen E.

Tytuł: "Uczuciowy zamęt"
Para: Leonesca (Leon & Francesca) Dieletta (Diego & Violetta) Femiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, obyczajowy
Przedział wiekowy: T (język)


Dla Caroliny Verdas


-Łapska z dala od mojego jedzenia - zawołał z oburzeniem, patrząc na dłoń Federico zbliżającą się niepokojąco w stronę jego kanapki. Przyjaciel spojrzał na niego spode łba, jakby właśnie uczynił mu największą możliwą krzywdę. 
-Wal się, debilu ... - mruknął pod nosem, jednak na tyle głośno, by Leon mógł to dokładnie usłyszeć. 
-Fede, słownictwo - usłyszał za sobą i poczuł na policzku usta Ludmiły. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ją do siebie, sadzając swoją dziewczynę sobie na kolanach. Zaśmiała się perliście i wyrwała mu z objęć, siadając obok. 
-Gdzie Fran i Viola? - spytała blondynka, patrząc pytająco na Leona, który właśnie zaglądał do środka swojego drugiego śniadania. 
-Violetta z Diego zaraz przyjdą. Urwały się gdzieś nasze gołąbeczki. A Fran, z tego co wiem, musiała coś obgadać z kimś. Więc teraz raczej nie przyjdzie - dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową i skupiła się na szeptaniu czegoś na ucho Federico, który zaczął się śmiać. 
-Właśnie! - przypomniała sobie Ludmiła po chwili, odsuwając się od swojego chłopaka - W piątek Adam  robi imprezę. Idziemy, prawda? - nawet nie musiała czekać na odpowiedź. 


-Jak się masz? - usłyszała jego głos i odwróciła się na pięcie. Spojrzała w jego brązowe tęczówki i poczuła gęsią skórkę tworzącą się na całym jej ciele. Nie potrafiła patrzeć na niego bez ściśniętego gardła i zaróżowionych policzków. Miała szczęście, że w domu Adama było ciemno - i głośno. Wiedziała, że nie mogłaby zdradzić Leona - za bardzo jej na nim zależało. Jednak uczucie do Federico... Było takie silne. I wywoływało coraz więcej wyrzutów sumienia - zakochała się w chłopaku swojej przyjaciółki. 
-Świetnie - odpowiedziała po chwili, z trudem wypowiadając to jedno słowo. Nie wiedziała, że jej uczucia były odwzajemnione. Nie wiedziała, że on też cierpiał, patrząc na nią. Nie wiedziała, że on też czuł się winny. Był lepszym aktorem od niej - i zdołał zataić prawdę na dnie swojego serca. Patrzył teraz na nią, zastanawiając się, jaki smak miały jej usta - chociaż wiedział, że nigdy nie będzie jego przywilejem posmakowanie ich. Była Leona. On był Ludmiły. Nie mogli tego zmienić. 


-Może już Ci starczy? - spytał Diego, zabierając Leonowi kolejny kubek pełen alkoholu. Ten tylko pokiwał przeczącą głową i w amoku wyrwał z powrotem przyjacielowi swoją własność. Opróżnił ja jednym haustem i odrzucił kubek za siebie. 
-Dobra, dobra, potrzebujesz powietrza - oznajmił Diego, stawiając go do pionu. 
-I panienki - oznajmił Leon z uśmiechem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Jego przyjaciel ucieszył się w duchu, że Francesca gdzieś wcześniej zniknęła. Inaczej mogłoby się to dla niej niezbyt przyjemnie skończyć. 
-Tak, tak, ale to może później - wyprowadził go na taras i posadził na huśtawce ogrodowej, z zamiarem pozostania przy koledze, jednak kiedy Ludmiła zawołała go w jakiejś sprawie pozostawił go na chwilę samego. Dwie minuty później Leona już na tarasie nie było. 


Poczuła mocny dotyk czyichś dłoni na biodrach. Zadrżała, jednak nie była w stanie się odwrócić. Jedną dłonią zasłonił jej usta, żeby nie mogła krzyczeć, przygniatając ją swoim ciężarem do ściany. Jego szybko dłoń powędrowała pod jej krótką sukienkę, którą ubrała specjalnie po to, żeby spodobać się Diego. Nie wiedziała, kim jest, jednak bała się jak nigdy. Jej krzyki skutecznie zagłuszała jego ręka.  Nie pomagała też głośna muzyka dochodząca z domu w którym odbywała się impreza. Którą miała zapamiętać do końca życia. 


-Diego... Ja tak już nie potrafię. Widzę, że Cię ranię tym, że nie mogę się do Ciebie zbliżyć. Ale... Nie. Naprawdę - w jej oczach zaszkliły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Nie wiedziała, co powiedzieć. Widziała smutek w jego oczach, to łamało jej serce. Postanowiła więc powiedzieć mu całą prawdę. Za jednym zamachem. Jak z plastrem - boli bardziej, ale krócej. 
-Wyjeżdżam. Z Buenos Aires, z kraju. Nie zamierzam wracać - smutek na jego twarzy zastygł, jakby nie wiedział co powiedzieć. 

Kilka dni później zostawiła go. 

Opuściła. 

I został sam...


Każdy kolejny dzień spędzony bez niej, był dla niego udręką. Marzył, aby znów ją zobaczyć, znów powąchać jej jasnobrązowe włosy pachnące truskawkowym szamponem do włosów. Chciał dotknąć jej filigranowej dłoni i przyciągnąć ją mocno do siebie, przytulając z całej siły, bez zamiaru wypuszczenia jej. Była dla niego całym światem. Jego życie bez niej już nie było takie samo.


I nawet myślał o tym, aby polecieć za nią do tej przeklętej Anglii i znów ją spotkać. Nieważne, że nie miał pojęcia gdzie mieszka, że najpewniej zgubiłby się w gigantycznym Londynie. Nieważne. Ważna była tylko ona.


Ale mimo wszystko nie pojechał za nią. Chyba wolał siedzieć w domu i czekać na jakiś cud. O cudy było ciężko, szczególnie teraz. Ale on nie miał w sobie tyle siły, aby coś zrobić.


Wiedział, jak bardzo Violetta cierpi. W końcu po tym wszystkim nie może być już taka jak wcześniej. Gdyby tylko spotkał tego kto jej to zrobił... Zabiłby go. Zabiłby go i nie patrzył na konsekwencje. Miałby gdzieś wszystkie skutki - skrzywdziłby go tak samo mocno, jak on skrzywdził ją. Nie miałby wyrzutów sumienia. I mogliby go zamknąć w więzieniu, mógłby dostać dożywocie - nie obchodziłoby go to. Przynajmniej miałby pewność, że sprawiedliwość została wymierzona.


Nie wiedział co ma robić. Głos jego w głowie mówił, żeby stąd wyjechał. Żeby zapomniał. A serce powtarzało uparcie, aby tego tak nie zostawiał - aby znalazł Violettę i pomógł jej stać się na powrót tą radosną dziewczyną, aby ona była zdolna go przyjąć z powrotem.


Duża, mahoniowa szafa odziedziczona po dziadkach stała przy jednej ze ścian jego pokoju; była otwarta. Średniego rozmiaru bordowa waliza leżała na granatowym dywanie jakby tylko czekała, aby ją zapełnić.


Wstał. Wolnym krokiem podszedł do niej.


Jednym ruchem zgarnął z półki przypadkowe ubrania do torby. Zasunął ją. Wyjął plecak z szafy i wrzucił do niego najpotrzebniejsze rzeczy.


Zbiegł z całym bagażem na dół.


A... wiesz co? Piętnaście minut później był już na lotnisku. Jeszcze przy samym okienku wahał się, czy aby na pewno dobrze robi. Ale nie chciał mieć wątpliwości. Nie teraz.


- W czym mogę pomóc? - Sztuczny uśmiech kobiety za ladą przywołał ją do świata rzeczywistego.


Spojrzał na nią uważnie. Zabawne, jak bardzo była szczęśliwa. Albo po prostu udawała.


- Poproszę bilet do Hiszpanii. - Od razu otrzymał ofertę zakupu biletu powrotnego. - Nie, dziękuję. W jedną stronę.






„Żegnaj, miejsce tak wielu dobrych chwil. Żegnaj, szkoło budząca we mnie pragnienie coraz głębszego poznawania muzyki. Żegnaj, miasto dobra. Żegnaj, Buenos Aires.”






- Cholera, Federico, zaczekaj!


Biegła, co chwila odgarniając włosy ze spoconej twarzy. Uważała, aby nie potknąć się o korzenie wyrastające z ziemi i kamienie, leżące bezprawnie na drodze. Kilka razy już na kogoś wpadła, ale nawet nie wiedziała czy była to kobieta czy mężczyzna... bo jej wzrok przykuwał tylko wysoki chłopak idący kilkanaście metrów przed nią. W końcu go dogoniła. Złapała go za ramię.


- Nie słyszysz, że cię wołam?


Odwrócił się w jej stronę. Jęknęła cicho w duszy. Ona nawet samym swoim wyglądem wzbudzał w niej te denerwujące uczucia. I już czuła jak serce wali jej ze zdwojoną siłą - i nie, nie był to efekt maratonu, jaki teraz przebiegła.


- Francesca, my nie mamy o czym rozmawiać.


Do cholery, nie potrafił. Kochał ją, i to kochał całym sercem. Nie Ludmiłę, a ją. Co za ironia losu... Przyznał jej się do tego, bo nie potrafił kłamać. Ale w dalszym ciągu był z blondynką. I to jej ciągle powtarzał, jak mu na niej zależy; nie Francesce.


- Jak to nie mamy o czym rozmawiać? - Zacisnęła delikatną dłoń na jego ramieniu. - Fede, czy ty siebie w ogóle słyszysz? Nie zaprzeczaj temu, co się między nami dzieje!


- Ale Francesca, właśnie chodzi o to, że nic się nie dzieje. - Chwycił ją za nadgarstek i odciągnął od siebie. - Między nami nic nie ma, zrozumiesz to w końcu?


Stanęła na palcach, aby być mniej więcej na jego poziomie. Wprawdzie, brakowało jej trochę do jego wzrostu, ale to był w tym momencie najmniejszy problem.


- Co to znaczy? Federico, sam powiedziałeś, że mnie kochasz, przyznałeś to! Dlaczego teraz się tego wypierasz? Dlaczego ty...


- Francesca - przerwał jej. - Przejrzyj w końcu na oczy. Ja jestem z Ludmiłą, ty jesteś z Leonem. Nie ma sensu niczego zmieniać. Nie ważne, że cię kocham, ja...


Nie mógł dokończyć. Po chwili poczuł jej usta na swoich. Wbiła się w nie z zadziwiającą siłą, nie chciała przestać. Całowała go mocno, namiętnie, a on to odwzajemniał. Mimo, że nie chciał. Ale to było silniejsze od niego.


Chwycił ją w talii i gwałtownie odciągnął od siebie. Zachłysnęła się powietrzem.


- Co ty do cholery robisz? - warknął. - Nie psuj tego, co tak długo budowałem, co ty budowałaś. Widzę, że dla ciebie słowo „przyjaciele” nie jest zrozumiałe.


- Bo nie jest. - Nie potrafiła wyrwać swoich rąk z jego uścisku. - Dlaczego, Federico? Dlaczego ty mi to robisz?


- A dlaczego ty robisz to sobie? Przecież jesteś szczęśliwa, tak? Nic na siłę, Francesca, my i tak nigdy nie będziemy razem. Nigdy, rozumiesz?


Spojrzała na niego z bólem. Wiedziała, że mówi prawdę. Wiedziała o tym już od dawna, bo w końcu nie pierwszy raz jej to powtarzał. Ale to było tak trudno pojąć. Nie potrafiła lekceważyć tej miłości. Nie potrafiła, mimo że musiała. I wiedziała, że kiedyś na pewno się tego nauczy.


- Mai? - wyszeptała z cierpieniem wyczuwalnym w jej pięknym głosie.


- Mai, Francesca. - Puścił jej dłonie. - Non vioglio. E anche voi. Capisci?


Pokręciła przecząco głową. - No. Io voglio. Ti amo, Federico.


Przygryzł wargę. Ranił ją, choć nie chciał. Ale musiał to zakończyć, nie mógł ciągnąć czegoś, co nie miało sensu. Wtedy cierpiałaby jeszcze bardziej.


- Arrivederci, Francesca.


Odszedł. Odszedł i zostawił ją samą na środku chodnika. Dopiero teraz dotarło do niej, że to wszystko to tylko jej chore wyobrażenie. Że trzeba walczyć z miłością. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ona nie może rządzić człowiekiem. To człowiek powinien rządzić nią.


Przecież miała Leona. Leona, którego tak bardzo kochała... przynajmniej kiedyś. Ale nie chciała nawet o tym myśleć. Przekonywała samą siebie, że nadal coś do niego czuje.


Okłamywała samą siebie.




On kolejny opuszczał to miejsce. Byli taką zgraną paczką... najpierw Violetta. Opuściła Buenos Aires; wyleciała do Anglii. Później Diego, który nie mógł znieść życia bez niej w Argentynie i wrócił do swojej rodzinnej Hiszpanii. A teraz i on, który w tym momencie marzył tylko o tym, aby znów poczuć te Włoskie klimaty. Zapomnieć o Francesce, o Ludmile, o wszystkim, co miało jakikolwiek związek z BA.
Italiański narodzie... Powitaj na nowo swojego syna.




Federico nie wiedział tylko, że pewna drobna blondynka tego tak nie zostawi. Że ze swoim silnym charakterem dowie się, dlaczego wyjechał, choćby musiała pokonać tysiące kilometrów.

Nie spodziewał się, że kilka dni później ujrzy ją przed drzwiami swojego domu.




Zaczynał kojarzyć fakty. Wszystko stawało się jaśniejsze...


Tamta noc. Gorąca impreza w domu któregoś ze znajomych. Alkohol lejący się strumieniami, dym z papierosów unoszący się w powietrzu, smród i odgłosy wymiotowania dobiegające z łazienki.


Pamiętał kolejne butelki z piwem, które podnosił do swoich ust i smak tej żółtawej cieczy. Doskonale zdawał sobie sprawę, że przesadził z piciem tego wieczoru. Bo przecież już nie potrafił zapanować nad sobą, nad swoimi czynami i myślami.


I może to właśnie dlatego zaczepił tą dziewczynę na tarasie. Stała tyłem do niego... a zaczepił to zbyt delikatne słowo. Przecież on od razu przeszedł do rzeczy.


Chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął brutalnie do siebie.
Chwilę później znajdowali się już w lesie, w miejscu, gdzie nikt ich nie słyszał. Krzyczała, wyrywała się, ale on na to nie reagował. Alkohol go omamił; już nie myślał trzeźwo.
Później... później obudził się w swoim domu. Było rano, a może południe?
Kilkanaście dni zajęło mu dojście do pewnego, bardzo ważnego wniosku. Przerażającego, a jednak ważnego.
Dopiero teraz, po tak długim czasie przekonał się, że tą dziewczyną była Violetta.




- Obiecasz mi, że już nigdy więcej nie wyjedziesz bez słowa? - spytała patrząc w jego oczy. - Obiecasz mi to?
Uśmiechnął się lekko. Znów ją okłamał. Przyleciała za nim do Włoch - to znaczy, że go kochała. Kochała i była zdolna zrobić dla niego tak wielkie rzeczy.
Zadziwiające, jak szybko uwierzyła w jego bajeczkę o chorej matce...

- Obiecuję. - Pocałował ją w czoło. - Już nigdy.

Samolot wystartował.

Godziny mijały, a oni coraz bardziej zbliżali się do Buenos Aires. Byli coraz bliżej miejsca, w którym się poznali, w którym spędzili tak cudowne chwile; w którym narodziła się ich miłość.
Bo kochał ją. Kochał ją, choć jednocześnie czuł coś do Francesci. Cóż, podobno Włocha do Włocha ciągnie. A ta Włoszka przyciągała ją ze zdwojoną siłą, mimo że odpychał ją na wszystkie sposoby, bo nie chciał się z nią wiązać - nie byli sobie pisani.


I nagle...


huk


zgrzyt


świst


trzask


ogień


ból

ostatnie słowa

...ciemność.


„- Kochasz mnie?
- Kocham cię.
- Do końca?
- Do końca. A jeśli po końcu jest wieczność, to będę cię kochał również w wieczności.”


- Francesca, ja to zrobiłem.
Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego ręki.
Spędzała z nim coraz więcej czasu, bo chciała zapomnieć o Federico. Udawało jej się to, już tak często o nim nie myślała; prawie w ogóle. Nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, ale... kochała Leona. Nadal go kochała choć czuła, że ta miłość powoli wygasa i już jutro może jej w ogóle nie być.

- Ale Leon, co zrobiłeś? - spytała. - Mów konkretnie.

Musiał to komuś powiedzieć. Od kilku dni trzymał to w środku, czuł, że długo nie wytrzyma. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje, to kłamstwo go przerastało. Nie mógł gnieździć tego w sobie. To było za trudne.

- Violetta - wyszeptał. - Ja to zrobiłem.

Zmarszczyła czoło. Nie rozumiała. - Ale co Violetta? Co jej zrobiłeś?

Podniósł głowę i spojrzał w jej piwne oczy. Zacisnął dłoń na jej bladej ręce.

- Obiecaj, że mnie nie znienawidzisz.

Nie odpowiedziała. Nie mogła. Nie wiedziała.

Chyba nie potrafiła go znienawidzić. Bo mimo wszystko spędziła z nim takie wspaniałe chwile... ale nic nie mogła mu obiecać. Nie teraz. Nie w tej sytuacji.


- To ja... ja zgwałciłem Violettę.
Nie uwierzyła. Myślała, że gada głupoty. Może po prostu to wszystko go przerosło i teraz coś złego się z nim dzieje...?
- Leon, to wcale nie jest śmieszne. Nie żartuj sobie ze mnie w ten sposób.
Przełknął wielką gulę w gardle. - Nie żartuję. Francesca... byłem pijany, było ciemno, ja... ja nie wiedziałem, że to ona.
Pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie - ucięła. - Nie. To nie możliwe. Ty nie mógłbyś tego zrobić.
Chwycił ją za blade dłonie i przyciągnął do siebie. - Nie myślałem jak ja, Fran. Przecież gdybym był trzeźwy, to... Francesca, przepraszam.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy, w których widziała tyle bólu i cierpienia... ale już przestało ją to wzruszać.
Nie mogła z nim być. Nie po tym, co zrobił.

Wyrwała ręce z jego uścisku. - Ty mnie przepraszasz? Violettę powinieneś przeprosić. Zresztą... ona i tak pewnie nie będzie chciała cię znać. I ja też.

Wstała. On również. Podszedł do niej, chciał ją zatrzymać, mówił, jak bardzo ją kocha, że nie chce jej stracić, że ona jest dla niego wszystkim... ale ona mu nie wierzyła. Nie potrafiła teraz normalnie na niego patrzeć... a jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku.

Wyszła. Zostawiła go samego.

A on nie wytrzymał. Popłakał się. Popłakał się jak dziecko, bo właśnie stracił kolejną ważną osobę. I już wiedział, że nigdy jej nie odzyska.
Tutaj wszystko przypominało jej o nich. Na korytarzach Studia nadal widziała swoją paczkę, bawiącą się razem, rozmawiającą, tańczącą, śpiewającą... ale już nic nie będzie takie samo.

Przecież nikt nie wróci życia Federico i Ludmile. Choćby chciał.


Nikt nie cofnie tego, co stało się tamtej nocy. Nikt nie wyleczy ran Violetty - one zostaną już na zawsze. Nikt nie sprawi, że Francesca będzie mogła znów bez obrzydzenia spojrzeć na Leona. Nikt nie sprowadzi Diego z powrotem do Argentyny. Nikt.
Uparcie hamowała łzy cisnące jej się do oczu.
Z trudem wrzuciła walizę na taśmę i szybkim krokiem oddaliła się do łazienki.

Osunęła się na ziemię.

Wszystko się zmieniło.

- Samolot do Włoch startuje za dziesięć minut. Prosimy pasażerów o zbiórkę przed samolotem.

„Tutaj wszystko się zaczęło. I chciałabym, żeby tutaj też się skończyło.
I skończyło się.
Na zawsze.”

Nie dawał rady. Nie mógł. Nie potrafił.


Zżerały go wyrzuty sumienia. Nie umiał tak funkcjonować.
Zaledwie rok temu wszystko było w porządku. Byli zgarną grupą, dogadywali się jak nikt inny. Nagle wszystko się zmieniło; kolejne rzeczy sypały się jedna po drugiej. Gwałt Violetty, którego to on był sprawcą; śmierć dwójki ich znajomych; to całe zawirowanie...
Z bólem, ale i z ulgą kupował bilet do Meksyku.
Z trudem pokonywał kolejne schodki przed wejściem do samolotu.
Ale wiesz... nigdy nie żałował, że opuścił to miejsce. To była... jedna z najlepszych rzeczy jaka go w życiu spotkała.
Nie spotkali się już nigdy więcej. Nie rozmawiali ze sobą; nie chcieli rozdrapywać starych ran. Bo to wszystko tak bardzo ich bolało. Każdego z osobna.
Jedyny ślad, jaki pozostał po nich w Argentynie, to dokumenty w prestiżowej szkole muzycznej. A gitara, na której złożyli swoje podpisy już na początku nauki w Studio, na pewno leży gdzieś, zakurzona, w jakimś składziku na instrumenty.
Cóż, przynajmniej mają pewność, że nigdy nie zginie...


___________________

Od Sary: Nie wiem, może Ola coś później dopisze, ale ja dodaję, to ja też piszę, nie? :D No więc... Widzicie, pisałam swoją część dzisiaj. To ra gorza, krótsza i dziwniejsza. Nie mam doświadczecia w gwałceniu kobiet. W sumie w gwałceniu nikogo... I tak o sobie wyszło. W sumie tego OSa miała pisać Asia z Olą, jednak ja się wjebałam, no sorry. A tak serio to Aśka mnie zmusiła... Zal mi cioła xD
Zapraszam Was na poprzednie i przyszłe OSy. Kocham <3