Kiwnęła
głową, jednak nie odezwała się ani słowem. Sama nie wiedziała, co tak
bardzo ją zdenerwowało. Może fakt, że dla Niego to zawsze będzie tylko
jeden, głupi i nic nieznaczący żart? Nie wiedział jak na nią działa,
cholerny...
Zaśmiała się cicho, a brunet jakby odetchnął z
ulgą. Nie nacieszył się jednak zbyt długo, gdyż ponownie łypnęła na
niego złowrogo.
Reszta drogi upłynęła im w, nad wyraz
przytłaczającej, wręcz duszącej, ciszy. Niemal dwadzieścia minut później
byli na miejscu. Mężczyzna
zaparkował na pobliskim parkingu, tuż obok, zamieszkiwanej przez nią -
kamienicy.
- Ludmiła - przemówił Hernandez, i chwytając delikatnie jej nadgarstek, odciągnął go od pierwotnego celu.
Sapnęła zmrożona; jeśli dobrze pamięta, to będzie pierwszy raz, gdy
dzisiejszego dnia użył jej imienia. Odwróciła wzrok od szyby, wpatrując
się nagląco w przygaszone, ciemne jak gorzka czekolada, zwłaszcza w
obliczu chłodnej nocy, tęczówki.
Brunet
zaczerpnął drżącego oddechu; zdziwiła się, chyba pierwszy raz wiedział
go tak zdenerwowanego. Odchrząknął, wciąż nie wypuszczając jej
dłoni z ciasnego objęcia.
- Przepraszam za to, co powiedziałem. -
Wybałuszyła (dość nieelegancko) oczy. - Nie chciałem Cię zdenerwować -
dodał, rozluźniając palce.
Westchnęła głośno, poprawiając fryzurę.
delikatny uśmiech.
No tak, nie potrafiła zbyt długo trzymać urazy, a już szczególnie w
jego przypadku. Nie, gdy wiedziała go tak przybitego; Diego z markotną,
na wpół smutną miną wydawał się taki...
Uchyliła drzwi, chwyciła torebkę i...
- Tak? - zapytała z rozbawioną miną, spoglądając w stronę nieźle skrępowanego mężczyzny, utkwiwszy z jedną stopą na zewnątrz.
- W następną sobotę, organizowany jest firmowy bankiet z okazji
pomyślnego podpisania umowy z "Markizo Corporation".- Zaczął, a ona
potaknęła głową na znak, iż rozumie; choć nie do końca wiedziała, ku
czemu mężczyzna właściwie zmierza. - Pomyślałem, że... - Brunet ponownie
urwał, a ona omal nie wybuchła śmiechem, widząc jego niepewną, jakby
zawstydzoną
miną. On, Diego Hernandez, najbardziej pewny siebie mężczyzna jakiego
przyszło jej poznać, zbity z tropu? Niemożliwe! - Że może, poszłabyś ze
mną?
Już od kilku długich sekund wpatrywała się w Hiszpana wielkimi,
zaszokowanymi oczyma, a ten chyba opacznie zrozumiał jej reakcję, bo zaraz odchrząknął zmieszany i przemówił:
- Heh, bo wiesz, tydzień to całkiem mało czasu...
Umilkł, pocierając nerwowo kark.
- A nie chcę szukać kogoś na siłę.
W tej samej chwili, [jej serce] rozpadło się na tysiące drobnych kawałeczków.
W bursztynowych, teraz jakby zachmurzonych, oczach stanęły łzy.
- Rozumiem. - Kiwnęła głową. - Zgadzam się - wyszeptała, nawet na Niego nie patrząc, i postawiła kolejny krok.
. - Dobranoc.
Wpadła do mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Chwilę potem upadła na
chłodną podłogę i ukrywszy głowę w dłoniach zaniosła się głośnym,
urwanym płaczem.
- Kretyn! - Tym razem o oktawę głośniej.
Podniosła się, po kilku, zdecydowanie za długich, minutach i zmęczona
doczłapała do sypialni. Weszła pod pierzynę, przymykając oczy.
I tylko jedna rzecz, (wciąż) nie mogła dać jej spokoju. Diego
powiedział, że jedzie w jej stronę, więc dlaczego, gdy tylko zniknęła
za drzwiami, zawrócił i pojechał tą samą drogą, którą przybyli?
prychnęła lekceważąco, zagrzebując twarz w, nagle niewygodnej, poduszce - miała zapach samotności,
A następnego dnia, w piątek, wszystko wróciło do normy, gdy
przekraczając próg znajomego gabinetu, uśmiechnęła się promienie, i
zapytała:
Jęknęła rozeźlona, chwytając za przód białej sukienki i podciągnęła ją wyżej.
- Obróć się. - Odezwała się Natalia.
Instruowana jej głosem, wykonała polecenie, czując się dokładnie tak,
jak się czuje zwierze w klatce, a zwłaszcza, gdy jej ciemnowłosa
przyjaciółka, trzymająca w ramionach swoją dwuletnią córeczkę -
Anastazję, wspomnianą wcześniej chrześnicę, której oparzenia nie były
jednak tak poważne (to Natalia panikowała, skacząc dookoła, bo mała w
wieku zaledwie półtora roku oparzyła sobie dłoń), i z każdym
gwałtowniejszym ruchem matki, (chyba myślała, że jest na swego rodzaju
karuzeli) uśmiechała się promiennie, oglądała ją uważnie od stóp do
głów.
- Ładnie Ci - stwierdziła kędzierzawa, bujając Ani (przezwisko wymyślił Maxi - ojciec dziewczynki), na prawo i lewo.
- Chyba żartujesz - powiedziała i puknęła się prześmiewczo w czoło. -
Jest za ciasna - dodała, zaraz demonstrując swoją rację, próbując się
wyprostować. Coś pękło.
- Nie moja wina, że masz takie wielkie piersi. - Brunetka machnęła dłonią. - Kiedyś była idealna.
- Dobra, dobra. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Znajdziemy coś innego. Potrzymaj Ani. - Wręczyła córeczkę w jej ręce.
Natalia i Maxi poznali się jeszcze w liceum; dużo czasu minęło jednak
nim przyznali się przed sobą do skrywanych wewnątrz uczuć (wcześniej
ostro zarzekali się, że jednym co ich łączy, jest przyjaźń) - i cóż, zaśmiała się, miałam w tym swoją zasługę. Teraz tworzyli bardzo zgrane i kochające się małżeństwo, z czteroletnim stażem w zanadrzu.
Zerknęła w stronę dziewczynki, poprawiając jej przykrótkie, kręcone, ciemne włoski. Anastazja była owocem tej miłości.
Ucałowała jej czółko. Ani otworzyła, zamknięte jeszcze chwilę temu,
oczka i uśmiechnęła się pięknie - swoją dziecięcą, lekko pyzatą buzią, a
w jej policzkach pojawiły się urocze dołeczki.
- Tak, słońce? - odrzekła, pozwalając, by filigranowe rączki objęły jej twarz.
- Bszydko. - Zmarszczyła brwi, czując dotyk drobnych paluszków na ciemnych oprawkach.
- Okulary? - Mała kiwnęła głową. - Tak wiem, kochanie. Ciocia nic nie
poradzi - dodała, i jakby chcąc zaprezentować swoją niemoc, wzruszyła
przesadnie ramionami.
-
Za to ja mogę coś poradzić. - Zza jej pleców rozległ się dość
diaboliczny śmiech. Przełknęła ślinę, rzucając się do ucieczki,
odkładając wcześniej chrześnicę. Już ona wiedziała, co Natalia miała na
myśli.
Kilka minut
później leżała, przerzucona przez pufę, wierzgając nogami i rękoma,
przez co Natalka musiała podduszać ją lekko łokciem - co by nie dostać w
twarz, i darła się wniebogłosy, gdy czarnowłosa próbowała wcisnąć do
jej oczu... Soczewki.
Maxi, obładowany zakupami - ponieważ, jak stwierdził po kilku godzinach przebywania z dwoma (pardon, trzema) kobietami naraz: Przebieranki to nie jego pole bitwy,
i obiecał, że jeszcze przed wyjazdem Lusi (jak pieszczotliwie nazywał
ją w ślad za córką), które miało nastąpić o dwudziestej; spojrzał na
zegarek... osiemnasta trzydzieści, przygotuje ("lekkostrawną!" to
słowo brzmiała niezwykle dziwacznie, jednak tamtego dnia pani Ponte
używała go nad wyraz często) kolację, i przerażony widmem armagedonu,
gdy tylko zza zamkniętych drzwi dobiegł go dźwięk szamotaniny, wkroczył
do środka.
Jakież było
zdziwienie niskiego bruneta, gdy zamiast oblicza śmierci i pożogi
dostrzegł swoją małą, gaworzącą słodko córeczkę, rozłożoną na dywanie,
gdzie tuż obok trwała zaciekła walka między dwoma (wydawałoby się
dorosłymi - phi, pozory!) kobietami. Soczewki poszły w ruch!, wykrzyknął mężczyzna w myślach, zrozumiale.
- Uuu. - Brunet wydał z siebie współczujący dźwięk, gdy kobieta
krzyknęła ponownie - jego Natalka była szczwaną bestią, w trakcie
poprzedniego lamentu złotowłosej, wepchnęła do prawego oka - tę drugą.
- Gupie? - zapytała Ani, wskazując paluszkiem nieruchomą "ciotkę" i
matkę, która właśnie opadła na ziemię, dysząc ciężko, zupełnie jak po
przyciągnięciu maratonu.
- Zdecydowanie, ale ciii - szepnął, starając się nie narazić żadnej z nich. Mała zachichotała.
- Wiesz? - Rozległ się zdziwiony głos blondynki. - To wcale nie jest
takie złe. - Potaknęła radośnie głową, odkładając okulary, wcześniej
dość brutalnie potraktowane przez Natalkę, do futerału.
- Hah, hah. - Brunetka wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, padając na wznak. - No co Ty nie powiesz!
Podeszła do lustra, stwierdzając z ulgą, że jej oczy wciąż miały
naturalny, bursztynowy kolor, a nie jakiś całkiem niestworzony -
czerwony czy fioletowy, do czego Natalia mogła się z całą pewnością
posunąć, w ramach tej dziwacznej zemsty (czy jak sama zainteresowana
twierdziła - odwetu), którą prowadziła już od jakiegoś czasu, za całkiem przypadkowe
pofarbowanie jej włosów na perłowy blond (nie jej wina, że w drogerii
się pomylili, prawda?!), a jednak... uśmiechnęła się promiennie w jej
stronę.
I nagle coś
zrozumiała; w końcu - po tylu latach, nie miała na sobie okularów.
Przyjrzała się swojej, nieosłoniętej niczym, twarzy; ciche "wow" opuściło jej usta, gdy zdała sobie sprawę, że teraz wygląda całkiem inaczej, że jest, że jest...
- Ja... - wyrwało jej się, lecz równie szybko umilkła.
- Jesteś piękna - dokończyła zamiast niej Natalia, stając za nią i
oparłszy głowę o jej ramię, rozpuściła blond włosy, wypinając z głowy
przyjaciółki srebrną spinkę.
Jasne kosmyki opadły długimi kaskadami, rozsypując się po nagich,
mlecznobiałych ramionach. Duże, bursztynowe oczy zerkały zdziwione,
jednak, jakby... ufne? Pełne usta rozpostarły się w szerokim, pięknym uśmiechu, a wysokie kości policzkowe nabrały koloru.
- A co Ty się tak napaliłaś na ten bankiet, kochana? - Coraz śmielsza harce żony przerwał Maxi. - To nie Ty na niego idziesz.
- No właśnie! - Uniosła oskarżycielsko palec. - Bo ktoś tu nigdzie mnie
nie zaprasza. - Założyła ręce na piersi, niczym - dogłębnie obrażone,
dziecko.
- Aw,
kochanie. - Mężczyzna pojawił się tuż za Natalią, obejmując jej talię. -
Jeśli tak bardzo chcesz, możemy jutro pójść na kolację, we dwójkę.
Tylko Ty i Ja. - Mówiąc to wszystko, zbliżał się coraz bardziej, aż w
końcu ich usta złączyły się w delikatnym, acz namiętnym pocałunku,
spragnionych siebie ciał.
- Hej! - Przerwała im. - Ktoś tu miał robić kolację. - Łypnęła na
bruneta, który zaśmiał się tylko, wystawiając ku jej osobie język,
jednak posłusznie wykonał polecenia, biorąc małą na ręce i udając się w
stronę, przedzielonej zaledwie ścianką, kuchni. - A znowu ktoś inny,
miał mi pomóc.
- Wybacz, kochana. - Młoda matka udała skruszoną, podchodząc do szafy.
Westchnęła, wcale nie była zła, raczej zdenerwowana wizją zbliżającego
się spotkania; miała wrażenie, że zaraz oszaleje. Mimo, że - między nią,
a Hernandezem nic nie było wyjaśnione, a w pracy wciąż udawali zupełnie
niezależnych od siebie znajomych (zamienili ze sobą tylko kilka słów
odnośnie wspólnego wypadu, a mianowicie te dotyczące godziny spotkania,
etc, etc.), to jednak sama myśl o mężczyźnie, tak blisko, w smokingu?, przyprawiała ją o szybsze bicie serce, przesadną potliwość dłoni.
- W co by Cię tu ubrać, hmm - szeptała ciemnooka bardziej do siebie,
niż do niej. Opadła na kanapę. - To nie. - Na podłogę spadło coś
czerwonego. - To też nie. - Tym razem niebieska, niesamowicie szeroka
sukienka śmignęła obok ucha. - A może... - Nastała dłuższa chwila
ciszy.
- To? - Chwyciła
się za serce, gdy, tuż przed jej nosem, pojawiła się (znikąd!)
rozanielona Natalia, trzymając w dłoniach, zupełnie czarny, połyskujący
lekko, materiał.
Przyjrzała się uważnie. Mała czarna,
sapnęła wewnątrz z niedowierzaniem. Pamiętała zakup tej sukienki, choć
nigdy jej nie ubrała, ponieważ, jak sama stwierdziła, była zbyt... wyzywająca, i kupiła ją tylko ze względu na namowę, przebojowej, jak mawiali, koleżanki ze studiów - Camili.
Rudowłosa na drugim roku opuściła internat, a po uniwersytecie dość szybko rozniosła się plota o jej domniemanej ciąży. No to pobalowała, pomyślała z mściwą satysfakcją. Cóż, nigdy jej nie lubiła.
W każdym razie, po swoim stwierdzeniu zakopała sukienkę głęboko w
szafie, i zapomniała. Właściwie nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się,
że zaginęła gdzieś podczas przeprowadzki z akademika do wynajętego - jej
obecnego lokum, mieszkania.
- Jest genialna - stwierdziła przyjaciółka, bez owijania w bawełnę. - Ubieraj.
- No nie bądź taka. Mówię Ci, ten cały Hernandez oszaleje. - Zaśmiała
się głośno, gdy brunetka poruszyła zabawnie brwiami. Szybko jednak
spoważniała.
- Coś mi
się nie wydaje. - Westchnęła i, moim wszystko, wyrywając ubiór z
zachłannych dłoni Natalii, skierowała się do jasnej, wyłożonej płytkami
łazienki.
Jej
mieszkanko - choć małe, było przytulne i wspaniale urządzone. Wzruszyła
ramionami; po prostu, nie potrzebowała kolejnych metrów kwadratowych,
skoro i tak mieszkała sama.
Wciągnęła na siebie materiał, wygładzając sukienkę w okolicach ramion,
płaskiego brzucha. Spojrzała w lustro - okej, może wyglądała zabójczo,
gdyż czarna, zupełnie gładka (oprócz delikatnych, perełkowych zdobień
na krańcach rękawów) sukienka sięgała zaledwie ud, owalny dekolt
odsłaniał tyle ile powinien - nie za dużo, nie za mało, a długie rękawy,
idealnie przylegające do ciała (tak jak całe odzienie), nadawały jej
postaci eleganckiego, bardziej dystyngowanego wyrazu, ale... nie,
tym razem nie miała żadnego "ale" w zanadrzu. Co jest nieco śmieszne,
bo zawsze była zakompleksioną osobą, już od najmłodszych lat swojego
życia, kiedy to rodzice najpierw zamieszkali osobno, wymigując się przed
nią separacją, a potem rozwiedli - zostawiając ją samą, po środku. Między przysłowiowym młotem, a kowadłem, co?
Wyszła z łazienki, pukając - odwróconą tyłem, Natalię w nagie ramię.
Wysokie, czarne szpilki, z odkrytymi palcami, sprawiały, że sama
blondynka była dużo wyższa niż zazwyczaj, a jej zgrabne nogi wyglądały
na jeszcze dłuższe.
- O matko. - Tylko tyle była w stanie wykrzesać z siebie, o kilka miesięcy starsza, przyjaciółka, gdy ją zobaczyła.
Uśmiechnęła się niepewnie. - Może być?
- Czy może, czy może?! Luśka wyglądasz cudownie! - wykrzyknęła
brunetka, używając nawet jej słodkiego, nadanego przez Anastazję,
przezwiska, którego tak samo - jak i ona, nie znosiła. - Uh, coś czuję,
że nie odpędzisz się od adoratorów - dodała i uśmiechając zalotnie,
powachlowała się dłonią.
- Przestań. - Zachichotała, uderzając ją w ramię.
- Teraz jeszcze tylko Cię umalujemy. - Mówiąc to, Natalia sięgnęła w
stronę kosmetyczki i wyciągnęła z niej kilka - najbardziej istotnych,
rzeczy.
Przejechała po
jej ustach czerwoną szminką, a oczy podkreśliła czarną maskarą.
Delikatny róż rozświetlił policzki, choć jak stwierdziła czarnowłosa...
wcale tego nie potrzebowała:
"Ty już błyszczysz", i była jej za
te, w pewien sposób pokrzepiające, słowa naprawdę wdzięczna, bo cóż,
chyba nigdy nie była zdenerwowana bardziej niż teraz, w tej chwili.
W całym swoim dwudziestoczteroletnim życiu!
Pół
godziny później wskazówki zegara przesunęły się, zahaczając o godzinę
dziewiętnastą trzydzieści. Odchyliła się niedbale na krześle,
spoglądając na roześmianą dwójkę przyjaciół oraz Ani, która siedząc na
kolanach ojca wierciła się na wszelkie możliwe strony. Mała była
prawdziwym, nieskończonym niemal, wulkanem energii.
Zaśmiała się, kręcąc głową; zaraz jednak jej usta wygiął przygaszony, na krańcach, uśmiech. Czasem patrząc na nich,
żałowała. Zazdrościła.
Dlaczego ona nie ma rodziny, dlaczego nie ma nikogo, kto mógłby ją pokochać? - To
najczęstsze z pytań, które sobie w takich momentach zadawała. A potem,
jak na zawołanie, przypominała sobie słowa ciemnowłosego przyjaciela:
"My jesteśmy twoją rodziną".
Potrząsnęła głową, w takim razie ma najlepszą rodzinę pod słońcem.
Pomocną, świetlistą, o nieskończonej, wciąż buchającej niczym płomień,
miłości. Ją też pragnęli objąć, pochłonąć w te zdradliwe -
bo nie ma odwrotu, lecz tak bardzo pożądane, odmęty.
Czy im na to pozwoli?
Maxi był genialnym kucharzem - w swoim wieloletnim,
owocnym
związku z brunetką, to właśnie brązowooki zajmował się takimi sprawami,
podczas gdy Natalia studiowała prawo, jednakże nie mogła zmusić się na,
chociażby tknięcie smacznie wyglądającej potrawy. Ponte spojrzał
podejrzliwie.
- Myślałem, że lubisz moją kuchnie. - W jego głosie spostrzegła lekki wyrzut.
- Bo to prawda - odpowiedziała szybko, nie chcąc niepotrzebnie urazić mężczyzny. - Po prostu nie jestem głodna.
- Denerwuje się, to oczywiste. - Swoje trzy grosze wtrąciła Natalia.
Zgromiła ją wzrokiem; przyjaciółka uwielbiała to robić, ale nie mogła
mieć tego kobiecie za złe... To właśnie te drobne szczegóły -
choć nieraz irytujące wszystkich wokół, tworzyły Pontównę. I mimo wad, nie zamieniłaby czarnowłosej na nikogo innego.
Bo, w końcu, kto ich nie ma?
- Może troszeczkę. - Wypuściła powietrze przez nos, z niewinnym uśmiechem. Wyłamała palce.
Natalia zachichotała, kręcąc głową i wróciła do konsumowania przyrządzonej przez męża sałatki.
O równej dwudziestej rozległ się dzwonek do drzwi. Uśmiechnęła się
lekko; Hernandez nie tolerował spóźnień, więc oczywistym było, iż sam
jest nad wyraz punktualny.
Obciągnęła sukienkę, nagle martwiąc
się, że może pokazywać trochę za dużo, i wymieniając uściski z każdym po
kolei (tylko, śpiącą już, małą ucałowała w czółko), porywając jeszcze
po drodze czarną, maleńką kopertówkę, którą pożyczyła od kuzynki - Lary,
podeszła w stronę drzwi.
Odetchnęła głęboko; ostatni raz - coś
czuła, że przy nim zabraknie jej oddechu, i pociągnęła za klamkę.
Oczywiście - miała rację, i zdała sobie z tego sprawę, gdy tylko za
drzwiami spostrzegła jego wyprostowaną sylwetkę. Diego miał na sobie
(jak wcześniej przypuszczała) czarny smoking, idealnie skrojony -
dopasowany, równie czarną muchę pod szyją, która o dziwo nadawała mu
zabawnego, swobodnego wyrazu, dokładnie wystylizowane włosy, i ledwo, bo
ledwo, ale jednak widoczny zarost.
Mężczyzna uśmiechnął się - w
ten sposób, w który tylko on potrafił, a pod nią ugięły się kolana. Po
chwili, zmierzył jej całą postać - od stóp do głów, uważnym spojrzeniem i
sam zdębiał.
- Ludmiła. - W jego ciemnych oczach dostrzegła niedowierzanie, zachwyt,
podziw?
- Diego. - Odparła, witając się. Zaśmiała się w duchu, na widok jego skołowanej miny.
- Wyglądasz... - Urwał i zarumienił się...
wściekle? Czy wzrok, aby jej nie myli? - Pięknie. - Dokończył, już pewniej, odchrząknąwszy wcześniej.
- Aw, dziękuje. - Zachichotała, mrugając zalotnie rzęsami, a gdy zdała
sobie sprawę z tego co robi, zaczerwieniła się równie mocno, co
mężczyzna, chwilę temu. - Ty też niczego sobie. - Wybrnęła, odzyskując
nagle zdolność mówienia, uderzając go lekko w ramię.
Jak kumpla?
Dobra, może nieco bardziej niż
"niczego sobie",
ale tego wiedzieć nie musiał. W końcu, czy to nie On powiedział
niedawno, że może mieć każdą? (A przynajmniej tak zinterpretowała jego
słowa) W takim razie, czy była dla niego jakimkolwiek wyzywaniem? Nie,
była pod ręką. Prychnęła.
- Coś się stało? - zapytał brunet, marszcząc brwi.
- Nie, nie - zaprzeczyła, uśmiechając się słodko, a na przystojnej
twarzy Diego pojawił się grymas; dostrzegł nieszczerość jej uśmiechu -
podczas dwóch miesięcy wspólnej pracy miał sporo czasu na obserwowanie
blondynki, i cóż, korzystał z tego prawa
bardzo często, ale o tym wiedzieć nie powinna...
Prawda?
- W takim razie, chodźmy - zaproponował po chwili, z rozbrajającym
uśmiechem, a ona - drugi raz tego samego dnia, zapomniała jak właściwie
ma na imię. Przyjęła jego ramię.
- Nie czekajcie! - krzyknęła jeszcze, obracając się w stronę zaszokowanych przyjaciół. Wzruszyła ramionami,
ciekawe, o co im chodzi...
Wyszli na zewnątrz, przed zadbaną kamienicę, a jej ramiona owiał
mroźny, jednakże, w tej chwili niezwykle przyjemny, wietrzyk. Bo choć
nie chciała przyznać sama przed sobą, dotyk Hiszpana
palił.
Czuła, że płonie, rozgrzewana każdym - najmniejszym nawet, ukradkowym
spojrzeniem. Zawadiackim uśmiechem. Cóż, przynajmniej miała
wytłumaczenie na wciąż nieblaknące rumieńce. (Całkiem mroźno, prawda?)
Podeszli do czarnego, zaparkowanego na podjeździe BMW, tak świetnie kobiecie znanego z ich ostatniej, wspólnej
przejażdżki. Ilekroć wracała wspomnieniami do tamtego wydarzenia,
chwili, jej oczy nieznacznie gasły.
Mężczyzna otworzył jej drzwi, jak na dżentelmena przystało, i okrążając
samochód, zasiadł na miejscu kierowcy. Usadowiła się wygodnie,
odkładając kopertówkę na tylne siedzenie, i zapięła pasy. Odprężyła się,
już po chwili, w takt spokojnego, wysyłającego wzdłuż jej kręgosłupa -
przyjemny dreszcz, głosu Johna Lennona sączącego się wolno z głośników.
Radio okazało się być jedynym (głośniejszym) towarzyszem ich podróży.
Hernandez zbyt pochłonięty był drogą, ona - nie chciała mu przeszkadzać.
Milczeli.
Pół godziny później zajechali pod, równie
wielką - co ich własnej firmy, nieznaną jej dotąd, siedzibę "Markizo
Corporation", chociaż, to ona sama przecież, brała udział w tworzeniu
poszczególnych paragrafów umowy.
Praca zobowiązuje, pomyślała, chichocząc.
Mężczyzna, jak poprzednio, otworzył drzwi, ofiarował ramię. Podeszli do
oszklonego, rozsuwanego wejścia i wstąpili do środka. Uderzył w nią
powiew ciepła, szum rozmów, zapach drogich, szykownych perfum,
wody kolońskiej. Razem z inną grupą wpakowali się do windy, z zamiarem wjechania na ostatnie -
trzydzieste piętro,
gdzie mieścił się olbrzymi taras, sala konferencyjna, i jak się okazało
- właśnie tamte pomieszczenia postanowiono wykorzystać, podczas
organizacji bankietu.
Spojrzała po pozostałych, z którymi
zaszczyt było jej dzielić windę, i bardzo szybko zauważyła, że każdy
mężczyzna ma na sobie smoking, a kobieta ubrana jest elegancko - prawie,
że wytwornie... Spojrzała z uśmiechem na swoje ubranie;
to jednak był dobry pomysł, dodała w myślach. W małej czarnej prezentowała się niezwykle
szykownie.
Zaparło jej dech w piersiach, a usta opuścił cichy okrzyk zdziwienia,
podziwu?,
na co mężczyzna bez oporów zachichotał, zgarniając ją do środka, gdy
tylko dostrzegła wnętrze sali, w której przyjdzie im spędzić najbliższe
kilka godzin.
Pomieszczenie miało owalny kształt, w jednym kącie
mieściły się stoły z przekąskami, napojami, na środku stał bar, wokół
którego mieściło się mnóstwo roześmianych gości, mężczyzn stawiającym
zarumienionym kobietom drinki, a znowu w przeciwległym, od pierwszego
zakątku, mieściło się podwyższenie, coś w rodzaju sceny, z ciemnoskórym
DJ'em za konsolą.
Wszystko przystrojone było tysiącem,
pachnących pięknie, kwiatów - gdzieniegdzie po prostu w roli wazonów,
indziej - spływającym ku ziemi girland. A także połyskujących, jasnych
lampeczek zwieszonych od jednego kąta do drugiego, i tak przez całą
długość, szerokość. Srebrno-złote serpentyny spływały z sufitu,
zahaczając co rusz, o ich włosy, ramiona.
Jednak tym, co wyryło
na niej największe wrażenie był ogromny, kryształowy żyrandol,
mieszczący się na samym środku, i chybotający wesoło na boki. Miliony
kryształów odbijało kolorowe światła otulając całą sale mnóstwem
promieni, tęczowymi refleksami.
Sapnęła z zachwytu.
- Podoba Ci się? - zapytał Diego, z rozczuloną miną.
Kiwnęła tylko głową, jednak szybko spuściła głowę,
zażenowana.
Cóż, w przeciwieństwie do Hiszpana, nie często miała okazję bywać w
takich miejscach. Właściwie, z ręką na sercu, była na tego typu imprezie
pierwszy raz.
Zabawne?
Przez następne pół godziny
zaczepiani byli przez gości, jakieś ważne osobistości, dlatego musieli
stać, uśmiechać się ładnie i wymieniać formy grzecznościowe. Hernandez
za każdym razem przedstawiał ją jako swoją "asystentkę", i gdy przy
okazji nadmieniał jak "świetną" pomocnicą była, po jej ciele, w
okolicach serca, rozlewało się przyjemne ciepło. W końcu cała sprawa
zaczęła ją nudzić, mężczyznę chyba też, bo jego mina na chwilę przybrała
wyraz cierpiętnika, gdy w ich stronę podeszła kolejna para snobów.
Popijała właśnie przyniesiony przez Hiszpana poncz, gdy coś ciemnego
mignęło jej przed oczyma i wpadło w rozpostarte ramiona. Rozszerzyła
zaszokowana oczy, dostrzegając roześmianą Francescę, w równie czarnej,
co jej sukience, jednak nie przylegającej, a rozkloszowanej u dołu,
sięgającej przed kolana.
Wyglądała pięknie.
- Ludmiła. -
Włoszka kiwnęła głową z uznaniem, okrążając ją dookoła. - Wyglądasz...
inaczej - podrapała się po brodzie. - Soczewki?
Przytaknęła głową, zmieszana.
- A więc Natalii w końcu się udało? - Zachichotała Francesca.
Mimo, iż ciemnowłosa piękność nie znała jej przyjaciółki, w ciągu tych
(teraz już ponad) dwóch miesięcy zdążyły się zżyć na tyle, by wiedzieć o
sobie bardzo dużo,
jak nie wszystko. W czasie przerw, to właśnie
z Włoszką odwiedzała wszelkiego rodzaju kawiarnie, restauracje, co by
napić się kawy, czy zjeść porządny obiad.
Oprócz tamtej, jednej sytuacji, zamajaczyło gdzieś w podświadomości, a przed jej oczyma,
bez udziału woli, stanęła scena, kiedy to pijąc kawę, i opierając ramieniem o kanapę, wesoło gawędziła z Hernandezem.
- Tak - wyszeptała zarumieniona, odgarniając zagubiony kosmyk blond
włosów za ucho. Nie mogła normalnie funkcjonować, gdy obiekt jej
skrytych (naprawdę? Jesteś pewna?) westchnień, wodził za nią uważnym spojrzeniem czekoladowych tuneli.
Francesca kiwnęła, z aprobatą. - Mówiłam, że to dobry pomysł.
Posłała jej niewymuszony, szczery uśmiech. - A właściwie, Fran. - Upiła kolejny łyk. - Dlaczego tutaj jesteś?
- A! Właśnie! - wykrzyknęła kobieta, z poszerzonymi w zrozumieniu źrenicami, i ślad po niej zaginął.
Zamrugała oczyma, a kiedy spojrzała na Diego ten wzruszył ramionami. Ciemnowłosa zawsze była nieco, ekhm...
roztrzepana.
Panująca między nimi, nagle niezręczna, cisza nie trwała jednak zbyt
długo. Z tłumu ponownie wyłoniła się Włoszka, ciągnąc za sobą wysokiego,
zielonookiego blondyna, o przystojnej twarzy i szerokim uśmiechu.
- To jest Leon, mój narzeczony. - Odezwała się kobieta podniosłym,
jakby lekko patetyczny, tonem. Zachichotała. - Jego rodzina prowadzi
dość sporą firmę deweloperską, zupełnie jak Diego (mimo wszystko, z
szefem, większość osób była na "Ty"), dlatego przyszłam tu z nim.
Przyjrzała się mężczyźnie i nagle coś zaświtało. - Ah, więc to jest ten
sławny pan, o którym tak wiele słyszałam? - Francesca spłonęła
rumieńcem.
Leon zaśmiał się; to był bardzo przyjemny dźwięk.
- Najwyraźniej. - Przemówił, łapiąc jej wolną dłoń. - Leon Verdas, miło mi. - Pochylił się i ucałował jej wierzch.
Zarumieniła się mocno. - Ludmiła Ferro, mnie również.
- Ekhm. - Ktoś odchrząknął.
Wybałuszyła oczy, gdy wspomnianym "ktosiem" okazał się Diego, z dość
nietęgą miną. Spłonęła rumieńcem, chrząkając coś na kształt
"Oh",
gdy okazało się, że zielonooki wciąż nie puścił jej dłoni. Wyrwała się
delikatnie, co by przypadkiem blondyna nie spłoszyć, i uśmiechnęła
lekko.
- Uuu. - Francesca objęła szyję ukochanego. - Widzę, że
ktoś tu się polubił. Tylko wiesz, żebyś mi go czasem nie podkradła. -
Pokiwała jej prześmiewczo palcem. Cała trójka wybuchnęła szczerym
śmiechem.
Spojrzała na bruneta, po swojej lewej, który
wymamrotał coś pod nosem i zacisnął usta w wąską kreskę. Uniosła
wydepilowaną brew.
Zazdrosny?, przebiegło jej przez myśl, lecz
szybo zepchnęła dziwne słowo na dno, kręcąc szybko głową, gdy zdała
sobie sprawę z jego absurdalności.
Włoszka zamilkła, gdy szef
łypnął na nią złowrogo, i unosząc na chwilę wyżej brwi, coś zrozumiała, a
przynajmniej tak jej się wydawało, bo nagle uśmiechnęła się złośliwie -
uśmiechem triumfalnym, jakby wszystko wiedzącym i powiedziawszy: -
Dobrze, my już pójdziemy. - Odeszła z narzeczonym w stronę parkietu.
Mrugnęła -
raz, drugi,
jednak wiedząc, że i tak nigdy nie uda jej się zgłębić tajników
psychiki kobiety, pokręciła zrezygnowana, lecz rozbawiona, głową.
Zerknęła niepewnie w stronę starszego, bo o cztery lata, mężczyzny.
Uśmiechnął się - delikatnie, bo zaledwie kącikiem ust, jednakże to
wystarczało, by wzdłuż jej pleców przebiegł elektryzujący dreszcz.
- Ludmiła. - Zaczął, a głos miał tak pociągający i niski, że jej serce podjechało niesamowicie blisko gardła -
zupełnie jak kiedyś, za pierwszym razem, tym razem nie ze strachu, a z jakiegoś innego, niezidentyfikowanego uczucia.
Przełknęła ślinę, obserwując delikatny ruch jego dłoni, która szybko spoczęła na jej policzku. Zarumieniła się,
zaledwie centymetry?
- Oh, Hernandez, tu jesteś! - Za nimi rozległ się tubalny głos,
a czar prysł, gdy Diego westchnął głośno, i odwracając spojrzenie od jej zamglonych tęczówek, zerknął na przybysza.
- Pan Markizo, witam. - Przywitał się brunet uprzejmie, choć w jego głosie dostrzegła zgryzotę. Odeszli na bok.
Odetchnęła głośno, dotykając płonącego policzka. W miejscu, gdzie
spoczęła, a chwilę później zniknęła jego duża, silna dłoń, odczuwała
przyjemne mrowienie,
ciepło. Jęknęła zła, wręcz zrozpaczona. Spuściła głowę,
dlaczego?
Wyrwała się z przykrego letargu i ruszyła w stronę wyjścia na taras (czy tam balkon);
potrzebowała odrobiny świeżego powietrza.
Łokciami oparła się o żelazną barierkę i rzucając jedno, szybkie
spojrzenie niebu, które zewsząd pokryte było gwiazdami, ukryła
zarumienioną twarz w dłoniach.
Głupia, wyklęła się w myślach.
Wariatka.
Zadrżała z zimna. Ten stan nie trwał jednak dostatecznie długo, by
mogła porządnie zamarznąć, bo zaraz poczuła coś ciepłego i gładkiego,
opadającego i opatulającego jej ramiona. Uniosła wzrok, spoglądając na
uśmiechniętą twarz Hernandeza. Oddał jej swoją marynarkę.
Ścisnęła materiał.
- Dziękuje. - Hiszpan ledwo zrozumiał jej wypowiedź, tak cicha była.
- Nie ma za co. - Wzruszył jeszcze ramionami. - Jest całkiem chłodno,
prawda? - Spojrzał na nią, opierając się - tak samo jak ona, obok.
Kiwnęła głową. Chwilę trwali w ciszy, lecz pierwszy raz od
niepamiętnych dziejów (czyli tygodnia) nie była ona niezręczna, a wręcz
pożądana.
- Wiesz. - Poluzował delikatnie muszkę. - Nigdy nie lubiłem tego typu imprez.
Zaśmiała się, może tylko trochę
za głośno. Kto jak kto, ale mężczyzna nie miał sobie równych w
rozluźnianiu atmosfery.
- Racja. - Przytaknęła śmielej. - Są nudne.
Tym razem to ciemnooki wybuchł głośnym śmiechem. - I właśnie dlatego
Cię lubię. - Spojrzał na nią, a jego tęczówki przeszyły ją na wskroś. -
Wiedziałem, że zabierając Cię, będę mógł się wyluzować. W sumie, to
wyjaśnia powód, dla którego to zrobiłem.
Zamarła na chwilę,
niezdolna nawet do zaczerpnięcia oddechu, a co dopiero wypowiedzenia,
czy tam sformułowania, jakiegokolwiek słowa, zdania. Szybko jednak
odzyskała rezon. Spojrzała nań kątem oka; mężczyzna, nie pozostawał
dłużny, uważnie przyglądając się jej poczynaniom, spod przymrużonych
powiek.
- Naprawdę? - Obróciła się tak, by spojrzeć brunetowi
prosto w oczy. W jej głosie pobrzmiewała ostra nuta. - A nie dlatego, że
nie było już wystarczająco dużo czasu, by szukać zastępstwa?
Na chwilę zamarł,
zlękniony.
- Ja... - Chyba sam nie wiedział, do czego zmierza, jak się wytłumaczyć,
wybrnąć, bo umilkł równie szybko, co w ogóle zaczął.
- Spokojnie. - Dotknęła jego ramienia, uśmiechając się delikatnie, choć
jej głos ociekał smutkiem. - Nie musisz nic mówić. - Dokończyła i
ściągnęła marynarkę, wciskają mężczyźnie w dłonie. Obróciła się na
pięcie z zamiarem odejścia;
w jej oczach zalśniły pierwsze łzy.
Przystanęła w miejscu, gdy Diego złapał jej nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Utonęła w jego spojrzeniu.
- Posłuchaj mnie, Ludmiła... - Nie dokończył, gdyż w tle, z zadymionego
pomieszczenia dobiegły ich pierwsze nuty znajomego utworu.
- Uwielbiam tę piosenkę. - Wyrzucili z siebie jednocześnie, a kiedy zdali sobie z tego sprawę, wybuchnęli śmiechem.
W głos.
- W takim razie... - przemówił mężczyzna z uśmiechem; w świetle
księżyca wyglądał tak pięknie, wręcz nierealnie. - Nie pozostaje mi nic
innego, jak zaproponować Ci wspólny taniec. - Zachichotała, gdy
puszczając jej nadgarstek, skłonił się nisko. - Mogę prosić?
Uśmiechnęła się szeroko, zapominając na chwilę o troskach, niedomówieniach - panujących między nimi.
Tylko chwila, szepnął cichy głosik, tuż obok ucha.
Kusił?
- Ależ oczywiście - odszepnęła podobnym, podniosłym tonem i podała
mężczyźnie swoją dłoń. Uderzyło ją niewiarygodne ciepło, gdy ich skóry
otarły się o siebie, a palce zetknęły.
Wyładowania elektryczne?
Weszli do środka, zmierzając w stronę parkietu, gdzie niejedna para
przygotowywała się już do spokojnego, rozbujanego tańca. Gdzieś w tym
tłumie dostrzegła rozanieloną Francescę, z Leonem przy boku.
Nagle pokręciła głową,
gwałtownie, w duchu pytając:
Co ja właściwie robię?,
jednak szybko zapomniała o wątpliwościach, a konkretnie w momencie, gdy
Diego ułożył jedną ze swoich dłoni na jej talii. Dotknęła wolnymi
opuszkami palców jego ramienia. Uniosła oczy.
MUZYKA*
Wise men say only fools rush in
Ruszyli. Tańczyli powoli, bujając się lekko, w takt muzyki; słów - ukochanego wokalisty jej matki.
But I can't help falling in love with you
Jeden
obrót, drugi. Mężczyzna odepchnął ją od siebie delikatnie, tylko po to,
by zaraz przyciągnąć jej ciało z powrotem, splatając ramiona na jej
piersi.
Shall I stay?
Would it be a sin,
If I can't help falling in love with you?
Nie
pamiętała, kiedy ostatnio tańczyła walca - chyba na weselu Natalii i
Maxiego, gdzie właściwie była świadkiem, jednak była pewna, że brunet
robił to dość często, ponieważ miała wrażenie, że na parkiecie czuję się
nad wyraz pewnie.
Jak w domu?, pomyślała i zaśmiała się cichutko.
Wiedziała, że trzymając się jego dłoni, wytycznych,
nie zgubi kroku.
I choć nie miała pojęcia na czym stoją, dotyk i ciepło jego ramion,
czułe objęcie, sprawiło, że zapomniała o bożym świecie.
Lecz strach pozostał.
Like a river flows surely to the sea
Darling so it goes
Zarumieniła się mocno, dostrzegając pewne, świdrujące spojrzenie ciemnych tęczówek, na swojej, nagle - płomiennej, twarzy.
Jeszcze jeden obrót, wpadła wprost w silne ramiona.
Some things are meant to be
Take my hand, take my whole life too
I kolejny, kolejny. Zapomniała
już, w którym miejscu kończy się rzeczywistość, a gdzie zaczyna granica
- niedostrzegalnego okiem, snu. Ktoś wypuścił konfetti; złote opiłki
zawirowały w powietrzu i opadły, wplatając się niczym gwiazdy w jej
długie, delikatnie pofalowane włosy.
-
Bo nic nie mogę poradzić na to, że się w Tobie zakochuję. -
Zaśpiewał mężczyzna, zlewając swój głos z tym należącym do Presleya,
tuż przy jej uchu, a ją przeszedł, jeden z, najprzyjemniejszych, jakie
przyszło kiedykolwiek jej czuć, niekontrolowanych dreszczy.
Najlepsze, że nawet kiedy śpiewał jego głos pozostawał głęboki, pełen żaru, z lekką, acz wyczuwalną chrypką.
Zbyt pochłonięta, nie dostrzegła nawet momentu, kiedy to mężczyzna zbliżył się na tyle blisko, by ich usta zetknęły się w delikatnym pocałunku.
Zupełnie jak muśnięcie skrzydeł motyla.
Zamarła, wpatrując się w przymknięte powieki. Bez zastanowienie podjęła decyzję -
nie mogła, o nie.
Wyrwała się, nie zwracając uwagi na prośby Hernandeza o zatrzymanie
się, i przepychając przez, zbitych ciasno, ludzi, dopadła do windy.
Załkała głośno, wciskając się - wprost w objęcia ciasnego
pomieszczenia. Drzwi zasunęły się. Oszalała wcisnęła guziczek, opatrzony
cyferką "0", i oparłszy plecami o ścianę, odetchnęła głośno.
Wołała o oddech.
Like a river flows surely to the sea
Darling so it goes
Zatkała uszy; nie chciała nic słyszeć, tylko...
zapomnieć?
Uciekła?
Racja.
Jak tchórz?
Zupełny.
Płacz wezbrał na sile.
Bo co miałam zrobić? Czekać, aż mężczyzna odsunie się i przeprosi za chwilę zapomnienia,
nieuwagi,
która dla niej była najpiękniejszą z możliwych chwil, choć podszyta
grubą nicią goryczy? A może, aż stwierdzi, że to tylko kolejny, głupi
żart, i zabawnie było obserwować jej skołowaną, rozanieloną minę?
Nie chciała tego.
Ktoś zaśmiał się na górze. Nie, nie na piętrze, czy tarasie.
Wyżej.
Wiesz, jaki był ich największy problem?
Nieporozumienie.
Some things are meant to be
Wyszła z windy, a niechciany,
w tej chwili, głos Elvisa, pobiegł w krok za nią. Zaklęła siarczyście pod nosem,
przecież to niemożliwe. Wariuję?
Dobiegła
do oszklonych drzwi i zaraz znalazła się na zewnątrz, przeklinając w
myślach własną głupotę. Na dworze było wyjątkowo zimno,
na minusie? Opatuliła się ciaśniej ramionami, zauważając nagle brak torebki - pokręciła głową,
czy to teraz ważne?, i ruszyła przed siebie.
Kolorowe
światła tętniącego życiem miasta oświetlały jej drogę. Jednak nie
zdążyła postawić nawet kilku stanowczych kroków, bo ktoś dość brutalnie
chwycił ją za ramię, odwracając w przeciwną stronę. Stanęła twarzą w
twarz ze swoim oprawcą.
- Co Ty do cholery wyprawiasz? - syknął
mężczyzna; wyglądał na złego. Jednakże (na ich nieszczęście), jego
wściekłość zadziała na blondynę zupełnie tak, jak czerwona płachta
działa na byka.
Uśmiechnęła się złośliwie. - Co ja wyprawiam? Chyba Ty. Zastanów się, co mówisz.
Prychnęła, unosząc wysoko głowę, z nagłym zamiarem odejścia
(zniknięcia?), jednakże uścisk jego dłoni okazał się zbyt mocny, by
mogła uciec.
Ponownie.
- No nie wiem. - Diego skrzyżował
ręce na piersi, i dziwnym trafem - nie ruszyła się z miejsca, mimo
zwolnienia nadgarstka. - To nie ja uciekłem jak tchórz. - Spojrzenie
ciemnych oczu było zimne, wręcz lodowate.
Zadrżała.
Take my hand, take my whole life too
- A co innego miałam zrobić? - rzekła, po chwili ciszy. Oczy mężczyzny
złagodniały, wyraz twarzy też, gdy dostrzegł jej niepewność, kruchość. -
Czekać aż mnie wyśmiejesz?
Zamrugał zszokowany oczyma. - Dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo nic do mnie nie czujesz? - podsunęła uprzejmie, a na przystojnej
twarzy dostrzegła wahanie; zignorowała je jednak, zaliczając szybko do
listy mar, wynikających z, otulającego ją zewsząd, zmęczenia. - Ah,
rozumiem. - Brunet zmieszał się, słysząc nagłą pewność w jej głosie.
Zaśmiała się gorzko. - Podobam Ci się taka, prawda? - zapytała,
wskazując swoją sukienkę, włosy, twarz. - Wyglądam lepiej, więc
postanowiłeś traktować mnie lepiej, co?
Ciemnooki o mało nie zapowietrzył się, słysząc te słowa. - O czym Ty, do cholery, mówisz?
- Nie udawaj - sarknęła, krzywiąc się mocno. - Najwyraźniej, wcale nie
pomyliłam się, gdy na początku powiedziałam, że jesteś zwykłym krety...
Zamilkła jak zaklęta, gdy, chcąc ukrócić jej przytyki, mężczyzna
zamknął jej karminowe wargi namiętnym (kolejnym już) pocałunkiem.
Oderwała się po chwili, bardziej niż zmroczona, gdy obojgu zabrakło
powietrza.
- Co Ty...?
- Posłuchaj mnie, wariatko -
fuknął Diego, a ona prychnęła. Musiała go nieźle zdenerwować. - Nie
wiem, co sobie ubzdurałaś, ale nie, nie jestem typem mężczyzny, który wykorzysta i zostawi. Nie przerywaj mi! - warknął, widząc jak ta otwiera
usta. - I nie, nie traktuje Cię lepiej przez zmianę wyglądu. Ludmiła,
cholera! Za kogo Ty mnie masz? - Potarł twarz dłonią. - Już pod oprawą
tych grubych, ciemnych okularów dostrzegłem twoją piękną twarz. - Chyba
trafił w odpowiedni punkt, bo blondynka zupełnie zdębiała. - Ale nie ona
była najważniejsza, o nie. To twój uroczy, lekko niepewny uśmiech.
Wibrujący, zawsze radosny śmiech. Sposób w jaki zaciskasz dłonie, gdy
się zdenerwujesz, i ten - w jaki je rozluźniasz, gdy okaże się, że
wszystko poszło zgodnie z planem. I ten, w jaki segregujesz dokumenty -
kolorystycznie, bo sama jesteś jak każdy najdrobniejszy kolor, tak
zmienna, nieuchwytna. To fakt, że kubek z kawą zawsze stawiasz po
lewej, bo dziwnym trafem jesteś i prawo, i leworęczna. Te wszystkie
rzeczy tworzą prawdziwą Ciebie. - Stała tam, z rozdziawioną nieelegancko
buzią, wysłuchując Jego, teraz już spokojnych, słów.
For I can't help falling in love with you
-
I kurcze. - Mężczyzna zaśmiał się nerwowo, pocierając kark. - Naprawdę
nie potrafię nic poradzić na to, że się w Tobie zakochuję.
Zapadła
cisza. Dziwna, bo wcale nie dusząca, ale nie na tyle komfortowa, by
mogli czuć się swobodnie. Brunet już powiedział, co czuję,
teraz kolej na nią?
- Ale. - Zaczęła, jakby niepewnie, w końcu odzyskując głos. Od razu na
nią spojrzał. - Dlaczego w takim razie powiedziałeś, że bierzesz mnie ze
sobą, żeby nie szukać nikogo na siłę? - Dokończyła groźnie, opierając
dłonie na biodrach.
- A co miałam powiedzieć, hm? - zapytał, nagle równie zdenerwowany. Szybko się jednak zreflektował;
odetchnął.
- "Ludmiło, skradłaś moje serce, za pierwszym razem, gdy Cię ujrzałem,
zgodzisz się mi towarzyszyć?" Jakby to zabrzmiało? - Jęknął głośno, z
oburzeniem. A ona wybuchnęła śmiechem.
Mężczyzna prychnął, marszcząc brwi. - I z czego się śmiejesz?
- Z Ciebie - odparła prosto, niepewnie dotykając skóry na jego policzku. Pod opuszkami palców wyczuła delikatny zarost.
Stali chwilę w milczeniu, mierząc się zaciekłymi spojrzeniami.
Zdeterminowani, by dostrzec wszystko, prawdziwe emocje - każdą,
nawet tę najmniejszą, najdrobniejszą?
- Naprawdę skradłam twoje serce? - zapytała, po dłuższej chwili, wodząc palcem po jego brodzie.
- Tak. - Odetchnął mężczyzna, trącając jej klatkę piersiową palcem wskazującym.
Zaczepnie. - Złodziejka.
Zaśmiała się najszczerzej jak tylko potrafiła, odrzucając głowę do
tyłu, a brunet nie czekając, tylko wykorzystując zaistniałą sytuację,
pocałował ją mocno.
Oplotła ramionami jego szyję, wplatając
palce w miękkie, ciemne kosmyki, i przyciągnęła jego głowę bliżej.
Całowali się szybko, nagląco, stojąc na, lekko oblodzonym od szronu,
chodniku, otoczeni przez tysiące błyskających świateł. Zapomnieli kim
są, po co są. Ważna stała się tylko ta chwila, ten moment, gdy ich usta -
tak blisko, ocierały się o siebie, przynosząc im obu ulgę, utęsknione
spełnienie.
Tak długo na to czekali?
For I can't help falling in love with you*
Za ich głowami, nad niedawno opuszczonym budynkiem korporacji, wybuchły fajerwerki.
*
dwa lata później
Siedziała przy rozległej, kuchennej wysepce, na jednym z barowych
krzeseł, gdy nagle, tuż pod jej nosem - w ramach dziwnego rytuału,
którego przestrzegali od dnia, gdy tylko zamieszkali razem (to jest
jakieś półtorej roku temu), w ogromnym domu mężczyzny, który dla jednej
osoby wydawał się być zbyt duży, pusty, dla dwóch - w sam raz, wylądowały dwa kubki. Oba z kawą - czarną, bez cukru, ich ulubioną. Nie, teraz tylko jeden. Drugi - niebieski w białe grochy, który upatrzyła sobie zaraz po przeprowadzce, wypełniał marchewkowy soczek.
Zmarszczyła brwi, patrząc w stronę męża (jak to brzmi... nierealnie? Pięknie?) - tak, teraz już niemal od roku, błagalnie. Przygryzła wargę, próbując zastosować, tak zwaną szczenięcą minkę.
Choć zazwyczaj ten sposób działał na Diego wyjątkowo świetnie, to... nie tym razem.
- No już, nie nabzdyczaj się tak - powiedział, pstrykając ją w czoło. Warknęła. Brunet stanął za jej plecami i
obejmując jej talię, przejechał kciukiem, po lekko zaokrąglonym
brzuszku. - Dobrze wiesz, że Ci nie wolno - wymruczał wprost do jej
ucha, drażniąc nosem zaróżowiony policzek.
- Czasem Cię nienawidzę, wiesz? - zapytała, kiedy mężczyzna w końcu
usiadł, z prawej, chwytając kubek - czarny jak noc, wypełniony po brzegi
aromatycznym napojem. Spojrzała z powątpiewaniem na naczynie w swoich
dłoniach; łyknęła - nie taki zły.
- Aw, oczywiście - odparł Hiszpan rozczulony, opierając twarz na,
podpartej w łokciu, dłoni. - Prawie tak mocno, jak mnie kochasz, prawda?
- Możliwe. - Zarządziła z uśmieszkiem, opróżniając pozostałości kubka jednym, zdecydowanym łyknięciem.
Ciemnooki pokręcił zrezygnowany głową. Uśmiechnęła się - mimo swoich,
skończonych niedawno, trzydziestu lat Diego wciąż wyglądał młodo. Gorąco i przystojnie też, zwłaszcza w garniturze,
jeśli już chcecie wiedzieć. Zachichotała, spoglądając na swój brzuch.
Czasem, całymi dniami, zastanawiała się jak to będzie z ich dzieckiem -
nie znali płci, stwierdzili, że chcą mieć niespodziankę, ale coś
nieustanie podpowiadało jej - matczyny radar?, że ich pociecha okaże się chłopczykiem, czy odziedziczy więcej po niej, a może po nim?
- O czym tak myślisz? - zapytał brunet, przejeżdżając opuszką kciuka po
jej szyi. Zadrżała; oczywiście, znał każdy z jej słabych punktów, i za
każdym razem - umiejętnie go wykorzystywał.
- O dziecku, o Nas - odparła, wzruszając ramionami. Pokiwał głową na
znak, iż rozumie; ostatnio myślała o tego typu sprawach bardzo często.
- Ja za to. - Diego przerwał, szukając odpowiednich słów; spojrzała nań
kątem oka, nie odwracając jednak całkowicie wzroku od, otulonego w
materiał flanelowej pidżamy, z każdym dniem, coraz bardziej wypukłego
brzuszka. - Zastanawiam się, gdzie za kilka miesięcy znajdę drugą, tak
cudowną, sekretarkę, w ramach zastępstwa... - Jęknął; na pierwszy rzut
oka widać, że cierpi.
- Ha, ha, ha. - Zaśmiała się głośno, gardłowo, uderzając go mocno w ramię. - Kretyn, no kretyn.
- Może. - Mężczyzna zmrużył zaczepnie oczy, dotykając jej policzka. Utonęła w słodkiej czekoladzie. - Ale tylko Twój - wyszeptał przy jej szyi, a ją przeszedł przyjemny dreszcz.
- Racja. - Objęła ramionami jego szyję, wpakowując mu się na kolana. - I
nigdy o tym nie zapominaj - ostrzegła, grożąc mężowi palcem.
- Nie śmiałbym - powiedział i zamknął jej usta delikatnym, przepełnionym jednak uczuciem, pocałunkiem.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też.
*
Od autorki: Witajcie, mili! xo Jeśli jesteście w tym miejscu (nie, bez
opuszczania treści! ;D), to przyjmijcie moje gratulację! I szczere,
najszczersze podziękowania. Nawet jeśli nie pozostawicie po sobie
komentarza, wiedźcie, że jestem Wam dozgonnie wdzięczna. Zdaję sobie
sprawę, że ten oneshot (zamówienie) był bardzo długi, więc rozumiecie
mój entuzjazm, jeśli ktoś rzeczywiście przeczytał, w całości! Może nie
jest najlepszy, trochę nudnawy (ale czy ja kiedyś napisałam coś innego?)
- taka ot, zwykła obyczajówka, to naprawdę się nad nim napracowałam... Z
ciekawości policzyłam nawet ilość słów, chcecie wiedzieć? Około 10
tysięcy (pobiłam rekord, juhu! Ostatni wynosił prawie 9 ;D) Haha, jestem
niemożliwa, no wiem. Przepraszam.
Olivio, chyba jakoś przebrnęłaś, prawda? Starałam się trzymać
umówionych wytycznych, a więc masz Ludmiłę jako asystentkę/sekretarkę
Diego, haha. Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci wątek Naxi czy Leonesci
- nie były one aż tak widoczne, aczkolwiek istotne dla historii
(zwłaszcza pierwszy)... Nooo, po prostu taka koncepcja zrodziła się w
mojej głowie, po pierwszym przeczytaniu twojej propozycji na fabułę, i
proszę! Marzę, byś tylko nie była zła. Czuję się winna zaznaczyć to w
tym miejscu, a także u góry w opisie, gdyż cóż, zapis zamówienia nie
zawierał żadnych, dodatkowych par :)
To tak... na koniec, zapraszam do czytania poprzednich OS, zamówień, a
także komentowania, jeśli ktoś chciał, a wciąż nie miał ku temu okazji -
dziewczyny są świetne, najlepsze! Zasługują na uznanie (: ♥
Co jeszcze? Za kilka dni pojawia się kolejny OS/Zamówienie, tym razem - Kasi i Marceli, czekajcie, bo ja wiem, że warto ;>
Kocham Was wszystkich, dziękuje za poświęcony czas i przepraszam za jego zabranie (;c), Edyta ♥
* - Elvis Presley - Can't Help Falling In Love
PS: Widzimy się ponownie, stosunkowo niedługo, bo dokładnie za dwa tygodnie. Do zobaczenia! ♥
EDIT! (Jeju, zapomniałam o.o To przez tę nieludzką porę XD) PS.2: Naprawdę cieszy mnie fakt, iż dzisiejszego dnia udało mi się coś dodać - może nie na swojego indywidualnego bloga, ale JSM, bo cóż, dzisiaj trzeci, czyli, co za tym idzie, kolejny - siódmy już, miesiąc Waszego obcowania z moją osobą. Jak to znosicie? XD Hahaha. No nic, dziękuje za wszystko! ♥