Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2014

{Zamówienie 016} Leomas, Diecesca || "Oderwani" - Tears in Heaven

Tytuł: "Oderwani"
Para: Leomas (León & Tomas), Diecesca (Diego & Francesca)
Gatunek: Dramat, romans, komedia
Przedział wiekowy: M





Dla Moniki, jako mocno spóźniony prezent urodzinowy.




"Zawsze myślałam, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."
 ~Kathrin Schrocke - "Freak City"~
________________________________________________________________________________



Syk spalającej się materii, gdy gwiazda zakreśla ostatni łuk.

Nie, to wyobraźnia.

Biały ślad na firmamencie jak słona ścieżka, wyrzeźbiona przez łzę w policzku.

Gwiazdy przecież nie pozostawiają śladów. 

Bezkres ani drgnie. Zalewa śpiące dachy rozmytą czernią, tu i ówdzie przyszarzałą od obłoków, a po lewej, nad ich krawędzią, rozjarzoną przez księżyc, który drga i lśni jak kropla rosy na rozległej pajęczynie nieba. Szpileczki gwiazd jaśnieją w srebrnych skupiskach, tonących w wieczornej mgle. Noc jest jeszcze młoda, światło księżyca czerwone jak krew, a oni - trzęsący się odrobinę z zimna mimo bliskości własnych ciał. Też młodzi. Piękni, zupełnie jak ta noc. I chyba zakochani.

I znów błysk sunie po granacie. Zadziera głowę, a spadająca gwiazda szkli się bielą w jej zielonych oczach.
- Pomyśl życzenie.
- Już.
- Myślisz, że się spełni? - Ciepły oddech wypełnia jej ucho jak najpiękniejsza pieszczota.
- Już się spełniło. - Szuka jego ręki, upewnia się, że nadal jej palce przeplatają się z jego w idealnie dopasowaną jedność i zatrzymują ciepło we wnętrzu. Czuje usta, przesuwające się po płatku ucha, delikatnie, i znów przechodzi ją dreszcz. - Spełnia - uściśla po chwili, odwracając się do niego. Dłoń w dłoni, spojrzenia napierają na siebie w niemej walce. A potem gasną, bo przecież najlepsze obrazy wyłaniają się po zamknięciu oczu. Teraz walczą już usta, walczą dłonie - sunące nieomylnie po trochę ciepła i szybko je znajdujące pod warstwami materiału.
Wbija palce w jej plecy, wolno wędrując wzdłuż kręgosłupa, ze skupieniem, jakby chciał policzyć wszystkie kręgi. Odsłoniętą skórę na lędźwiach muska zimny wiatr, a ona wzdryga się i przerywa przepływ prądu.
- Nie tutaj - dyszy w jego usta. 
Jego dłonie niechętnie uwalniają się spod jej swetra. Wsuwają się w czarne włosy, pociągają bezboleśnie.
- To gdzie? - pyta, obiegając jej twarz uważnym spojrzeniem. Bardzo uważnym, jakby w myślach rysował siatkę linii wzdłuż jej policzków i określał współrzędne geograficzne każdego piega, pieprzyka, dołeczka.
- Choćby w windzie, ale nie tutaj - mruczy z ustami przy jego szyi. Jej włosy pachną miętą, słodko i delikatnie. Zaciąga się tym zapachem, rozważając propozycję.
- W windzie zawsze - odpowiada ironicznie, a może nie do końca?, zgodnie z jej oczekiwaniami. Zaciska mocniej palce na małej, zziębniętej dłoni.
- To chodź. - Ciągnie go łagodnie, ale po jej pociemniałych oczach poznaje, że ona też nie chce czekać. Ani sekundy.

Winda. Czterdziesty siódmy raz.

**

- Jeszcze sekunda i zadzwoniłbym po policję.
Gdy się denerwuje, na policzki wypełzają mu czerwone plamy. W oczach lśni złość. Niepokój. Troska. I jeszcze z milion innych uczuć, przemieszanych warstwami w nieodgadniony błękit kryształowych tęczówek.
- Trochę mi się zeszło, no i... - nieporadnie tłumaczy, zdejmując kurtkę i zahaczając ją za kaptur o drewniany kołeczek w korytarzu. Zegar w salonie wybija godzinę - zawsze oboje marzyli o bijącym zegarze. Tomas znacząco liczy na palcach uderzenia. Dwanaście.
- Praca jest ważniejsza ode mnie? - pyta, gdy ostatni dźwięk rozpływa się w ciszy mieszkania, a następny dzień rozpoczyna swoje pierwsze sekundy.
- Jezu, przecież wiesz, że nie. - Przeczesuje nerwowo włosy, ciemne od wilgoci mgły, która na nich osiadła podczas spaceru z biura do domu. Cofa mokre palce i wsuwa je do kieszeni dżinsów. - NIC nie jest ważniejsze.
- Jasne. - Odwraca się, mnąc w dłoniach ściereczkę w czerwono-zieloną kratkę. - Oczywiście.
- Tomuś, przecież wiesz - powtarza, w dwóch krokach znajdując się obok niego. - Wiesz, że to wszystko dla nas.
- Zabłocisz mi podłogę - utyskuje, ale chyba już się uśmiecha. Nie cofa się przed dotykiem, stoi bez ruchu i pozwala objąć się od tyłu. Drży dopiero, gdy usta Leóna dotykają jego karku.
- Zimno, cholera. - Obraca się i zarzuca mu ręce na szyję.
- Nieprawda - zaprzecza od razu, a potem wpija się w ciepłe wnętrze jego ust, nie zważając na jęk protestu.
Nie chce czekać. Nie lubi.
- Pierniki? - pyta, odrywając się na sekundę.
- Czemu? - Nie przestawaj, proszą oczy, mimo wszystko.
- Czuję cynamon - śmieje się, a potem jeszcze przez pięć minut upewnia się co do słodkiego, korzennego smaku na jego języku. - Zdecydowanie cynamon.
- Anyż. Goździki. Gałka muszkatołowa.
- Też. - Puszcza jego ramiona i wspinając się na palce zagląda do kuchni. - To ty jesteś geniuszem kulinarnym, nie ja.
- Ty bądź geniuszem od wycierania podłogi - odpowiada takim samym tonem.
- Racja. Zdecydowanie wolę na czystej podłodze.
- Czy ty masz w głowie tylko jedno? - Tomas podaje mu mopa takim gestem, jakby to było berło.
- Nie. - Zaciska palce na drewnianym kiju. - Czasem myślę też o jedzeniu.
- Z naciskiem na "czasem".

**

Ciemny motyl nocy siada na oknie, przyciągnięty światłem jednej, jedynej lampki. Żarówka pod zielonym abażurem mruga niepewnie, nieśmiało.
W powietrzu pachnie miętą, tak silnie. Jej poduszka ma zapach szamponu, tak jak i ciemne, świeżo umyte włosy, które on od niechcenia rozczesuje palcami. Zawija długi kosmyk dookoła dłoni, podczas gdy Francesca kręci się mu na kolanach, szuka wygodniejszej pozycji. W końcu opiera głowę na jego ramieniu, a opuszkami rysuje mu jakieś nieokreślone kształty na brzuchu. Krótkie, obcięte paznokcie nie zostawiają śladów, dotyk jest leciuteńki, prawie nieodczuwalny, a jednak pełen czułości.
- Grasz na gitarze? - pyta mimochodem, łapiąc śliczną dłoń w połowie ruchu i przyglądając się jej.
- Tak.
- Ja też. - Puszcza jej nadgarstek i pozwala szczupłym palcom znowu błądzić między jego żebrami, po mięśniach, coraz niżej, aż do linii włosów. Nie rozmawiają więcej, bo po co im słowa?
Przyjemny dreszcz przechodzi go po raz kolejny, trzeci, gdy dłonie zapędzają się trochę za daleko. Podejmują od nowa grę, a on pozwala im na to. Minuty, sekundy lecą jakoś dziwnie. Puls przyspiesza, oddech przyspiesza.
- Zwariuję przez ciebie - wyrywa mu się gardłowy jęk. Potem delikatnie odsuwa jej ręce, zdejmuje ją z siebie i klęka u jej stóp.
Spogląda z góry na jego nieodgadnione oczy i uśmiecha się leciutko.
Wydaje się taki szorstki, a jednak potrafi adorować każdy skrawek jej skóry z takim zaangażowaniem, że jej ciało się rozpływa, poddaje mu w pełni, gdy pieści podbicie stopy, całuje każdy palec, każdą żyłkę. Przesuwa językiem po krągłości łydki, po zgięciu kolana, po wnętrzu uda. 
Wyrywa jej się westchnienie, gdy mija, przeskakuje od razu na brzuch i, drażniąc go lekko zarostem, krąży dookoła pępka. Gorąco jego warg, języka, oddechu - wypala ślady, tak namacalnie.
Biały szlafrok opada obok łóżka jak przestraszony łabędź.
I już, już nie czeka, gwałtownie i bez uprzedzenia - wydziera jej z ust głośny krzyk. Jeden, drugi, pobielałe palce zaciskają się kurczowo na prześcieradle. Odchyla głowę, po poduszce rozsypują się mokre włosy, a rozkoszny grymas białych zębów jest równie oślepiający jak dwie godziny temu, na podłodze w salonie. Jak godzinę temu, w wannie pełnej miętowej piany.

W łabędzim śpiewie tej nocy odrywają się od rzeczywistości.

- Cholernie lubię tak z tobą leżeć - mruczy sennie nad jej uchem. Ich ciała tak gładko się dopełniają. Jej plecy idealnie przylegają do jego klatki piersiowej, miękko wtulone w nią i wygięte w łuk zgodny z liniami jego ciała. Jeden wilgotny kosmyk lepi mu się do twarzy, inny łaskocze w nos. - Naprawdę cholernie.
- Mmm... - mamrocze niewyraźnie.

Mokre włosy. Dwudziesty pierwszy, zaledwie.

**

- Pojedźmy nad morze. Na jeden dzień. - Patrzy w sufit, jakby przez warstwę jasnego tynku, łuszczącego się w samym rogu, widział już ten obraz: zielonkawe fale, pomarszczone przez wiatr, wyzłocone słońcem, skłębione pianą i kołyszące się miarowo, zostawiając ciemne ślady na płowym, prawie białym piasku. I oni, idący brzegiem, podczas gdy woda omywa ich stopy, a sól szybko zasycha wokół kostek iskrzącym się osadem.
Ale León wzdycha i cała wizja pryska. Na suficie jest już tylko mucha, która jakimś cudem utrzymuje się do góry nogami.
- Wiesz, że nie mogę - przekreśla słowami tę myśl, nim zdąży do końca uformować się w jego głowie. - Mam w pracy teraz taki okres, że...
- Przecież ty ciągle masz taki okres! - warczy Tomas, przyciągając do siebie kołdrę. - Pieprzony pracoholik. Najlepiej tam sobie zamieszkaj w tym biurze, bo i tak masz mnie w dupie. Tereska będzie ci gotować, może umie robić coś więcej poza kawą i lodami.
- Kotku...
- Skończ kotkować, to już na mnie nie działa.
- Pojechałbym z tobą, przecież wiesz - szepcze w stronę sufitu. - Ale no...
- Ale co? No powiedz. - Odwraca się znów w jego stronę i patrzy wyzywająco. - Jaką znowu wymówkę wymyślisz, żeby mnie spławić? Projekt na wczoraj? A może ta twoja sekretarka znowu złamała nogę i trzeba pilnie zawieźć ją...
- Jutro.
- ... do szpitala. Co jutro? Mógłbyś mówić pełnymi zdaniami, jak ze mną rozmawiasz? Drażnią mnie te twoje pomruki.
- Jutro jedziemy.
- O proszę, już mamy orzeczenie - chwali zgryźliwie z rozpędu, a potem milknie. - Dokąd?
- Dokąd chcesz, malkontencie. - León uśmiecha się w półmroku.
- Jesteś taki seksowny, kiedy używasz tych trudnych słów. - Oczy mu rozbłyskują. - A kiedy zrobimy remont kuchni?
- Boże! Nie wymagaj za wiele naraz - wzdycha, a potem przyciąga go do siebie i gładzi jego szczupłe, jeszcze nieco spięte plecy. - Kiedy indziej. Jutro idziemy na żywioł i nie robimy nic.
- A twoja cholerna praca? - Przesuwa szorstkim podbródkiem po jego ramieniu, wtula głowę w zagłębienie obojczyka.
- Nie ucieknie.
- Jak miło - mruczy jeszcze kpiąco, ale jego mięśnie się wyraźnie rozluźniają. Już po chwili oddycha miarowo, nieco chrapliwie, spokojnie.
Bo tej nocy odrywają się od wszystkich zmartwień.



"Żeby przed oczami zrobiło mi się ciemno, nie trzeba mi nigdy dużo. Jedna kropla wystarczy mi zawsze. Tak to już jest. Kto widzi za dużo, ślepnie raz po raz."
~Edward Stachura - "Cała jaskrawość"~
_________________________________________________________________________________


- Gdybym był bogaczem, na-na-na-na, na-na-na-na, na-na, na-na, naaa...
- Bez pracy byś umarł zaraz sam, widzisz, jak cię dobrze znam... - kończy Tomas na tę samą melodię. - Nie gadajmy dziś o pieniądzach. Ani o niczym materialnym.
- Czyli komplementowanie twoich nowych trampek też odpada. Ech. - Zwiesza głowę, przekręcając gaz pod czajnikiem. - Porozmawiajmy... o... nie wiem, o inflacji.
- León, nienawidzę ekonomii. - Kręci głową. - Poza tym to się do pieniędzy wlicza, nie umiesz się bawić w tę grę. - Przygląda się podejrzliwie kanapce, którą ten mu przed chwilą wręczył. - Co to jest?
- Chleb.
- A w środku? - Zagląda ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki na myszy.
- Majonez. I parówki w plasterkach.
- Czyli wszystko. Zmielony papier toaletowy. I świnia razem z korytem. Kręgosłupy, uszy, to wszystko zawiera się w mięsie oddzielonym mechanicznie - komentuje jak zwykle. Technik żywienia.
- Ale ja je zrobiłem! - León dumnie podsuwa mu kubek kawy.
- Parówki?
- Kanapki. Nie grymaś, to z sercem.
- A tak, serca jakieś też się tam znajdą. Pewnie kurczęce. Z kawałkami aorty i zakrzepłą krwią w środku.
- Litości, ja jem - bełkocze, sięgając po swój kubek i biorąc potężny łyk. - Ach. Spakowałeś krem do opalania?
- Wszystko spakowałem. Twoje tabletki też.
- Jakie tabletki? - baranieje z kanapką w uniesionej ręce. - Nie używam żadnych tabletek.
- To może czas zacząć - rzuca w powietrze aluzję, krzywiąc się tylko nieznacznie po skosztowaniu czarnej lury.
- Ha, ha. Zażalenia będzie mi tu składał - prycha, ale też się śmieje.
- Tak w sumie to miałem na myśli witaminy, włosy zaczynają ci wypadać. Nie, żebyś nie był pociągający z zakolami, ale...
- Ja ci dam zakola, złośliwcze.
- Dobra. Na drugi raz ty nas spakujesz, a ja będę gotował - decyduje Tomas, wstając od stołu. - To było obrzydliwe.
- Jeśli myślisz, że po takiej odzywce będę ci smarował plecy olejkiem, to...
-...mam rację, bo w życiu nie odmówisz sobie tej przyjemności - kończy spokojnie. 
- Kretyn. - León demonstracyjnie trzaska wszystkim, co podejdzie mu pod rękę. Łyżkami, kubkami, drzwiczkami zmywarki.
- Przyhamuj. - Tomas otwiera ją z powrotem. - Tam są fusy.
- Ech. - Poprawia podkoszulek, obserwując ponuro, jak jego partner płucze kubki i ustawia je z powrotem. - Do wszystkiego się przyczepisz.
- Ktoś musi.

***

Jej mieszkanie jest ładne, nieduże. Sporo tu doniczek, przeważnie białych i wypełnionych zielonymi listkami jakichś paprotek; sporo książek, chwiejnie poustawianych w kątach i zmatowiałych cieniutką warstewką kurzu; sporo spinek, walających się na jasnym dywanie. Brzeg jakiejś pomarańczowej apaszki utkwił między drzwiami szafy i wysuwa się w jego stronę jak dłoń prosząca o parę groszy. Reprodukcja "Płonącej żyrafy" Salvadora Dalí wisi przekrzywiona o kilkanaście stopni. Poza tym porządek. Zresztą nawet te chaotyczne elementy pasują, jakby były zamierzone. Nawet ona, siedząca na stole ze stopami opartymi o parapet, wygląda, jakby została zakupiona razem z meblami i ustawiona w tym konkretnym miejscu na stałe.
- Wyjdziemy gdzieś? - Postukuje palcami o brodę, wpatrując się z boku w linię jej zgarbionych pleców. Biały sweter o grubym splocie jest idealnym tłem dla czarnych włosów. Łapie się na tym, że przygląda się jej w swetrze, a nie zastanawia, jaką bieliznę ma pod spodem.
Przecież to nie w jego stylu.
- Ile jeszcze razy o to zapytasz? - Unosi nań oczy, połyskujące zza okularów, zsuniętych nisko na nosie. Przyszywa oderwane guziki do jego koszuli, tej samej, którą nosiła wczesnym rankiem. - Jak wszystko zrobię, to może.
- Okej. - Nie nalega. Czeka.
To jeszcze bardziej nie w jego stylu.
Igła miga w jej rękach, zagłębiając się w materiale raz po raz. Wiąże niedbały supełek, urywa koniec nitki zębami.
- Teraz mogę ją wyprać.
Nogawki jej dżinsów są za długie, przydeptuje je sobie przy chodzeniu, szwy strzępią się na brzegach. Przykuca, podwija je od niechcenia. Skarpetki w kolorowe paski suną leniwie po podłodze.
Na półce obok kanapy leży empetrójka. Sięga po nią machinalnie i wsuwa kabelki do uszu. Przerzuca piosenki. Hendrix. Clapton. Kravitz. Slash. Sami gitarzyści, dziwi się. B.B. King. Zappa. Pfaff, jedyna kobieta. 
W końcu wraca do Lenny'ego Kravitza i przy dźwiękach "Fly away" odpływa. Odlatuje.

Wyprana koszula jest jeszcze lekko wilgotna, gdy przygniata ją żelazkiem. Głośny syk miesza się z obłokiem białej pary. Uważnie zajmuje się każdym zagnieceniem, dopieszcza kołnierzyk, lawiruje między guzikami. Z wieszakiem w dłoni przechodzi do salonu i staje bez ruchu, rozbawiona.
- Ech, dzieciaku - szepcze, ostrożnie zdejmując mu słuchawki i poprawiając zwinięty w kłębek podkoszulek - jej podkoszulek - który służy mu za poduszkę. Przez chwilę wpatruje się chciwie w jego kochane rysy, wrażliwe usta - uchylone lekko, ciemne rzęsy - długie i gęste. Jest taki idealny.

Odkłada swój sfatygowany odtwarzacz na stolik. Nie ma pojęcia, że jest
piętnastą, która słucha dobrej muzyki.

**

Po słonecznym dniu nastaje wieczór - chłodnawy, choć nie tak bardzo jak w mieście, łagodniejszy, ale jednak. Morze nabiera koloru atramentu, księżyc rzuca krzywe, rozchwiane i rozpryśnięte w smugi odbicie na wodę. Głośny krzyk jakiejś mewy sprawia, że León mruczy coś niezrozumiałego przez sen, układając się wygodniej na płaszczu Tomasa. A ten patrzy w gwiazdy - żadna nie chce spaść. Nie szkodzi. Ich liczba jest idealna i jedna mniej mogłaby zaburzyć ten piękny obrazek.
Chociaż przy nim wszystko jest piękne, dochodzi do wniosku sennie.
Kładzie głowę na jego brzuchu.
Razem, myśli.
Zawsze.
Do końca.

**

Mięta.
Ten zapach zna już na pamięć.
Wciska mocniej nos w miękki materiał, przytulając go do twarzy jedną ręką. Drugą poprawia koc.
Koc?
Otwiera oczy, choć tak straszliwie mu się nie chce. I zamyka z powrotem.
Bo po co. Jest dobrze.
Koc?, myśli jeszcze, nim zaśnie z powrotem. Kanapa?

Która mnie jeszcze okrywała kocem? To będzie... czwarta... Albo piąta. Nieważne.



"Czasem gdy wszystko
Oddala się w głęboki sen
Przychodzi przebudzenie
A reszta jest prawdą"
~Jim Morrison~
_________________________________________________________________________________

Dłużej nie mogę. Nie mogę.
Rano wymyka się bez słowa, nim zdąży otworzyć te piękne oczy, które mają barwę aleksandrytu. Z tą małą różnicą, że w świetle sztucznym nie stają się czerwone, tylko brunatnawe. W dziennym są zielone.
Tyle, że to nie ma znaczenia pod osłoną powiek. A przebudzenie ma nadejść bez jego obecności.
Ale wieczorem wraca. Gdy już zbierze siły, bo cały dzień poświęca na chodzenie w kółko po swoim mieszkaniu. Dalej nie wie. Nie wie, do cholery. Co się z nim dzieje?
A decyzję i tak podejmuje.
- Gdzie poszedłeś? - wita go w drzwiach, roześmiana jak zwykle - najpiękniej... W kącikach oczu robią jej się wtedy drobne zmarszczki, a usta drżą leciutko.
- Pocałuj mnie - prosi ją, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Ani o cokolwiek.
Posłusznie wspina się na palce, ale nie zamyka oczu - wpatruje się w niego uważnie, rozchylając mu wargi swoimi, tak delikatnie, i zaciskając palce na jego ramionach z całych sił. Ma takie ciepłe usta, a jednak ich dotyk przejmuje go chłodem. Bo tak bardzo chce je czuć; czuć jej język na swoim podniebieniu, tuż za zębami, smakować oddech; czuć, jak namiętność wzrasta, jak podniecenie przybiera na sile. Chce, żeby oplotła go nogami w pasie i żeby jej jasny podkoszulek nie zasłaniał już ani przez sekundę idealnego ciała.
Chce. A jednak tylko odwzajemnia jej spojrzenie, odwzajemnia pocałunek - łagodnie, bez fajerwerków.
- Gdzie poszedłeś? - powtarza, odsuwając się od niego.
- Do domu - odpowiada wreszcie zgodnie z prawdą.
- Po co?
- Po nic. - Nadal nie kłamie. Dziś nie zamierza, a raczej prawie. - Teraz chciałem się tylko pożegnać. Ja już tu nie wrócę, Fran. Nigdy. - Jego głos brzmi spokojnie, beznamiętnie, choć wewnątrz wszystko w nim drży i się sypie.
- Nie wrócisz - powtarza za nim jak echo. Cień uśmiechu wciąż trzyma się na jej bladej twarzy, ale jest już dziwnie nieprawdziwy.
- No tak. Nie wrócę. Chyba rozumiesz. - Wzrusza ramionami. - I tak za długo się to ciągnie. Nic już nie będzie. Nawet nie moglibyśmy być razem. Ja się przecież nie zakochuję.

I patrzy, jak w tych pięknych, zielonych oczach coś pęka, załamuje się, kruszy. Jak coś umiera. Nigdy nie widział śmierci z tak bliska, tak wyraźnie. Z przerażeniem więc obserwuje, jak coś w kilka sekund gasi światło, wyszarpuje trochę kolorowego pigmentu z tych tęczówek, odbiera im blask, wymywa uczucie. Zostaje tylko pustka.
I natychmiast chce cofnąć swoje słowa. Bo są przecież fałszywe, prawda? Tylko tego chce. Powiedzieć, że właśnie o to chodzi. Że zakochał się w niej - choć obiecywał sobie, że nigdy, nigdy... Chce wskrzesić te oczy, ożywić martwe źrenice, tchnąć życie w wygasły uśmiech. Chce.
Ale nic nie mówi, patrzy - obojętnie. Tak strasznie obojętnie.
- To było coś wyjątkowego - odzywa się wreszcie jakby pocieszająco i znów nie kłamie. Było.
- Mówisz to każdej? - Jej głos jest równie bezbarwny jak spojrzenie.
Tak właściwie to... Jesteś pierwszą, której to mówię. 
- Każdej - potwierdza, tak będzie łatwiej.
Policzek. Auć.
- Wyjdź. - Odwraca się, już za późno.
Spełnia jej polecenie. Zamyka drzwi i słyszy jeszcze tylko, jak dobiega zza nich szloch.

Pierwsza. I co z tego.

**

- Zabierzesz mnie na to do kina - decyduje Tomas, gdy w radiu rozpoczyna się piosenka z nowej ekranizacji Tolkiena.
- Pewnie. Koncert życzeń czas zacząć. - León gapi się przez okno na migoczące morze w oddali. Sięga aż po horyzont, a zaczyna się tuż za brzegiem klifu. Wystawia rękę przez okno i macha - nie wiadomo komu. 
- Heeeeeej! - ryczy do jakiejś mewy.

Patrzy na jego wygłupy z czułością, w zamyśleniu dociska gaz.
"- Kocham cię."
"- Ja ciebie też, debilu."
- Tomas, zakręt!
"- Przyhamuj. Tam są fusy."
- Ja pier... - Kręci kierownicą z całej siły, rozpaczliwie.
"-...nie umiesz się bawić w tę grę."
León drze mu się nad uchem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
"- Wiesz, że to wszystko dla nas."
Barierka pęka z trzaskiem, a klif wyciąga po nich przepaściste objęcia.
"- Zimno, cholera."
Lecą.
Lecą.
Trwa to jakieś... trzy sekundy?
"- Czasem myślę też o jedzeniu."
- Kocham cię! - wrzeszczy któryś, León, Tomas? To już bez znaczenia, wszystko wiruje.
- Zawsze?
- Zawsze!
I jeśli to ma się skończyć w ogniu..., drze się spazmatycznie Ed Sheeran z radia. Skaliste wybrzeża są do bólu wyraźne.
- Do końca?
- Do końca!
...to powinniśmy spłonąć...
- Razem?
- Razem!
A na końcu - skały. 
"- Kretyn."
   Ogień. Woda. 
"- ...to z sercem."
   Sól. Światło.
"- A twoja cholerna praca?"
   Krew. Ogień.
"- Kiedy indziej."
   Woda. Skały.
...razem.
I potem już nic. Ciemność.

"Zawsze myślałem, że spadające gwiazdy brzmią jak tłuczone szkło..."

**

Miesiąc. Znowu pełnia.
Srebrna moneta księżyca zawieszona nad dachami po lewej. 
Chłodniej, już naprawdę zimno.
- Spadająca gwiazda! - Ludmiła unosi głowę. Jest taka śliczna. Drobna i ciepła, z delikatnymi ustami i delikatnymi dłońmi.
- Pomyślałaś życzenie? - pyta, łaskocząc oddechem wnętrze jej ucha.
- Pewnie.
Ale jej paznokcie są długie i pomalowane na jasny błękit.
- Spełni się?
- Na pewno.
Włosy jasne i pachnące jabłkiem. Nie miętą.
- Chodź tu.
Oczy bursztynowe. Nie zielone.
- Ach, Diego...
W uśmiechu nie robią jej się zmarszczki.
- Robiłaś to kiedyś w windzie?

To będzie... Czterdziesty ósmy raz.

___________________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz trzeci! :D Znowu totalna masakra produkcji Zuzki, zignorujcie to. Psychiatra przepisał mi chyba nie te leki.
Przepraszam Cię, Moniko, za to coś. Zwłaszcza Diecescę, za którą nie przepadam... Więc nie umiem o niej pisać, ech.
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wszystkie przeszłe i przyszłe OSy były, są i będą lepsze od tego czegoś. Zapraszam więc na nie, a mną się nie przejmujcie.

środa, 13 sierpnia 2014

{Zamówienie 012} Lodogerro || "Nieszczere obietnice'' - Katniss Parker i Kathrina

 
Tytuł: ,,Nieszczere Obietnice''
Para: Lodogerro
Gatunek: Dramat, Romans
Przedział wiekowy: M



Dla Olka Fasolka. Wiesz, że znamy się już od roku? Jutro już to będzie tak długo ♥ 
Wraz z Marciakiem postarałyśmy się napisać OS'a tak dobrze, jak tylko umiałyśmy <3 Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu :* Oby jeszcze był chociaż rok, a nawet nieskończoność :* - Twoja Kasia.


♣♣♣♣

Mrok i promienie słońca.

Stawiała powolne kroki na sali baletowej w szkole do której uczęszczała. Zawsze kochała to miejsce, mogła się odprężyć, odciąć od świata. Bez żadnej emocji, ale dość silnie cisnęła ciężką torbą w róg sali.
Podeszła następnie do ogromnego lustra, przejrzała się w nim. Dotykała opuszkami palców swojego odbicia, czuła się okropnie. Czuła się jak potwór. Opadła powolnie po szybie, po czym schowała głowę w swoich nogach. Chowała się. Została zraniona, dosłownie. Boleśnie dźgnięta nożem, oszpecona. 
Starała się jak najczęściej chować swoją twarz, bo każdy, kto ją spotykał dostrzegał tylko ogromną ranę na policzku. Gdy na siebie patrzyła wszystko wracało.
Mały zakamarek na przedmieściach, ślepa ulica, obrzydliwi faceci, skopanie, pobicie, dźgnięcie, wołanie, którego i tak nikt nie usłyszy. 

Nieustający ból.

Otrzymywała pomoc od całej rodziny, od przyjaciół, ale ona i tak widziała w sobie tylko potwora który już nigdy nie będzie mógł patrzeć na siebie normalnie. Rzuciła delikatne spojrzenie na swoje odbicie.
Tłuczone szkło. Uderzyła całkowitą siłą w lustro, które rozpadło się na miliony drobniutkich kawałków, nie było już nawet co zbierać. Szybko zabrała swoje rzeczy i wybiegła z miejsca zbrodni.
Jak zwykle uciekała sama nie wiedząc przed czym. Przed niewidzialnym potworem? Czy przed osobą, która ją tak skrzywdziła?

Goniące życie.


Każdego dnia w ten sposób wracała do domu. Bała się spać spokojnie w nocy, a co dopiero samotnie wychodzić na ulicę. Potrącała kolejnych przechodniów z pośpiechu. W oczach miała łzy, na twarzy grymas, a w sercu kamień który nieustannie bije coraz mocniej. Nagle poczuła jak ktoś łapie ją za ramiona.
-Dodo, w porządku? - Odezwał się znajomy, męski głos.
-Tak, w porządku. -Odpowiedziała roztrzęsiona i chciała odbiec dalej.
-Twoja ręka... co się stało? - Zapytał zaniepokojony. 
-Wiem, co z moją ręką, Rugg, nie musisz mi mówić. Teraz nie mam czasu, na rozmowę, przepraszam. -Chłodno rzuciła i znów chciała biec.
-Czekaj, czekaj. Nie dam Ci tak łatwo uciec. - Złapał ją silnie za rękę i przyciągnął na przeciw siebie. 
-Co znowu, muszę iść, naprawdę... - Przystępowała nerwowo z jednej nogi na drugą.
-Uspokój się trochę, ochłoń, nikt Cię nie goni... - Złapał ją za ramiona i spojrzał w oczy, wiedział co na nią działa, w końcu byli najlepszymi przyjaciółmi od dzieciństwa. W końcu to on znalazł ją jako pierwszą w tym okropnym stanie i pomagał wyjść z tego. Chodził z nią na terapie i razem przebywali w szpitalu.
Do tej pory gdy o tym myśli, ma chęć złapania tych ludzi i zrobienia z nimi tego samego.
Nie wierzył w to, że odsiadka pomoże, zresztą, pięć lat? Tylko? To ma być kpina? 
Tacy ludzie się nie zmieniają.
-Oni mnie gonią. - Odrzekła nerwowo rozglądając się w koło. - Czytają mi w myślach, nie mogę już tak, nie!
-Lodo, ich już nie ma, zrozum. Oni nie istnieją. Są w areszcie, nic Ci nie zrobią. Nie pozwolę już nigdy, nikomu Cię skrzywdzić. - Oznajmił Rugg'e. 
Nigdy tak naprawdę nie powiedzieli dlaczego Dodo, jak pieszczotliwie ją nazywali, tam była. Tylko oni dwoje znali tą tajemnicę. Chociaż chłopak wiele razy ją odciągał od tego ona sobie nie radziła.
Miała osiemnaście lat i choć rodzice się starali w ich domu zawsze panowało ubóstwo. 
Dziewczyna wpadła na ''genialny'' pomysł na dorabianie. Pracowała w najstarszym zawodzie świata, chociaż ją samą to obrzydzało, nie radziła sobie z biedą, chciała żyć tak jak inni nastolatkowie na całym świecie.


Próbowanie nowych smaków.

Kolory życia. Tak piękne, a niektóre z nich tak bardzo bolesne. Szkoda, że nie umiemy dostrzec tych dobrych, gdy nadchodzi zła godzina. Otworzyła swoje jeszcze nieco zaspane powieki po czym delikatnie przetarła je ręką. To może być dobry dzień. Podeszła do szafy w poszukiwaniu luźnych, lekkich ubrań, gdyż słońce grzało niemiłosiernie mocno. Zbiegła po schodach na dół, wyjęła z szafki swoją ulubioną herbatę po czym usiadła wraz z nią i jej ulubioną książką w fotelu.
-Lodo, gdzie jesteś? - Usłyszała ten sam co zawsze przyjemny głos.
-Tutaj!- Odpowiedziała z uśmiechem na ustach. Nawet nie wiedziała dlaczego była dziś taka szczęśliwa.
Jakby wygrała los na loterii. Chłopak przeskoczył przez kanapę i zajął na niej miejsce.
-Hej. - Uśmiechnął się ponownie do przyjaciółki. - Mam dla Ciebie małą niespodziankę.
-Co? O co chodzi, Rugg? - Zapytała niepewna.
-Chodź ze mną. Zaufaj. - Wyciągnął do niej swoją dłoń. Pewnie złapała ją po czym wstała i uściskała chłopaka.
-Dziękuję, że jesteś. - Spuściła wzrok w dół.
-Nie masz za co, dobrze wiesz, że jesteś dla mnie jak część rodziny. - Podniósł jej brodę. - I nigdy nie możesz w to wątpić.
Zamknęła drzwi od domu i już po chwili szli przez park.
Życie pełne jest kolorów. A jest ich tyle ile potrafimy w nim dostrzec. To zależy od nas. 
-Ruggero, ta piosenka... - Usłyszała dobrze jej znaną piosenką. - Przecież to jest...
-Hoy Somos Mas? - Zapytał pewnie patrząc przed siebie. - Patrz tam.
Zwróciła wzrok w stronę grupki ludzi, po czym ponownie została złapana za rękę i pociągnięta w ich stronę.
- Tutaj wszystko miało sens,ponieważ tu was poznałam... - Zaczęła wysoka rudowłosa dziewczyna.
Cande. Przeszło jej przez myśl po czym zakryła usta ręką.
-To jak żyliśmy było warte, o czym marzyliśmy, to co zdobyliśmy...- Ujrzała bruneta wychylającego się zza drzewa. Rozpoznała go jak dziewczynę poprzednio. Jej oczy natychmiastowo się zaszkliły.
-Zrozumiałam, że to było warte, że każda historia ma swój powód. - Jej serce biło szybciej niż normalnie. Jej wszyscy przyjaciele, których niegdyś zostawiła, bo nie chciała zranić. Oni wszyscy stoją tu i śpiewają dla niej. Nie zapomnieli.
- Abyśmy byli razem, by wierzyć, abyśmy grali naszą piosenkę. - Kontynuowała Mechi z Jorge'm. 
Z jej oczu już tym razem polały się łzy, nie smutku, lecz radości. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Myślała, że to tylko sen i że zaraz się obudzi, ale... Jednak to była prawda. 
-Wszystko znowu wraca, razem, nie spoglądając wstecz. Poczuj, o czym marzę, żyj, twym przeznaczeniem jest dziś...- Wszyscy podbiegli do płaczącej Włoszki. Spoglądała na nich przytulając każdego z osobna. 
Była zdezorientowana. To wszystko działało na nią za bardzo. Myślała teraz tylko o nich. O jej prawdziwych przyjaciołach. Którzy zostali mimo wszystko.


Bądź obok mnie.

Była pionkiem na szachownicy życia. Każdy mógł ją strącić w dowolnej chwili, lecz powoli uczyła się, że poddać się to najgorsze co można zrobić. Nauczyła się żyć z tym, że nie zawsze będzie łatwo. A to, jak została potraktowana napędziło ją do działania. Przyjaciele są największą wartością w jej życiu.


    Straszliwy sen.

    Nawet dokładnie nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Często śniło jej się, że spada. Tak normalnie, po prostu stała nad przepaścią, wielką, czarną dziurą i spoglądała w dół. Bywały dni, że wydobywały się z niej tłumione krzyki, brudne słowa, jakieś nieprzyjemne oszczerstwa. To byli oni? Chciała się cofnąć, wrócić, nie gapić się bezmyślnie w coś, czego wcale nie widziała. A przecież nie była ślepa.
    Wtedy skoczyła.
    Nie czuła zupełnie nic.. Zimno wcale nie przygniata jej ciała, podobnie jak wiatr, który na tą chwilę, tak jakby znikł. Po prostu spadała, nic więcej. Budziła się, gdy jej oczy gubiły światło, gdy punkcik, gdzie słońce wisiało na niebie zgasł. Okropieństwo. 
    Bała się zmrużyć oczy, zasnąć. Bezsenność wisiała w powietrzu, ponury zapach zwietrzałego szczęścia, jego też już nie było. Pozostał odór jej opustoszałego mieszkania i brudnych naczyń na blacie w kuchni - nie miała siły na jakiekolwiek porządki, tak to sobie tłumaczyła. Dni mijały szybko, jak za mgnieniem oka, tylko nie jednym, ale kilku. Wezbrała się w sobie jakoś tak przy pięćdziesiątym dziewiątym, kiedy najlepszy przyjaciel oznajmił, że wpadnie uczcić jej imieniny. Nie lubiła świętować.

    Pod koniec dnia, gdy dom już lśnił czystością - postarała się, dla siebie, nie dla niego - rozłożyła na stole swoją najlepszą zastawę, biała porcelana muskana lekkim złotem. Chwilę przyglądała się swojemu niewyraźnemu odbiciu w liliowej tafli, myśląc o tym, czy kurczak będzie równie źle prezentował się na kryształowym półmisku. Musiało wyglądać to dość dziwacznie. I zdecydowanie strasznie.

    Ostatni element, taki nietypowy jak na wieczór z przyjacielem, świeczki. Wybrała naturalnie w kolorze błękitu, bo uwielbiała ten kolor. Ponoć jego wielbiciele są nieśmiali i łatwo popadają w depresje - to prawda. Wzdycha, odpala jedną z zapałek, a później przygląda się dwóm płomieniom; przyciska palce do skroni. Przecież tak strasznie boi się ognia.
    Zapach rozgrzanego wosku roznosił się po pokoju - fiołkowy aromat, którego tak nie cierpiała. Wiedziała, ze ten dzień będzie kompletną porażką. Miała zamiar dzwonić do Federico z przeprosinami, że coś jej wypadło, ale dobrze wiedział o jej obsesji na punkcie dobrze zorganizowanego czasu, który rozszerzał się nawet do pełnego miesiąca. Planowała, wszystko, co do dnia. Więc jak ma się wytłumaczyć? Nie ma wyjścia, dzwoni.
    Odzywa się sekretarka. Pewnie nie ma go w domu. Jedzie, a może już jest? 


    Czerwona plama.


   Nie liczyła czasu, trochę speszona jego wzrokiem, który był przesycony czymś w rodzaju obawy, poszła do kuchni po kolejną butelkę wina, sprawdzając przy okazji jak miewa się sos do spaghetti. Długo zastanawiała się nad wyborem dania, ale postawiła na włoski specjał, który swoją prostotą i jakże ciekawym wyglądem zachwycał każdego. Gorzej ze smakiem - nie była zdolną kucharką.
    Zwróciła się o pomoc do specjalisty. Rozmowa z przyjaciółką przybiła ją jeszcze bardziej, szczególnie życzenia, bo nie wierzyła w ich szczerość. A teraz? Stała z dwoma talerzami, po brzegi wypełnionymi suchym makaronem i czerwonym sosem, który wcale nie pachniał tak, jak powinien, a przez głowę przelatywał jej szereg myśli. Chyba wracały wspomnienia. Te najgorsze, rozumiesz? 

- Zrobiłam coś do jedzenia - stawia talerz tuż przed nim, prawie upuszcza; chyba powinna się leczyć.
- Coś nie tak? Źle wyglądasz - oznajmił szybko.
- Tak też się czuję - westchnęła siadając naprzeciwko. - Nie wiem, czy będzie Ci smakować, dobrze wiesz, że nie jestem mistrzynią w kuchni.
- Wiem, pamiętam rozgotowaną fasolkę i przesolone mięso, które miałem przyjemność skosztować ostatnim razem - śmieje się. - Chociaż wiesz, nie przyszedłem tutaj, żeby narzekać.
- Już to robisz.
    Próbowała go do siebie zniechęcić, ale tak właściwie nie musiała tego robić. Wszystko co powiedziała tego wieczoru, albo co zrobiła było wredne i nietypowe. Lodovica, którą każdy znał, była kiedyś w miarę normalna. Uśmiechnięta, kochająca promienie słoneczne i bawiąca się z każdym bezdomnym kotem, którego spotkała w drodze do domu. Kiedyś miała nawet własnego. Został rozszarpany przez psa sąsiadów, a ona usłyszała tylko "mógł uważać". Ironia losu.

    Północ wybiła na zegarze, a oni byli już po trzech butelkach półwytrawnego wina, dziewięciu papierosach i jedenastu gorzkich czekoladkach. Opierała głowę o jego ramię, zaciągając się zapachem białej koszuli, którą specjalnie założył na tą okazję, ale nie miał krawatu, ani lakierek, które zwykł ubierać do niej. W telewizji leciach jakiś film, w tle jakaś tam melodia, a ona wcisnęła na siebie byle jaki podkoszulek, bo miała dość obcisłej sukienki.
    Kręciła chwileczkę kieliszkiem, w prawo, później w lewo. Nie zauważyła momentu, kiedy jego zawartość wżarła się w biały aksamit i zabarwiła materiał na przedramieniu. Ruggero jęknął - chyba był zły.

- Przepraszam, naprawdę przepraszam - paplała trzy po trzy, stojąc przy zlewie w łazience. - Nie wiem jak to się stało. Chyba za dużo wypiłam - trze plamę. Czerwień zmienił się w róż, ten nie pożądany efekt.
- Nie przejmuj się tym, nic się przecież nie stało. Odłóż to, nie męcz się.
- Zepsułam wieczór, jestem beznadziejna - załamuje się w połowie wypowiedzianych słów; ręce trzęsą się jak galaretka. Oszalała. 
- Powtórzymy go. Nic się nie dzieje, naprawdę. Nie smuć się, Dodo - pogłaskał jej zimne ramiona.
- Myślisz się - prostuje się nieco, zakręca kurek.
- Dlaczego?
- Wyjeżdżam.

    No i się wydało. Od dłuższego czasu miała plan. Przez trzydzieści dni tylko o tym myślała, nic więcej, ale przez kolejne dwadzieścia dziewięć, myśli przybrały kształt planów, a teraz to wszystko stało się przyszłością. Wyjedzie, zacznie od nowa, kupi nawet psa. Nie chce kota, bo to opcja dla desperatek - myślała.
    Rozmawiała z nim kilka godzin. On się wzruszył, ona nie bardzo. Chyba dzieliła ich pewna przestrzeń, której nie potrafili zrozumieć. Lodovica od zawsze była samodzielna, czasem nawet nieczuła, no i myślała racjonalnie - realistka, bo to pomiędzy szczęściem, a smutkiem. A on? Odwrotność.
 
- Nie.
- Czemu nigdy nie dajesz mi dojść do słowa? - krew w nim buzowała, był zły, albo smutny. - Jesteś pijana, nie wiesz co mówisz. Lepiej połóż się spać. Dojdź do siebie. Okej?
- Rugg, myślałam o tym od dawna. Chce zacząć od nowa. Wiesz, tak jak to robią w filmach. Zazwyczaj wychodzi - wzrusza ramionami, gasząc niedopałek w doniczce fikusa. To już dwudziesty siódmy.
- Nie, tym razem nie. Wiesz, że Cię nigdzie nie puszczę, prawda? - patrzy na nią, oczy wołają o odwzajemnienie uśmiechu, uda się? Niestety nie.
- Nie masz nic do gadania - machnęła ręką. - Już jestem wszystkiego pewna. Jutro zabieram rzeczy. Jeszcze muszę się pożegnać z resztą. Ech, to będzie trudne - spuszcza wzrok, chyba coś ją dźga. Smutek? Miłość?
- Mam. Zawsze miałem, wiesz?
- Yhym. Trele morele. Jasne.
- Nie wierzysz mi?
- Jakoś nie bardzo.
    Chwyta ją w pasie, przyciąga do siebie i nim całuje ją - po raz pierwszy - zagląda w jej oczy, które nie mówiły mu zupełnie nic. Odzwierciedlenie duszy, też coś. 
    Ich przyjaźń w tym momencie się rozpadła, okruszki zostały ceremonialnie zmiecione pod dywan, a oni? Oni stali na środku salonu, całując się przy świetle jednej ze świec - druga się wypaliła - a cała przesteń wypełniona była fiołkami. Chyba jednak je pokocha. 
     Przyparł dziewczynę do ściany, a ona zawrzała, jęknęła, omotana alkoholem, a może nim? Język tańczył w amoku, oboli czuli ten sam smak wina. Przygryzła sam jego koniuszek, warcząc energicznie. Trunek krążył w jej żyłach jeszcze szybciej.
    Całował zagłębie jej szyi, chowając głowę w włosach, muskając każdy kawałek skóry, delikatnie przygryzając miejsce tuż nad obojczykiem; zawyła, chyba się spodobało. Później, w sumie nawet nie wiedziała kiedy, była już bez koszulki, tak jak on - tylko wcześniej.
    Palce plączą się w ciemności, nie może trafić na guzik od spodni, nadal całując jego usta. Chwila, dwie, nie odpuszcza, nigdy. Znajduje, odpina z łatwością, paranoja, przecież wcale nie jest w tym dobra. I zachwyt jej żółciutkich tęczówek za każdym razem, gdy przyglądała się liniom mięśni na jego klatce piersiowej, ramionach. Opalona skóra była gorąca pod jej ustami, niemal parzyła, ale przyjemnie.
- Chyba nie myślisz, że chciałem tylko... - wydobyła a siebie jakieś dźwięki.
- Nie, dziś nie myślę - odpowiada szczerze.

    Przejeżdża opuszkami po zapięciu wiśniowego stanika, jedwabnego, całkiem w jej stylu. Jeszcze daje jej chwilkę, potrafił bawić się w te klocki. Zaciąga ją do łóżka, albo ona jego. Nie pamięta dokładnie, przygląda się jej ze smakiem. Kusiła swoją niedostępnością. 
    Rzucił jej ciało na miękką pościel. Poczuła, jak przygniata jej biodra, składając mokre pocałunki w okolicy podbrzusza. Zawirowała, nawet krzyczała. Co za noc.
    Chyba zapomnieli o tym, że są tylko przyjaciółmi... A może wcale nimi nie byli?



    Ostatni dzień wiosny.

    Przechodzi po bladych, drewnianych panelach wzdłuż korytarzu. Brak puszystego, fioletowego dywanu. Nie dostrzega już rodzinnych fotografii na wytapetowanych ścianach, a dokładnie wiedziała, że na ostatniej był jej dziadek, malujący płot na niebieski kolor. O zgrozo. A na szafce brak porcelanowego słonika, chwilka... brak też szafki. Wszystko uporządkowane, sprzedane, wyniesione. Nie myślała, że będzie nią targać pustka, bo chyba właśnie to czuła, prawda?
    Nie lubiła pożegnań. Chwyciła ramie torby, kiwnęła głową i wyszła, trochę najeżona. Ostatni raz chwyciła te same klucze, włożyła do tego samego zamka i przekręciła dwa razy, zamykając nie tylko dom, ale i wspomnienia. Wszystkie. Tą noc także.

- Naprawdę chcesz wyjechać?
    Wstrząsnęło ją to uczucie, westchnęła. Stał za nią zupełnie spokojnie, jakby obojętny temu, że ostatni raz ją widzi, że a nieba spadają krople deszczu, że jeden z panów kierujący wóz od przeprowadzek krzyczy, by wsiadała do samochodu - mają już ruszać.
- Chyba tak - odpowiada po chwili, jakby niepewnie.
- Chyba?
- Och, nie każ mi tego powtarzać. Boli mnie to - była bliska płaczu.
- Mnie też bolało to, że kochałem Cię przez te lata, a Ty miałaś to gdzieś.
    Zaniemówiła. Chyba planuje zemdleć, ale grafik przeszkadza. Poczekała więc na jego słowa.
- Tak. Szaleńczo zakochany, aż do bólu.
- Nie wiedziałam - szepce, połykając ślinę.
- Bo nigdy nie pytałaś - warczy pod nosem, zaciska palce na dziewczęcym nadgarstku. - Nic dla Ciebie nie znaczę, trudno, pogodzę się z tym. Ale musisz wiedzieć, że Cię kocham. Zawsze kochałem. A teraz jedź i odkrywaj świat. Czy co tam chcesz robić...

    Pocałował ją, ale tym razem w policzek - na pożegnanie.
- Do zobaczenia, Dodo.
    Odszedł. Wodzi wzrokiem po jego sylwetce.
 
    Zostanie czy pobiegnie na nim? Trudny wybór.
    A jednak udało się.
    Wybrała szczęście.



***



Od autorek: Hejciak, tu my! Czyli Kasik i Marcia. Przybywamy do was z Lodoggero, które hmm... Z resztą, sami przeczytaliście. Mamy nadzieje, że wam się spodobało :3 Przepraszamy za spóźnienie, ale to wina Marty. Jest idiotką i leniem, a do tego nie potrafi pisać i zepsuła całego Oneshota. NNieprawda nic nie popsuła, a jej część mnie powaliła, bo jest genialna! <3 Dziękujemy, kochamy was! <3 - My, czyli jedność. 
PS: Zapraszamy na Semi, które pojawi się za dwa dni. <3 

poniedziałek, 28 lipca 2014

{Zamówienie 006} Marcundo || ''My heart will go on'' - Little Liar

Tytuł: ''My heart will go on''
Para: Marcundo (Marta + Facundo)
Gatunek: dramat, romans
Przedział wiekowy: M
UWAGA! TO ZNISZCZY WAM MÓZGI NIEODWRACALNIE, UPRZEDZAM, JEŻELI KTOŚ NIE CZUJE SIĘ NA SIŁACH PROSZĘ O OPUSZCZENIE TEJ STRONY!



Zamówienie dla mojego Kochanego Anonima <3 
(znanego też jako Karo)


Siedziała na łóżku z ponurą miną, beznamiętnie gryząc parówkę i maczając ją w ketchupie. Dzisiaj mijał drugi rok, odkąd uczyła się języka hiszpańskiego, ślęcząc nad książkami dniem i nocą. Mimo to, do tej pory go nie spotkała. Gdy nikt nie widział, w nocy zamykała się szczelnie w pokoju i płakała w poduszkę, zerkając na jego zdjęcia wiszące na ścianie. Za każdym razem wtedy uśmiechał się, ukazując rząd białych, równych zębów. Nigdy nie była powierzchowna ale Facundo Parufka Bufon Gambande był z pewnością najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. Pragnęła go tak bardzo, że coraz częściej nie wiedziała co ze sobą zrobić. Pragnęła jego i jego miłości.  
Wstała, zarzucając na ramiona pseudo skórzaną kurtkę i biorąc do ręki karmę dla kotów, skierowała się do ogrodu. Uwielbiała te małe czworonożne futrzaki, sama nie wiedziała dobrze dlaczego. Może z tego powodu, że zawsze chodziły własnymi drogami, podobne jak i On? Wzięła na ręce małego kotka Maxiego i przymknęła oczy, wsłuchując się w jego mruczenie.
Kiedy usłyszała kroki za sobą nie odwróciła się, sądząc że to znowu Sara ją nachodzi chcąc bawić się w policjantów i złodziei. 
- Idź sobie. - mruknęła, kiedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.
- Przepraszam. - usłyszała niski, tak dobrze znany jej głos, na dźwięk którego jej serce zaczęło bić tak szybko jak nigdy. - Chciałem tylko zapytać, czy tą ulicą dojdę do Częstochowy?
Otworzyła oczy, wpatrując się w jego uśmiechniętą twarz. Wciąż nie mogła uwierzyć. Stał tutaj, przed nią, w jej rodzinnym domu. On, gwiazdor najpopularniejszego serialu dla młodzieży i ona, zwykła dziewczyna z polski.
- Fa... Facundo? - wyszeptała, wyciągając przed siebie drżącą dłoń by przekonać się, czy obraz ten na pewno jest prawdziwy.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, ujmując jej dłoń w swoją.
- W rzeczy samej. Widzę, że w tym pięknym kraju żubrówki również jestem rozpoznawalny?
Kiwnęła głową mrugając gwałtownie, kiedy zdała sobie sprawę że wgapia się w niego z otwartymi ustami. Wzięła kilka głębokich oddechów.
- Uwielbiam 'Violettę'. Uwielbiam ciebie. - wydusiła, spoglądając w jego czekoladowe tęczówki.
Zaśmiał się, kiwając głową.
- Polska to moja druga ojczyzna. Mój dziadek się stąd wywodził, wiesz?
Nie wiedziała. Nigdy nawet nie przypuszczałaby, że jej ukochany może mieć coś wspólnego z jej ojczystym krajem.
- Jestem Marcia. - wydusiła, wyciągając przed siebie rękę.
Uśmiechnął się czarująco, chwytając ją i unosząc do swoich ust.
Zadrżała.
- Mówią też na mnie Marciak. - dodała niepewnie, nie chcąc by zauważył jej skrępowanie.
Przytaknął, poprawiając swoją torbę na ramieniu.
- Dobrze, panno Marciaku. Przyjechałem tutaj, bo chciałem trochę oderwać się od aktorstwa. I odpocząć od całej załogi 'Violetty', wiesz, sława bywa męcząca. - mówiąc to, zawadiacko odgarnął grzywę z czoła. - Chcę tutaj zająć się swoją drugą pasją. Malarstwem.
Zamarła po raz kolejny. Nigdy przenigdy nie sądziła, że jej ukochany interesuje się również malowaniem.
- Oh. - wydusiła. - A co malujesz?
Rozejrzał się dookoła, oddychając świeżym, polskim powietrzem.
- Lubię rysować naturę, pejzaże. Ale teraz najchętniej namalowałbym twój portret. - dodał z czarującym uśmiechem. Marcia poczuła, jak uginają się pod nią kolana. Jedną ręką oparła się o drzewo, nie chcąc by zauważył że cała drży.
- Powiesz mi, gdzie trafiłem? Czy to Częstochowa?
Pokręciła przecząco głową, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Marzyła od tym od dwóch lat a teraz, kiedy stał tutaj, przed nią, nie wiedziała jak się zachować. Nagle zdała sobie sprawę że ma na sobie stare spodnie dresowe i bluzę. Gdyby wiedziała że go spotka, ubrałaby piękną, wieczorową suknię i wykonała odpowiedni makijaż, a tak...
- Nie. - odparła cicho. - To Mała Wieś przy Drodze.
- Aha. - podrapał się po głowie, mierząc ją spojrzeniem. - A jak się nazywa?
- Mała Wieś przy Drodze. - powiedziała, rozglądając się dookoła. - Oprowadzić cię?
Obdarzył ją najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziała.
- Z miłą chęcią.
Kiwnęła głową spuszczając wzrok i ruszyła przed siebie, wskazując mu ruchem ręki na drzwi swojego domu. Facundo uśmiechnął się delikatnie, po czym gdy weszli na werandę, przepuścił ją w drzwiach. Marcia dziękowała w duchu niebiosom za to, że jest sama w domu, nikt poza kotami nie był im w stanie teraz przeszkodzić a wiedziała, że te małe futrzaste stwory rozumieją ją jak nikt inny na świecie. Zagryzła wargi, uważnie lustrując mężczyznę wzrokiem. Był niezwykle pociągający i z trudem nad sobą panowała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że czekała na niego całe swoje życie. Zrobiła krok do przodu chcąc zmiejszyć odległość między nimi jednak zatrzymała się, gdy ujrzała wyraz jego twarzy. Nie znał jej. Była dla niego obcą osobą.
- To... Marciaku... - zaczął niepewnie, wciąż nie spuszczając z niej wzroku. - Miałbym małą prośbę. Czy moja wizyta tutaj mogłaby pozostać tajemnicą? Taką wiesz, naszą? Gdyby fani V się dowiedzieli...
- Wiem. - przerwała mu, utrzymując kontakt wzrokowy. - Nie martw się. - powiedziała spokojnym, stabilnym głosem o jaki w tej chwili na pewno by się nie podejrzewała. - To zostanie między nami.
Kiwnął głową, gładząc ręką swój nowy lub wyprany w perwolu sweter.
- Nie chciałbym ci przeszkadzać ani nic...
- Nie przeszkadzasz. - odpowiedziała momentalnie wchodząc mu w słowo. Czuła się jak na haju, działała, poruszała się, mówiła i myślała jednak do końca nie dotarło jeszcze do niej to, że przystojny Facu Parufka Bufon Gambande jest w Polsce, mówi do niej w jej ojczystym języku i znajduje się trzy kroki od jej sypialni.
Uśmiechnął się delikatnie, podpierając się ręką o brodę. Jej serce zaczęło bić jeszcze szybciej niż przed chwilą choć nie podejrzewałaby, że to możliwe. Zrobiło jej się gorąco. Chciała go. Tutaj. Teraz. Zacisnęła zęby i dopiero kilka sekund później zdała sobie, że przegryzła wargę do krwi. Musiała nad sobą zapanować. Musiała.
- To świetnie. Czy mogłabyś w takim razie pokazać mi kilka fajnych miejsc tutaj? Chciałbym je namalować. - dodał, wskazując na swój bagaż.
Kiwnęła głową, nawet nie wiedząc kiedy. Zadrżała pod wpływem jego spojrzenia. Zbliżył się do niej i z zatroskaną miną dotknął jej wargi.
- Krew ci leci... - wyszeptał, ścierając czerwone kropelki palcem. Cała się trzęsła, teraz wiedziała że dłużej już nad sobą nie zapanuje. Kiedy nie spuszczając z nią wzroku oderwał dłoń od jej twarzy ścisnęła ją, chwiejąc się na nogach.
- Zaparzę herbaty. - wydusiła, kiedy jakimś cudem udało jej się otrząsnąć.
Kiwnął głową, wskazując mu ruchem ręki na drzwi od swojej sypialni. Gdy za nimi zkinął oblała twarz zimną wodą, usiadła na blacie i gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
'Uspokój się!' - powtarzała sobie w myślach jak mantrę, jednak to zdanie cały czas zostawało zagłuszane przez cichy głosik podpowiadający jej 'Facundo Parufka Bufon Gambande jest w twojej sypialni'.
Upuściła filiżankę, a kiedy ta się roztrzaskała nerwowo odłożyła czajnik i wyjęła kubek z szafki. Położyła na tacy kilka parówek - berlinek, swoich ulubionych, po czym z łomoczącym sercem skierowała się w stronę pokoju. Siedział na jej łóżku - Stefanie, trzymając w dłoni ramkę z jej zdjęciem. Trzymała na nim na kolanach swoją jamniczkę, świętej pamięci Malinę.
- Piękna. - powiedział cicho, spoglądając na nią i odkłądając ramkę z powrotem na stolik obok łóżka.
Niepewnie kiwnęła głową, stawiając obok niego tacę z jedzeniem.
- Malina? Tak, była wyjątkowym psem.
Pokręcił przecząco głową, robiąc jej miejsce obok siebie.
- Nie. Ty.
Zarumieniła się, modląc się by tego nie zauważył.
- Oh. - wydusiła cicho, po czym wzięła do ręki tacę, chcąc czymś je zająć. W innym wypadku mogłaby rzucić się na niego bez opamiętania.
- Nie wiem czy lubisz ale nic innego nie miałam w lodówce. Jem tylko to. - powiedziała, podając mu tace z parówkami. Ze zdumieniem zauważyła, że na widok tego mięsnego przysmaku gałki oczne niemalże wyszły mu z orbit.
- Skąd wiedziałaś, że... uwielbiam parówki? - wyszeptał, biorąc jedną i maczając ją w keczupie.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiedziałam. Po prostu ja je uwielbiam.
Pokiwał głową, wpychajac sobie całą parówkę do ust. Kiedy skonsumował wszystkie osiem które mu przyniosła, odłożył talerz na biurko i wziął do ręki swój plecak.
- Chciałbym trochę poprawić swoje szkice. Masz ochotę zerknąć?
Przytaknęła, nie mogąc spuścić z niego wzroku ani na chwilę. Każdy jego ruch wyrażał siłę, męskość i precyzję. I coś, czego ona pragnęła ponad wszystko.
Z plecaka wyjął dużą, ciemną teczkę. Otworzył ją i położył sobie na kolanach plik kartek.
- To w mojej Argentynie. Buenos Aires nocą. - wyszeptał jej do ucha, pokazując niedokończony szkic przedstawiający małą kafejkę.
Zadrżała słysząc jego cichy, matowy głos. Poczuła na policzku jego oddech.
- A to - kontynuował, wyciągając kolejny obraz - są Włochy. Chciałbym tam jeszcze kiedyś pojechać.
Przyglądała się przez chwilę szkicowi. Był piękny, idealny niemalże. I wyszedł spod jego ręki.
- Moja przyjaciółka niedługo wyjeżdża do Włoch. - wyrwało jej się, kiedy pomyślała o Marceli, która była zdetermionowana by odnaleźć Rugga.
Coż. - powiedział głosem jeszcze niższym niż przedtem. - Jeśli będzie miała takie widoki jak ja teraz to z pewnością będzie zachwycona.
Drżącą dłonią doktnęła jego dłoni, nie mogąc dlużej się hamować. Nie do końca jeszcze dotarł do niej sens wypowiedzanych przez niego słów ale jedno wiedziała na pewno: wyjątkowo ciężko jej było się konrolować, a on swoim zachowaniem z pewnością nie ułatwiał sprawy.
Ścisnął jej dłoń i przycisnął do swoich ust co sprawiło, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Modliła się by nie zapomieć jak się oddycha, w tym momencie świat przestał dla niech istnieć. Liczył się tylko on.
- A to Francja. - powiedział, pokazując jej kilka szkiców. Na każdym z nich przedstawiona była prówka, jedna w keczupie, inna w musztardzie, jeszcze inna na talerzu, nadgryziona. - Francuskie parówki. Najlepsze.
Przyglądała się uważnie rysunkom z coraz to większym podziwem. Nigdy by się nie spodziewała, że jej ulubione danie można ukazać w tak różnorodny sposób.
Portretowałeś kiedyś ludzi? - spytała wyrywając się z zamyślenia. Sama nie wiedziała nawet, dlaczego to powiedziała.
Uśmiechnął się, po czym przecząco pokręcił głową.
- Nie miałem okazji.
Spojrzała na niego zadzwiająco pewnym wzrokiem. Poczuła przypływ nagłej determinacji.
- Namaluj mnie. Tak jak swoje francuskie parówki.*
Dostrzegła, jak jego wargi zadrżały, a oczy rozbłysły nieznanym dotąd blaskiem.
- Przygotuj ketchup.
**
Leżała w salonie otoczona pięćdziesięcioma czterema butelkami ketchupu Pudliszki, obserwując każdy jego ruch. Co chwila zerkał na nią, po czym ponownie przenosił wzrok na kartkę.
- Gotowe. - powiedział w końcu, podchodząc do niej i pokazując jej swoje dzieło. Zadrżała gdy znalazł się tak blisko niej, starając się tego nie okazać spojrzała na kartkę.
Westchnęła, wpatrując się w najpiękniejszy szkic jaki w życiu widziała.
- To chyba najlepsze twoje dzieło. - wyszeptała po chwili.
Pokiwał głową.
- Zdecydowanie. Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym go zatrzymał?
Uśmiechnęła się, mimowolnie przysuwając się do niego.
- Nie. - wyszeptała i nie wiedząc kiedy zetknęła się z nim ustami. Nigdy by siebie o coś takiego podejrzewała jednak On, On był jedyną osobą któa wyzwalała w niej takie, nieznane dotąd instynkty.
Jeszcze dwie godziny wcześniej rozmyślała o nim, marzyła, rozpaczała nad tym że nigdy go nie spotka. A teraz był tutaj, przy niej i całowali się, w Małej Wsi przy Drodze. W tym momencie, kiedy wiedziała że dłużej już nie będzie umiała ani musiała się powstrzymywać, przyszło jej do głowy zdanie wypowiadziane przez jedną z jej psiapsiółek, z nadmiaru emocji nie pamiętała już czy była to Kasia czy Karolina, na pewno któraś na K: 'jeżeli facetowi na tobie zależy, zawsze ma przy sobie durexy'. Nie przeszkadzało jej, że z zza okna dochodziło zawodzenie kota, którego prawdopodobnie jeden z sąsiadów próbował potraktować piłą mechaniczną. Kiedyś stwierdziła nawet, że powinni to nagrywać i sprzedawać w sklepach jako dodatek do płyt z muzyką relaksacyjną, z pewnością dokonałaby takiego zakupu. Czuła, że cała ta sytuacja nie skończy się na zwykłym pocałunku, zastanawiała się nawet czy nie pobiec do kredensu i nie wyjąć z niego wielkiej, diamentowej kolii jednak po chwili stwierdziła, że to byłaby już lekka przesada.
- Facu... - wyszeptała na sekundę odrywając się od niego, bo tylko na tyle było ją teraz stać. - Czy to nie za szybko? Znaczy... na pewno chcesz, ze mną?
Kiedy spojrzał jej w oczy z trudem odsuwajac się od niej o milimetr, poznała odpowiedź. Ból w jego oczach spowodowany nagłym zaprzestaniem wykonywania uprzedniej czynności wyrażał więcej niż tysiąc słów.
- Rozbierz mnie... - powiedział zachrypniętym głosem, takiego go jeszcze nie słyszała, brzmiał jak człowiek opętany, który postradał zmysły. - Jak parówkę z folii.*
Jak w amoku pokiwała głową, ściągając nożyczki z komody i rozcinając mu sweter.
- Mam w kieszeni durexy... przedziurawisz je... - wydusił, spoglądając na nią pełnym przerażania i za razem pożądania wzrokiem.
Pokręciła przecząco głową, słowa chłopaka ledwie do niej docierały. Szumiało jej w głowie i uszach bardziej niż wtedy, kiedy upiła się Jackiem Danielsem.
- Nie będą potrzebne. Prawo fizyki nie przewiduje dodatkowych, zbędnych ciał między tymi dwoma, które się przyciągają.
Nie myślała w tej chwili racjonalnie. Wiedziała, że jedna z jej BFF, Zuzka by ją za to zabiła, obiecała jej że zawsze będzie myśleć dwa razy zanim coś zrobi albo nawet i trzy, w jej przypadku. Teraz jednak liczył się tylko on. On i jego naga klata w kolorze orzecha laskowego.
- Mówiłam ci już kiedyś, jak bardzo jesteś przystojny? - wypaliła, mocując się z zamkiem jego spodni.
Pokręcił głową, nie odrywając od niej swoich rąk. To działo się, naprawdę się działo, była o cal od spędzenia najgorątszego popołudnia swojego życia z samym Facundo Parufką Bufonem Gambande, jeszcze wczoraj było to zaledwie jej sennym marzeniem. Nie była do końca pewna czy oby nie śni, czy jej mózg ponownie nie robi sobie z niej żartów, w końcu zdarzało się to już wielokrotnie ale on tutaj był tak realny, jego słowa, jego dotyk i oddech na jej twarzy, wszystko to przyprawiało ją o dreszcze.
- Zimno ci? - wyszeptał, otaczając ją ramieniem jeszcze mocniej niż przed chwilą, co wywołało u niej kolejną falą dreszczy. - Mam wziąć koc?
Zaprzeczyła, przyciągając go do siebie najmocniej jak potrafiła. Jedyny koc jaki miałą w domu był utkany z futra jednego z jej świętej pamięci kotów i nie wyobrażała sobie robić tego pod nim.
Kiedy zakończyli bezsensowną - według niej - wymianę zdań na temat temperatury jej ciała, nie pamiętała już nic z tego jak własnoręcznie zdzierała z niego za duże o rozmiar jeansy. Bała się żeby nie zemdleć, wszystko w jej umyśle podpowiadało jej że traci świadomość i że lada chwila odpłynie w nicość, schowana w jego ciasnych ramionach.
Nie chcąc przegapić ani chwili tego co się działo i za chwilę miało się wydarzyć zacisnęła swoje wargi na jego, jak najbardziej próbując skoncentrować się na chwili obecnej. Liczyło się tylko tu i teraz. Nic więcej.
**
Obróciła się na drugi bok, kładąc głowę na jego ramieniu. W jednej dłoni trzymał miętowego papierosa, a drugą szczelnie ją obejmował, jakby bał się że zaraz mu ucieknie, odfrunie. Nigdy nie spodziewała się, że doczeka tej chwili. Że zrobi to właśnie z nim, z księciem ze swoich sennych marzeń. Ze słynnym aktorem popularnego serialu młodzieżowego. I było cudownie. Czuła się jak w bajce, jedyne czego żałowała to to, że nie zapamiętała każdego szczegółu tego wszystkiego, była zbyt zajęta przeżywaniem swoich wewnętrzych emocji by skupić się na detalach. Był taki jakiego sobie wymarzyła, sprawił by czuła się bezpiecznie, dbał o jej uczucia i potrzeby.
- Kocham cię. - szepnęła, po czym zaraz zagryzła wargi i odwróciła wzrok w drugą stronę. Nie wiedziała dlaczego to powiedziała i natychmiast tego pożałowała, nie chciała go wsytraszyć, znał ją zaledwie od dwóch godzin, nie wiedziała nawet czy z jej strony była to miłość właśnie taka jaką opisywali w książkach, bo jakaś na pewno była, nie wiedziała czy powiedziała to pod wpływem emocji, zaistniałej sytuacji czy zwyczajnie wyznała mu prawdę.
Kiedy dostrzegła jego zatroskane spojrzenie poczuła tak bolesne uczucie w sercu jak nigdy dotąd. Teraz do niej dotarło, jak była naiwna. Nie spodziewała się nawet że odzwajemni jej uczucia, tego nie ale łudziła się że choć trochę coś do niej poczuł. A przecież to był Bufon. Sławny gwiazdor. Idol nastolatek na całym świecie. A kim ona była? Zwykłą dziewczyną, w dodatku kolegowała się z idiotkami pokorju Kaśki, Aśki, Sarny, czy Karolci. Była dla niego tylko przygodą, zgodziła się więc czemu miał nie skorzystać, skoro akurat przebywał na urlopie?
- Marciaku... - powiedział cicho, zauważyła jak uważnie myśli nad tym co zaraz ma powiedzieć. Wiedziała że dostanie wymówkę, usprawiedliwienie, być może przeprosiny. 'Cóż' - przeszło jej przez myśl. To koniec. 'Przynajmniej miałaś szczęście przeżyć z nim coś takiego, to chyba coś więcej niż zwykłe wzdychanie do swojego idola.'
- To było najwspanialsze doświadczenie w moim życiu.
Jej serce ponownie zabiło szybciej. Tym razem z radością. Nadzieją.
- Naprawdę? - weszła mu w słowo, spoglądając prosto w te czekoladowe tęczówki. Te, które jeszcze kilkanaście minut temu patrzyły na nią jakby była wszystkim, całym światem. Tak jej się przynajmniej wydawało.
Zadrżała w oczekiwaniu na odpowiedź. Odruchowo i jednoczeście dotknęli się dłońmi, splatając ze sobą swoje palce. Teraz już była spokojniejsza. Znów napawała się jego bliskością.
- Naprawdę. Jesteś... nie do końca potrafię to określić. - powiedział, zataczając palcem koła na jej dłoni. - Naprawdę niesamowita. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem.
Zakręciło się jej w głowie, ponownie. Zagryzła wargi jak zwykle gdy chciała przywrócić się do porządku dziennego.
- Nie rób tak. - usłyszała jego cichy szept. - Zrobisz sobie krzywdę.
Poczuła jak przyciska swoje wargi do jej, ciepło bijące od niego zalało ją całą, nie mogła się powstrzymać przed westchnieniem.
Kiedy się od siebie odsunęli i zapanowała cisza, postanowiła jej nie przerywać. Nie chciała znów się ranić ani psuć atmosfery między nimi. Nawet jeśli miało być to tylko tu i teraz, chciała wspominać to jak najlepiej.
Oparła się o niego, przymykając powieki i wdychając zapach jego wody kolońskiej. Wiedziała, że pozostanie to w jej pamięci na zawsze.
- Media nie piszą o wszystkim. - odezwał się po chwili, mocniej ją do siebie przyciskając jednak odwracajac wzrok w przeciwną stronę.
Odwróciła głowę.
- Co masz na myśli? - spytała, słysząc w swoim głosie wyraźny niepokój.
- O tym, że jestem tak jakby w oficjalnym związku z Tinką.
Zakręciło się jej w głowie. Odsunęła się od niego o cal, przez chwilę zastanawiała się czy zupełnie nie wyrwać się z jego objęć jednak dotarło do niej, że niczego sobie nie obiecywali. Niczego.
- Jak to? - wydusiła. - Czemu?
Niepewnie wzruszył ramionami, ponownie zmiejszając odległość między nimi.
- Jest ładna. Sławna. Potrzebuję takiej dziewczyny.
Zabolało. Nie była tak światową dziewczyną jak Tinka, nie mogła pomóc mu w promocji płyty ani wspinaczce na dalsze szczeble kariery. Była tylko dziewczyną zamieszkującą Małą Wieś przy Drodze.
- Rozumiem. - powiedziała po chwili. - Dobrze się między wami układa?
Przekręcił się lekko na bok w jej stronę, jednak wciąż nie spoglądał w jej oczy.
- Chyba tak. Znaczy, zawsze jak mnie całuje zostawia na mnie osad z różowej szminki, to lekko irytujące. Diego myślał, że przesadziłem z różem do policzków. I nie kocham jej ale... jesteśmy przecież młodzi. To zabawa, tak?
Miała wrażenie, że jej serce przebił sopel zimnego lodu. Jakby bloeśnie zderzyła się z ogromną górą lodową, na której nie było ani jednej parówki.
- Czyli wszystko co robisz jest dla ciebie bez znaczenia? - spytała cicho, choć wcale nie planowała tego powiedzieć. Spuściła wzrok, opierając dłoń na jego ramieniu. Chciała zapamiętać dotyk jego rozgrzanej skóry najlepiej jak potrafiła.
Nie, nie wszystko. - odparł po chwili. - To ma znaczenie. - dodał pewnym, stabilnym głosem i pochylił się, ponownie sięgając jej ust. Kiedy zarzuciła mu ręcę na szyję i dostrzegła w tym jego entuzjam wiedziała, że na tym się nie skończy. I bała się. Bała się swoich uczuć, bała się Tinki.
- Nie zrań mnie. - szepnęła, po czym ponownie pozwoliła sobie się zatracić.


[dwa miesiące później]


Minęły trzy tygodnie odkąd wyjechał i zostawił ją samą, z wciąż żywymi wspomnieniami i krawawiącym sercem. I tydzień, od kiedy zaczęły nawiedzać ją przypadkowe mdłości, zawroty głowy i omdlenia. Gdy za namową przyjaciółki (a właściwie, Kasia zaciągnęła ją tam siłą) poszła do lekarza, werdykt był jasny: była w ciąży. Nosiła w sobie dziecko. Jego dziecko. Z gabinetu lekarza wyszła jak otępiała, gdyby nie to że Kasia ją poddtrzymawała, nie doszła by do domu. Raz nawet upadła potykając się o kamień, gdy jej przyjaciółka akurat SMSowała z jednym ze swoich partnerów, Diego. Nie wiedziała nawet, kto podniósł ją z ziemi, prawdpodobnie Sarna przybyła z odsieczą i powiozła ją na swoim grzbiecie prosto do domu, do Stefana. Leżała w miękkiej pościeli z pustym wzrokiem wbitym przed siebie. Nie wiedziała co teraz. Facundo Parufka Bufon Gambande zostawił po sobie w jej życiu więcej, niż się spodziewała. Chciała zapomnieć. Chciała zapomnieć bo kochała go bardzo, najbardziej, bardziej niż kiedykolwiek kogokolwiek, dotarło to do niej z ogromną siłą bo jego wyjeździe. A z drugiej strony, chciała pamiętać. Chciała pamiętać najpiękniejsze chwile spędzone wraz z ukochanym, chciała móc do nich wracać w tych gorszych momentach, chciała by były dla niej swojego rodzaju ostoją.
- Sarna, spadaj... - mruknęła, słysząc zwinne kroki dzikiego zwierzęcia. - Idź do Sebka, nie mam nastroju.
Zwierzyna tupoczącymi łapami okrążyła ją dookoła, po czym zwinnie wskoczyła na łóżko.
- Byłam. Wypolerowałam mu poroże. - odparła cicho, bojąc się reakcji przyjaciółki. - Marciak... - zaczęła, jednak dziewczyna z impetem zepchnęła zwierzę z łóżka.
 Nie chciała rozmawiać, z nikim. Wolała być sama, z dzieckiem Facundo które teraz stanowiło jej nieodłączną część. Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Stos nieodebranych połączeń. Kasia groziła że jeśli się nie odezwie to naśle na nią zaprzyjaźnionego wampira, Zuzia prosiła by jak najszybciej się odezwała bo jej odwiecznym marzeniem było zostać chrzestną dziecka przyjaciółki a Karolina chciała wpaść na obiad bo mikrofala jej się zepsuła a zimne parówki to niedobre parówki. Przejrzała stos wiadomości nieznaczną uwagę poświęcając nadawcom, gdyż wiedziała że żaden z nich nie jest Nim.
Kiedy usłyszała natarczywe pukanie do drzwi niechętnie zwlekła się z łóżka, spodziewając się że Sebek szukając Sarny ponownie zaczepił się porożem o klamkę. Gdy otworzyła drzwi zrobiła krok do tyłu i przymknęła oczy, gdyż zalała ją natychmiastowa fala różu. W życiu czegoś takiego nie widziała, róż prażył jej w oczy niczym ostre promienie słońca, dopiero po chwilu udało jej się dostrzec ludzkie konutry w różowej poświacie. Dziewczyna miała rozwiane blond włosy od wiatru, żuła gumę, jej usta były pokryte brokatem w kolorze pastelowgo różu.
- Tinka Stoessel jestem. - mruknęła, wyciągając w jej stronę rękę.
Poznała ją. Dopiero po chwili ją poznała i poczuła, że po raz kolejny zakręciło się jej w głowie. Była w ciąży, musiała unikać zbyt silnych i skrajnych emocji a tymczasem największa gwiazda nastolatek stała przed nią, w jej domu, w małej Wsi przy Drodze. Przeszło jej przez myśl, że niedługo do jej wioski zjadą się Brad i Angelina ze wszystkimi podpopiecznymi, wystraszyła się że jeżeli ktoś się dowie o pobycie Tinki tutaj zaraz zjadą się media i telewizja. Niewiele myśląc, chwyciła przerażoną gwiazdę za rękę i wciagnęła do swojego domu, szczelnie zamykając za nimi drzwi.
- Hej! - warknęła oburzona, otrzepując rękę i poprawiając włosy. Marcię zdziwiła jej znajomość języka polskiego, doszła do wniosku że Facundo musiał ją nauczyć.
- Czego... czego ty tutaj szukasz? - wydusiła, wpatrując się w metr siedemsiesiąd różu stojącego przed nią.
Tinka westchnęła rozlglądając się dookoła, po czym wygładziła mini różową spódniczkę i spojrzała na nią wojowniczym wzrokiem.
- No tak. Spodziewałam się, że akurat ty nie poprosisz mnie o autograf. - warknęła. - Jestem tu w sprawie mojego chłopaka, Facundo Parufki Bufona Gambande, znasz może? Zresztą, po co ja się pytam, oczywiście że znasz.
Wbiła w nią wzrok, po czym podparła się ręką o ścianę, starając się pohamować zawroty głowy. 'To szkodzi dziecku' - powtarzała sobie w myślach, próbując się opanować.
- Nie, nie znam. - powiedziała lekceważącym tonem i rzuciła jej najbardziej obojętne spojrzenie na jakie było ją stać. Chciała, by ta różowa kukła jak najszybciej opuściła jej dom. Bufon zdradził ją, wykorzystał, rozkochał w sobie jeszcze bardziej niż dotychczas i zostawił. I chciała się od tego odciąć, usilnie próbowała, chciała wychować swoje dziecko sama, najlepiej jak potrafiła.
- To zaskakujące. - odparła, robiąc krok w jej stronę i stukając różowymi szpilkami o posadzkę. - Gdyż on zerwał ze mną bo zakochał się w tobie. Czyżbyś mu się przyśniła?
Przez chwilę zastanawiała się czy nie przywalić jej patelnią*, jedyne o czym w tej chwili marzyła to to, by pozbyć się fali różu ze swojego domu. Nie potrafiła pojąć, dlaczego i jakim prawem po tym co jej zrobił, nachodzi ją jego różowa dziewczyna i oczekuje nie wiadomo czego.
- Być może. Nie odpowiadam za to. Pilnuj go bardziej w nocy. - warknęła, jednak dopiero po chwili dotarł do niej sens słów wypowiedzianych przez Różową. Bufon zerwał ze swoją sławną dziewczyną. Zerwał z nią, bo... czy to możliwe, że to co się wydarzyło przed dwoma miesiącami mogło mieć dla niego jakieś znaczenie? Zamarła, a serce zaczęło bić jej szybciej. Otrząsnęła się na widok groźnego spojrzenia rywalki,
odciągnęła swoje myśli od Bufona uświadamiając sobie, że jego była dziewczyna stoi w jej domu, ociekając różem i spoglądając na nią morderczym wzrokiem.
- Tinka... - zaczęła spokojnie, bojąc się reakcji różowej i robiąc krok do tyłu. - Ja naprawdę... nie wiem o co ci chodzi, nie chciałabym być niemiła...
- Trzeba było pomyśleć o tym zanim poszłaś do Stefana z moim przyszłym narzeczonym! - zawołała, wyciągając z kieszeni kurtki różowy pistolet. Marcia zdążyła zauważyć, że cały jest wysadzany cekinami.
Sparaliżowana strachem wpatrywała się w różowy sprzęt wycelowany prosto w nią, ocknęła się dopiero po chwyli i niewiele myśląc chwyciła leżące za nią żelazko i z całej siły cisnęła nim o Tinkę. Zadrżała, bała się że jeśli zaraz nie złapie się czegoś, upadnie. Właśnie znokautowała sławną byłą swojego nieodszłego faceta, która mierzyła do niej z różowego pistoletu. Próbując myśleć trzeźwo chwyciła ją za racice i schodami w dół wciągnęła do komórki. Kiedy szczelnie zaryglowała Tinkę w swoim podziemnym pomieszczeniu, szybkim krokiem skierowała się w stronę łazienki i ochlapała twarz zimnę wodą. Nigdy wcześniej nie czuła się tak zdezorientowana, bała się co będzie dalej, kiedy świat się dowie, kiedy Tinka się obudzi i będzie musiała stanąć z nią twarzą w różową twarz, kiedy On się dowie... Gdy usłyszała stukanie do drzwi, jej serce na dobrych kilka sekund zamarło. Prasa, telewizja, policja... Wszyscy przyciągnęli się tutaj za Tinką, tego była pewna. Blada z przerażenia, chwiejnym krokiem ruszyła w stronę drzwi powtarzając sobie, że musi swtawić temu czoła, że nie ucieknie. Kiedy nacisnęła klamkę i przestraszona zrobiła krok do tyłu, jej serce wykonało zdecydowanie zbyt wiele uderzeń na minutę, poczuła zawroty głowy i runęła do tyłu zatapiając się w czekoladowych tęczówkach, jednak lądowanie było zdecydowanie bardziej miękkie niż się spodziewała.
- Cześć. - powiedział niskim głosem, spoglądając na nią z taką czułością, jakiej nie widziała w niczich oczach jeszcze nigdy.  - Tęskniłaś?
Zadrżała w jego ramionach, z trudem przywołując się do porządku. Nie wiedziała czy umysł płata jej figle, czy to stres, emocje, czy może hormony związane z ciążą. Wyciągnęła dłoń przed siebie i kiedy spoczęła ona na jego policzku, na jej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. To był on. Bufon. Tutaj, przy niej.
- A więc to prawda... - dodał, przenosząc wzrok na jej brzuch. - Jesteś w ciąży.
W jego oczach dostrzegła lekki niepokój. Przestraszyła się, bała się że zaraz ucieknie, zostawi ją, znowu, że przerośnie go odpowiedzialność. A z drugiej strony przecież wrócił tutaj, do niej. Czuła bicie jego serca tuż przy swoim, coś co koiło ją i pobudzało jednocześnie.
- Jestem. - zdołała odpowiedzieć, ledwo słyszalnie. - Wróciłeś. - dodała, starając się zapanować nad swoim głosem. O ile to się jej udało, momentalnie pod powiekami zaczęły zbierać się jej łzy. Ponownie zakręciło się jej w głowie kiedy zbliżył dłoń do jej policzka i otarł kilka łez. Otaczający ją świat przestał istnieć, w tym momencie liczył się tylko on, on i ciepło które od niego biło, jego oczy i pełen ciepła uśmiech, którym ją obdarzał.
- Nie powinienem był w ogóle wyjeżdżać. - szepnął, pochylając się nad nią i zbliżając swoje usta do jej. Wstrzymała oddech, czekała na tę chwilę, od ich rozstania czekała tylko na to. Przymknęła oczy i czekała, czuła jego ciepło, jego ręce oplotły ją ciaśniej,  kiedy głośny huk przywołał ją do porządku dziennego. Bufon zadrżał wciąż mocno ją ściskając, kiedy na niego spojrzała dostrzegła, że jego oczy również były teraz szeroko otwarte. Gdy obróciła głowę zobaczyła stojącą na przeciwko nich Tinkę. Różowa musiała jakoś się uwolnić, teraz jej włosy były w nieładzie, ubranie było podarte a spod doczepianych rzęs biła wściekłość.
- Odsuń się. - usłyszała jego cichy głos, po czym zasłonił ją sobą i wyszedł naprzeciw byłej dziewczynie. Zacisnęła zęby, obejmując go w pasie i modląc się, by wyszli cało z tej konfrontacji. Teraz, kiedy już go odzyskała, gdy czuła bicie jego serca i stała tak blisko przy nim, gdy mogła się do niego przytulić, nie wyobrażała sobie ponownie go stracić.
- Tinka, proszę... - wyszeptała tak cicho, że sądziła iż różowa nawet tego nie usłyszy, jedynie Bufon pod wpływem jej słów zadrżał i spiął się bardziej. Wyczuła, że jest niezadowolony z tego że się odezwała. Poczuła ukłucie w sercu. Bał się. Bał się o nią. Tinka przeniosła wzrok na nią, najpierw jej twarz wyrażała jedynie wściekłość, później na jej różowych wargach pojawił się uśmiech.
- Słucham cię, skarbie. Masz mi coś do powiedzenia?
Zadrżała, przygryzając wargę i wbijając wzrok w podłogę. Bała się odezwać, bała się ją rozwścieczyć. Teraz, kiedy poczuła że wreszcie może zaznać szczęścia. życie jej i najważniejszej dla niej osoby było zagrożone.
- Słucham. - z jej ust zszedł uśmiech, mierzyła ją wściekłym spojrzeniem. Marci przeszło przez myśl że jest opętana, że potrzebuje pomocy.
Kiedy ruszyła pędem w jej stronę poczuła tylko jak Bufon szybkim ruchem przejmuje cios Tinki na siebie. Upadła. Jedyne co pamiętała to migocząca jej w oczach ciemność.
**
Poczuła ciepły dotyk dłoni na policzku. Zamrugała kilka razy, próbując sprawić by obraz stał się mniej rozmazany. Skoncentrowała się na jednym punkcie, którym był jej ukochany pochylający się nad nią. Dostrzegła na jego twarzy uśmiech pełen ulgi, szczęścia i miłości.
- Obudziłaś się... - wyszeptał, po czym schylił się bardziej i pocałował ją w usta. Wreszcie naprawdę, wreszcie nikt im nie przerwał. Nie zdołała nawet odwzajemnić pocałunku, jednak poczuła nagły przypływ ciepła i euforii. Był tutaj, przy niej. - Uderzyłaś się, dość mocno... - dodał, widąc jej zdezorientowaną minę. - Tinka jest zamknięta, zabrali ją, spokojnie. Próbowała... - zaczął, jednak głos uwiązł mu w gardle. Wytężyła wzrok, czym raczej nie dodała mu pewności siebie. - Próbowała nas postrzelić. - dokończył. - Nie udało jej się, zdążyłem ją obezwładnić i zawiadomiłem policję. Okazało się, że od dłuższego czasu ma problemy psychiczne... jest teraz pod stałą obserwacją.
W głowie miała mętlik, natłok myśli przytłoczył ja bardziej niż mogłaby się spodziewać. Tinka, najsławniejsza nastolatka na całym świecie, zamknięta w zakładzie psychiatrycznym i obezwładniona bo... próbowała JĄ zaatakować? Zastrzelić? Z zazdrści, ze strachu? Przestała się na tym koncentrować kiedy poczuła że
pochyla się nad nią i całuje ją w czoło.
- Cieszę się, że się ocknęłaś. Bardzo się o ciebie bałem.
Serce ponownie zaczęło bić jej jak szalone, to co jej przed sekundą powiedział brzmiało w jego ustach niemalże jak wyznanie miłości.
- Kocham cię. - wyszeptała, z trudem wydobywając z siebie głos. Teraz już nie mówiła tego pod wpływem emocji, nie obawiała się tego - wiedziała że tak jest i chciała by znał prawdę, niezależnie od tego jak jego odpowiedź mogła zabrzmieć.
Jego twarz rozjaśnił uśmiech jeszcze szerszy niż przed chwilą. Kucnął przy niej i zacisnął palce na jej dłoni.
- A ja ciebie. Bardziej niż myślisz.
Zamrugała jeszcze kilka razy przywołując się do porządku, unosząc się na łokciach i próbując odpędzić od siebie wszystkie myśli, zarówno te negatywne jak i pozytywne. Po prostu go pocałowała. Teraz żyła chwilą. I nie chciała przestać.
- Zabiorę cię teraz do domu, chcesz? - zapytał, kiedy oderwali się od siebie.
Odpowiedziała mu uśmiechem. Wszystko aż krzyczało w niej że wreszcie jest szczęśliwa.

[pół roku później]


Dotknęła swojego mocno już zaokrąglonego brzucha, uśmiechając się i spoglądając na swojego męża. Wydarzenie sprzed kilku godzin było najpiękniejszym wydarzeniem w jej życiu - łącznie z ich pierwszym razem - kolejne miało nastąpić własnie w tej chwili. Rozejrzała się dookoła i odwzajemniła pocałunek swojego ukochanego, wyślizgując mu się z objęć i rozglądając po małej jaskini, w której znajdowało się piękne jeziorko, zwane księżycowym. Do ostatniej chwili nie chciał powiedzieć, gdzie zamierza zabrać ją w podróż poślubną, Australia jednak okazała się być genialnym pomysłem.
- To miejsce nazywa się Mako. - wyszeptał jej do ucha, wskazując ręką na skąpaną w blasku księżyca wodę. - Podobno jest magiczne.
Jak zahipnotyzowana przyglądała się falom, kołysały się jakby w rytm muzyki. Muzyki, która rozbrzmiewała w jej sercu i duszy.
- Chodź. - powiedział wyrywajac ją z zamyślenia i pociągnął w stronę jeziorka. Przez chwilę się opierała, miała ochotę stać i wpatrywać się w niesamowity krajobraz, miała ochotę chwycić go za rękę, oprzeć głowę na jego ramieniu i zatrzymać czas, już na zawsze. Chciała, by wskazówki wszystkich zegarów na świecie stanęły w miejscu, własnie teraz, kiedy była najszczęśliwszą osobą na całej kuli ziemskiej. W całym wszechświecie. Pozwoliła wziąć mu się na ręce i szybkim ruchem zdjęła z nóg białe szpilki. Usiadła na jego kolanach zanurzając stopy w wodzie, odwzajemniając pocałunki i wraz z nim stopniowo ześlizgując się do wody. Kiedy znaleźli się już w jeziorku, przymknęła oczy chcąc dokładnie zapamiętać dotyk ciepłej wody na skórze. Nigdy nie przepadała za basenami czy morzem, a w tym momencie czuła się wręcz idealnie, nie tylko ze względu na obecność swojego męża. Gwałtownie zaczerpnęła chłodnego powietrza kiedy poczuła jego dłonie na swoich ramionach, za każdym razem gdy znajdował się blisko niej brakowało jej tchu a co dopiero wtedy, gdy jej dotykał.  W tym momencie zdała sobie sprawę, że serce kobiety to ocean pełen ketchupu, a Facundo Paruffka Bufon Gambande ocalił ją od tej codziennej melancholii, którą przeżywała zanim go spotkała. Kiedy jej suknia ślubna opadła na dno jeziorka, zajęła się jego garniturem. Nie chciała tego przedłużać, pragnęła tej chwili tak bardzo jak teraz niczego innego, wreszcie mogli uprawiać tirentiren jako małżeństwo, jako para która zdeklarowała się ze swoją miłością i która właśnie spodziewała się dziecka.
- Bufonie... - szepnęła, przymykając oczy i powstrzymując potok słów. Nie przypominała sobie kiedy ostatnio czuła się tak niesamowicie, tak... magicznie? Słyszała bicie własnego serca i czuła jego oddech na swojej skórze. Westchnęła. To była ich chwila. Nagle poczuła dziwne wibrowanie, jej ukochany odskoczył od niej, przestraszonym wzrokiem wpatrując się w księżyc, który świecił prosto na nich. Z przerażeniem i fascynacją patrzyła, jak Bufonowi stopniowo zaczynają zanikać nogi i na ich miejsce pojawia się majestatyczny, ciemnofioletowy ogon.
- Jeżuniu. - wyszeptała, zakrywając usta dłonią. - Facu, co...
Przerwał jej łapiąc ją za rękę i opływając dookoła. Wyglądał na zdumionego i jednocześnie szczęśliwego.
- Czyli to prawda... - powiedział, ciągnąc ją za sobą. - Mówili, że to miejsce jest magiczne, naprawdę magiczne.
Myśli w jej głowie ponownie zaczęły kłębić się jak szalone, najcudowniejsza noc w jej życiu zmieniła się w film fantasy.
- Facu... - zaczęła, odrywając swoją szyję od jego ust. - Ty jesteś syreną!
- Syrenem, skarbie. - poprawił ją, mrugając.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza i uszczypnęła się w rękę chcąc się przekonać, czy to oby na pewno jest prawdziwe. Za nic w świecie nie chciałaby obudzić się teraz sama w Stefanie, choć ogon jej męża nieco ją przerażał. Nigdy nie wierzyła w zjawiska nadprzyrodzone ale też nigdy nie wierzyła w przeznaczenie, cuda, a jej małżeństwo z Bufonem, to że codziennie przed snem uprawiali tirentiren z pewnością było cudem i przeznaczeniem w jednym. Kiedy spojrzała na ogon swojego ukochanego poczuła swojego rodzaju dumę. Był jak tryton, dumny, piękny i okazały w każdym calu. Gdy podpłynął do niej i bez słowa przycisnął swoje wargi do niej, nie protestowała. Nie chciała myśleć logicznie, analizować, po prostu zatraciła się w tej chwili. Ona i jej przystojny, niesamowity chłopak mąż. Kiedy tylko na chwilę oderwała się od niego by zaczerpnąć powietrza, zawsze gdy ją całował brakowało jej tlenu w płucach, poczuła jak jej nogi zaczynają się mienić i unosić do góry. Kiedy na nie spojrzała poczuła, jak zaczyna się jej kręcić w głowie. Wstrzymała oddech kiedy na miejscu jej nóg pojawił się mały, fioletoworóżowy ogon.
- Jeżu. - wydusiła, starając się opanować. - Czy ja... na parufkę... ja jestem rybą...
Zacisnęła powieki starając się uspokoić, modliła się w duchu by zaraz nie zemdleć choć wiedziała, że wtedy na pewno by ją ocucił, co nie wydawało się być takim złym rozwiązaniem.
- Kochanie, nie... - powiedział cicho, przyciągając ją do siebie i dotykając jej twarzy. - Jesteś syreną. Jesteśmy mitycznymi stworzeniami, wiesz? To miejsce... naprawdę jest niezwykłe. Słyszałem pogłoski ale nie przypuszczałem że taż tak.
Zadrżała, obejmując się ramionami. Mimowolnie spusciła wzrok, spoglądając w miejsce syreniego ogona, to samo gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się jej nogi.
- Marciaku... - szepnął, podpływając do niej i całując ją w usta. Jej myśli ponownie odbiegły od syreniego świata, zatraciła się w uczuciu które towarzyszyło jej tylko wtedy, gdy jej mąż był blisko. - Jesteś zła?
Zacisnęła wargi przez chwilę zastanawiając się nad jego pytaniem, po czym pokręciła przerząco głową. Była w ogromnym szoku ale jednocześnie zbyt bardzo go kochała by być zła.
- Jestem panem świata. - wyszeptał jej do ucha, okrążając ją. - I mam ogon.
- Obyś tylko nie rozbił się o jakąś górę lodową. - wyrwało jej się, po czym natychmiastowo przywołała na twarz uśmiech i chwyciła jego wyciągniętą dłoń, płynąc za nim w kierunku jednej z raf kolarowych. Przez ostatnie kilka miesięcy w jej życiu działo się dużo, zdecydowanie za dużo a mimo to była najszczęśliwszą osobą na świecie, bała się jedynie by nadmiar emocji nie zaszkodził dziecku. Nie do końca mogła uwierzyć w to że pływa posiadając ogon w towarzystwie swojego syreniego męża ale rónież wcześniej nie mogła uwierzyć w to, że słynny Facundo Paruffka Bufon Gambande poszedł z nią do Stefana robić tirentiren. Przeszło jej przez myśl, że cuda najwyraźniej się zdarzają i nie ma sensu by dłużej nad tym debatowała, postanowiła zwyczajnie cieszyć się swoim szczęściem i upajać tą niezwykłą, niecodzienną chwilą.
- Przygotowałem coś dla nas. - powiedział i pociągnął ją w stronę brzegu. Z trudem udało im się wyjść z wody, wynurzając ogony na powierzchnię, jednak gdy tylko znaleźli się na lądzie rybia część ciała znikła i zastąpiły ją nogi.
- Oddychaj. - usłyszała szept pochylającego się nad nią Bufona. - To niezwykłe, wiem. Widzisz, kiedyś oglądałem taki program dokumentalny o trzech syrenkach, głównie chodziło o to że miały tajemnicę swą i magiczną moc. Od początku miałem pewność, żw w tym miejscu dzieją się niezwykłe rzeczy.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę że odetchnęła z ulgą odzyskując nogi. Spodobała jej się zabawa w karpia ale w życiu codziennym nie wyobrażała sobie siebie spędzającej cały czas w wodzie.
- Musimy tylko teraz unikać wody. - wyjaśnił, ruchem ręki wskazując na czerwony koc leżący kilkanaście kroków dalej. Marci przypomniało się, gdy wraz ze swoimi psychopsiapsiółkami umówiła się na randkę z tajemniczym nieznajomym w lesie, miał zabrać on ze sobą właśnie koc jednak z ich planów nic nie wyszło, przystojniak je wystawił gdyż okazało się, że woli młodsze. Odgoniła od siebie te myśli koncentrując się na tym co jest teraz - na najprzystojniejszym mężczyźnie na ziemi kroczącym u jej boku, ze świadomścią że należy właśnie do niej, tylko do niej.
- Siadaj. - powiedział, robiąc jej miejsce na kocu  i wskazujac na leżący na nim koszyk. - Patrz co zabrałem.
Rzuciła mu badawcze spojrzenie, po czym zajrzała do koszyka. Doznała niemalże euforii wyciągając z niego paczkę berlinek, najlepszych parówek gdyż jak sądziła, było w nich aż piętnaście procent mięsa.
- Jesteś niesamowity. - szepnęła, pochylając się w jego stronę i zahaczając ustami o jego policzek. - Naprawdę pomyślałeś o wszystkim.
Ten gest wyraźnie mu się spodobał, gdyż przyciągnął ją do siebie i zatrzymał na nieco dłużej.
- Ketchup też jest na dnie. Taki jak lubisz. - dodał, odgarniając jej kosmyk włosów za ucho. Spojrzała na niego z uwielbieniem, po czym ponownie zajrzała do koszyka, wyjmując z niego dużą butelkę ketchupu pudliszki.
- Zwariuję przez ciebie, skarbie. - powiedziała z wyraźnią aprobatą w głosie, rzucając się na niego a drugą ręką sięgając po parufkę. Była pewna, że tę chwilę zapamięta na zawsze, podobnie zresztą jak każdą inną spędzoną w jego towarzystwie, cieszyła się że nie muszą stosować durexów, zbyt dużo pieniędzy pochłaniało ich dzienne zapotrzebowanie na prezerwatywy, reklamówki z biedronki okazały się być o wiele bardziej ekonomiczne i miała nadzieję, że będą równie skuteczne, obiecała sobie że zaraz po porodzie się o tym przekonają.


[dwa tygodnie później]

Wyłożyła się wygodniej na szpitalnym łóżku, próbując poprawić sobie poduszkę pod głową. Byla wściekła. Skurcze pojawiały się coraz częściej, jeden po drugim, a jej męża wciąż jeszcze nie było. Tłumaczył się tym, że ciężko jest dojechać do Małej Wsi przy Drodze jednak ona wiedziała swoje.
 - Kochanie... - wydusił, wbiegając do sali szpitalnej i podpierając się rękoma o poręcz jej łóżka. - Wybacz, te korki, przebiegłem na czerwonym i mnie zatrzymali, jak się...
- Jasne. - warknęła, rzucając mu wściekłe spojrzenie. - Przyznaj się, masz głęboko w poważaniu rodzącą żonę lężącą w szpitalu!
- Serdelku... - wykrztusił, podbiegając do niej i łapiąc ją za rękę. - Przecież wiesz że jesteś dla mnie ważna, najważniejsza, spieszyłem się bardziej niż...
- Pani za kasą w Biedrze też była dla ciebie ważna, bo się do ciebie uśmiechnęła, tak!?
Przewrócił oczami, widziała jak nerwowo splata ze sobą palce, wyczuła że bał się ją zdenerwować.
- Potrzebne nam były reklamówki, wiesz po co. - powiedział spokojnie, miala wrażenie że uważnie zastanawia się nad każdym słowem. - Nerwowa atmosfera tutaj panuje... no rodź już.
Wyrwała swoją dłoń z jego, obracając głowę w drugą stronę.
- Próbuję, palancie! - syknęła, i już chwyciła do ręki leżącą nieopodal poduszkę kiedy do sali wpadła Sarna z Sebkiem oraz Zuzka z Fiodorkiem.
Nie do końca była jej to na rekę, tęskniła za przyjaciółkami jednak nie chciała by widziały ją w takim stanie.
- Fiodorek wrócił! Przywiózł mi zawieszkę z wieżą Eiffla, widzisz?! - zawołała radośnie ta na z, podbiegając do niej i machając jej breloczkiem przed oczyma.
Zmierzyła wzrokiem wysokiego blondyna, po czym przeniosła spojrzenie na Zuzkę.
- Widzę. - mruknęła. - I rodzę sobie właśnie.
Sarna zastukała kopytkami, wymijając Sebka i podbiegając do łóżka.
- Cześć... - wydusiła, zaciskając zęby i próbując znieczulić się na ból, po czym pogłaskała zwierzę po łebku. - Sebek, ładnie dziś wyglądasz. - zwróciła się do dumnego jelenia, który kroczył tuż za swoją narzeczoną.
Sebek już chciał coś odpowiedzieć, kiedy Marcia zacisnęła zęby chcąc powstrzymać krzyk. Jedno wiedziała. Zaczęło się...
**
- Śliczna, prawda? - szepnęła, spoglądając na swoją małą córeczkę. Za nią stał Bufon, obejmował je obie, widziała łzy szklące się w jego oczach. Na korytarzu zebrała się masa słynnych par takich jak Serra, Fiuzia, Ruggela, Diesiedyta, Leonia, Germasia, Napolka, Jorgolina czy Aciurzyn. Wszyscy chcieli zobaczyć długo wyczekiwane dziecko syreniej pary.
- Ma takie ciemne oczy... - powiedział Bufon, dotykając dłonią policzka córki. - Ciemniejsze niż ja. I włosy.
- Chyba jest emo. - odparła, całując córeczkę w czubek głowy.
Bufon obrócił ją w swoją stronę i otarł łzy z jej oczu.
- Nazwiemy ją Martynka, co ty na to?
Przytaknęła. Teraz już mieli być szczęśliwi na zawsze. Tylko oni - państwo Paruffka Gambande oraz ich córeczka, Martynka.


UWAGA! PRZED WAMI ALTERNATYWNE ZAKOŃCZENIE AUTORSTWA ZUZKI!!


Bufon tak bardzo dostojny. Wow. Marcia syrena bardzo. Wow. Uszanowanko dla ogonów!
TRYTONEŁ.
... i tirenowali długo, namiętnie, aż oboje umarli z wyczerpania. Szafirowe wody pochłonęły ich nagie, splecione w miłosnym uścisku ciała. A tam zajęły się nimi ryby i koralowce, które obgryzły mięso z ich kości, pozostawiając perłowobiałe szkielety.


___________________________________________________________


Ktoś dobrnął do końca? Cóż, mam nadzieję że tak. Otóż, moi kochani, cytaty oznaczone gwiazdką, najlepsze cytaty z tego cudownie patologicznego shota wymyśliła Zuzia której bardzo dziękuję i którą bardzo kocham, kocham też moją Sarenkę której pragnę podziękować że była przy mnie przez ten cały czas pisania, kocham też Karo bo ją kocham, kocham też Kasię bo jest moim ciołem, kocham Marcelę bo jest równie głupia co ja, kocham Edziaka bo ona wie dlaczego ją kocham, kocham też Lilkę bo jest tak samo zajebista jak ja (moja skromność, udzieliło mi się od Sarenki) i kocham też oczywiście moją jedną drugą Marcundo (tą lepszą)  i ona dobrze o tym wie i wie że jest zajebista i wie że jest moim ciołem i wie że ją kocham i… wspominałam, że ją kocham? Tak. :D Wiec mam nadzieję że wasza psychika jeszcze jakoś się trzyma, nie chciałam nikogo naumyślnie zdemoralizować, dedykuję to wszystko moim wyżej wymienionym kretynkom oraz reszcie ekipy JSM, wszystkim czytelnikom i oczywiście mojej kochanej Hani, kocham Was bardziej niż Sarna samą siebie, całusy, ciocia Asia pozdrawia <3

PS. To nadaje się bardziej na przemówienie na galę Oscarową a nie zwykły komentarz pod shotem ale… wybaczcie, to ta moja miłość do Marcundo. Prawda, że oni są wspaniali? KTO TUTAJ JEST MARCUNDONATOR? Kochajcie ich tak jak my ich kochamy!