Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2014

{Zamówienie 013} Naxi || "Dulcis Somniabunt" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dulcis Somniabunt"
Para: Naxi (Natalia & Maxi)
Gatunek: Psychologiczny, thriller, dramat, horror, science-fiction, romans.
Przedział wiekowy: T




                                                       Dla Wiktorii P. <3



* * *



  - Witaj, kochana. Jak się czujesz?

  - Bardzo dobrze, dziękuje.

  - To nasza kolejna, trzecia już sesja, możemy zaczynać?

  - Oczywiście.

   chwila na oddech 

  - Wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu, a może więcej? Nie wiem, czasem zapominam, jestem też kiepska w liczeniu, w końcu nigdy nie znosiłam matematyki. Ale... Czy ja nie odbiegam od tematu? Może prościej będzie jak powiem, że właśnie skończyłam studia weterynaryjne. Od dziecka uwielbiałam zwierzęta, szczególnie koty. Mama często powtarzała mi, że to właśnie one oddają ludziom najwięcej swojej miłości - nie wierzyłam, ale to szybko się zmieniło, kiedy adoptowałam swojego pierwszego mruczka, to on właśnie nauczył mnie odpowiedzialności i tego, no, znów paplam bez sensu...

   sekundy ciszy - wzdycha

  - Nie łatwo mi o tym mówić.

  - Wiem, rozumiem. To co się stało po zakończeniu studiów?

  - Nic szczególnego. Zmarł mój dziadek, a kotka tak po prostu zniknęła. Nie próbowałam jej nawet szukać, bo po co? Siedziałam zdruzgotana na fioletowej kanapie w salonie - nawiasem mówiąc, była obita strasznie szorstkim materiałem, okropieństwo - i przyglądałam się obrazom na ścianach, które tak dobrze znałam. Właśnie tamtego dnia podjęłam drugą, najgorszą decyzję w swoim życiu. Postanowiłam się wyprowadzić. Każdy człowiek marzy o tym, by wyfrunąć z rodzinnego gniazdka, zacząć pisać zupełnie nowy rozdział swojego życia, prawda? Tak też się stało ze mną. Wynajęłam mieszkanie na obrzeżach miasta, ścięłam włosy i kupiłam nowego kota. Wszystko miałam zaplanowane co do minimetru. Pieniądze odkładałam przez dłuższy czas i mniej-więcej miało starczyć na opłacanie mieszkania przez trzy miesiące, oraz inne wydatki, te takie drobniejsze. Odprężyłam się, poczułam, że w końcu żyje. Udało mi się poznać też kilka ciekawych osób, przeczytać mnóstwo książek - kryminałów, nie lubię dramatów, nudzą mnie. Ach, no i poznałam mężczyznę.

  - Zakochałaś się?

  - Nie. Okazał się być felernym strzałem, życiowym błędem. Chociaż, wiesz co? Był po prostu świnią, jak wszyscy faceci, bez urazy, oczywiście. Nigdy nie byłam desperatką, co też nie skłoniło mnie do dalszych poszukiwań swojej drugiej połówki. A wraz ze złamanym sercem, dostałam również falę rachunków. Musiałam chyba coś źle policzyć, bo pieniądze rozeszły się szybciej niż myślałam, co gorsza, zaczął się sezon świąteczny, czyli ten najgorszy dla bezrobotnych. Próbowałam znaleźć pracę. Myślałam, że pójdzie mi łatwo, bo w końcu studia medyczne to nie lada wyzwanie, a trudno w tych czasach znaleźć kogoś, kto by się tym interesował. Wysłałam CV do kilku klinik weterynaryjnych w okolicy, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem - jestem naprawdę pilna w nauce. Może to chodziło o wiek? Być może byłam za młoda? Sama nie wiem. Od tego momentu, kiedy zrozumiałam, że wcale nie jestem tak odpowiedzialna, na ile mi się zdawało, zaczęły się wszystkie problemy. Brak pieniędzy, brak jedzenia, brak jakiejkolwiek radości, wiesz? Kopert z rachunkami zaczęło przybywać, a ja ich nawet nie otwierałam, nie umiałam, przerażał mnie widok tych wszystkich cyferek - swoją drogą było ich bardzo dużo. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu na kanapie, wraz z depresją, która wtedy była moją jedyną przyjaciółką, wzięłam się w garść i wyszłam na miasto w poszukiwaniu jakiejś dorywczej pracy. Czegoś na szybko, rozumiesz, prawda?

     myśl
       myśl
          myśl

  - Był styczeń, początek nowego roku. Zajrzałam do kilku księgarni, restauracji, kawiarni, aż w końcu ktoś zainteresował się mną w sklepie z antykami. Starsza, niska kobieta, o mocno czarnych, farbowanych włosach, wysoko osadzonych oczach i falą zmarszczek na twarzy, przyjęła mnie z uśmiechem, twierdząc, że idealnie nadaje się na sprzedawczynie. Trochę przerażała mnie wizja spędzania czasu, wśród zakurzonych, wołających o natychmiastową konserwacje, przedmiotów, które moim zdaniem nie były szczególnie wartościowe ale, bądź co bądź, sama zasłużyłam sobie na to wszystko. Ech, no i miałam zacząć od poniedziałku.

  - Jak Ci poszło pierwszego dnia?

  - Kiepsko, zbiłam kilka wazonów i zalałam kawą szafę grającą, ale nie mówmy o tym, dobrze? Nie umiałam połapać się też w tych cenach, fakturach, rachunkach czy coś tam. Już Ci wspominałam, że z moją matematyką ciężko, prawda? Chociaż... Pani Dobros - zdążyłam się już z nią zapoznać, naprawdę miła kobieta - wciąż widziała we mnie determinację i stwierdziła, że da mi kolejną szansę. Cóż, skończyło się na dwudziestej trzeciej, kiedy zapomniałam zamknąć sklepu i złodzieje ukradli pieniądze, automat do kawy i prawdziwe skarby lat osiemdziesiątych. Naprawdę, ja wśród tych staroci nie widziałam nic cennego.

  wzdycha

  - Zostałam zwolniona zaledwie po dwóch tygodniach, rozumiesz? Właściwie... miałam o tym nie mówić. Miałam skupić się na czymś innym. Cholera. 

  - Spokojnie, mamy dużo czasu. To jaki jest ciąg dalszy tej historii? 
  
  - Ekhem. Beznadziejny. 

  - Otworzyć okno? Nie jest Ci za gorąco? 

  - Nie, po prostu się denerwuje, przejdzie mi. Dalszy ciąg jest jeszcze gorszy. Jak wiesz, nie jestem desperatką, ale w chwilach, kiedy nie masz już ani grosza przy sobie, a twój żołądek kręci się jakby miał jakiegoś głębokiego świra, albo robaki - obojętnie - to potrafisz zrobić naprawdę bezsensowną rzecz. Ja właśnie taką zrobiła i żałuje, wszystkiego. A, z wyjątkiem jednego, ale o tym dowiesz się później. 

  - Co zrobiłaś?

  - No więc popełniłam największy błąd w swoim życiu. Tak, to ten pierwszy, najokropniejszy, a jego skutki rozchodzą się po mnie do teraz. Czuję czasami chłód, wtedy nie wiem co ze sobą zrobić i płaczę. Ech, ale teraz nie o tym... Nie zauważyłeś, że lubię zbaczać z tematu? 

      cisza 

  - Nieważne. Szłam chodnikiem w stronę domu, jak co wieczór, ale tym razem nie zwracałam na nic uwagi. Moje oczy były przepełnione pustką, jakby wszystkie dobre rzeczy, które mieszkały w mojej pamięci nagle się ulotniły, prysły, jakby ich nie było. Ludzie trącali mnie ramieniem, albo ja ich - nie pamiętam, miałam to gdzieś, sam rozumiesz, prawda? - aż do czasu, kiedy na jednych z drewnianych drzwi nie zauważyłam ogłoszenia. Było nad wyraz proste, takie o, rzucone psom na pożarcie - jednak nikt nie zwracał na nie uwagi. Nieraz myślę, że tylko ja je tak naprawdę widziałam, że to ja byłam już wcześniej wybrana. 

  - Jak brzmiała treść tego ogłoszenia?

  - Nijak, normalnie, nawet nie miało ono jakiś kolorów, zwykła biała kartka z czarnym napisem, ot co, nic więcej. A co było na niej napisane? Sama nie pamiętam, wolę zapomnieć. Wiem tylko tyle, że była to ankieta związana ze snami. Coś w rodzaju "Przyjdź, opowiedz nam o czym śnisz, odbierz nagrodę i wyjdź", cała filozofia. 

  - Nagrodę?

  - Tak, ona była moim celem. Marne pięćset dolarów... Ale wtedy byłam innego zdania. Potrzebowałam tych pieniędzy bardziej, niż czegoś innego, a to, że można było zdobyć je w tak prosty sposób i bez żadnego zbędnego wysiłku - przeklinam się za to, że od dzieciństwa jestem takim leniem, ygh - przykuło moją uwagę jeszcze bardziej. No i weszłam w to. 

  - Jak to weszłaś? Nie rozumiem.

  - No dosłownie. Pchnęłam drzwi i wgramoliłam się do środka. Jednak coś mi zagrodziło drogę, a właściwie ktoś. Mężczyzna o najczarniejszych oczach jakie widziałam. Były senne, opatulone taką dziwną energią, mroczne, do bólu przerzedzone jakby rozcieńczaczem, rozumiesz? Coś w nich pływało, chyba obawa, ale nie przyglądałam się im dłużej. Minęłam go i wparowałam do budynku. Moim oczom ukazało się dość nietypowe pomieszczenie. Było ciemne, oświetlone jedynie światłami lamp stojących gdzieś w kącie. Wszystko zdawało się być zimne. Ściany, podłoga, sufit, akwarium z rybkami i wzrok wysokiej, szczupłej pani, która z kamienną twarzą przywitała mnie i kazała usiąść na jednym z granatowych krzesełek. Z początku wydawało mi się to dziwne, bo wiedziała od razu czego chce, po co przyszłam, jednak nie zastanawiałam się... Ech, mówiłam Ci, że nie jestem desperatką, prawda? Ale wszystko powoli zaczęło mnie denerwować. Uciekający czas, bulgocząca woda w akwarium i skrzypiące krzesło. W pewnym momencie coś kazało mi wyjść, więc wstałam i wiesz co? Pani w białym wdzianku - przypominał mi kaftan, przeraziłam się wtedy - powiedziała, żebym skierowała się do pokoju z numerem siedemnaście. O zgrozo, przełknęłam ślinę i po prostu poszłam. 

  - Co to był za pokój?

  - Normalny. Stolik, dwa krzesła po obu jego stronach i wiatrak w lewym rogu. Nie zważając na nich, weszłam do środka, delikatnie zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z nich - było twarde, niewygodne. 

  - Co się później stało? 

  - Wszedł mężczyzna. Nie przedstawił mi się, ani nie przywitał. Może o to chodziło? Nie wiem. Trzymał w dłoni teczkę, ostry pomarańczowy kolor raził mnie w oczy, to było nieprzyjemne. Dopiero po chwili na mnie spojrzał, lustrował mnie wzrokiem, dogłębnie. Podobnie jak ja jego. To chyba działa w dwie strony, prawda? Był zielonookim blondynem. Na twarzy, jak małe mróweczki, rozlane miał piegi, a miejsce nad prawię brwią zdobiła spora blizna. Chyba nie lubił jak się na nią patrzyło, bo gdy tylko moje spojrzenie wędrowało ku różowej kresce, ten pomrukiwał, chrząkał, nadymał usta. Ale nie tylko to było dziwne... 

  - Było coś jeszcze, co zwróciło twoją uwagę? 

        krztusi się 

  - Tak. Wraz z teczką przyniósł stosik papierów, który wylądował na brzegu stolika. Rozmowa nie trwała długo, ale hmm... Nie zdziwisz się chyba, jak powiem Ci, że i ona przewróciła mi w głowie? 

  - O czym rozmawialiście? 

  - On zadawał mi pytania. Chore, intymne, poważne i zupełnie wyrwane z kontekstu. Raz pytał z iloma facetami spałam, a następnie o ulubiony kolor, czy rzecz, która mnie przeraża. Dziwne, nie sądzisz? A jeszcze dziwniejsze było to, że nigdzie tego nie zapisywał. Nie miał też przy sobie żadnego urządzenia, które mogłoby to nagrać. Nie wiem też ile czasu tam spędziłam, a po kilkudziesięciu pytaniach zrobiłam się senna, powieki aż wrzały do tego, by się wreszcie zamknąć. No i w końcu ja zadałam pytanie... "Kiedy zakończymy ankietę?" On jedynie podsunął mi pod sam nos te świstki i kazał podpisać. Mówił coś o potwierdzeniu wzięcia udziału w eksperymencie. A wiesz co ja zrobiłam? Podpisałam, nie czytając ani jednego zdania - to było ze zmęczenia, zdecydowanie - a teraz tego żałuje. Cholernie. Ech.

  - Co się stało dalej? 

  - Dalej? Mówiłam, że będzie coraz bardziej przerażająco. Obudziłam się w pokoju, zupełnie sama, a chłód muskał moje nagie stopy. Przez chwile byłam oszołomiona, zdezorientowana, a świat wokół wydawał się być rozmazany, nieczysty. Kiedy w końcu moje tęczówki uchwyciły ostrość, zobaczyłam pokój, którego ściany były w kolorze najgłębszego błękitu. Metalowe łóżko to wszystko, co się w nim znajdowało, a jego biała pościel była okropna, podobnie jak podłoga i drzwi, do których się przylgnęłam z płaczem. Darłam się, kopałam, piszczałam - bez żadnych efektów. Wydaje mi się, że były dźwiękoszczelne, czy coś tam... 

      gardło drży  

  - Przez pierwsze kilka godzin - w sumie, to sama nie wiem - siedziałam w kącie, moje ciało trzęsło się, jęczało. Pod paznokciami miałam tynk, na koszulce plamy krwi, a głowa pulsowała mi od ciszy... Kręciło mi się w głowie, prawie zwymiotowałam, a później zasnęłam, albo zemdlałam - wszystko jedno. 

  - Nie pamiętasz co się wcześniej stało?

  - Nie przypominam sobie niczego, poza tym, że trzymałam w dłoni długopis. Ech, a później obudziłam się w tym czymś... Koszmarze, który dział się naprawdę. Bałam się, cholernie, rozumiesz? Tak jak nigdy.

  - "tym czymś", czyli? Sprecyzuj to.

     kręci, przekręca, wierci 

  - Zakład, ośrodek, ludzka rzeźnia, psychiatryk o zaostrzonym rygorze? Tak, to są dobre określenia. Pokrótce, dowiedziałam się o wszystkim. Znali mnie od początku, śledzili każdy ruch, obserwowali w pracy i w domu. Potrzebowali kogoś takiego jak ja. Młodą, zdrową osobę, nie radzącą sobie z problemami dorosłego świata, która popadała w śladową, a jednak doskwierającą depresje. Wiesz, oni się do mnie uśmiechali. Nazywałam ich szaleńcami, albo Panami Snów.

  - Dlaczego?

  - Bo w projekcie właśnie o nie chodziło. Badali różne zjawiska spowodowane snami. Starożytne wierzenia, ciekawostki biblijne, czy legendy pochodzące z dalekiego wschodu. Chcieli dowiedzieć się wszystkiego o naszych umysłach, działaniu mózgu i symbolice pewnych elementów, nawet za wszelką cenę. Podpinali nas do różnego rodzaju urządzeń, wstrzykiwali jakieś płyny, dawali specjalne kapsułki... Każde było inne, niepowtarzalne, ale jeden szczegół powtarzał się ciągle. Specjalny narkotyk... Ale o tym później.

  - "Nas"?

  - Tak, nie byłam tam sama. Było jeszcze kilka osób. Spotykałam się czasem z nimi na korytarzu, czy przy wspólnym obiedzie, który odbywał się w każdy czwartek. Nawet zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną, Lisą. Była uroczą osobą, ale chorowała... 

  - Na co?

  - Osobowość mnoga. Czasem była królową Elżbietą, co było niekonwencjonalne. Uch, ale nie mówmy o niej... Robili badania. A raczej test. 

  - Na czym polegał? 

  - Och, każdego z nas karmili czymś innym, więc i każdy z nas musiał być poddawany innym zabiegom. Na Lisie testowali fazy snów, a właściwie jego część... Wybudzanie, elektrowstrząsy, czy nakłuwanie podczas snów. Przez co też, Lisa miała tak zwany "sen paradoksalny". Ech, biedaczka naprawdę musiała się męczyć. 

  - A co z Tobą? Co na tobie testowali?

      wdech... wydech? 

  - Symbolikę. Badali każdy skrawek obrazu, który utworzył się w mojej głowie. Były trzy przypadki, kiedy sięgnęłam szczytu, a Panowie Snów zyskali to, czego oczekiwali. 

  - Opowiesz mi o nich?

  - Ekhem. Jasne. Pierwszy sen był dziwny, wiesz? Trwał kilka sekund, zaledwie może z czterdzieści? Ech, moja matematyka... Ale był ciemny, nic w nim nie widziałam, tylko coś biegło w moją stronę. Nie przypominało żadnego ze zwierząt, które można spotkać na ziemi. Miał krzywe zęby, trójkątne uszy, ciało osła, a może psa? Łeb miało nad wyraz ohydny. Z pyska sączyła się pijana i strugami spływała wzdłuż szyi. Nozdrza poruszały się w rytmie, podobnie jak jego kopyta i rozwidlony ogon, który kołysał się we wszystkie strony. Biegł, a ja uciekłam. Nawet do końca nie wiedziałam gdzie... Biegłam przed siebie, a wcale nie ruszałam się z miejsca. Bestia była coraz bliżej. Słyszałam jej oddech, ciche warknięcia, smród wydobywający się z jego paszczy. Widziałam żółte oczy, ogromne... 

  - A później?

  - Obudziłam się, całkowicie zalana potem. Okazało się, że spałam zaledwie kilka minut - pierwsza faza snu, obłęd - a obrazy, które widziałam trwały milisekundy i powtarzał się. Wpadłam w "rytuał gracki" - tak to nazywali - a zwierze, które  mnie goniło to Set - bóg ciemności i chaosu . Ech, nigdy nie lubiłam starożytności... A oni? Oni się cieszyli. 

  - Oni?

  - No, Panowie Snów. 

   cisza 

  - Drugi był natomiast bardziej kolorowy? I nie nękał mnie tak często, w zasadzie tylko raz. Ech. Śniła mi się łąka, najprawdziwsza, porośnięta bujną polną trawą i kwiatami, a pszczoły spokojnie zbierały miód z ich kielichów. Szłam boso, zatapiając stopy w miękkich listkach, a lekki wiatr rozwiewał moje włosy. Teraz pewnie wydaje Ci się, że wszystko było całkiem normalne, prawda? A jednak... Normalność czasem jest bardziej dziwna od nienormalności. I idąc tak zieloną ścieżką zobaczyłam konia. Był śnieżno biały, bez żadnej skazy, szlachetny w swej barwie. Unikat jednak miał coś, co nie pasowało do całości. Na grzbiecie, tuż za różowym ryjem, siedział jeździec. Tylko on był ciemny, nie pasujący do mojego snu, rysowany inną kreską. Koń ruszył, a tajemnicza istota podskoczyła. Obudziłam się. Już więcej nie widziałam jeźdźca. 

  - Czy coś się stało?

  - Nie, nie... Tylko... wiedzieli. Czytając biblie natrafiasz na trzy konie, każdy w innym kolorze, każdy symbolizuje coś innego. Wiesz, że biały oznacza śmierć? Nikt się nie przejął, kiedy dwa dni po incydencie Lisa nagle zniknęła.  

    tłuczone szkło

  - Myślisz, że to było związane z twoim snem?

  - Jak najbardziej. Wierze w to.

  - A co z ostatnim twoim etapem?

  - ...

  - Nie chcesz o nim opowiedzieć? 

  - Chce, tylko mógłbyś zamknąć okno? 

  - Przecież nawet go nie otworzyłem. 

  - Och. 

   wydech
     zdecydowanie wydech 

  - Znalazłam się w domu, u mamy. Obudziłam się w łóżku, przytulając do piersi swoją poduszkę, która pachniała cynamonem i starością. Pamiętam, że się uśmiechnęłam. Wszystko wydawało się normalne, jakby to, co stało się wcześniej było złym snem. Zwlokłam się z łóżka, czując zapach porannych grzanek, które jadłam zawsze z miodem i owocami. Zbiegłam na dół, weszłam do kuchni i wiesz co? Wszystko było w najlepszym porządku. Stół, krzesła i zegar w kształcie koguta, który stał na lodówce, jakby nic się nie zmieniło, jakbym cofnęła się w czasie. Przy kuchni stała moja mama - tyłem, więc nie mogłam zobaczyć jej twarzy, a strasznie tęskniłam - kazała mi usiąść. Głos miała inny, chropowaty, oschły, a ja... ja zrobiłam, jak powiedziała. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że wszystko powróciło na swoje miejsce. Wgapiałam się otępiałym wzrokiem w bujne blond włosy matki, nie myśląc o tym co się stało... A potem...

  - Co się stało?

     drży 

  - Wiesz, zdałam sobie sprawę z tego, że to nie moja matka. 

  - Moja mama nigdy nie mówiła do mnie "Natusiu", nie ma blond włosów i nie gotuje od tak kotów w garnku.  

  - I co było dalej? 

  - Odwróciła się, nie miała swojej twarzy, ta była inna. Krzywa, zlana, szpetna. Oczy wyłupiaste, podkreślone czarnymi kreskami, a język? Rozdwajał się, syczał na mnie, wystawał spod szpiczastych zębów. Oczy były czerwone. 

   łyka ślinę

  - Widziałeś kiedyś diabła? 

  - Nie. Przyśnił Ci się?

  - Czy to nie dziwne, ze Lucyfer przybrał postać akurat mojej matki? A wiesz co jest jeszcze dziwniejsze? Symbolizuje on błąd, rozpoczęcie czegoś bez zastanowienia, wstąpienie w burzliwą historię, która źle wpłynie na nasze życie, rozumiesz? Ech, to jest nadal dla mnie tajemnicą...

  - Co?

  - Sny. Podobnie jak dla nich.

  - Kogo?

  - Szalonych naukowców. 

    start

  - Dlaczego?
 
  - Cóż, dość prędko wystąpiły skutki uboczne. Wymioty, stres, ataki paniki... Sny, a raczej koszmary, też przybrały na sile, brutalności? I wszyscy wiedzieli. Pomysł spalił na panewce. Misterny plan, ogólnie wszystko, co ci ludzie wyłożyli, a należy wspomnieć, że były to zapewne grube miliony, okazało się bezużyteczne. Dulcis Somniabunt - wspomniany wcześniej narkotyk, o wdzięcznej, choć nad wyraz ironicznej nazwie... "Słodkie sny", też coś!, nie przyjął się. Widziałam niezadowolenie w ich oczach, wzruszyłam ramionami. Po tym wszystkim myślę, że nienawidziłam tych cholernych szaleńców, mieniących się "naukowcami", najbardziej na świecie. Całym sercem i duszą? Coś w tym stylu. 

  - Co było potem?

  - Potem? Oh, wypuścili Nas. W tamtym momencie pięćset dolarów wydawało mi się tak skromną sumą, w porównaniu do tego, co straciłam i ile wycierpiałam. Bo, czy wspominałam, że koszmary trwały jeszcze przez około dwa miesiące? Minimum. Myślę... Nie, ja wiem, że nie masz pojęcia jak to jest, gdy lodowate odmęty zacieśniają się wokół ciebie, oddech ulatuje z płuc, poczekaj... On zostaje Ci wyszarpnięty!, i toniesz. Idziesz na dno, coraz szybciej, szybciej. A wiesz co jest najgorsze? Że masz wrażenie snu, błądzenia wśród myśli, a jednak... nie możesz się obudzić. Nie możesz.

  raz, dwa, trzy

  - Na czym skończyliśmy?

  - Koniec projektu, powtarzające się koszmary?

  - Ah, tak. Dobrze, kilka dni po zakończeniu wynajęłam nowe mieszkanie - poprzednie sprzedałam, za dość dogodną ceną, na przedmieściach Nowego Jorku - jak wiesz, nigdy nie byłam miastowym typem, kupiłam nawet kota - kolejnego, Filemona trzasnęło auto, biedny, miał białe łapki - tylko, poza tym cały był czarniuteńki jak bezgwiezdna noc, może przypominał mi tę otchłań, w którą wpadałam za każdym razem, gdy... Nieważne. W każdym razie, zajął specjalne miejsce w moim sercu, a ja znalazłam pracę. Nic wielkiego, kasjerka w pobliskim supermarkecie, na pół etatu, ale na potrzeby - moje i Łapki, nie byłam zbyt oryginalna w doborze imion, moje też było zwykłe, jedno z wielu, prawda? Ciągle zbaczam z tematu, aghr! O czym to ja...? A! Na nasze potrzeby, rachunki, w zupełności wystarczało. Zaczęłam na powrót cieszyć się życiem, wiesz? Było jasne, kolorowe, a wspomnienie strachu stopniowo blakło. Tylko z Mary - dziewczyną, którą poznałam na jednym z obiadów "czwartkowych", wciąż utrzymywałam kontakt, o niej nie mogłabym tak po prostu zapomnieć. Ale nic, co piękne nie trwa wiecznie, powinniśmy się tego wreszcie nauczyć. Koszmar powrócił. 

  - Jak to?

  - To był październik, bardzo chłodny i pochmurny, jeśli mogę nadmienić, niby nic specjalnego w historii Nowego Jorku, a jednak jeden dzień wywrócił całe moje życie do góry nogami. Od koszmaru "Dulcis Somniabunt", minęły dwa, jak nie trzy lata - jestem słaba w liczeniu, wspominałam? Pewnie tak... Wracając, minęło... kilkanaście miesięcy, tak będzie bezpieczniej, a ja od kilku dni zaczęłam zauważać coś dziwnego... Zaledwie cienie, niewyraźne, migoczące, a jednak pojawiające się tam, gdzie ich być nie powinno...

  trzy, dwa, jeden

  - Co masz na myśli?

  - Ktoś mnie śledził. Nikomu jednak o tym nie powiedziałam, nie chciałam wyjść na paranoiczkę - nie w tych czasach... ludzie dość szybko mogą nazwać Cię wariatem, co nie? Tak. Na początku więc bagatelizowałam całą sprawę, jednak coraz śmielsze ataki, choć nieuchwytne, zasiały ziarenko strachu. A on narastał, narastał... 

  wdech
  wydech

  - Ale dobrze, przejdę wreszcie do sedna. Było zimno, mżyło, właśnie wychodziłam z pracy, stąpając po oblodzonym chodniku, gdy nagle na kogoś wpadłam. Ten mężczyzna... Twarz jedna z wielu, a jednak wydawał mi się dziwnie znajomy, jakby już raz minięty gdzieś na drodze, w pociągu? Coś z tych rzeczy. I wiesz, już odchodziłam, śpieszyło mi się - Łapka pewnie umierał z tęsknoty, lecz wtedy poczułam pewny uścisk na ramieniu. Wyrwałam się. Powiedział tylko dwa słowa: "Oni wrócili", a ja udawałam niewzruszoną, biorąc go początkowo za niespełna rozumu, nie znałam go... Kiedy jednak wymówił te inne, acz konkretne wyrazy - nazwę, która ścigała mnie dniem i nocą prze kilka lat, zapewne domyślasz się o czym mówię, zdębiałam. Otrząsnęłam się jednak szybko, udając głupią, niepoinformowaną. Może się bałam? Ktoś powiedziałby, że chwilę później odeszłam, ale nie, nieprawda... To była ucieczka. 

  pauza

  - Przed czym uciekałaś?

  - Bo ja wiem, chyba przed faktem, że - o zgrozo!, to wszystko może zacząć się od nowa, powrócić. Dziwnym trafem wiedział o narkotyku, o projekcie, to nie mógł być przypadek. Ale cóż, lubiłam bagatelizować, nie doceniać, i właśnie to dość szybko stało się moim osobistym przekleństwem...

  "może wody?"

  - Jak w każdy piątek, dwa dni po wspomnianym wcześniej "incydencie", postanowiłam odwiedzić Mary - to było naszą bezsłowną tradycją, niespisaną, a jednak praktykowaną. Chciałyśmy pożartować, poplotkować, sam rozumiesz... A może nie? To babskie sprawy. Przechodząc... Stanęłam pod jej drzwiami, zapukałam raz, drugi, i nic. Pamiętam, że zmarszczyłam brwi, wyraźniej niż kiedykolwiek - to nie było normalne. Na szczęście wiedziałam, gdzie chowa zapasowy klucz. Sięgnęłam pod wycieraczkę, weszłam do środka. I wtedy to zobaczyłam...

  - Wszystko w porządku?

  - Tak, tak, troszkę zakręciło mi się w głowię.

  cztery, pięć, sześć  

  - Zobaczyłam... krew, to chyba odpowiednie słowo, bo była dosłownie wszędzie. Na podłodze, zasłonach, jasnej kanapie... Wyglądała upiornie; do dziś męczy mnie najmniejsze jej wspomnienie. Tak bezużyteczna, zepsuta...

  chwila

  - Wszystko było powywracane, przesunięte, jednemu z krzeseł brakowało nogi - istny horror. Ale nie to było najgorsze... Przeszłam dalej, do pokoju, choć po drodze prowadziłam zawziętą walkę z chęcią natychmiastowej ewakuacji, tudzież - odruchem wymiotnym, nie znosiłam tego ostrego, lekko metalicznego zapachu, i poczułam, że opuszczają mnie wszelkie siły. Ciało Mary - okrutnie powykręcane, na wszelkie strony, ułożone pod dziwnym kątem, obite, zakrwawione... To nie była moja przyjaciółka, już nie. Raczej zbitek mięsa, obdarty ze skóry, wrzeszczący w bezdźwięcznej agonii. Ten widok... 

  sześć, pięć, cztery

  - Dobrze się czujesz? Możemy dokończyć jutro...
 
  - Nie, nie! Dam radę... Po prostu, jeszcze tragiczniejszy okazał się widok jej oczu. Puste, wyjałowione, niemal czarne - tęczówka zlała się z źrenicą, jestem pewna, że w chwili zaczerpnięcia przez nią ostatniego oddechu - musiało opuścić je życie. Na zawsze. Nie wytrzymałam, zwymiotowałam. Bóg mi świadkiem, że leżałam na tej zabrudzonej podłodze dość długo, rycząc, dopóki coś nie rozbiło się w pokoju obok, może wazon? "Ktoś tu jest", pomyślałam spanikowana, adrenalina wzięła górę, więc nie zastanawiając się dłużej, wstałam i wybiegłam. Jakby mnie, co najmniej, stado wściekłych diabłów goniło! Czy jak to się mówi... Bardzo szybko wpadłam w tę ciemną, krwiożerczą noc; świat zawirował. Upadłabym, gdyby nie On... mężczyzna, spod sklepu, kojarzysz? Krzyczałam, płakałam, a On trzymał mnie mocno, tak blisko, że przez chwilę poczułam się nawet bezpieczna, jednakże słodka niewiedza nie trwała zbyt długo. Opowiedział mi wszystko, o tym, że sam brał udział w projekcie, że przeżył, został wypuszczony, jednak coś poszło nie tak... Zbyt dużo osób, nie mówię tu o sobie czy o Nim, ale... zaczęło szaleć, dopuszczać się przestępstw, nieraz krwawych zbrodni. Powód był jeden: Nie mogli zasnąć, narkotyk zadziałał zbyt mocno, wprowadził nieodwołalne zmiany w ich organizmie, zesłał agresję... A ludzie, ludzie zaczęli zadawać pytania. Szukali przyczyn, to naturalne, zwłaszcza, gdy tyle osób w kraju zamienia się nagle w wariatów, swoistych sadystów, morderców, latających z siekierą po podwórku... Szukali winnego. I nie mieli prawa go znaleźć, to wbrew zasadom - pieniądza, całego tego brutalnego, wyższego biznesu, gdzie każda pomyłka może kosztować życie... Nasze nie miało większego znaczenia. Nie próżnowali więc - wynajęli płatnych zabójców, co by zrobić porządek, pozbywając się ostatnich śladów, niedociągnięć po brudnej robocie. Dopadli Mary, ja miałam być następna. Zabawne, prawda? 

  kolejny łyk

  - Co zrobiliście?

  wzrusza ramionami

  - Uciekliśmy. Po wszystkim, siedząc tu, myślę, że miałam sporo szczęścia, bo to akurat mnie znalazł Maxi. W końcu, byłam młoda, zaledwie dwudziestoparolatka, nie chciałam umierać... Nie w ten sposób. Egoistycznie? No nie patrz tak na mnie, życie zmusza Nas niekiedy do gorszych, bardziej makabrycznych czynów, myśli, uwierz. Ale dobrze, więc uciekliśmy, tylko Ja i On - trochę jak w tych oklepanych opowieściach o wiecznej, zakazanej jednak wcześniej, miłości, co? Nie martw się, w tym przypadku, nie było aż tak trywialnie. Wracając... zostawiłam mieszkanie, Łapkę - choć koty zawsze obdarzały mnie bezbrzeżną miłością, ja nie potrafiłam kochać ich wystarczająco mocno, wszystko, co znałam i kochałam, znowu... Wylądowaliśmy na jakimś odludziu, Teksas? Ważne, że mimo października było tam ciepło, i noce spędzone w opuszczonych domach, czy pod gwiazdami, ramię w ramię, nie były tak druzgoczące. Żyliśmy - jak rozbitkowie, uciekinierzy, wciąż w ruchu, brnęliśmy do przodu, nie oglądając się wstecz. A z upływem kolejnych tygodni przyzwyczajałam się coraz bardziej. Do twardej ziemi, smaku konserwy, chleba, łyku butelkowanej wody, jego uścisku, w którym było tak wiele ciepła, a zarazem zimna i brutalności, że nie wiedziałam, czy powinnam uciec, a może zostać. Wiesz... Każdy z Nas był ścigany przez własne demony, koszmary jakby powróciły, staliśmy się nieczuli, bez serca? A jednak pragnęliśmy bliskości, zapewnienia, że wszystko, co znaliśmy, nie odeszło. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy po jednym, z powtarzających się wciąż koszmarów - jakieś odludzie, martwi krewni, nieistotne, płaczącą, utulił mnie do snu. Potem objął wciągu dnia, wreszcie - pocałował. Ten płomień zapłonął, roztlił, na chwilę? Seks był szybki, zainicjowany niemal w zwierzęcym odruchu, rozbujany. Przynosił zapomnienie, ukojenie - w strachu, odcięciu, to wszystko.

  - Na pewno?

  kiwa głową
  siedem, osiem, dziewięć

  - Po wielu miesiącach, znowu nie pamiętam ilu, powiem tylko, że wszystko, co zaczynało się od "gdy Cię poznałam", a kończyło na "my", stało się rutyną. Nawet nasze zbliżenia, to chyba normalne, tak? Mieliśmy swoje potrzeby. Brzmię okropnie, prawda? Przywykłam... Choć Maxi wciąż widział dla mnie nadzieję, często powtarzał, że chce widzieć mnie szczęśliwą, bez trosk, zmartwień... Też tego chciałam, wiesz? W każdym razie... W końcu byłam wolna, wszelkie intrygi zostały wyciągnięte na światło dzienne, kroki podjęte - nie powiem, że FBI pracowało nad tą sprawą krótko i dostatecznie dobrze, bo musiałabym skłamać, w końcu dopiero po jakimś czasie odkryli zależności między znikającymi obywatelami, a "napływem" wariatów, ale nie mogłam się gniewać... To był koniec. Mogłam zacząć od nowa. Radosna.

  - "Mogłam?"

  histeria

  - Czy Maxi był rad, widząc Cię szczęśliwą? 

  - Byłby... jestem pewna, że tak, gdyby tylko nadal żył.

  cisza

  - Co się stało?

  zagryza wargi

  - Pomoc przybyła po czasie, wbrew pozorom nie byliśmy ostatnimi z "ocalałych", służby porządkowe działały po kolei, Nas znaleźli ociupinkę za późno...

  - Chcesz o tym opowiedzieć? 

  dziewięć, osiem, siedem

  - Chyba nie, akurat tę część zachowam dla siebie. Nie cierpiał zbyt długo, jeśli to ważne... Ja nie cierpiałam, widząc go takim. Buchnęły płomienie, i już!, ostatni sekret zabrali do grobu, a Jego wraz ze sobą. I wiesz, czasem mi go brakuje, mimo tego jak irracjonalnie potrafił się zachowywać - najpierw robił, potem myślał, bo dochodzę do wniosku, że gdybyśmy spędzili ze sobą dostatecznie dużo czasu... Gdybyśmy spotkali się w innym miejscu, w innych okolicznościach, może nie jako Natalia i Maxi, ale jako... O! John i Gabriela, zawsze chciałam mieć tak na imię, jest ładne, choć proste, i kojarzy mi się z aniołami..., którzy założyli rodzinę i wiedli spokojne życie, na małej farmie z gromadką kotów, które tak bardzo kochała moja mama, mogłabym Go... pokochać? Bardzo mocno i zapalczywie. A może już to zrobiłam? Kiedyś? Nie wiem, nie pamiętam...

  tss tssss. "siostro, proszę wyłączyć taśmę"
  mruga


  - Przepraszam, który dziś mamy?

  - Siódmy sierpnia, to jest piętnasty dzień twojego pobytu w naszym zakładzie.

  dziesięć?

  - Oh, rzeczywiście. Straciłam rachubę.

  STOP

  
  - Wiesz, że znowu opowiedziałaś tę samą historię?
  - Wiem, lubię ją. 

  Szukam!
 
* * *

Od autorek: Witojcie, ludziowie. Z tej strony Marcia po raz kolejny? Wiem, że się nie cieszycie. No ale... macie moje coś, które stworzyłam z Edytką (oczywiście jej część lepsza, żal - talent jeden) Ech. A sam OneShot? Trochę dziwaczny, inny, ale bardzo fajnie nam się go pisało <3 (szczególnie przez telefon XD) Marcyśka nie mogła dodać, więc jej cudo zobaczycie dopiero 21 sierpnia ^^ a teraz... mam nadzieje, że spodobało Ci się, Wiktorio. Bo według mnie jest całkiem nieźle. 
Żegnam was i do następnegoo! <3 Kocham was :*  (Edziak to cioł, hyhy) ---> Chyba TY, Paruffkomaniaku ;D
Hej, hej, słoneczka! Teraz do głosu dochodzi Edyta, hyhy. Nie słuchajcie, tego żala, o tam, u góry, jej część jest lepsza, na pewno zgadniecie która... To oczywiste ;D Choć w jednym ma rację, pisało się bardzo dobrze, szybko, ogarnięcie ;D Więc... chyba nie jest najgorzej. To... liczymy na szczere opinię, a 19-stego zapraszamy na shota Sarci <3 Kocham Was, branoc ;*

PS: Dziś mijają 3 miesiące odkąd założyłyśmy JSM *o* rozumiecie? Dziękujemy za 57 tyś wyświetleń, komentarze i motywacje <3 To naprawdę wiele dla nas znaczy <3
PS2: Konkurs na OS został zakończony  ! Dziękujemy za każdą nadesłaną pracę <3 Wyniki ogłosimy pod koniec sierpnia!
PS3: Edyta to cioł :3 

niedziela, 3 sierpnia 2014

{Zamówienie 008} Diemiła || "Mała czarna, bez cukru" - Eddie N.

Tytuł: "Mała czarna, bez cukru".
Para: Diemiła (Diego & Ludmiła) oraz Naxi, Leonesca - gdzieś w tle.
Gatunek: Romans, obyczajowy, komedia.
Przedział wiekowy: T (miało być K, ale podczas pisania wdarło się kilka "choler" i podtekstów ;D)

Długi, ostrzegam!


Olivii Blanco,
mam nadzieję, że Ci się spodoba, słonko :)

*

  Przejechała wypielęgnowaną dłonią po jasnych, upiętych w sztywnego koka, włosach. Przycisnęła ciemną aktówkę do piersi, upijając z granatowego kubka kolejny łyk życiodajnego - w jej mniemaniu, płynu. Kawa. Zaciągnęła się ostrym, lekko duszącym zapachem. 
  Odbiła się ramionami od kuchennej wysepki, na której, jeszcze chwilę temu, opierała cały swój ciężar i sprężystym krokiem przemierzyła małe, aczkolwiek przytulne pomieszczenie, które w jej niewielkim, czteropokojowym mieszkanku odgrywało rolę kuchni.
  Przystanęła obok wielkiego, całkowicie oszklonego okna, wyglądając na zewnątrz; jeszcze jeden łyk.
  Zaklęła szpetnie pod nosem, gdy ciemna, jeszcze ciepła (jednak nie gorąca) kawa rozlała się po jej białej, eleganckiej - kupionej specjalnie na tę okazję, bluzce z falbaną na piersi. Wzniosła oczy ku niebu. Dlaczego to zawsze muszę być ja?, pomyślała zrezygnowana, kręcąc delikatnie głową. Oprawki okularów zsunęły się nieco niżej po prostym nosie.
  Spojrzała na zegarek, mieszący się na orzechowej komodzie, ustawionej w najodleglejszym kącie salonu, i odetchnęła z ulgą, miała jeszcze trochę czasu. 
  Dzisiejszy dzień był jednym z najważniejszych, w końcu po wielu (bezskutecznych, wypadałoby zaznaczyć) próbach zdobycia pracy, wysyłając - wcześniej sporządzone Curriculum Vitae na prawo i lewo, została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną; nie mogła pozwolić sobie na spóźnienie. Broń Boże!
  Dlatego właśnie, tego dnia wstała wcześniej, bo już przed ósmą, choć godzina umówionego spotkania wciąż majaczyła w jej głowie uprzejmym, acz lekko przesłodzonym, głosem recepcjonistki: Dziesiąta trzydzieści, panienko Ferro. Machnęła dłonią, chciała wyglądać perfekcyjnie.
  Wiedziała, że starając się o pracę asystentki kierownika nie może pokazać się w siedzibie "Hernandez Company" niedostatecznie elegancka czy roztrzepana. 
  Stanęła przed lustrem, zerkając na swoje delikatnie umalowane policzki, usta, rzęsy. Zjechała wzrokiem w dół - ciemne buty na delikatnej koturnie, zakryte palce. Wyżej? Ołówkowa spódnica, sięgająca kolan - dokładnie wyprasowana, w kolorze ciemnego granatu. Przejechała długimi, pomalowanymi na bezbarwny kolor paznokciami po staranie ułożonej fryzurze. Żaden kosmyk nie miał prawa wypaść, co by przypadkiem nie zburzyć zewnętrznej, dopiętej na ostatni guzik fasady. Struktury. Czarna aktówka leżąca gdzieś na szklanym stoliku i...
  Jęknęła głośno, bezsilnie? 
  I wielka, brązowa plama na samym środku bluzki z długim, ozdobionym na krańcach, rękawem. Zaklęła jeszcze raz, spoglądając z wyrzutem na winowajczynię. Złagodniała. Nie, i tak kocham kawę.
  Pokręciła głową; musiała się pośpieszyć. Jak opętana biegała po pomieszczeniach, szukając odpowiedniej, zastępczej części garderoby. W końcu znalazła, skrzywiła się lekko. Dekolt był dość głęboki, a rękaw przykrótki; spojrzała do szafy. Ah, ubiorę marynarkę!, wykrzyknęła w myślach radośnie. Spełniona.  
  Podśpiewując cicho pod nosem, ściągnęła mokrą, przylegającą do ciała (w miejscu plamy) bluzkę - miała szczęście, że napój w trakcie rozlania nie miał już tak wysokiej temperatury jak na początku, i mimo wszystko nie wylądowała w szpitalu, z ciężkim poparzeniem skóry, zupełniej jak jej biedna chrześnica, która oblała się filiżanką pod nieuwagą rodziców, i odrzuciła ją na bok. Później posprzątam, stwierdziła lekceważąco. 
  Chwyciła delikatny materiał, wciągając ubranie przez głowę. Zarumieniła się; bluzka rzeczywiście miała sporawe wcięcie w okolicach biustu. Odchrząknęła, mimo swoich dwudziestu czterech lat blondynka nigdy wcześniej nie była w poważnym związku. A w każdym razie, nie w takim, który miał szansę przetrwać dłużej niż dwa tygodnie. Nie szukała miłości, a może wręcz przeciwnie?
  No tak, to Ona nie chce znaleźć mnie.
  Machnęła dłonią - jeszcze raz, i podchodząc do szafy, sięgnęła po marynarkę. Mam czas, jeszcze trochę czasu, przymknęła oczy, rozmyślając, i już nikt nie wiedział - nawet ona, czy chodziło jej o umówione spotkanie, a może miłość.

  Biegła zatłoczonymi ulicami, przepychając się przez, śpieszących do pracy, szkoły, ogólnie - do życia, przechodniów, próbując złapać taksówkę. Kapryśny los nie był tego dnia najlepszym przyjacielem, o nie, wręcz przeciwnie - w tym momencie, z czystym sumieniem, mogła nazywać go największym wrogiem. 
  Kiedy już wszystko zmierzało w dobrym kierunku - bluzka okazała się nie być wcale taka zła, pojawił się nowy problem. Ciemna marynarka była kompletnie nieuprasowana - przez chwilę zastanawiała się, marszcząc brwi, dlaczego była w aż tak opłakanym stanie, ale równie szybko zdała sobie sprawę z faktu, iż ostatnią osobą mającą ją w posiadaniu był nie kto inny, jak jej najlepsza przyjaciółka... Natalka; prychnęła, i wszystko jasne, dlatego wyciągając deskę i odpalając żelazko, straciła kilka kolejnych, tym razem w cholerę cennych, minut.
  Warknęła pod nosem, gdy kolejna taksówka przejechała obok, ignorując jej, zdruzgotaną wewnętrznie, osobę - jakby nigdy nic. Mogła przysiąść, że była pusta...
  - Aghr! - wykrzyknęła, a kilku nieznajomych spojrzało na nią z przestrachem.
  Zadziwiająco, gdy była wściekła jej nieśmiałość znikała gdzieś głęboko, za rogiem.
  Los Angeles, choć piękne - nazywane w końcu "Miastem Aniołów", przepełnione było tysiącami rozmaitych ludzi; tętniło życiem. Zwłaszcza nocą lub, gdy wjeżdżałeś z przedmieścia na teren centrum, wysokich wieżowców i nieskończonego, nieraz brutalnego, biznesu, gdzie to mieściły się największe korporacje. Właśnie tam zmierzała - z głośno bijącym sercem, głową pełną obaw, i - jeśli się nie pośpieszy... kilkuminutowym spóźnieniem na karku. 
  Zagryzła wargi, miała jeszcze ostatnią szansę. Postój taksówek, zalśniło jasno, niczym mrugająca, niewielkich rozmiarów żaróweczka, tak świetnie wszystkim znana z kreskówek. Obróciła się, i równie szybko krzyknęła przerażona, wpadając na jakiegoś człowieka. Upadłaby i uderzyła, zapewne boleśnie, w twardy beton, gdyby nie silne ramiona łapiące ją w pasie i utrzymujące na miejscu.
  Uchyliła zaciśnięte (nie wiadomo kiedy) powieki i spojrzała na swojego oprawcę, a zarazem wybawcę. Paradoks? I wiesz, jedynym, co naprawdę mocno wyryło się w jej pamięci, było świdrujące, przeszywające jakby na wskroś, spojrzenie brązowych, wręcz czekoladowych, oczu, ponieważ już chwilę później wyrwała się jak oparzona z uścisku mężczyzny, stając z boku; prychnęła gniewnie. 
  Pierwotny rumieniec spowodowany jego bliskością, zapachem drogich perfum zastąpiła płonąca wściekłość, nadając ciemnego koloru jej policzkom, uszom, szyi. Poprawiła okulary, stwierdzając z ulgą, że nie uległy większemu zniszczeniu mimo wcześniejszego zderzenia.
  - Kretyn - zaszemrała pod nosem, zbierając z ziemi papiery, które wskutek uderzenia aktówki o chodnik, rozsypały się dookoła. - Mógłbyś bardziej uważać - dodała, zapominając całkowicie o jakiejkolwiek grzeczności. W końcu nie znała tego człowieka, czy na pewno wypada, by zwracała się do niego na "Ty"? 
  Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym zaśmiał się gardłowo, i z kpiącym uśmieszkiem na ustach przejechał palcami po roztrzepanych, niemal czarnych włosach. Pochylił się ku niej. - Cukiereczku. - Głos, zgodnie z wypowiedzianym słowem, miał nadto przesłodzony; niemal warknęła. - To Ty na mnie wpadałaś - dokończył i puknął ją palcem w klatkę piersiową. 
  Zadarła do góry głowę; ciemnooki brunet był kilka, jak nie kilkanaście centymetrów wyższy, ogólnie wyglądał na parę lat starszego, niż ona sama. Ubrany był w ciemny, idealnie wykrojony garnitur, z niedbale przewiązanym u szyi - oczywiście czarnym, krawatem, i białą koszulę. 
  I choć od teraz figurował na jej prywatnej, czarnej liście pod takimi słowami jak "kretyn", czy "niemiły, złośliwy dupek", musiała przyznać, z ręką na sercu, że był niemożliwie wręcz - przystojny. Speszyła się nieco pod uważnym spojrzeniem mężczyzny, gdy ten dostrzegł, iż się w niego wpatruje.
  - Oczywiście - sarknęła gniewnie, zapinając teczkę; zerknęła na zegarek, i z przestrachem w bursztynowych oczach obróciła się na pięcie, gnając we wcześniej wyznaczonym kierunku.
  - A gdzie moje "przepraszam"? - wykrzyknął za nią brunet i zaśmiał się głośno, niemal opętańczo, gdy posłała ku niemu niecenzuralny gest.

  Wpadła na dolne piętro ogromnego wieżowca, dysząc i słaniając się chybotliwie na zmęczonych nogach. Całą drogę, od pobliskiej przecznicy, gdzie, ku jej niezadowoleniu, wysadził ją taksówkarz, mówiąc coś o nagłym wezwaniu - Że też jakiejś kobiecie zachciało się rodzić, mruknęła pod nosem, przebiegła, by czasem się nie spóźnić.
  Wsparła się ciężko o kremową ścianę, jednak odetchnęła z ulgą, gdy zdała sobie sprawę, iż - rzeczywiście, zegarek w jej czarnym, opakowanym w błękitne etui, telefonie nie odnotował spóźnienia. Gra warta świeczki. Wyłączyła urządzenie, wciskając je zaraz do czarnej aktówki i poprawiając lekko rozwichrzone (mimo wszystko) włosy, podeszła do recepcji, przywołując na twarz uroczy, lecz fałszywy, uśmiech. 
  - Dzień dobry. - Przywitała się uprzejmie, z podejrzliwie na nią zerkającą ciemnowłosą kobietą, na oko w jej wieku. - Byłam umówiona na rozmowę kwalifikacyjną... 
  - Ah, tak. - Przerwała jej - spojrzała na identyfikator przypięty do marynarki, Francesca, zamieniając wcześniejszy wyraz irytacji na pełen pogody uśmiech. - Pani Ludmiła Ferro? 
  - Właściwie to panna - odchrząknęła zażenowana. 
  - Szczegóły. - Czarnowłosa machnęła na jej przytyk dłonią, zerkając w papiery. - Dwudzieste szóste piętro, oszklony gabinet. Szef pani oczekuje. - Skinęła głową, odchodząc. - Powodzenia - krzyknęła jeszcze Francesca na odchodne i wiedziała, że jeżeli zostanie przyjęta do tej pracy brunetka będzie pierwszą osobą, którą tu polubi.
  Wcisnęła guzik przy windzie; czekała. Drzwi rozsunęły się, ukazując kilku, spieszących się mężczyzn w garniturach i kobiety w idealnie dopasowanych kostiumach. Zarumieniła się, spoglądając na swoje - miała teraz wrażenie: kompletnie śmieszne odzienie. Weszła do środka, robiąc dobrą minę do złej gry, i pośpiesznie wcisnęła okrągły przycisk z cyferką 26, widniejącą na samym środku. 
  Chyba mam szczęście, pomyślała lekko, gdy dotarła na sam szczyt, bez zbędnych postojów. W końcu, dodała, marszcząc brwi.
  Zaśmiała się, gdy jeden z pracowników - ubrany w podobny strój, co reszta, mijając ją w korytarzu, posłał jej promienny, może nieco pokrzepiający, uśmiech. Podeszła do oszklonego gabinetu - jednak w tym wypadku, szyby zasnute były roletami, więc (ku swej ogólnej dezaprobacie) nie mogła nic wcześniej podpatrzeć, i stając przed brązowymi, ciężkimi drzwiami - zapukała. 
  - Proszę. - Jej serce zabiło mocniej na dźwięk stanowczego, męskiego barytonu, który wysłał wzdłuż jej pleców niekontrolowany dreszcz. 
  Jakbym już gdzieś go słyszała, pomyślała ze zdziwieniem, jednak szybko odegnała tę myśl, naciskając na klamkę. Weszła do środka. 
  Serce podjechało niebezpiecznie blisko gardła, gdy niesamowicie znajome - przecież nie mogła tak szybko zapomnieć, spojrzenie czekoladowych oczu spoczęło na jej postaci.
  W następnej chwili całe pomieszczenie wypełnił głośny śmiech - jednak nie ten kpiący, który zapamiętała... dziwnie ciepły, rozbawiony, i wiedziała, że nie ma mowy o pomyłce. 
  Jęknęła głośno. Właśnie zrozumiała, że kilkanaście minut temu nazwała "kretynem" swojego potencjalnego (tak, jasne) pracodawcę. 
  
  Mam przechlapane. Prawda? 

  *
dwa miesiące później

  Właściwie, mimo upływu długich sześćdziesięciu jeden dni, wciąż nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że dwudziestoośmioletni Diego Hernandez, jeden z najmłodszych miliarderów świata, który początkowo prowadził słabo prosperującą firmę, przekazaną mu w spadku po zmarłym ojcu, lecz już po kilku latach - przy pomocy swego niezaprzeczalnego geniuszu i charyzmy, wspiął się na wyżyny, zdobywając fortunę, po nazwaniu go per "kretynem", a w myślach nawet gorszym epitetem, przyjął ją na stanowisko swojej asystentki/sekretarki.
  Pokręciła głową, nie, to się nie mieści w głowie. Zignorowała irytujący, wciąż powracający w myślach głosik Franceski, która pewnego dnia śmiejąc się diabolicznie, zaproponowała urocze stwierdzenie, że szef ma do Ciebie słabość. Nachmurzyła się wtedy automatycznie - to nie mogło być prawdą, dodała jeszcze natychmiast w myślach. Mimo, iż... dobra! była tą blondynką o dość zgrabnym ciele, to przecież nigdy nie była uważana za ładną, a co dopiero atrakcyjną. Ani w liceum, ani na studiach. I choć wstyd przyznać (a może nie?), wciąż była całkowicie zielona w tych sprawach, jeśli wiecie, co ma na myśli. 
  Spojrzała w podręczne lusterko, stwierdzając szybko, że nienawidzi swoich ciemnych okularów o grubej, kwadratowej oprawie. Westchnęła, nigdy nie pomyślała o soczewkach; cóż, do tej pory nie miała dla kogo się starać. Zrugała się w myślach. Czy teraz, na Boga, miała osobę, dla której powinna się starać? Nie, szarpnęła gwałtownie głową, i skończ te żałosne rozmyślania.
  Mimo wszystko, zaraz uśmiechnęła się promiennie, przypominając sobie ciąg dalszy tamtej sytuacji, a raczej przedziału czasowego, gdy między jednym śmiechem, krzykiem "Zabiję Cię!", a szaleńczą pogonią za czarnowłosą przyjaciółką, wpadła na Hernandeza.
  Dotyk jego ciepłych ramion, zapach perfum, spojrzenie w oczy... wszystko, w tamtym momencie, było takie same jak zapamiętała ostatnim, czyli za pierwszym, razem. 
  A może jednak z tą słabością..., rozległ się cichy, niepewny głos w jej głowie, gdy przypomniała sobie płomienny rumieniec, wstępujący na policzki, i o zgrozo! nie należał on do niej. Nie, sarknęła na to, i nie myśląc o tym, co właściwie robi, wymierzyła sobie delikatny, aczkolwiek zauważalny, policzek. 
  - Dobrze się czujesz? - zapytał brunet z obawą, spoglądając w jej stronę. No tak, przecież nie była sama w pomieszczeniu.
  Idiotka, warknęła sama do siebie, robiąc skwaszoną minę, na co mężczyzna zaśmiał się głośno. Zawsze tak robił; uważał, że blondynka wygląda nad wyraz uroczo, z tymi zaciśniętymi ustami i zmarszczonymi brwiami.
  - Musisz nad czymś intensywnie myśleć, co? - zapytał Diego, opierając się o skraj biurka, przy którym siedziała, wstukując do laptopa kolejne cyfry z, doniesionego przed chwilą, protokołu.
  Pokręciła głową, spuszczając wzrok. Mężczyzna ponownie zaśmiał się, a ono poczuła jak klepie ją lekko po głowie. Zmarszczyła brwi; kolejna rzecz, którą dość często robił. Nie, żeby jej przeszkadzało, skąd. Jęknęła w myślach, z zamiarem szybkiego zapadnięcia się pod ziemię. Francesca musiała pomylić coś w ocenie, bo cholera, to najwyraźniej ona miała do Niego słabość.
  - Idę po kawę, przynieść Ci? - zapytał po chwili ciszy, już normalnym, spokojnym głosem, odbijając się od krawędzi mahoniowego blatu. 
  Na chwilę uniosła wzrok, zaszokowana. Jednak równie szybko przypomniała sobie, że to był Diego - tak, od razu stwierdził, że powinni przejść na Ty, skoro jak stwierdził: "Wcześniej nie miałaś z tym większego problemu, cukiereczku", westchnęła - chyba chciał ją wtedy zawstydzić; udało się. Diego, jego imię odbiło się jak echem.
  Mężczyzna mimo swojego łobuzerskiego wyglądu - nigdy niedopiętego, ostatniego guzika koszuli, umięśnionego, wręcz atletycznego ciała, kilkudniowego zarostu na twarzy i wrednego, gdy ktoś zalazł mu za skórę, usposobienia - o czym w końcu sama się przekonała (cóż, w sumie... czy to nie ona pierwsza zaatakowała?), łobuzem nie był. Wręcz przeciwnie był... dżentelmenem. Pogodnym, opanowanym, miłym i niesamowicie sympatycznym. Diego potrafił rozbawić ją na każdym kroku - najmniejszą uwagą, gdy tylko taki był jego zamiar. 
  Zagryzła wargi; jeśli dobrze pamięta, zdenerwował się na nią tylko raz - na ogół był osobą cierpliwą. Jednakże, tamta sytuacja była z goła inna... Z własnej głupoty - i nie, wcale nie rozproszył ją jego gorący oddech na policzku, zalała, przyniesioną mu chwilę wcześniej kawą, ważne dokumenty; szczerze, sama by się wściekła. Mężczyzna jednak szybko doprowadził się do porządku, ściskając nasadę nosa, a ona stwierdziła z niewinną minką, że powinna gdzieś mieć kopię zapasową. Roześmiał się wtedy, pocierając kark i przeprosił za swój wybuch. 
  Miała szczęście, że kopia, zalanych dokumentów, rzeczywiście spoczywała na dnie jednego z folderów.
  Jednak tym razem jej zdziwienie było w pełni uzasadnione. Przecież, to ona przynosiła wszelkiego rodzaju kawy, lunche, nigdy na odwrót. A jednak, to było miłe. Szybko powiedziała, przekręcając blond główkę, że szef musiał być w szampańskim nastroju. Tylko dlaczego?, zamajaczyło w jej umyśle, jednak szybko zepchnęła niechciane pytanie na sam spód podświadomości. Uśmiechnęła się, niebywale szeroko. 
  - Poproszę. Czarną, bez cukru. - Zmieszała się, gdy brunet spojrzał na nią zdziwiony. Czy powiedziała coś złego? Zmarszczyła brwi. - Czy coś się...
  - Nie, nie - przerwał jej Hernandez. - Po prostu. - Zaczął, śmiejąc się pod nosem. - Nie wiedziałem, że pijemy taką samą kawę.
  Zamrugała oczyma; rzeczywiście, nigdy dotąd nie pili kawy w swoim towarzystwie. Zazwyczaj, oboje zajęci byli pracą i wymieniali między sobą jedynie kilka słów, dotyczących najczęściej jej kolejnych zadań, a kiedy już naprawdę rozmawiali, to po godzinach, jednakże wtedy firmowa kawiarnia była dawno zamknięta.
  - Więc mam rozumieć, że espresso? - zapytał jeszcze mężczyzna dla upewnienia, sięgając do swojego krzesła po marynarkę, którą zaraz zarzucił na ramiona. 
  - Oh, tak. - Zarumieniła się wściekle. Nigdy nie używała tych skomplikowanych terminów. Dla niej czarna kawa zawsze pozostanie kawą czarną, tak po prostu.
  Uśmiechnął się - nieco kpiąco, widząc jej zakłopotanie. - Zaraz wracam. 
  I już go nie było. 

  Kilkanaście minut później wrócił z dwoma kubkami, wciskając jej jeden do ręki. Przyjęła go, kiwając z wdzięcznością. Zaraz jednak krzyknęła zdziwiona, gdy złapał jej wolny łokieć i odciągnął ją od biurka, kierując ich wspólne kroki w stronę jasnobeżowej kanapy. 
  - Jeszcze mi coś zalejesz. - Odpowiedział wskutek jej pytającego spojrzenia i wzruszył ramionami. 
  W jego głosie wyczuła aluzję do, nie tak odległego wydarzenia oraz nutkę ironii. Prychnęła, wywracając oczyma, jednak usiadła grzecznie. Mężczyzna zachichotał - co było do niego tak niepodobne, a tak! Zarumieniła się, już kiedyś - gdzieś na początku, powiedział, że lubi kobiety z charakterem, jednak jakiegoś tam szacunku wymaga. Jak przystało na ich relację. Szef-pracownica, oczywiście!
  Jęknęła żałośnie w myślach; był tak blisko. 
  Wypuściła powietrze przez nos, wołając - w zaciszu duszy, o błogi spokój. Zaciągnęła się zapachem świeżej, parzonej niedawno kawy i odetchnęła głośno. Ten aromat ją uspokoił; jak zawsze zresztą.
  - Zarządzam przerwę - dodał, z uroczym uśmiechem, po kilku sekundach, które dla niej w dziwny sposób przybrały koloryt wieczności, i oparł się ramieniem o oparcie. Poluzował krawat, a ona odwróciła wzrok. - Porozmawiajmy.
  Cholera, szepnęła. Gdyby mogła, pewnie teraz wyrywałaby sobie włosy. Z frustracji. Musisz się opanować, upiła pierwszy łyk.
  - Mmm, pyszna - powiedziała pierwsze, co przyszło jej na myśl, a mężczyzna, niczym w akompaniamencie, spróbował swojej, skinąwszy zaraz głową.
  - Masz rację - potaknął, odrzucając głowę do tyłu, eksponując przy tym długą szyję; a jej zabrakło oddechu.
  - Cholerny... - Zaczęła cicho pod nosem. 
  Uniósł głowę i spojrzał na nią z, mogła przysiąc!, zadowolonym z siebie uśmieszkiem. - Coś mówiłaś? 
  - Nie, nic - wyszeptała, spoglądając z zacięciem na swoje dłonie, zaciskające się coraz mocniej na styropianowym kubku. Czy on ją, kurcze, prowokuje?
  Skrzywiła się, gdy jego przystojną gębę wykrzywił triumfalny uśmieszek; kolejny łyk - tym razem bardziej stanowczy.
  Następne pół godziny - gdy tylko przestało być niezręcznie, upłynęło im na ciekawej, cieszącej obydwie strony, rozmowie. Dyskutowali o wszystkim i o niczym, śmiejąc się głośno - co chwilę. I chociaż kawa już dawno została wypita, nie chcieli przestać.
  W końcu otrząsnęła się z tego przyjemnego, lecz odrobinę nierealnego snu - bo to wszystko musiało być snem, nie mogło być inaczej, prawda? odchrząkując. - Chyba powinniśmy wracać do pracy. 
  Hiszpan (z urodzenia) uniósł nadgarstek i spojrzał na srebrny zegarek. - Racja.
  Brunet przeciągnął się niczym wielki kot i wstał, podając jej rękę. Chwyciła jego dłoń, z uśmiechem na ustach, i wstała z wygodnej sofy. 
  Podeszła do biurka, na nowo pogrążając się w papierach.

  Nareszcie koniec, pomyślała z wytchnieniem. To nie tak, że nie lubiła tej pracy, a skąd! Po prostu, po kilku godzinach ciągłego siedzenia przy biurku, a także nad wyraz dziwnym zachowaniu szefa, nie marzyła o niczym innym, jak o powrocie do domu, a potem... zanurzeniu się w miękkiej pościeli. Mmmm, zamruczała w środku z zadowolenia.
  Opuściła budynek firmy, a jej, otulone jedynie cienkim płaszczykiem, ramiona owiał chłodny wietrzyk. Zadrżała. W końcu, wielkimi krokami zbliżał się październik. Potem listopad, i proszę! Zima jak się patrzy. Zachichotała cicho, owijając się szczelniej chustą.
  Firmowy kostium, który otrzymała, kilka dni po zajęciu posady, był wykonany z nadzwyczaj cienkiego materiału. No nic, westchnęła, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Ostatni transport odjeżdżał o dwudziestej drugiej, ale jako, iż dziś (wyjątkowo) nie została po godzinach, nie musiała przejmować się spóźnieniem. Wskazówka zegarka zatrzymała się na dwudziestej piętnaście.
  Zazwyczaj wychodziła o równej ósmej, jednak tym razem musiała pozamykać gabinet i nieco posprzątać, gdyż Hernandez jakieś trzy godziny temu opuścił budynek na rzecz biznesowego spotkania, i dotąd nie wrócił. Dziwne, najczęściej to on zajmował się takimi sprawami, gdyż, jak na kierownika przystało, wychodził z firmy ostatni.
  Weszła na chodnik, zmierzając w znanym kierunku, gdy nagle zatrzymało się przy niej czarne BMW. Uniosła brew; szyba opadła, ukazując uśmiechniętą twarz Hiszpana. 
  - Wsiadaj. - Zarządził, a ona drgnęła. Czy powinna? Chyba dostrzegł jej niepewność, bo odezwał się ponownie: - No już, cukiereczku, przecież Cię nie zgwałcę. 
  Prychnęła oburzona, na tak jawną prowokację w jego głosie, i tupnęła nogą. Okrążyła jednak samochód i wpakowała się na miejsce pasażera. Zapięła pasy; spoglądając na niego spod byka.
  - No już, już, tak sobie tylko żartuję - dodał, śmiejąc się cicho, i odpalił samochód. Ruszyli. 
  - Nieśmieszne. 
  - Oj no, daj spokój. Po prostu jadę w twoją stronę, pomyślałem, że Cię podrzucę. - Wyjaśnił mężczyzna; chyba zrozumiał jak wielką gafę popełnił. 
  Kiwnęła głową, jednak nie odezwała się ani słowem. Sama nie wiedziała, co tak bardzo ją zdenerwowało. Może fakt, że dla Niego to zawsze będzie tylko jeden, głupi i nic nieznaczący żart? Nie wiedział jak na nią działa, cholerny... kretyn? Zaśmiała się cicho, a brunet jakby odetchnął z ulgą. Nie nacieszył się jednak zbyt długo, gdyż ponownie łypnęła na niego złowrogo.
  Reszta drogi upłynęła im w, nad wyraz przytłaczającej, wręcz duszącej, ciszy. Niemal dwadzieścia minut później byli na miejscu. Mężczyzna zaparkował na pobliskim parkingu, tuż obok, zamieszkiwanej przez nią - kamienicy.
  Szepnęła ciche "dziękuje" i wyciągnęła dłoń w stronę klamki; chciała już wyjść...
  - Ludmiła - przemówił Hernandez, i chwytając delikatnie jej nadgarstek, odciągnął go od pierwotnego celu.
  Sapnęła zmrożona; jeśli dobrze pamięta, to będzie pierwszy raz, gdy dzisiejszego dnia użył jej imienia. Odwróciła wzrok od szyby, wpatrując się nagląco w przygaszone, ciemne jak gorzka czekolada, zwłaszcza w obliczu chłodnej nocy, tęczówki.
  - Słucham?
  Brunet zaczerpnął drżącego oddechu; zdziwiła się, chyba pierwszy raz wiedział go tak zdenerwowanego. Odchrząknął, wciąż nie wypuszczając jej dłoni z ciasnego objęcia.
  - Przepraszam za to, co powiedziałem. - Wybałuszyła (dość nieelegancko) oczy. - Nie chciałem Cię zdenerwować - dodał, rozluźniając palce.
  Była wolna. Westchnęła głośno, poprawiając fryzurę.
  - Nie szkodzi - odparła i posłała w jego stronę, dziwnym trafem wcale niewymuszony, delikatny uśmiech.
  No tak, nie potrafiła zbyt długo trzymać urazy, a już szczególnie w jego przypadku. Nie, gdy wiedziała go tak przybitego; Diego z markotną, na wpół smutną miną wydawał się taki... nieswój.
  Uchyliła drzwi, chwyciła torebkę i...
  - Ludmiła?
  - Tak? - zapytała z rozbawioną miną, spoglądając w stronę nieźle skrępowanego mężczyzny, utkwiwszy z jedną stopą na zewnątrz.
  - W następną sobotę, organizowany jest firmowy bankiet z okazji pomyślnego podpisania umowy z "Markizo Corporation".- Zaczął, a ona potaknęła głową na znak, iż rozumie; choć nie do końca wiedziała, ku czemu mężczyzna właściwie zmierza. - Pomyślałem, że... - Brunet ponownie urwał, a ona omal nie wybuchła śmiechem, widząc jego niepewną, jakby zawstydzoną miną. On, Diego Hernandez, najbardziej pewny siebie mężczyzna jakiego przyszło jej poznać, zbity z tropu? Niemożliwe! - Że może, poszłabyś ze mną?
  Dokończył, a ona zdębiała - dosłownie. Serce zatłukło się w piersi, szczęśliwe.
  Już od kilku długich sekund wpatrywała się w Hiszpana wielkimi, zaszokowanymi oczyma, a ten chyba opacznie zrozumiał jej reakcję, bo zaraz odchrząknął zmieszany i przemówił:
  - Heh, bo wiesz, tydzień to całkiem mało czasu...
  Umilkł, pocierając nerwowo kark. Zawsze tak robi, pomyślała zaraz, w obliczu problemu? - A nie chcę szukać kogoś na siłę.
  W tej samej chwili, [jej serce] rozpadło się na tysiące drobnych kawałeczków.
  W bursztynowych, teraz jakby zachmurzonych, oczach stanęły łzy. Co ona sobie wyobrażała? Na co liczyła? Uśmiechnęła się sztucznie; nie mógł wiedzieć, jak bardzo ją zranił.
  - Rozumiem. - Kiwnęła głową. - Zgadzam się - wyszeptała, nawet na Niego nie patrząc, i postawiła kolejny krok. Trzasnęły drzwi. - Dobranoc.
 
  Wpadła do mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Chwilę potem upadła na chłodną podłogę i ukrywszy głowę w dłoniach zaniosła się głośnym, urwanym płaczem.
  - Idiota! - wykrzyknęła, waląc pięściami w zimne, surowe panele.
  Bajka okazała się koszmarem.
  - Kretyn! - Tym razem o oktawę głośniej.
  Wyjrzała przez okno, podciągając ciemną firankę.
  A wspaniały sen dobiegł końca.   Podniosła się, po kilku, zdecydowanie za długich, minutach i zmęczona doczłapała do sypialni. Weszła pod pierzynę, przymykając oczy. Załkała.
  I tylko jedna rzecz, (wciąż) nie mogła dać jej spokoju. Diego powiedział, że jedzie w jej stronę, więc dlaczego, gdy tylko zniknęła za drzwiami, zawrócił i pojechał tą samą drogą, którą przybyli?
  Nieważne, prychnęła lekceważąco, zagrzebując twarz w, nagle niewygodnej, poduszce - miała zapach samotności, to, i tak bez znaczenia.

  A następnego dnia, w piątek, wszystko wróciło do normy, gdy przekraczając próg znajomego gabinetu, uśmiechnęła się promienie, i zapytała:
  - A może kawy?

*
kilka dni później; sobota
 
  Jęknęła rozeźlona, chwytając za przód białej sukienki i podciągnęła ją wyżej. 
  - Obróć się. - Odezwała się Natalia. 
  Instruowana jej głosem, wykonała polecenie, czując się dokładnie tak, jak się czuje zwierze w klatce, a zwłaszcza, gdy jej ciemnowłosa przyjaciółka, trzymająca w ramionach swoją dwuletnią córeczkę - Anastazję, wspomnianą wcześniej chrześnicę, której oparzenia nie były jednak tak poważne (to Natalia panikowała, skacząc dookoła, bo mała w wieku zaledwie półtora roku oparzyła sobie dłoń), i z każdym gwałtowniejszym ruchem matki, (chyba myślała, że jest na swego rodzaju karuzeli) uśmiechała się promiennie, oglądała ją uważnie od stóp do głów. 
  - Ładnie Ci - stwierdziła kędzierzawa, bujając Ani (przezwisko wymyślił Maxi - ojciec dziewczynki), na prawo i lewo.
  - Chyba żartujesz - powiedziała i puknęła się prześmiewczo w czoło. - Jest za ciasna - dodała, zaraz demonstrując swoją rację, próbując się wyprostować. Coś pękło.
  - Nie moja wina, że masz takie wielkie piersi. - Brunetka machnęła dłonią. - Kiedyś była idealna. 
  - Natalia! - parsknęła, czerwieniąc się po cebulki włosów. 
  - Dobra, dobra. - Uniosła dłonie w obronnym geście. - Znajdziemy coś innego. Potrzymaj Ani. - Wręczyła córeczkę w jej ręce.
  Objęła małą ramionami, spoglądając z uśmiechem w jej ciemnobrązowe, czekoladowe? oczy, które odziedziczyła po nikim innym, tylko po ojcu. 
  Natalia i Maxi poznali się jeszcze w liceum; dużo czasu minęło jednak nim przyznali się przed sobą do skrywanych wewnątrz uczuć (wcześniej ostro zarzekali się, że jednym co ich łączy, jest przyjaźń) - i cóż, zaśmiała się, miałam w tym swoją zasługę. Teraz tworzyli bardzo zgrane i kochające się małżeństwo, z czteroletnim stażem w zanadrzu. 
  Zerknęła w stronę dziewczynki, poprawiając jej przykrótkie, kręcone, ciemne włoski. Anastazja była owocem tej miłości.
  Ucałowała jej czółko. Ani otworzyła, zamknięte jeszcze chwilę temu, oczka i uśmiechnęła się pięknie - swoją dziecięcą, lekko pyzatą buzią, a w jej policzkach pojawiły się urocze dołeczki.
  - Lusia - wyszeptała dziewczynka cichutko. 
  - Tak, słońce? - odrzekła, pozwalając, by filigranowe rączki objęły jej twarz. 
  - Bszydko. - Zmarszczyła brwi, czując dotyk drobnych paluszków na ciemnych oprawkach. 
  - Okulary? - Mała kiwnęła głową. - Tak wiem, kochanie. Ciocia nic nie poradzi - dodała, i jakby chcąc zaprezentować swoją niemoc, wzruszyła przesadnie ramionami. 
   - Za to ja mogę coś poradzić. - Zza jej pleców rozległ się dość diaboliczny śmiech. Przełknęła ślinę, rzucając się do ucieczki, odkładając wcześniej chrześnicę. Już ona wiedziała, co Natalia miała na myśli.
  Kilka minut później leżała, przerzucona przez pufę, wierzgając nogami i rękoma, przez co Natalka musiała podduszać ją lekko łokciem - co by nie dostać w twarz, i darła się wniebogłosy, gdy czarnowłosa próbowała wcisnąć do jej oczu... Soczewki.
  - Złaź ze mnie!
  Coś się rozbiło.
  - Ludmiła, cholera!
  Coś zatrzeszczało.
  Maxi, obładowany zakupami - ponieważ, jak stwierdził po kilku godzinach przebywania z dwoma (pardon, trzema) kobietami naraz: Przebieranki to nie jego pole bitwy, i obiecał, że jeszcze przed wyjazdem Lusi (jak pieszczotliwie nazywał ją w ślad za córką), które miało nastąpić o dwudziestej; spojrzał na zegarek... osiemnasta trzydzieści, przygotuje ("lekkostrawną!" to słowo brzmiała niezwykle dziwacznie, jednak tamtego dnia pani Ponte używała go nad wyraz często) kolację, i przerażony widmem armagedonu, gdy tylko zza zamkniętych drzwi dobiegł go dźwięk szamotaniny, wkroczył do środka. 
  Jakież było zdziwienie niskiego bruneta, gdy zamiast oblicza śmierci i pożogi dostrzegł swoją małą, gaworzącą słodko córeczkę, rozłożoną na dywanie, gdzie tuż obok trwała zaciekła walka między dwoma (wydawałoby się dorosłymi - phi, pozory!) kobietami. Soczewki poszły w ruch!, wykrzyknął mężczyzna w myślach, zrozumiale.
  - Maxi! - krzyknęła głośno, błagalnie. Jednakże, to nie było zbyt mądre posunięcie, bo właśnie w tym momencie nieuwagi odsłoniła się za bardzo, co Natalia wykorzystała, z triumfalnym uśmiechem na twarzy, wpychając jej jedno ze "szkiełek", wprost do lewego oka.
  - Moje oko! - Zawyła. 
  - Uuu. - Brunet wydał z siebie współczujący dźwięk, gdy kobieta krzyknęła ponownie - jego Natalka była szczwaną bestią, w trakcie poprzedniego lamentu złotowłosej, wepchnęła do prawego oka - tę drugą.
  Ponte odstawił zakupy na stolik i opadł na miejsce obok córki. 
  - Gupie? - zapytała Ani, wskazując paluszkiem nieruchomą "ciotkę" i matkę, która właśnie opadła na ziemię, dysząc ciężko, zupełnie jak po przyciągnięciu maratonu. 
  - Zdecydowanie, ale ciii - szepnął, starając się nie narazić żadnej z nich. Mała zachichotała.
  - Wiesz? - Rozległ się zdziwiony głos blondynki. - To wcale nie jest takie złe. - Potaknęła radośnie głową, odkładając okulary, wcześniej dość brutalnie potraktowane przez Natalkę, do futerału. 
  - Hah, hah. - Brunetka wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, padając na wznak. - No co Ty nie powiesz! 
  Maxi zaśmiał się, przy zawtórowaniu własnej pociechy. 
  Podeszła do lustra, stwierdzając z ulgą, że jej oczy wciąż miały naturalny, bursztynowy kolor, a nie jakiś całkiem niestworzony - czerwony czy fioletowy, do czego Natalia mogła się z całą pewnością posunąć, w ramach tej dziwacznej zemsty (czy jak sama zainteresowana twierdziła - odwetu), którą prowadziła już od jakiegoś czasu, za całkiem przypadkowe pofarbowanie jej włosów na perłowy blond (nie jej wina, że w drogerii się pomylili, prawda?!), a jednak... uśmiechnęła się promiennie w jej stronę.
  I nagle coś zrozumiała; w końcu - po tylu latach, nie miała na sobie okularów. Przyjrzała się swojej, nieosłoniętej niczym, twarzy; ciche "wow" opuściło jej usta, gdy zdała sobie sprawę, że teraz wygląda całkiem inaczej, że jest, że jest...
  - Ja... - wyrwało jej się, lecz równie szybko umilkła. 
  - Jesteś piękna - dokończyła zamiast niej Natalia, stając za nią i oparłszy głowę o jej ramię, rozpuściła blond włosy, wypinając z głowy przyjaciółki srebrną spinkę.
  Jasne kosmyki opadły długimi kaskadami, rozsypując się po nagich, mlecznobiałych ramionach. Duże, bursztynowe oczy zerkały zdziwione, jednak, jakby... ufne? Pełne usta rozpostarły się w szerokim, pięknym uśmiechu, a wysokie kości policzkowe nabrały koloru.
  - Teraz jeszcze tylko makijaż, sukienka i voila!, księżniczka jak się patrzy - szeptała podekscytowana Natalka, jednak ona nie zwracała uwagi na jej słowa, zbyt pochłonięta widokiem, roztaczającym się przed sobą.
  - A co Ty się tak napaliłaś na ten bankiet, kochana? - Coraz śmielsza harce żony przerwał Maxi. - To nie Ty na niego idziesz. 
  - No właśnie! - Uniosła oskarżycielsko palec. - Bo ktoś tu nigdzie mnie nie zaprasza. - Założyła ręce na piersi, niczym - dogłębnie obrażone, dziecko. 
  - Aw, kochanie. - Mężczyzna pojawił się tuż za Natalią, obejmując jej talię. - Jeśli tak bardzo chcesz, możemy jutro pójść na kolację, we dwójkę. Tylko Ty i Ja. - Mówiąc to wszystko, zbliżał się coraz bardziej, aż w końcu ich usta złączyły się w delikatnym, acz namiętnym pocałunku, spragnionych siebie ciał. 
  - Hej! - Przerwała im. - Ktoś tu miał robić kolację. - Łypnęła na bruneta, który zaśmiał się tylko, wystawiając ku jej osobie język, jednak posłusznie wykonał polecenia, biorąc małą na ręce i udając się w stronę, przedzielonej zaledwie ścianką, kuchni. - A znowu ktoś inny, miał mi pomóc. 
  - Wybacz, kochana. - Młoda matka udała skruszoną, podchodząc do szafy. 
  Westchnęła, wcale nie była zła, raczej zdenerwowana wizją zbliżającego się spotkania; miała wrażenie, że zaraz oszaleje. Mimo, że - między nią, a Hernandezem nic nie było wyjaśnione, a w pracy wciąż udawali zupełnie niezależnych od siebie znajomych (zamienili ze sobą tylko kilka słów odnośnie wspólnego wypadu, a mianowicie te dotyczące godziny spotkania, etc, etc.), to jednak sama myśl o mężczyźnie, tak blisko, w smokingu?, przyprawiała ją o szybsze bicie serce, przesadną potliwość dłoni. 
  Szlag, czuła się zupełnie jak zakochana, głupiutka nastolatka.
  - W co by Cię tu ubrać, hmm - szeptała ciemnooka bardziej do siebie, niż do niej. Opadła na kanapę. - To nie. - Na podłogę spadło coś czerwonego. - To też nie. - Tym razem niebieska, niesamowicie szeroka sukienka śmignęła obok ucha. - A może... - Nastała dłuższa chwila ciszy. 
  - To? - Chwyciła się za serce, gdy, tuż przed jej nosem, pojawiła się (znikąd!) rozanielona Natalia, trzymając w dłoniach, zupełnie czarny, połyskujący lekko, materiał.
  Przyjrzała się uważnie. Mała czarna, sapnęła wewnątrz z niedowierzaniem. Pamiętała zakup tej sukienki, choć nigdy jej nie ubrała, ponieważ, jak sama stwierdziła, była zbyt... wyzywająca, i kupiła ją tylko ze względu na namowę, przebojowej, jak mawiali, koleżanki ze studiów - Camili. 
  Rudowłosa na drugim roku opuściła internat, a po uniwersytecie dość szybko rozniosła się plota o jej domniemanej ciąży. No to pobalowała, pomyślała z mściwą satysfakcją. Cóż, nigdy jej nie lubiła.
  W każdym razie, po swoim stwierdzeniu zakopała sukienkę głęboko w szafie, i zapomniała. Właściwie nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że zaginęła gdzieś podczas przeprowadzki z akademika do wynajętego - jej obecnego lokum, mieszkania.
  - Jest genialna - stwierdziła przyjaciółka, bez owijania w bawełnę. - Ubieraj. 
  Pokręciła głową. 
  - No nie bądź taka. Mówię Ci, ten cały Hernandez oszaleje. - Zaśmiała się głośno, gdy brunetka poruszyła zabawnie brwiami. Szybko jednak spoważniała. 
  - Coś mi się nie wydaje. - Westchnęła i, moim wszystko, wyrywając ubiór z zachłannych dłoni Natalii, skierowała się do jasnej, wyłożonej płytkami łazienki. 
  Jej mieszkanko - choć małe, było przytulne i wspaniale urządzone. Wzruszyła ramionami; po prostu, nie potrzebowała kolejnych metrów kwadratowych, skoro i tak mieszkała sama.
  Wciągnęła na siebie materiał, wygładzając sukienkę w okolicach ramion, płaskiego brzucha. Spojrzała w lustro - okej, może wyglądała zabójczo, gdyż czarna, zupełnie gładka (oprócz delikatnych, perełkowych zdobień na krańcach rękawów) sukienka sięgała zaledwie ud, owalny dekolt odsłaniał tyle ile powinien - nie za dużo, nie za mało, a długie rękawy, idealnie przylegające do ciała (tak jak całe odzienie), nadawały jej postaci eleganckiego, bardziej dystyngowanego wyrazu, ale... nie, tym razem nie miała żadnego "ale" w zanadrzu. Co jest nieco śmieszne, bo zawsze była zakompleksioną osobą, już od najmłodszych lat swojego życia, kiedy to rodzice najpierw zamieszkali osobno, wymigując się przed nią separacją, a potem rozwiedli - zostawiając ją samą, po środku. Między przysłowiowym młotem, a kowadłem, co?
  Wyszła z łazienki, pukając - odwróconą tyłem, Natalię w nagie ramię. Wysokie, czarne szpilki, z odkrytymi palcami, sprawiały, że sama blondynka była dużo wyższa niż zazwyczaj, a jej zgrabne nogi wyglądały na jeszcze dłuższe.
  - O matko. - Tylko tyle była w stanie wykrzesać z siebie, o kilka miesięcy starsza, przyjaciółka, gdy ją zobaczyła. 
  Uśmiechnęła się niepewnie. - Może być?
  - Czy może, czy może?! Luśka wyglądasz cudownie! - wykrzyknęła brunetka, używając nawet jej słodkiego, nadanego przez Anastazję, przezwiska, którego tak samo - jak i ona, nie znosiła. - Uh, coś czuję, że nie odpędzisz się od adoratorów - dodała i uśmiechając zalotnie, powachlowała się dłonią.
  - Przestań. - Zachichotała, uderzając ją w ramię. 
  - Teraz jeszcze tylko Cię umalujemy. - Mówiąc to, Natalia sięgnęła w stronę kosmetyczki i wyciągnęła z niej kilka - najbardziej istotnych, rzeczy. 
  Przejechała po jej ustach czerwoną szminką, a oczy podkreśliła czarną maskarą. Delikatny róż rozświetlił policzki, choć jak stwierdziła czarnowłosa... wcale tego nie potrzebowała: "Ty już błyszczysz", i była jej za te, w pewien sposób pokrzepiające, słowa naprawdę wdzięczna, bo cóż, chyba nigdy nie była zdenerwowana bardziej niż teraz, w tej chwili. W całym swoim dwudziestoczteroletnim życiu!
  Pół godziny później wskazówki zegara przesunęły się, zahaczając o godzinę dziewiętnastą trzydzieści. Odchyliła się niedbale na krześle, spoglądając na roześmianą dwójkę przyjaciół oraz Ani, która siedząc na kolanach ojca wierciła się na wszelkie możliwe strony. Mała była prawdziwym, nieskończonym niemal, wulkanem energii.
  Zaśmiała się, kręcąc głową; zaraz jednak jej usta wygiął przygaszony, na krańcach, uśmiech. Czasem patrząc na nich, żałowała. Zazdrościła. Dlaczego ona nie ma rodziny, dlaczego nie ma nikogo, kto mógłby ją pokochać? - To najczęstsze z pytań, które sobie w takich momentach zadawała. A potem, jak na zawołanie, przypominała sobie słowa ciemnowłosego przyjaciela: "My jesteśmy twoją rodziną".
  Potrząsnęła głową, w takim razie ma najlepszą rodzinę pod słońcem. Pomocną, świetlistą, o nieskończonej, wciąż buchającej niczym płomień, miłości. Ją też pragnęli objąć, pochłonąć w te zdradliwe - bo nie ma odwrotu, lecz tak bardzo pożądane, odmęty. Czy im na to pozwoli?
  Maxi był genialnym kucharzem - w swoim wieloletnim, owocnym związku z brunetką, to właśnie brązowooki zajmował się takimi sprawami, podczas gdy Natalia studiowała prawo, jednakże nie mogła zmusić się na, chociażby tknięcie smacznie wyglądającej potrawy. Ponte spojrzał podejrzliwie.
  - Myślałem, że lubisz moją kuchnie. - W jego głosie spostrzegła lekki wyrzut.
  - Bo to prawda - odpowiedziała szybko, nie chcąc niepotrzebnie urazić mężczyzny. - Po prostu nie jestem głodna.
  - Denerwuje się, to oczywiste. - Swoje trzy grosze wtrąciła Natalia.
  Zgromiła ją wzrokiem; przyjaciółka uwielbiała to robić, ale nie mogła mieć tego kobiecie za złe... To właśnie te drobne szczegóły - choć nieraz irytujące wszystkich wokół, tworzyły Pontównę. I mimo wad, nie zamieniłaby czarnowłosej na nikogo innego. Bo, w końcu, kto ich nie ma?
  - Może troszeczkę. - Wypuściła powietrze przez nos, z niewinnym uśmiechem. Wyłamała palce.
  Natalia zachichotała, kręcąc głową i wróciła do konsumowania przyrządzonej przez męża sałatki.

  O równej dwudziestej rozległ się dzwonek do drzwi. Uśmiechnęła się lekko; Hernandez nie tolerował spóźnień, więc oczywistym było, iż sam jest nad wyraz punktualny.
  Obciągnęła sukienkę, nagle martwiąc się, że może pokazywać trochę za dużo, i wymieniając uściski z każdym po kolei (tylko, śpiącą już, małą ucałowała w czółko), porywając jeszcze po drodze czarną, maleńką kopertówkę, którą pożyczyła od kuzynki - Lary, podeszła w stronę drzwi.
  Odetchnęła głęboko; ostatni raz - coś czuła, że przy nim zabraknie jej oddechu, i pociągnęła za klamkę. Oczywiście - miała rację, i zdała sobie z tego sprawę, gdy tylko za drzwiami spostrzegła jego wyprostowaną sylwetkę. Diego miał na sobie (jak wcześniej przypuszczała) czarny smoking, idealnie skrojony - dopasowany, równie czarną muchę pod szyją, która o dziwo nadawała mu zabawnego, swobodnego wyrazu, dokładnie wystylizowane włosy, i ledwo, bo ledwo, ale jednak widoczny zarost.
  Mężczyzna uśmiechnął się - w ten sposób, w który tylko on potrafił, a pod nią ugięły się kolana. Po chwili, zmierzył jej całą postać - od stóp do głów, uważnym spojrzeniem i sam zdębiał.
  - Ludmiła. - W jego ciemnych oczach dostrzegła niedowierzanie, zachwyt, podziw?
  - Diego. - Odparła, witając się. Zaśmiała się w duchu, na widok jego skołowanej miny.
  - Wyglądasz... - Urwał i zarumienił się... wściekle? Czy wzrok, aby jej nie myli? - Pięknie. - Dokończył, już pewniej, odchrząknąwszy wcześniej.
  - Aw, dziękuje. - Zachichotała, mrugając zalotnie rzęsami, a gdy zdała sobie sprawę z tego co robi, zaczerwieniła się równie mocno, co mężczyzna, chwilę temu. - Ty też niczego sobie. - Wybrnęła, odzyskując nagle zdolność mówienia, uderzając go lekko w ramię. Jak kumpla?
  Dobra, może nieco bardziej niż "niczego sobie", ale tego wiedzieć nie musiał. W końcu, czy to nie On powiedział niedawno, że może mieć każdą? (A przynajmniej tak zinterpretowała jego słowa) W takim razie, czy była dla niego jakimkolwiek wyzywaniem? Nie, była pod ręką. Prychnęła.
  - Coś się stało? - zapytał brunet, marszcząc brwi.
  - Nie, nie - zaprzeczyła, uśmiechając się słodko, a na przystojnej twarzy Diego pojawił się grymas; dostrzegł nieszczerość jej uśmiechu - podczas dwóch miesięcy wspólnej pracy miał sporo czasu na obserwowanie blondynki, i cóż, korzystał z tego prawa bardzo często, ale o tym wiedzieć nie powinna... Prawda?
  - W takim razie, chodźmy - zaproponował po chwili, z rozbrajającym uśmiechem, a ona - drugi raz tego samego dnia, zapomniała jak właściwie ma na imię. Przyjęła jego ramię.
  - Nie czekajcie! - krzyknęła jeszcze, obracając się w stronę zaszokowanych przyjaciół. Wzruszyła ramionami, ciekawe, o co im chodzi...
  Wyszli na zewnątrz, przed zadbaną kamienicę, a jej ramiona owiał mroźny, jednakże, w tej chwili niezwykle przyjemny, wietrzyk. Bo choć nie chciała przyznać sama przed sobą, dotyk Hiszpana palił. Czuła, że płonie, rozgrzewana każdym - najmniejszym nawet, ukradkowym spojrzeniem. Zawadiackim uśmiechem. Cóż, przynajmniej miała wytłumaczenie na wciąż nieblaknące rumieńce. (Całkiem mroźno, prawda?)
  Podeszli do czarnego, zaparkowanego na podjeździe BMW, tak świetnie kobiecie znanego z ich ostatniej, wspólnej przejażdżki. Ilekroć wracała  wspomnieniami do tamtego wydarzenia, chwili, jej oczy nieznacznie gasły.
  Mężczyzna otworzył jej drzwi, jak na dżentelmena przystało, i okrążając samochód, zasiadł na miejscu kierowcy. Usadowiła się wygodnie, odkładając kopertówkę na tylne siedzenie, i zapięła pasy. Odprężyła się, już po chwili, w takt spokojnego, wysyłającego wzdłuż jej kręgosłupa - przyjemny dreszcz, głosu Johna Lennona sączącego się wolno z głośników. Radio okazało się być jedynym (głośniejszym) towarzyszem ich podróży. Hernandez zbyt pochłonięty był drogą, ona - nie chciała mu przeszkadzać. Milczeli.
  Pół godziny później zajechali pod, równie wielką - co ich własnej firmy, nieznaną jej dotąd, siedzibę "Markizo Corporation", chociaż, to ona sama przecież, brała udział w tworzeniu poszczególnych paragrafów umowy. Praca zobowiązuje, pomyślała, chichocząc.
  Mężczyzna, jak poprzednio, otworzył drzwi, ofiarował ramię. Podeszli do oszklonego, rozsuwanego wejścia i wstąpili do środka. Uderzył w nią powiew ciepła, szum rozmów, zapach drogich, szykownych perfum, wody kolońskiej. Razem z inną grupą wpakowali się do windy, z zamiarem wjechania na ostatnie - trzydzieste piętro, gdzie mieścił się olbrzymi taras, sala konferencyjna, i jak się okazało - właśnie tamte pomieszczenia postanowiono wykorzystać, podczas organizacji bankietu.
  Spojrzała po pozostałych, z którymi zaszczyt było jej dzielić windę, i bardzo szybko zauważyła, że każdy mężczyzna ma na sobie smoking, a kobieta ubrana jest elegancko - prawie, że wytwornie... Spojrzała z uśmiechem na swoje ubranie; to jednak był dobry pomysł, dodała w myślach. W małej czarnej prezentowała się niezwykle szykownie.
  Zaparło jej dech w piersiach, a usta opuścił cichy okrzyk zdziwienia, podziwu?, na co mężczyzna bez oporów zachichotał, zgarniając ją do środka, gdy tylko dostrzegła wnętrze sali, w której przyjdzie im spędzić najbliższe kilka godzin.
  Pomieszczenie miało owalny kształt, w jednym kącie mieściły się stoły z przekąskami, napojami, na środku stał bar, wokół którego mieściło się mnóstwo roześmianych gości, mężczyzn stawiającym zarumienionym kobietom drinki, a znowu w przeciwległym, od pierwszego zakątku, mieściło się podwyższenie, coś w rodzaju sceny, z ciemnoskórym DJ'em za konsolą.
  Wszystko przystrojone było tysiącem, pachnących pięknie, kwiatów - gdzieniegdzie po prostu w roli wazonów, indziej - spływającym ku ziemi girland. A także połyskujących, jasnych lampeczek zwieszonych od jednego kąta do drugiego, i tak przez całą długość, szerokość. Srebrno-złote serpentyny spływały z sufitu, zahaczając co rusz, o ich włosy, ramiona.
  Jednak tym, co wyryło na niej największe wrażenie był ogromny, kryształowy żyrandol, mieszczący się na samym środku, i chybotający wesoło na boki. Miliony kryształów odbijało kolorowe światła otulając całą sale mnóstwem promieni, tęczowymi refleksami.
  Sapnęła z zachwytu.
  - Podoba Ci się? - zapytał Diego, z rozczuloną miną.
  Kiwnęła tylko głową, jednak szybko spuściła głowę, zażenowana. Cóż, w przeciwieństwie do Hiszpana, nie często miała okazję bywać w takich miejscach. Właściwie, z ręką na sercu, była na tego typu imprezie pierwszy raz. Zabawne?
  Przez następne pół godziny zaczepiani byli przez gości, jakieś ważne osobistości, dlatego musieli stać, uśmiechać się ładnie i wymieniać formy grzecznościowe. Hernandez za każdym razem przedstawiał ją jako swoją "asystentkę", i gdy przy okazji nadmieniał jak "świetną" pomocnicą była, po jej ciele, w okolicach serca, rozlewało się przyjemne ciepło. W końcu cała sprawa zaczęła ją nudzić, mężczyznę chyba też, bo jego mina na chwilę przybrała wyraz cierpiętnika, gdy w ich stronę podeszła kolejna para snobów.

  Popijała właśnie przyniesiony przez Hiszpana poncz, gdy coś ciemnego mignęło jej przed oczyma i wpadło w rozpostarte ramiona. Rozszerzyła zaszokowana oczy, dostrzegając roześmianą Francescę, w równie czarnej, co jej sukience, jednak nie przylegającej, a rozkloszowanej u dołu, sięgającej przed kolana. Wyglądała pięknie.
  - Ludmiła. - Włoszka kiwnęła głową z uznaniem, okrążając ją dookoła. - Wyglądasz... inaczej - podrapała się po brodzie. - Soczewki?
  Przytaknęła głową, zmieszana.
  - A więc Natalii w końcu się udało? - Zachichotała Francesca.
  Mimo, iż ciemnowłosa piękność nie znała jej przyjaciółki, w ciągu tych (teraz już ponad) dwóch miesięcy zdążyły się zżyć na tyle, by wiedzieć o sobie bardzo dużo, jak nie wszystko. W czasie przerw, to właśnie z Włoszką odwiedzała wszelkiego rodzaju kawiarnie, restauracje, co by napić się kawy, czy zjeść porządny obiad. Oprócz tamtej, jednej sytuacji, zamajaczyło gdzieś w podświadomości, a przed jej oczyma, bez udziału woli, stanęła scena, kiedy to pijąc kawę, i opierając ramieniem o kanapę, wesoło gawędziła z Hernandezem.
  - Tak - wyszeptała zarumieniona, odgarniając zagubiony kosmyk blond włosów za ucho. Nie mogła normalnie funkcjonować, gdy obiekt jej skrytych (naprawdę? Jesteś pewna?) westchnień, wodził za nią uważnym spojrzeniem czekoladowych tuneli.
  Francesca kiwnęła, z aprobatą. - Mówiłam, że to dobry pomysł.
  Posłała jej niewymuszony, szczery uśmiech. - A właściwie, Fran. - Upiła kolejny łyk. - Dlaczego tutaj jesteś?
  - A! Właśnie! - wykrzyknęła kobieta, z poszerzonymi w zrozumieniu źrenicami, i ślad po niej zaginął.
  Zamrugała oczyma, a kiedy spojrzała na Diego ten wzruszył ramionami. Ciemnowłosa zawsze była nieco, ekhm... roztrzepana.
  Panująca między nimi, nagle niezręczna, cisza nie trwała jednak zbyt długo. Z tłumu ponownie wyłoniła się Włoszka, ciągnąc za sobą wysokiego, zielonookiego blondyna, o przystojnej twarzy i szerokim uśmiechu.
  - To jest Leon, mój narzeczony. - Odezwała się kobieta podniosłym, jakby lekko patetyczny, tonem. Zachichotała. - Jego rodzina prowadzi dość sporą firmę deweloperską, zupełnie jak Diego (mimo wszystko, z szefem, większość osób była na "Ty"), dlatego przyszłam tu z nim.
  Przyjrzała się mężczyźnie i nagle coś zaświtało. - Ah, więc to jest ten sławny pan, o którym tak wiele słyszałam? - Francesca spłonęła rumieńcem.
  Leon zaśmiał się; to był bardzo przyjemny dźwięk.
  - Najwyraźniej. - Przemówił, łapiąc jej wolną dłoń. - Leon Verdas, miło mi. - Pochylił się i ucałował jej wierzch.
  Zarumieniła się mocno. - Ludmiła Ferro, mnie również.
  - Ekhm. - Ktoś odchrząknął.
  Wybałuszyła oczy, gdy wspomnianym "ktosiem" okazał się Diego, z dość nietęgą miną. Spłonęła rumieńcem, chrząkając coś na kształt "Oh", gdy okazało się, że zielonooki wciąż nie puścił jej dłoni. Wyrwała się delikatnie, co by przypadkiem blondyna nie spłoszyć, i uśmiechnęła lekko.
  - Uuu. - Francesca objęła szyję ukochanego. - Widzę, że ktoś tu się polubił. Tylko wiesz, żebyś mi go czasem nie podkradła. - Pokiwała jej prześmiewczo palcem. Cała trójka wybuchnęła szczerym śmiechem.
  Spojrzała na bruneta, po swojej lewej, który wymamrotał coś pod nosem i zacisnął usta w wąską kreskę. Uniosła wydepilowaną brew. Zazdrosny?, przebiegło jej przez myśl, lecz szybo zepchnęła dziwne słowo na dno, kręcąc szybko głową, gdy zdała sobie sprawę z jego absurdalności.
  Włoszka zamilkła, gdy szef łypnął na nią złowrogo, i unosząc na chwilę wyżej brwi, coś zrozumiała, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo nagle uśmiechnęła się złośliwie - uśmiechem triumfalnym, jakby wszystko wiedzącym i powiedziawszy: - Dobrze, my już pójdziemy. - Odeszła z narzeczonym w stronę parkietu.
  Mrugnęła - raz, drugi, jednak wiedząc, że i tak nigdy nie uda jej się zgłębić tajników psychiki kobiety, pokręciła zrezygnowana, lecz rozbawiona, głową. Zerknęła niepewnie w stronę starszego, bo o cztery lata, mężczyzny.
  Uśmiechnął się - delikatnie, bo zaledwie kącikiem ust, jednakże to wystarczało, by wzdłuż jej pleców przebiegł elektryzujący dreszcz.
  - Ludmiła. - Zaczął, a głos miał tak pociągający i niski, że jej serce podjechało niesamowicie blisko gardła - zupełnie jak kiedyś, za pierwszym razem, tym razem nie ze strachu, a z jakiegoś innego, niezidentyfikowanego uczucia.
  Przełknęła ślinę, obserwując delikatny ruch jego dłoni, która szybko spoczęła na jej policzku. Zarumieniła się, zaledwie centymetry?
  - Oh, Hernandez, tu jesteś! - Za nimi rozległ się tubalny głos, a czar prysł, gdy Diego westchnął głośno, i odwracając spojrzenie od jej zamglonych tęczówek, zerknął na przybysza.
  - Pan Markizo, witam. - Przywitał się brunet uprzejmie, choć w jego głosie dostrzegła zgryzotę. Odeszli na bok.
  Odetchnęła głośno, dotykając płonącego policzka. W miejscu, gdzie spoczęła, a chwilę później zniknęła jego duża, silna dłoń, odczuwała przyjemne mrowienie, ciepło. Jęknęła zła, wręcz zrozpaczona. Spuściła głowę, dlaczego?
  Wyrwała się z przykrego letargu i ruszyła w stronę wyjścia na taras (czy tam balkon); potrzebowała odrobiny świeżego powietrza. Łokciami oparła się o żelazną barierkę i rzucając jedno, szybkie spojrzenie niebu, które zewsząd pokryte było gwiazdami, ukryła zarumienioną twarz w dłoniach.
  Głupia, wyklęła się w myślach. Wariatka.
  Zadrżała z zimna. Ten stan nie trwał jednak dostatecznie długo, by mogła porządnie zamarznąć, bo zaraz poczuła coś ciepłego i gładkiego, opadającego i opatulającego jej ramiona. Uniosła wzrok, spoglądając na uśmiechniętą twarz Hernandeza. Oddał jej swoją marynarkę. Ścisnęła materiał.
  - Dziękuje. - Hiszpan ledwo zrozumiał jej wypowiedź, tak cicha była.
  - Nie ma za co. - Wzruszył jeszcze ramionami. - Jest całkiem chłodno, prawda? - Spojrzał na nią, opierając się - tak samo jak ona, obok.
  Kiwnęła głową. Chwilę trwali w ciszy, lecz pierwszy raz od niepamiętnych dziejów (czyli tygodnia) nie była ona niezręczna, a wręcz pożądana.
  - Wiesz. - Poluzował delikatnie muszkę. - Nigdy nie lubiłem tego typu imprez.
  Zaśmiała się, może tylko trochę za głośno. Kto jak kto, ale mężczyzna nie miał sobie równych w rozluźnianiu atmosfery.
  - Racja. - Przytaknęła śmielej. - Są nudne.
  Tym razem to ciemnooki wybuchł głośnym śmiechem. - I właśnie dlatego Cię lubię. - Spojrzał na nią, a jego tęczówki przeszyły ją na wskroś. - Wiedziałem, że zabierając Cię, będę mógł się wyluzować. W sumie, to wyjaśnia powód, dla którego to zrobiłem.
  Zamarła na chwilę, niezdolna nawet do zaczerpnięcia oddechu, a co dopiero wypowiedzenia, czy tam sformułowania, jakiegokolwiek słowa, zdania. Szybko jednak odzyskała rezon. Spojrzała nań kątem oka; mężczyzna, nie pozostawał dłużny, uważnie przyglądając się jej poczynaniom, spod przymrużonych powiek.
  - Naprawdę? - Obróciła się tak, by spojrzeć brunetowi prosto w oczy. W jej głosie pobrzmiewała ostra nuta. - A nie dlatego, że nie było już wystarczająco dużo czasu, by szukać zastępstwa?
  Na chwilę zamarł, zlękniony.
  - Ja... - Chyba sam nie wiedział, do czego zmierza, jak się wytłumaczyć, wybrnąć, bo umilkł równie szybko, co w ogóle zaczął.
  - Spokojnie. - Dotknęła jego ramienia, uśmiechając się delikatnie, choć jej głos ociekał smutkiem. - Nie musisz nic mówić. - Dokończyła i ściągnęła marynarkę, wciskają mężczyźnie w dłonie. Obróciła się na pięcie z zamiarem odejścia; w jej oczach zalśniły pierwsze łzy.
  Przystanęła w miejscu, gdy Diego złapał jej nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Utonęła w jego spojrzeniu.
  - Posłuchaj mnie, Ludmiła... - Nie dokończył, gdyż w tle, z zadymionego pomieszczenia dobiegły ich pierwsze nuty znajomego utworu.
  - Uwielbiam tę piosenkę. - Wyrzucili z siebie jednocześnie, a kiedy zdali sobie z tego sprawę, wybuchnęli śmiechem. W głos.
  - W takim razie... - przemówił mężczyzna z uśmiechem; w świetle księżyca wyglądał tak pięknie, wręcz nierealnie. - Nie pozostaje mi nic innego, jak zaproponować Ci wspólny taniec. - Zachichotała, gdy puszczając jej nadgarstek, skłonił się nisko. - Mogę prosić?
  Uśmiechnęła się szeroko, zapominając na chwilę o troskach, niedomówieniach - panujących między nimi. Tylko chwila, szepnął cichy głosik, tuż obok ucha. Kusił?
  - Ależ oczywiście - odszepnęła podobnym, podniosłym tonem i podała mężczyźnie swoją dłoń. Uderzyło ją niewiarygodne ciepło, gdy ich skóry otarły się o siebie, a palce zetknęły. Wyładowania elektryczne?
  Weszli do środka, zmierzając w stronę parkietu, gdzie niejedna para przygotowywała się już do spokojnego, rozbujanego tańca. Gdzieś w tym tłumie dostrzegła rozanieloną Francescę, z Leonem przy boku.
  Nagle pokręciła głową, gwałtownie, w duchu pytając: Co ja właściwie robię?, jednak szybko zapomniała o wątpliwościach, a konkretnie w momencie, gdy Diego ułożył jedną ze swoich dłoni na jej talii. Dotknęła wolnymi opuszkami palców jego ramienia. Uniosła oczy.

  MUZYKA*

  Wise men say only fools rush in 

  Ruszyli. Tańczyli powoli, bujając się lekko, w takt muzyki; słów - ukochanego wokalisty jej matki.

  But I can't help falling in love with you 

  Jeden obrót, drugi. Mężczyzna odepchnął ją od siebie delikatnie, tylko po to, by zaraz przyciągnąć jej ciało z powrotem, splatając ramiona na jej piersi.

  Shall I stay?
  Would it be a sin,
  If I can't help falling in love with you?

  Nie pamiętała, kiedy ostatnio tańczyła walca - chyba na weselu Natalii i Maxiego, gdzie właściwie była świadkiem, jednak była pewna, że brunet robił to dość często, ponieważ miała wrażenie, że na parkiecie czuję się nad wyraz pewnie. Jak w domu?, pomyślała i zaśmiała się cichutko.
  Wiedziała, że trzymając się jego dłoni, wytycznych, nie zgubi kroku. 
  I choć nie miała pojęcia na czym stoją, dotyk i ciepło jego ramion, czułe objęcie, sprawiło, że zapomniała o bożym świecie. Lecz strach pozostał.

  Like a river flows surely to the sea
  Darling so it goes 


  Zarumieniła się mocno, dostrzegając pewne, świdrujące spojrzenie ciemnych tęczówek, na swojej, nagle - płomiennej, twarzy.Jeszcze jeden obrót, wpadła wprost w silne ramiona.

  Some things are meant to be
  Take my hand, take my whole life too 


  I kolejny, kolejny. Zapomniała już, w którym miejscu kończy się rzeczywistość, a gdzie zaczyna granica - niedostrzegalnego okiem, snu. Ktoś wypuścił konfetti; złote opiłki zawirowały w powietrzu i opadły, wplatając się niczym gwiazdy w jej długie, delikatnie pofalowane włosy.
  - Bo nic nie mogę poradzić na to, że się w Tobie zakochuję. - Zaśpiewał mężczyzna, zlewając swój głos z tym należącym do Presleya, tuż przy jej uchu, a ją przeszedł, jeden z, najprzyjemniejszych, jakie przyszło kiedykolwiek jej czuć, niekontrolowanych dreszczy.
  Najlepsze, że nawet kiedy śpiewał jego głos pozostawał głęboki, pełen żaru, z lekką, acz wyczuwalną chrypką. 
  Zbyt pochłonięta, nie dostrzegła nawet momentu, kiedy to mężczyzna zbliżył się na tyle blisko, by ich usta zetknęły się w delikatnym pocałunku. Zupełnie jak muśnięcie skrzydeł motyla.
  Zamarła, wpatrując się w przymknięte powieki. Bez zastanowienie podjęła decyzję - nie mogła, o nie. Wyrwała się, nie zwracając uwagi na prośby Hernandeza o zatrzymanie się, i przepychając przez, zbitych ciasno, ludzi, dopadła do windy.
  Załkała głośno, wciskając się - wprost w objęcia ciasnego pomieszczenia. Drzwi zasunęły się. Oszalała wcisnęła guziczek, opatrzony cyferką "0", i oparłszy plecami o ścianę, odetchnęła głośno. Wołała o oddech.

  Like a river flows surely to the sea
  Darling so it goes 


  Zatkała uszy; nie chciała nic słyszeć, tylko... zapomnieć?
  Uciekła?
  Racja.
  Jak tchórz?
  Zupełny.
  Płacz wezbrał na sile. Bo co miałam zrobić? Czekać, aż mężczyzna odsunie się i przeprosi za chwilę zapomnienia, nieuwagi, która dla niej była najpiękniejszą z możliwych chwil, choć podszyta grubą nicią goryczy? A może, aż stwierdzi, że to tylko kolejny, głupi żart, i zabawnie było obserwować jej skołowaną, rozanieloną minę? Nie chciała tego. 

  Ktoś zaśmiał się na górze. Nie, nie na piętrze, czy tarasie. Wyżej.
  Wiesz, jaki był ich największy problem?
  Nieporozumienie.

  Some things are meant to be

  Wyszła z windy, a niechciany, w tej chwili, głos Elvisa, pobiegł w krok za nią. Zaklęła siarczyście pod nosem, przecież to niemożliwe. Wariuję?
  Dobiegła do oszklonych drzwi i zaraz znalazła się na zewnątrz, przeklinając w myślach własną głupotę. Na dworze było wyjątkowo zimno, na minusie? Opatuliła się ciaśniej ramionami, zauważając nagle brak torebki - pokręciła głową, czy to teraz ważne?, i ruszyła przed siebie.
  Kolorowe światła tętniącego życiem miasta oświetlały jej drogę. Jednak nie zdążyła postawić nawet kilku stanowczych kroków, bo ktoś dość brutalnie chwycił ją za ramię, odwracając w przeciwną stronę. Stanęła twarzą w twarz ze swoim oprawcą.
  - Co Ty do cholery wyprawiasz? - syknął mężczyzna; wyglądał na złego. Jednakże (na ich nieszczęście), jego wściekłość zadziała na blondynę zupełnie tak, jak czerwona płachta działa na byka.
  Uśmiechnęła się złośliwie. - Co ja wyprawiam? Chyba Ty. Zastanów się, co mówisz.
  Prychnęła, unosząc wysoko głowę, z nagłym zamiarem odejścia (zniknięcia?), jednakże uścisk jego dłoni okazał się zbyt mocny, by mogła uciec. Ponownie.
  - No nie wiem. - Diego skrzyżował ręce na piersi, i dziwnym trafem - nie ruszyła się z miejsca, mimo zwolnienia nadgarstka. - To nie ja uciekłem jak tchórz. - Spojrzenie ciemnych oczu było zimne, wręcz lodowate. Zadrżała.
  
  Take my hand, take my whole life too
 
  - A co innego miałam zrobić? - rzekła, po chwili ciszy. Oczy mężczyzny złagodniały, wyraz twarzy też, gdy dostrzegł jej niepewność, kruchość. - Czekać aż mnie wyśmiejesz?
  Zamrugał zszokowany oczyma. - Dlaczego miałbym to zrobić?
  - Bo nic do mnie nie czujesz? - podsunęła uprzejmie, a na przystojnej twarzy dostrzegła wahanie; zignorowała je jednak, zaliczając szybko do listy mar, wynikających z, otulającego ją zewsząd, zmęczenia. - Ah, rozumiem. - Brunet zmieszał się, słysząc nagłą pewność w jej głosie. Zaśmiała się gorzko. - Podobam Ci się taka, prawda? - zapytała, wskazując swoją sukienkę, włosy, twarz. - Wyglądam lepiej, więc postanowiłeś traktować mnie lepiej, co?
  Ciemnooki o mało nie zapowietrzył się, słysząc te słowa. - O czym Ty, do cholery, mówisz?
  - Nie udawaj - sarknęła, krzywiąc się mocno. - Najwyraźniej, wcale nie pomyliłam się, gdy na początku powiedziałam, że jesteś zwykłym krety...
  Zamilkła jak zaklęta, gdy, chcąc ukrócić jej przytyki, mężczyzna zamknął jej karminowe wargi namiętnym (kolejnym już) pocałunkiem. Oderwała się po chwili, bardziej niż zmroczona, gdy obojgu zabrakło powietrza.
  - Co Ty...?
  - Posłuchaj mnie, wariatko - fuknął Diego, a ona prychnęła. Musiała go nieźle zdenerwować. - Nie wiem, co sobie ubzdurałaś, ale nie, nie jestem typem mężczyzny, który wykorzysta i zostawi. Nie przerywaj mi! - warknął, widząc jak ta otwiera usta. - I nie, nie traktuje Cię lepiej przez zmianę wyglądu. Ludmiła, cholera! Za kogo Ty mnie masz? - Potarł twarz dłonią. - Już pod oprawą tych grubych, ciemnych okularów dostrzegłem twoją piękną twarz. - Chyba trafił w odpowiedni punkt, bo blondynka zupełnie zdębiała. - Ale nie ona była najważniejsza, o nie. To twój uroczy, lekko niepewny uśmiech. Wibrujący, zawsze radosny śmiech. Sposób w jaki zaciskasz dłonie, gdy się zdenerwujesz, i ten - w jaki je rozluźniasz, gdy okaże się, że wszystko poszło zgodnie z planem. I ten, w jaki segregujesz dokumenty - kolorystycznie, bo sama jesteś jak każdy najdrobniejszy kolor, tak zmienna, nieuchwytna. To fakt, że kubek z kawą zawsze stawiasz po lewej, bo dziwnym trafem jesteś i prawo, i leworęczna. Te wszystkie rzeczy tworzą prawdziwą Ciebie. - Stała tam, z rozdziawioną nieelegancko buzią, wysłuchując Jego, teraz już spokojnych, słów.

  For I can't help falling in love with you 

  - I kurcze. - Mężczyzna zaśmiał się nerwowo, pocierając kark. - Naprawdę nie potrafię nic poradzić na to, że się w Tobie zakochuję.
  Zapadła cisza. Dziwna, bo wcale nie dusząca, ale nie na tyle komfortowa, by mogli czuć się swobodnie. Brunet już powiedział, co czuję, teraz kolej na nią?
  - Ale. - Zaczęła, jakby niepewnie, w końcu odzyskując głos. Od razu na nią spojrzał. - Dlaczego w takim razie powiedziałeś, że bierzesz mnie ze sobą, żeby nie szukać nikogo na siłę? - Dokończyła groźnie, opierając dłonie na biodrach.
  - A co miałam powiedzieć, hm? - zapytał, nagle równie zdenerwowany. Szybko się jednak zreflektował; odetchnął. - "Ludmiło, skradłaś moje serce, za pierwszym razem, gdy Cię ujrzałem, zgodzisz się mi towarzyszyć?" Jakby to zabrzmiało? - Jęknął głośno, z oburzeniem. A ona wybuchnęła śmiechem.
  Mężczyzna prychnął, marszcząc brwi. - I z czego się śmiejesz?
  - Z Ciebie - odparła prosto, niepewnie dotykając skóry na jego policzku. Pod opuszkami palców wyczuła delikatny zarost.
  Stali chwilę w milczeniu, mierząc się zaciekłymi spojrzeniami. Zdeterminowani, by dostrzec wszystko, prawdziwe emocje - każdą, nawet tę najmniejszą, najdrobniejszą?  
  - Naprawdę skradłam twoje serce? - zapytała, po dłuższej chwili, wodząc palcem po jego brodzie.
  - Tak. - Odetchnął mężczyzna, trącając jej klatkę piersiową palcem wskazującym. Zaczepnie. - Złodziejka.
  Zaśmiała się najszczerzej jak tylko potrafiła, odrzucając głowę do tyłu, a brunet nie czekając, tylko wykorzystując zaistniałą sytuację, pocałował ją mocno.
  Oplotła ramionami jego szyję, wplatając palce w miękkie, ciemne kosmyki, i przyciągnęła jego głowę bliżej. Całowali się szybko, nagląco, stojąc na, lekko oblodzonym od szronu, chodniku, otoczeni przez tysiące błyskających świateł. Zapomnieli kim są, po co są. Ważna stała się tylko ta chwila, ten moment, gdy ich usta - tak blisko, ocierały się o siebie, przynosząc im obu ulgę, utęsknione spełnienie.
  Tak długo na to czekali?

  For I can't help falling in love with you*

  Za ich głowami, nad niedawno opuszczonym budynkiem korporacji, wybuchły fajerwerki.

*
dwa lata później

  Siedziała przy rozległej, kuchennej wysepce, na jednym z barowych krzeseł, gdy nagle, tuż pod jej nosem - w ramach dziwnego rytuału, którego przestrzegali od dnia, gdy tylko zamieszkali razem (to jest jakieś półtorej roku temu), w ogromnym domu mężczyzny, który dla jednej osoby wydawał się być zbyt duży, pusty, dla dwóch - w sam raz, wylądowały dwa kubki. Oba z kawą - czarną, bez cukru, ich ulubioną. Nie, teraz tylko jeden. Drugi - niebieski w białe grochy, który upatrzyła sobie zaraz po przeprowadzce, wypełniał marchewkowy soczek. 
  Zmarszczyła brwi, patrząc w stronę męża (jak to brzmi... nierealnie? Pięknie?) - tak, teraz już niemal od roku, błagalnie. Przygryzła wargę, próbując zastosować, tak zwaną  szczenięcą minkę.
  Choć zazwyczaj ten sposób działał na Diego wyjątkowo świetnie, to... nie tym razem.
  - No już, nie nabzdyczaj się tak - powiedział, pstrykając ją w czoło. Warknęła. Brunet stanął za jej plecami i obejmując jej talię, przejechał kciukiem, po lekko zaokrąglonym brzuszku. - Dobrze wiesz, że Ci nie wolno - wymruczał wprost do jej ucha, drażniąc nosem zaróżowiony policzek. 
  - Czasem Cię nienawidzę, wiesz? - zapytała, kiedy mężczyzna w końcu usiadł, z prawej, chwytając kubek - czarny jak noc, wypełniony po brzegi aromatycznym napojem. Spojrzała z powątpiewaniem na naczynie w swoich dłoniach; łyknęła - nie taki zły.
  - Aw, oczywiście - odparł Hiszpan rozczulony, opierając twarz na, podpartej w łokciu, dłoni. - Prawie tak mocno, jak mnie kochasz, prawda?
  - Możliwe. - Zarządziła z uśmieszkiem, opróżniając pozostałości kubka jednym, zdecydowanym łyknięciem.
  Ciemnooki pokręcił zrezygnowany głową. Uśmiechnęła się - mimo swoich, skończonych niedawno, trzydziestu lat Diego wciąż wyglądał młodo. Gorąco i przystojnie też, zwłaszcza w garniturze, jeśli już chcecie wiedzieć. Zachichotała, spoglądając na swój brzuch. Czasem, całymi dniami, zastanawiała się jak to będzie z ich dzieckiem - nie znali płci, stwierdzili, że chcą mieć niespodziankę, ale coś nieustanie podpowiadało jej - matczyny radar?, że ich pociecha okaże się chłopczykiem, czy odziedziczy więcej po niej, a może po nim? 
  - O czym tak myślisz? - zapytał brunet, przejeżdżając opuszką kciuka po jej szyi. Zadrżała; oczywiście, znał każdy z jej słabych punktów, i za każdym razem - umiejętnie go wykorzystywał.
  - O dziecku, o Nas - odparła, wzruszając ramionami. Pokiwał głową na znak, iż rozumie; ostatnio myślała o tego typu sprawach bardzo często. 
  - Ja za to. - Diego przerwał, szukając odpowiednich słów; spojrzała nań kątem oka, nie odwracając jednak całkowicie wzroku od, otulonego w materiał flanelowej pidżamy, z każdym dniem, coraz bardziej wypukłego brzuszka. - Zastanawiam się, gdzie za kilka miesięcy znajdę drugą, tak cudowną, sekretarkę, w ramach zastępstwa... - Jęknął; na pierwszy rzut oka widać, że cierpi.
  - Ha, ha, ha. - Zaśmiała się głośno, gardłowo, uderzając go mocno w ramię. - Kretyn, no kretyn. 
  - Może. - Mężczyzna zmrużył zaczepnie oczy, dotykając jej policzka. Utonęła w słodkiej czekoladzie. - Ale tylko Twój - wyszeptał przy jej szyi, a ją przeszedł przyjemny dreszcz.
  - Racja. - Objęła ramionami jego szyję, wpakowując mu się na kolana. - I nigdy o tym nie zapominaj - ostrzegła, grożąc mężowi palcem.
  - Nie śmiałbym - powiedział i zamknął jej usta delikatnym, przepełnionym jednak uczuciem, pocałunkiem.

  - Kocham Cię.
  - Ja Ciebie też.

  *

  Od autorki: Witajcie, mili! xo Jeśli jesteście w tym miejscu (nie, bez opuszczania treści! ;D), to przyjmijcie moje gratulację! I szczere, najszczersze podziękowania. Nawet jeśli nie pozostawicie po sobie komentarza, wiedźcie, że jestem Wam dozgonnie wdzięczna. Zdaję sobie sprawę, że ten oneshot (zamówienie) był bardzo długi, więc rozumiecie mój entuzjazm, jeśli ktoś rzeczywiście przeczytał, w całości! Może nie jest najlepszy, trochę nudnawy (ale czy ja kiedyś napisałam coś innego?) - taka ot, zwykła obyczajówka, to naprawdę się nad nim napracowałam... Z ciekawości policzyłam nawet ilość słów, chcecie wiedzieć? Około 10 tysięcy (pobiłam rekord, juhu! Ostatni wynosił prawie 9 ;D) Haha, jestem niemożliwa, no wiem. Przepraszam.
  Olivio, chyba jakoś przebrnęłaś, prawda? Starałam się trzymać umówionych wytycznych, a więc masz Ludmiłę jako asystentkę/sekretarkę Diego, haha. Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci wątek Naxi czy Leonesci - nie były one aż tak widoczne, aczkolwiek istotne dla historii (zwłaszcza pierwszy)... Nooo, po prostu taka koncepcja zrodziła się w mojej głowie, po pierwszym przeczytaniu twojej propozycji na fabułę, i proszę! Marzę, byś tylko nie była zła. Czuję się winna zaznaczyć to w tym miejscu, a także u góry w opisie, gdyż cóż, zapis zamówienia nie zawierał żadnych, dodatkowych par :)
  To tak... na koniec, zapraszam do czytania poprzednich OS, zamówień, a także komentowania, jeśli ktoś chciał, a wciąż nie miał ku temu okazji - dziewczyny są świetne, najlepsze! Zasługują na uznanie (: ♥
  Co jeszcze? Za kilka dni pojawia się kolejny OS/Zamówienie, tym razem - Kasi i Marceli, czekajcie, bo ja wiem, że warto ;>
  Kocham Was wszystkich, dziękuje za poświęcony czas i przepraszam za jego zabranie (;c), Edyta ♥

  * - Elvis Presley - Can't Help Falling In Love 

  PS: Widzimy się ponownie, stosunkowo niedługo, bo dokładnie za dwa tygodnie. Do zobaczenia! ♥
  EDIT! (Jeju, zapomniałam o.o To przez tę nieludzką porę XD) PS.2: Naprawdę cieszy mnie fakt, iż dzisiejszego dnia udało mi się coś dodać - może nie na swojego indywidualnego bloga, ale JSM, bo cóż, dzisiaj trzeci, czyli, co za tym idzie, kolejny - siódmy już, miesiąc Waszego obcowania z moją osobą. Jak to znosicie? XD Hahaha. No nic, dziękuje za wszystko! ♥