Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2014

{Zamówienie 013} Naxi || "Dulcis Somniabunt" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dulcis Somniabunt"
Para: Naxi (Natalia & Maxi)
Gatunek: Psychologiczny, thriller, dramat, horror, science-fiction, romans.
Przedział wiekowy: T




                                                       Dla Wiktorii P. <3



* * *



  - Witaj, kochana. Jak się czujesz?

  - Bardzo dobrze, dziękuje.

  - To nasza kolejna, trzecia już sesja, możemy zaczynać?

  - Oczywiście.

   chwila na oddech 

  - Wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu, a może więcej? Nie wiem, czasem zapominam, jestem też kiepska w liczeniu, w końcu nigdy nie znosiłam matematyki. Ale... Czy ja nie odbiegam od tematu? Może prościej będzie jak powiem, że właśnie skończyłam studia weterynaryjne. Od dziecka uwielbiałam zwierzęta, szczególnie koty. Mama często powtarzała mi, że to właśnie one oddają ludziom najwięcej swojej miłości - nie wierzyłam, ale to szybko się zmieniło, kiedy adoptowałam swojego pierwszego mruczka, to on właśnie nauczył mnie odpowiedzialności i tego, no, znów paplam bez sensu...

   sekundy ciszy - wzdycha

  - Nie łatwo mi o tym mówić.

  - Wiem, rozumiem. To co się stało po zakończeniu studiów?

  - Nic szczególnego. Zmarł mój dziadek, a kotka tak po prostu zniknęła. Nie próbowałam jej nawet szukać, bo po co? Siedziałam zdruzgotana na fioletowej kanapie w salonie - nawiasem mówiąc, była obita strasznie szorstkim materiałem, okropieństwo - i przyglądałam się obrazom na ścianach, które tak dobrze znałam. Właśnie tamtego dnia podjęłam drugą, najgorszą decyzję w swoim życiu. Postanowiłam się wyprowadzić. Każdy człowiek marzy o tym, by wyfrunąć z rodzinnego gniazdka, zacząć pisać zupełnie nowy rozdział swojego życia, prawda? Tak też się stało ze mną. Wynajęłam mieszkanie na obrzeżach miasta, ścięłam włosy i kupiłam nowego kota. Wszystko miałam zaplanowane co do minimetru. Pieniądze odkładałam przez dłuższy czas i mniej-więcej miało starczyć na opłacanie mieszkania przez trzy miesiące, oraz inne wydatki, te takie drobniejsze. Odprężyłam się, poczułam, że w końcu żyje. Udało mi się poznać też kilka ciekawych osób, przeczytać mnóstwo książek - kryminałów, nie lubię dramatów, nudzą mnie. Ach, no i poznałam mężczyznę.

  - Zakochałaś się?

  - Nie. Okazał się być felernym strzałem, życiowym błędem. Chociaż, wiesz co? Był po prostu świnią, jak wszyscy faceci, bez urazy, oczywiście. Nigdy nie byłam desperatką, co też nie skłoniło mnie do dalszych poszukiwań swojej drugiej połówki. A wraz ze złamanym sercem, dostałam również falę rachunków. Musiałam chyba coś źle policzyć, bo pieniądze rozeszły się szybciej niż myślałam, co gorsza, zaczął się sezon świąteczny, czyli ten najgorszy dla bezrobotnych. Próbowałam znaleźć pracę. Myślałam, że pójdzie mi łatwo, bo w końcu studia medyczne to nie lada wyzwanie, a trudno w tych czasach znaleźć kogoś, kto by się tym interesował. Wysłałam CV do kilku klinik weterynaryjnych w okolicy, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo otrzymałam świadectwo z wyróżnieniem - jestem naprawdę pilna w nauce. Może to chodziło o wiek? Być może byłam za młoda? Sama nie wiem. Od tego momentu, kiedy zrozumiałam, że wcale nie jestem tak odpowiedzialna, na ile mi się zdawało, zaczęły się wszystkie problemy. Brak pieniędzy, brak jedzenia, brak jakiejkolwiek radości, wiesz? Kopert z rachunkami zaczęło przybywać, a ja ich nawet nie otwierałam, nie umiałam, przerażał mnie widok tych wszystkich cyferek - swoją drogą było ich bardzo dużo. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu na kanapie, wraz z depresją, która wtedy była moją jedyną przyjaciółką, wzięłam się w garść i wyszłam na miasto w poszukiwaniu jakiejś dorywczej pracy. Czegoś na szybko, rozumiesz, prawda?

     myśl
       myśl
          myśl

  - Był styczeń, początek nowego roku. Zajrzałam do kilku księgarni, restauracji, kawiarni, aż w końcu ktoś zainteresował się mną w sklepie z antykami. Starsza, niska kobieta, o mocno czarnych, farbowanych włosach, wysoko osadzonych oczach i falą zmarszczek na twarzy, przyjęła mnie z uśmiechem, twierdząc, że idealnie nadaje się na sprzedawczynie. Trochę przerażała mnie wizja spędzania czasu, wśród zakurzonych, wołających o natychmiastową konserwacje, przedmiotów, które moim zdaniem nie były szczególnie wartościowe ale, bądź co bądź, sama zasłużyłam sobie na to wszystko. Ech, no i miałam zacząć od poniedziałku.

  - Jak Ci poszło pierwszego dnia?

  - Kiepsko, zbiłam kilka wazonów i zalałam kawą szafę grającą, ale nie mówmy o tym, dobrze? Nie umiałam połapać się też w tych cenach, fakturach, rachunkach czy coś tam. Już Ci wspominałam, że z moją matematyką ciężko, prawda? Chociaż... Pani Dobros - zdążyłam się już z nią zapoznać, naprawdę miła kobieta - wciąż widziała we mnie determinację i stwierdziła, że da mi kolejną szansę. Cóż, skończyło się na dwudziestej trzeciej, kiedy zapomniałam zamknąć sklepu i złodzieje ukradli pieniądze, automat do kawy i prawdziwe skarby lat osiemdziesiątych. Naprawdę, ja wśród tych staroci nie widziałam nic cennego.

  wzdycha

  - Zostałam zwolniona zaledwie po dwóch tygodniach, rozumiesz? Właściwie... miałam o tym nie mówić. Miałam skupić się na czymś innym. Cholera. 

  - Spokojnie, mamy dużo czasu. To jaki jest ciąg dalszy tej historii? 
  
  - Ekhem. Beznadziejny. 

  - Otworzyć okno? Nie jest Ci za gorąco? 

  - Nie, po prostu się denerwuje, przejdzie mi. Dalszy ciąg jest jeszcze gorszy. Jak wiesz, nie jestem desperatką, ale w chwilach, kiedy nie masz już ani grosza przy sobie, a twój żołądek kręci się jakby miał jakiegoś głębokiego świra, albo robaki - obojętnie - to potrafisz zrobić naprawdę bezsensowną rzecz. Ja właśnie taką zrobiła i żałuje, wszystkiego. A, z wyjątkiem jednego, ale o tym dowiesz się później. 

  - Co zrobiłaś?

  - No więc popełniłam największy błąd w swoim życiu. Tak, to ten pierwszy, najokropniejszy, a jego skutki rozchodzą się po mnie do teraz. Czuję czasami chłód, wtedy nie wiem co ze sobą zrobić i płaczę. Ech, ale teraz nie o tym... Nie zauważyłeś, że lubię zbaczać z tematu? 

      cisza 

  - Nieważne. Szłam chodnikiem w stronę domu, jak co wieczór, ale tym razem nie zwracałam na nic uwagi. Moje oczy były przepełnione pustką, jakby wszystkie dobre rzeczy, które mieszkały w mojej pamięci nagle się ulotniły, prysły, jakby ich nie było. Ludzie trącali mnie ramieniem, albo ja ich - nie pamiętam, miałam to gdzieś, sam rozumiesz, prawda? - aż do czasu, kiedy na jednych z drewnianych drzwi nie zauważyłam ogłoszenia. Było nad wyraz proste, takie o, rzucone psom na pożarcie - jednak nikt nie zwracał na nie uwagi. Nieraz myślę, że tylko ja je tak naprawdę widziałam, że to ja byłam już wcześniej wybrana. 

  - Jak brzmiała treść tego ogłoszenia?

  - Nijak, normalnie, nawet nie miało ono jakiś kolorów, zwykła biała kartka z czarnym napisem, ot co, nic więcej. A co było na niej napisane? Sama nie pamiętam, wolę zapomnieć. Wiem tylko tyle, że była to ankieta związana ze snami. Coś w rodzaju "Przyjdź, opowiedz nam o czym śnisz, odbierz nagrodę i wyjdź", cała filozofia. 

  - Nagrodę?

  - Tak, ona była moim celem. Marne pięćset dolarów... Ale wtedy byłam innego zdania. Potrzebowałam tych pieniędzy bardziej, niż czegoś innego, a to, że można było zdobyć je w tak prosty sposób i bez żadnego zbędnego wysiłku - przeklinam się za to, że od dzieciństwa jestem takim leniem, ygh - przykuło moją uwagę jeszcze bardziej. No i weszłam w to. 

  - Jak to weszłaś? Nie rozumiem.

  - No dosłownie. Pchnęłam drzwi i wgramoliłam się do środka. Jednak coś mi zagrodziło drogę, a właściwie ktoś. Mężczyzna o najczarniejszych oczach jakie widziałam. Były senne, opatulone taką dziwną energią, mroczne, do bólu przerzedzone jakby rozcieńczaczem, rozumiesz? Coś w nich pływało, chyba obawa, ale nie przyglądałam się im dłużej. Minęłam go i wparowałam do budynku. Moim oczom ukazało się dość nietypowe pomieszczenie. Było ciemne, oświetlone jedynie światłami lamp stojących gdzieś w kącie. Wszystko zdawało się być zimne. Ściany, podłoga, sufit, akwarium z rybkami i wzrok wysokiej, szczupłej pani, która z kamienną twarzą przywitała mnie i kazała usiąść na jednym z granatowych krzesełek. Z początku wydawało mi się to dziwne, bo wiedziała od razu czego chce, po co przyszłam, jednak nie zastanawiałam się... Ech, mówiłam Ci, że nie jestem desperatką, prawda? Ale wszystko powoli zaczęło mnie denerwować. Uciekający czas, bulgocząca woda w akwarium i skrzypiące krzesło. W pewnym momencie coś kazało mi wyjść, więc wstałam i wiesz co? Pani w białym wdzianku - przypominał mi kaftan, przeraziłam się wtedy - powiedziała, żebym skierowała się do pokoju z numerem siedemnaście. O zgrozo, przełknęłam ślinę i po prostu poszłam. 

  - Co to był za pokój?

  - Normalny. Stolik, dwa krzesła po obu jego stronach i wiatrak w lewym rogu. Nie zważając na nich, weszłam do środka, delikatnie zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z nich - było twarde, niewygodne. 

  - Co się później stało? 

  - Wszedł mężczyzna. Nie przedstawił mi się, ani nie przywitał. Może o to chodziło? Nie wiem. Trzymał w dłoni teczkę, ostry pomarańczowy kolor raził mnie w oczy, to było nieprzyjemne. Dopiero po chwili na mnie spojrzał, lustrował mnie wzrokiem, dogłębnie. Podobnie jak ja jego. To chyba działa w dwie strony, prawda? Był zielonookim blondynem. Na twarzy, jak małe mróweczki, rozlane miał piegi, a miejsce nad prawię brwią zdobiła spora blizna. Chyba nie lubił jak się na nią patrzyło, bo gdy tylko moje spojrzenie wędrowało ku różowej kresce, ten pomrukiwał, chrząkał, nadymał usta. Ale nie tylko to było dziwne... 

  - Było coś jeszcze, co zwróciło twoją uwagę? 

        krztusi się 

  - Tak. Wraz z teczką przyniósł stosik papierów, który wylądował na brzegu stolika. Rozmowa nie trwała długo, ale hmm... Nie zdziwisz się chyba, jak powiem Ci, że i ona przewróciła mi w głowie? 

  - O czym rozmawialiście? 

  - On zadawał mi pytania. Chore, intymne, poważne i zupełnie wyrwane z kontekstu. Raz pytał z iloma facetami spałam, a następnie o ulubiony kolor, czy rzecz, która mnie przeraża. Dziwne, nie sądzisz? A jeszcze dziwniejsze było to, że nigdzie tego nie zapisywał. Nie miał też przy sobie żadnego urządzenia, które mogłoby to nagrać. Nie wiem też ile czasu tam spędziłam, a po kilkudziesięciu pytaniach zrobiłam się senna, powieki aż wrzały do tego, by się wreszcie zamknąć. No i w końcu ja zadałam pytanie... "Kiedy zakończymy ankietę?" On jedynie podsunął mi pod sam nos te świstki i kazał podpisać. Mówił coś o potwierdzeniu wzięcia udziału w eksperymencie. A wiesz co ja zrobiłam? Podpisałam, nie czytając ani jednego zdania - to było ze zmęczenia, zdecydowanie - a teraz tego żałuje. Cholernie. Ech.

  - Co się stało dalej? 

  - Dalej? Mówiłam, że będzie coraz bardziej przerażająco. Obudziłam się w pokoju, zupełnie sama, a chłód muskał moje nagie stopy. Przez chwile byłam oszołomiona, zdezorientowana, a świat wokół wydawał się być rozmazany, nieczysty. Kiedy w końcu moje tęczówki uchwyciły ostrość, zobaczyłam pokój, którego ściany były w kolorze najgłębszego błękitu. Metalowe łóżko to wszystko, co się w nim znajdowało, a jego biała pościel była okropna, podobnie jak podłoga i drzwi, do których się przylgnęłam z płaczem. Darłam się, kopałam, piszczałam - bez żadnych efektów. Wydaje mi się, że były dźwiękoszczelne, czy coś tam... 

      gardło drży  

  - Przez pierwsze kilka godzin - w sumie, to sama nie wiem - siedziałam w kącie, moje ciało trzęsło się, jęczało. Pod paznokciami miałam tynk, na koszulce plamy krwi, a głowa pulsowała mi od ciszy... Kręciło mi się w głowie, prawie zwymiotowałam, a później zasnęłam, albo zemdlałam - wszystko jedno. 

  - Nie pamiętasz co się wcześniej stało?

  - Nie przypominam sobie niczego, poza tym, że trzymałam w dłoni długopis. Ech, a później obudziłam się w tym czymś... Koszmarze, który dział się naprawdę. Bałam się, cholernie, rozumiesz? Tak jak nigdy.

  - "tym czymś", czyli? Sprecyzuj to.

     kręci, przekręca, wierci 

  - Zakład, ośrodek, ludzka rzeźnia, psychiatryk o zaostrzonym rygorze? Tak, to są dobre określenia. Pokrótce, dowiedziałam się o wszystkim. Znali mnie od początku, śledzili każdy ruch, obserwowali w pracy i w domu. Potrzebowali kogoś takiego jak ja. Młodą, zdrową osobę, nie radzącą sobie z problemami dorosłego świata, która popadała w śladową, a jednak doskwierającą depresje. Wiesz, oni się do mnie uśmiechali. Nazywałam ich szaleńcami, albo Panami Snów.

  - Dlaczego?

  - Bo w projekcie właśnie o nie chodziło. Badali różne zjawiska spowodowane snami. Starożytne wierzenia, ciekawostki biblijne, czy legendy pochodzące z dalekiego wschodu. Chcieli dowiedzieć się wszystkiego o naszych umysłach, działaniu mózgu i symbolice pewnych elementów, nawet za wszelką cenę. Podpinali nas do różnego rodzaju urządzeń, wstrzykiwali jakieś płyny, dawali specjalne kapsułki... Każde było inne, niepowtarzalne, ale jeden szczegół powtarzał się ciągle. Specjalny narkotyk... Ale o tym później.

  - "Nas"?

  - Tak, nie byłam tam sama. Było jeszcze kilka osób. Spotykałam się czasem z nimi na korytarzu, czy przy wspólnym obiedzie, który odbywał się w każdy czwartek. Nawet zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną, Lisą. Była uroczą osobą, ale chorowała... 

  - Na co?

  - Osobowość mnoga. Czasem była królową Elżbietą, co było niekonwencjonalne. Uch, ale nie mówmy o niej... Robili badania. A raczej test. 

  - Na czym polegał? 

  - Och, każdego z nas karmili czymś innym, więc i każdy z nas musiał być poddawany innym zabiegom. Na Lisie testowali fazy snów, a właściwie jego część... Wybudzanie, elektrowstrząsy, czy nakłuwanie podczas snów. Przez co też, Lisa miała tak zwany "sen paradoksalny". Ech, biedaczka naprawdę musiała się męczyć. 

  - A co z Tobą? Co na tobie testowali?

      wdech... wydech? 

  - Symbolikę. Badali każdy skrawek obrazu, który utworzył się w mojej głowie. Były trzy przypadki, kiedy sięgnęłam szczytu, a Panowie Snów zyskali to, czego oczekiwali. 

  - Opowiesz mi o nich?

  - Ekhem. Jasne. Pierwszy sen był dziwny, wiesz? Trwał kilka sekund, zaledwie może z czterdzieści? Ech, moja matematyka... Ale był ciemny, nic w nim nie widziałam, tylko coś biegło w moją stronę. Nie przypominało żadnego ze zwierząt, które można spotkać na ziemi. Miał krzywe zęby, trójkątne uszy, ciało osła, a może psa? Łeb miało nad wyraz ohydny. Z pyska sączyła się pijana i strugami spływała wzdłuż szyi. Nozdrza poruszały się w rytmie, podobnie jak jego kopyta i rozwidlony ogon, który kołysał się we wszystkie strony. Biegł, a ja uciekłam. Nawet do końca nie wiedziałam gdzie... Biegłam przed siebie, a wcale nie ruszałam się z miejsca. Bestia była coraz bliżej. Słyszałam jej oddech, ciche warknięcia, smród wydobywający się z jego paszczy. Widziałam żółte oczy, ogromne... 

  - A później?

  - Obudziłam się, całkowicie zalana potem. Okazało się, że spałam zaledwie kilka minut - pierwsza faza snu, obłęd - a obrazy, które widziałam trwały milisekundy i powtarzał się. Wpadłam w "rytuał gracki" - tak to nazywali - a zwierze, które  mnie goniło to Set - bóg ciemności i chaosu . Ech, nigdy nie lubiłam starożytności... A oni? Oni się cieszyli. 

  - Oni?

  - No, Panowie Snów. 

   cisza 

  - Drugi był natomiast bardziej kolorowy? I nie nękał mnie tak często, w zasadzie tylko raz. Ech. Śniła mi się łąka, najprawdziwsza, porośnięta bujną polną trawą i kwiatami, a pszczoły spokojnie zbierały miód z ich kielichów. Szłam boso, zatapiając stopy w miękkich listkach, a lekki wiatr rozwiewał moje włosy. Teraz pewnie wydaje Ci się, że wszystko było całkiem normalne, prawda? A jednak... Normalność czasem jest bardziej dziwna od nienormalności. I idąc tak zieloną ścieżką zobaczyłam konia. Był śnieżno biały, bez żadnej skazy, szlachetny w swej barwie. Unikat jednak miał coś, co nie pasowało do całości. Na grzbiecie, tuż za różowym ryjem, siedział jeździec. Tylko on był ciemny, nie pasujący do mojego snu, rysowany inną kreską. Koń ruszył, a tajemnicza istota podskoczyła. Obudziłam się. Już więcej nie widziałam jeźdźca. 

  - Czy coś się stało?

  - Nie, nie... Tylko... wiedzieli. Czytając biblie natrafiasz na trzy konie, każdy w innym kolorze, każdy symbolizuje coś innego. Wiesz, że biały oznacza śmierć? Nikt się nie przejął, kiedy dwa dni po incydencie Lisa nagle zniknęła.  

    tłuczone szkło

  - Myślisz, że to było związane z twoim snem?

  - Jak najbardziej. Wierze w to.

  - A co z ostatnim twoim etapem?

  - ...

  - Nie chcesz o nim opowiedzieć? 

  - Chce, tylko mógłbyś zamknąć okno? 

  - Przecież nawet go nie otworzyłem. 

  - Och. 

   wydech
     zdecydowanie wydech 

  - Znalazłam się w domu, u mamy. Obudziłam się w łóżku, przytulając do piersi swoją poduszkę, która pachniała cynamonem i starością. Pamiętam, że się uśmiechnęłam. Wszystko wydawało się normalne, jakby to, co stało się wcześniej było złym snem. Zwlokłam się z łóżka, czując zapach porannych grzanek, które jadłam zawsze z miodem i owocami. Zbiegłam na dół, weszłam do kuchni i wiesz co? Wszystko było w najlepszym porządku. Stół, krzesła i zegar w kształcie koguta, który stał na lodówce, jakby nic się nie zmieniło, jakbym cofnęła się w czasie. Przy kuchni stała moja mama - tyłem, więc nie mogłam zobaczyć jej twarzy, a strasznie tęskniłam - kazała mi usiąść. Głos miała inny, chropowaty, oschły, a ja... ja zrobiłam, jak powiedziała. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, że wszystko powróciło na swoje miejsce. Wgapiałam się otępiałym wzrokiem w bujne blond włosy matki, nie myśląc o tym co się stało... A potem...

  - Co się stało?

     drży 

  - Wiesz, zdałam sobie sprawę z tego, że to nie moja matka. 

  - Moja mama nigdy nie mówiła do mnie "Natusiu", nie ma blond włosów i nie gotuje od tak kotów w garnku.  

  - I co było dalej? 

  - Odwróciła się, nie miała swojej twarzy, ta była inna. Krzywa, zlana, szpetna. Oczy wyłupiaste, podkreślone czarnymi kreskami, a język? Rozdwajał się, syczał na mnie, wystawał spod szpiczastych zębów. Oczy były czerwone. 

   łyka ślinę

  - Widziałeś kiedyś diabła? 

  - Nie. Przyśnił Ci się?

  - Czy to nie dziwne, ze Lucyfer przybrał postać akurat mojej matki? A wiesz co jest jeszcze dziwniejsze? Symbolizuje on błąd, rozpoczęcie czegoś bez zastanowienia, wstąpienie w burzliwą historię, która źle wpłynie na nasze życie, rozumiesz? Ech, to jest nadal dla mnie tajemnicą...

  - Co?

  - Sny. Podobnie jak dla nich.

  - Kogo?

  - Szalonych naukowców. 

    start

  - Dlaczego?
 
  - Cóż, dość prędko wystąpiły skutki uboczne. Wymioty, stres, ataki paniki... Sny, a raczej koszmary, też przybrały na sile, brutalności? I wszyscy wiedzieli. Pomysł spalił na panewce. Misterny plan, ogólnie wszystko, co ci ludzie wyłożyli, a należy wspomnieć, że były to zapewne grube miliony, okazało się bezużyteczne. Dulcis Somniabunt - wspomniany wcześniej narkotyk, o wdzięcznej, choć nad wyraz ironicznej nazwie... "Słodkie sny", też coś!, nie przyjął się. Widziałam niezadowolenie w ich oczach, wzruszyłam ramionami. Po tym wszystkim myślę, że nienawidziłam tych cholernych szaleńców, mieniących się "naukowcami", najbardziej na świecie. Całym sercem i duszą? Coś w tym stylu. 

  - Co było potem?

  - Potem? Oh, wypuścili Nas. W tamtym momencie pięćset dolarów wydawało mi się tak skromną sumą, w porównaniu do tego, co straciłam i ile wycierpiałam. Bo, czy wspominałam, że koszmary trwały jeszcze przez około dwa miesiące? Minimum. Myślę... Nie, ja wiem, że nie masz pojęcia jak to jest, gdy lodowate odmęty zacieśniają się wokół ciebie, oddech ulatuje z płuc, poczekaj... On zostaje Ci wyszarpnięty!, i toniesz. Idziesz na dno, coraz szybciej, szybciej. A wiesz co jest najgorsze? Że masz wrażenie snu, błądzenia wśród myśli, a jednak... nie możesz się obudzić. Nie możesz.

  raz, dwa, trzy

  - Na czym skończyliśmy?

  - Koniec projektu, powtarzające się koszmary?

  - Ah, tak. Dobrze, kilka dni po zakończeniu wynajęłam nowe mieszkanie - poprzednie sprzedałam, za dość dogodną ceną, na przedmieściach Nowego Jorku - jak wiesz, nigdy nie byłam miastowym typem, kupiłam nawet kota - kolejnego, Filemona trzasnęło auto, biedny, miał białe łapki - tylko, poza tym cały był czarniuteńki jak bezgwiezdna noc, może przypominał mi tę otchłań, w którą wpadałam za każdym razem, gdy... Nieważne. W każdym razie, zajął specjalne miejsce w moim sercu, a ja znalazłam pracę. Nic wielkiego, kasjerka w pobliskim supermarkecie, na pół etatu, ale na potrzeby - moje i Łapki, nie byłam zbyt oryginalna w doborze imion, moje też było zwykłe, jedno z wielu, prawda? Ciągle zbaczam z tematu, aghr! O czym to ja...? A! Na nasze potrzeby, rachunki, w zupełności wystarczało. Zaczęłam na powrót cieszyć się życiem, wiesz? Było jasne, kolorowe, a wspomnienie strachu stopniowo blakło. Tylko z Mary - dziewczyną, którą poznałam na jednym z obiadów "czwartkowych", wciąż utrzymywałam kontakt, o niej nie mogłabym tak po prostu zapomnieć. Ale nic, co piękne nie trwa wiecznie, powinniśmy się tego wreszcie nauczyć. Koszmar powrócił. 

  - Jak to?

  - To był październik, bardzo chłodny i pochmurny, jeśli mogę nadmienić, niby nic specjalnego w historii Nowego Jorku, a jednak jeden dzień wywrócił całe moje życie do góry nogami. Od koszmaru "Dulcis Somniabunt", minęły dwa, jak nie trzy lata - jestem słaba w liczeniu, wspominałam? Pewnie tak... Wracając, minęło... kilkanaście miesięcy, tak będzie bezpieczniej, a ja od kilku dni zaczęłam zauważać coś dziwnego... Zaledwie cienie, niewyraźne, migoczące, a jednak pojawiające się tam, gdzie ich być nie powinno...

  trzy, dwa, jeden

  - Co masz na myśli?

  - Ktoś mnie śledził. Nikomu jednak o tym nie powiedziałam, nie chciałam wyjść na paranoiczkę - nie w tych czasach... ludzie dość szybko mogą nazwać Cię wariatem, co nie? Tak. Na początku więc bagatelizowałam całą sprawę, jednak coraz śmielsze ataki, choć nieuchwytne, zasiały ziarenko strachu. A on narastał, narastał... 

  wdech
  wydech

  - Ale dobrze, przejdę wreszcie do sedna. Było zimno, mżyło, właśnie wychodziłam z pracy, stąpając po oblodzonym chodniku, gdy nagle na kogoś wpadłam. Ten mężczyzna... Twarz jedna z wielu, a jednak wydawał mi się dziwnie znajomy, jakby już raz minięty gdzieś na drodze, w pociągu? Coś z tych rzeczy. I wiesz, już odchodziłam, śpieszyło mi się - Łapka pewnie umierał z tęsknoty, lecz wtedy poczułam pewny uścisk na ramieniu. Wyrwałam się. Powiedział tylko dwa słowa: "Oni wrócili", a ja udawałam niewzruszoną, biorąc go początkowo za niespełna rozumu, nie znałam go... Kiedy jednak wymówił te inne, acz konkretne wyrazy - nazwę, która ścigała mnie dniem i nocą prze kilka lat, zapewne domyślasz się o czym mówię, zdębiałam. Otrząsnęłam się jednak szybko, udając głupią, niepoinformowaną. Może się bałam? Ktoś powiedziałby, że chwilę później odeszłam, ale nie, nieprawda... To była ucieczka. 

  pauza

  - Przed czym uciekałaś?

  - Bo ja wiem, chyba przed faktem, że - o zgrozo!, to wszystko może zacząć się od nowa, powrócić. Dziwnym trafem wiedział o narkotyku, o projekcie, to nie mógł być przypadek. Ale cóż, lubiłam bagatelizować, nie doceniać, i właśnie to dość szybko stało się moim osobistym przekleństwem...

  "może wody?"

  - Jak w każdy piątek, dwa dni po wspomnianym wcześniej "incydencie", postanowiłam odwiedzić Mary - to było naszą bezsłowną tradycją, niespisaną, a jednak praktykowaną. Chciałyśmy pożartować, poplotkować, sam rozumiesz... A może nie? To babskie sprawy. Przechodząc... Stanęłam pod jej drzwiami, zapukałam raz, drugi, i nic. Pamiętam, że zmarszczyłam brwi, wyraźniej niż kiedykolwiek - to nie było normalne. Na szczęście wiedziałam, gdzie chowa zapasowy klucz. Sięgnęłam pod wycieraczkę, weszłam do środka. I wtedy to zobaczyłam...

  - Wszystko w porządku?

  - Tak, tak, troszkę zakręciło mi się w głowię.

  cztery, pięć, sześć  

  - Zobaczyłam... krew, to chyba odpowiednie słowo, bo była dosłownie wszędzie. Na podłodze, zasłonach, jasnej kanapie... Wyglądała upiornie; do dziś męczy mnie najmniejsze jej wspomnienie. Tak bezużyteczna, zepsuta...

  chwila

  - Wszystko było powywracane, przesunięte, jednemu z krzeseł brakowało nogi - istny horror. Ale nie to było najgorsze... Przeszłam dalej, do pokoju, choć po drodze prowadziłam zawziętą walkę z chęcią natychmiastowej ewakuacji, tudzież - odruchem wymiotnym, nie znosiłam tego ostrego, lekko metalicznego zapachu, i poczułam, że opuszczają mnie wszelkie siły. Ciało Mary - okrutnie powykręcane, na wszelkie strony, ułożone pod dziwnym kątem, obite, zakrwawione... To nie była moja przyjaciółka, już nie. Raczej zbitek mięsa, obdarty ze skóry, wrzeszczący w bezdźwięcznej agonii. Ten widok... 

  sześć, pięć, cztery

  - Dobrze się czujesz? Możemy dokończyć jutro...
 
  - Nie, nie! Dam radę... Po prostu, jeszcze tragiczniejszy okazał się widok jej oczu. Puste, wyjałowione, niemal czarne - tęczówka zlała się z źrenicą, jestem pewna, że w chwili zaczerpnięcia przez nią ostatniego oddechu - musiało opuścić je życie. Na zawsze. Nie wytrzymałam, zwymiotowałam. Bóg mi świadkiem, że leżałam na tej zabrudzonej podłodze dość długo, rycząc, dopóki coś nie rozbiło się w pokoju obok, może wazon? "Ktoś tu jest", pomyślałam spanikowana, adrenalina wzięła górę, więc nie zastanawiając się dłużej, wstałam i wybiegłam. Jakby mnie, co najmniej, stado wściekłych diabłów goniło! Czy jak to się mówi... Bardzo szybko wpadłam w tę ciemną, krwiożerczą noc; świat zawirował. Upadłabym, gdyby nie On... mężczyzna, spod sklepu, kojarzysz? Krzyczałam, płakałam, a On trzymał mnie mocno, tak blisko, że przez chwilę poczułam się nawet bezpieczna, jednakże słodka niewiedza nie trwała zbyt długo. Opowiedział mi wszystko, o tym, że sam brał udział w projekcie, że przeżył, został wypuszczony, jednak coś poszło nie tak... Zbyt dużo osób, nie mówię tu o sobie czy o Nim, ale... zaczęło szaleć, dopuszczać się przestępstw, nieraz krwawych zbrodni. Powód był jeden: Nie mogli zasnąć, narkotyk zadziałał zbyt mocno, wprowadził nieodwołalne zmiany w ich organizmie, zesłał agresję... A ludzie, ludzie zaczęli zadawać pytania. Szukali przyczyn, to naturalne, zwłaszcza, gdy tyle osób w kraju zamienia się nagle w wariatów, swoistych sadystów, morderców, latających z siekierą po podwórku... Szukali winnego. I nie mieli prawa go znaleźć, to wbrew zasadom - pieniądza, całego tego brutalnego, wyższego biznesu, gdzie każda pomyłka może kosztować życie... Nasze nie miało większego znaczenia. Nie próżnowali więc - wynajęli płatnych zabójców, co by zrobić porządek, pozbywając się ostatnich śladów, niedociągnięć po brudnej robocie. Dopadli Mary, ja miałam być następna. Zabawne, prawda? 

  kolejny łyk

  - Co zrobiliście?

  wzrusza ramionami

  - Uciekliśmy. Po wszystkim, siedząc tu, myślę, że miałam sporo szczęścia, bo to akurat mnie znalazł Maxi. W końcu, byłam młoda, zaledwie dwudziestoparolatka, nie chciałam umierać... Nie w ten sposób. Egoistycznie? No nie patrz tak na mnie, życie zmusza Nas niekiedy do gorszych, bardziej makabrycznych czynów, myśli, uwierz. Ale dobrze, więc uciekliśmy, tylko Ja i On - trochę jak w tych oklepanych opowieściach o wiecznej, zakazanej jednak wcześniej, miłości, co? Nie martw się, w tym przypadku, nie było aż tak trywialnie. Wracając... zostawiłam mieszkanie, Łapkę - choć koty zawsze obdarzały mnie bezbrzeżną miłością, ja nie potrafiłam kochać ich wystarczająco mocno, wszystko, co znałam i kochałam, znowu... Wylądowaliśmy na jakimś odludziu, Teksas? Ważne, że mimo października było tam ciepło, i noce spędzone w opuszczonych domach, czy pod gwiazdami, ramię w ramię, nie były tak druzgoczące. Żyliśmy - jak rozbitkowie, uciekinierzy, wciąż w ruchu, brnęliśmy do przodu, nie oglądając się wstecz. A z upływem kolejnych tygodni przyzwyczajałam się coraz bardziej. Do twardej ziemi, smaku konserwy, chleba, łyku butelkowanej wody, jego uścisku, w którym było tak wiele ciepła, a zarazem zimna i brutalności, że nie wiedziałam, czy powinnam uciec, a może zostać. Wiesz... Każdy z Nas był ścigany przez własne demony, koszmary jakby powróciły, staliśmy się nieczuli, bez serca? A jednak pragnęliśmy bliskości, zapewnienia, że wszystko, co znaliśmy, nie odeszło. Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy po jednym, z powtarzających się wciąż koszmarów - jakieś odludzie, martwi krewni, nieistotne, płaczącą, utulił mnie do snu. Potem objął wciągu dnia, wreszcie - pocałował. Ten płomień zapłonął, roztlił, na chwilę? Seks był szybki, zainicjowany niemal w zwierzęcym odruchu, rozbujany. Przynosił zapomnienie, ukojenie - w strachu, odcięciu, to wszystko.

  - Na pewno?

  kiwa głową
  siedem, osiem, dziewięć

  - Po wielu miesiącach, znowu nie pamiętam ilu, powiem tylko, że wszystko, co zaczynało się od "gdy Cię poznałam", a kończyło na "my", stało się rutyną. Nawet nasze zbliżenia, to chyba normalne, tak? Mieliśmy swoje potrzeby. Brzmię okropnie, prawda? Przywykłam... Choć Maxi wciąż widział dla mnie nadzieję, często powtarzał, że chce widzieć mnie szczęśliwą, bez trosk, zmartwień... Też tego chciałam, wiesz? W każdym razie... W końcu byłam wolna, wszelkie intrygi zostały wyciągnięte na światło dzienne, kroki podjęte - nie powiem, że FBI pracowało nad tą sprawą krótko i dostatecznie dobrze, bo musiałabym skłamać, w końcu dopiero po jakimś czasie odkryli zależności między znikającymi obywatelami, a "napływem" wariatów, ale nie mogłam się gniewać... To był koniec. Mogłam zacząć od nowa. Radosna.

  - "Mogłam?"

  histeria

  - Czy Maxi był rad, widząc Cię szczęśliwą? 

  - Byłby... jestem pewna, że tak, gdyby tylko nadal żył.

  cisza

  - Co się stało?

  zagryza wargi

  - Pomoc przybyła po czasie, wbrew pozorom nie byliśmy ostatnimi z "ocalałych", służby porządkowe działały po kolei, Nas znaleźli ociupinkę za późno...

  - Chcesz o tym opowiedzieć? 

  dziewięć, osiem, siedem

  - Chyba nie, akurat tę część zachowam dla siebie. Nie cierpiał zbyt długo, jeśli to ważne... Ja nie cierpiałam, widząc go takim. Buchnęły płomienie, i już!, ostatni sekret zabrali do grobu, a Jego wraz ze sobą. I wiesz, czasem mi go brakuje, mimo tego jak irracjonalnie potrafił się zachowywać - najpierw robił, potem myślał, bo dochodzę do wniosku, że gdybyśmy spędzili ze sobą dostatecznie dużo czasu... Gdybyśmy spotkali się w innym miejscu, w innych okolicznościach, może nie jako Natalia i Maxi, ale jako... O! John i Gabriela, zawsze chciałam mieć tak na imię, jest ładne, choć proste, i kojarzy mi się z aniołami..., którzy założyli rodzinę i wiedli spokojne życie, na małej farmie z gromadką kotów, które tak bardzo kochała moja mama, mogłabym Go... pokochać? Bardzo mocno i zapalczywie. A może już to zrobiłam? Kiedyś? Nie wiem, nie pamiętam...

  tss tssss. "siostro, proszę wyłączyć taśmę"
  mruga


  - Przepraszam, który dziś mamy?

  - Siódmy sierpnia, to jest piętnasty dzień twojego pobytu w naszym zakładzie.

  dziesięć?

  - Oh, rzeczywiście. Straciłam rachubę.

  STOP

  
  - Wiesz, że znowu opowiedziałaś tę samą historię?
  - Wiem, lubię ją. 

  Szukam!
 
* * *

Od autorek: Witojcie, ludziowie. Z tej strony Marcia po raz kolejny? Wiem, że się nie cieszycie. No ale... macie moje coś, które stworzyłam z Edytką (oczywiście jej część lepsza, żal - talent jeden) Ech. A sam OneShot? Trochę dziwaczny, inny, ale bardzo fajnie nam się go pisało <3 (szczególnie przez telefon XD) Marcyśka nie mogła dodać, więc jej cudo zobaczycie dopiero 21 sierpnia ^^ a teraz... mam nadzieje, że spodobało Ci się, Wiktorio. Bo według mnie jest całkiem nieźle. 
Żegnam was i do następnegoo! <3 Kocham was :*  (Edziak to cioł, hyhy) ---> Chyba TY, Paruffkomaniaku ;D
Hej, hej, słoneczka! Teraz do głosu dochodzi Edyta, hyhy. Nie słuchajcie, tego żala, o tam, u góry, jej część jest lepsza, na pewno zgadniecie która... To oczywiste ;D Choć w jednym ma rację, pisało się bardzo dobrze, szybko, ogarnięcie ;D Więc... chyba nie jest najgorzej. To... liczymy na szczere opinię, a 19-stego zapraszamy na shota Sarci <3 Kocham Was, branoc ;*

PS: Dziś mijają 3 miesiące odkąd założyłyśmy JSM *o* rozumiecie? Dziękujemy za 57 tyś wyświetleń, komentarze i motywacje <3 To naprawdę wiele dla nas znaczy <3
PS2: Konkurs na OS został zakończony  ! Dziękujemy za każdą nadesłaną pracę <3 Wyniki ogłosimy pod koniec sierpnia!
PS3: Edyta to cioł :3 

sobota, 19 lipca 2014

{Zamówienie 003} Pablangie || "Drzazga" - Tears in Heaven

Tytuł: "Drzazga"
Para: Pablangie. (Pablo & Angie)
Gatunek: Dramat, psychologiczny, romans 
Songfic (Deep Purple - "Perfect Strangers")
Przedział wiekowy: T



Dla Laverne.


         Zapisana w gwiazdach, opleciona srebrnymi nitkami domysłów, krucha jak szkło.
Jest.
         Po dziecinnemu naiwna i śmiertelnie poważna.
Była.
         Płynąca pod skórą, wypalona w krwiobiegu, wtłoczona aż do serca.
Będzie.

- Spróbuj nazwać, czym jest miłość - nie używając fachowych określeń. Spróbuj z prostych słów stworzyć jej definicję.
- Sensem?
Bywa nieracjonalna.
- Celem?
Nie zawsze warto do niej dążyć.
- Poszukiwaniem?
Ale ona sama znajduje.
- Szczęściem?
Od kiedy szczęście utożsamia się z bólem?

- Drzazgą.
Milknie zaskoczony.

_________________________________________________________________________________
Często słucham, jak deszcz układa na szybach drżące melodie. Uderza w szkło tysiącami kropel, wiążąc ich delikatne jęki w brzęczący, monotonny lament. Po przezroczystej scenie pląsają samotne diamenty, rozpaczliwie wijące się między innymi, by przetrwać jak najdłużej; prędzej czy później wszystkie spływają na sam dół, wsiąkając w czarne fugi białych ram jak łzy.
Czerń i biel, jak nasza miłość? Kiedyś była najjaśniejszym diamentem, odbijającym światło pod każdym kątem. Teraz - mglistym wspomnieniem, czarnym jak węgiel.
Nie była.
Nadal j e s t.


"Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko."
~Pieśń nad Pieśniami~


Dlaczego pozwoliłeś jej upaść?
Diamenty nie pękają, ale serca tak.

- Uważaj!
Słyszy wołanie, ale nie zwraca na nie uwagi. Zaciska tylko mocniej brudne ręce na szorstkim włóknie sznura, który zostawia na delikatnej skórze czerwone ślady. I leci, leci w przestworza, próbując dotknąć krawędzi nieba, kołyszącego się nad głową.
- Angie, spadniesz. - Przez troskę w jego głosie przebija złość, ale ona nie lubi rozkazów. Nigdy nie lubiła.
- Nie spadnę. - Wychyla się jeszcze bardziej w tył, w przód. Huśtawka wznosi się niemal do poziomu, oddala od ziemi coraz bardziej. Trochę już kręci jej się w głowie, ale na przekór jemu kołysze się dalej na stojąco.
- Uważaj! - woła jeszcze raz, a potem zrezygnowany staje w bezpiecznej odległości, patrząc na jej wygłupy. Zabawa znudziła się jej już dawno, więc wreszcie postanawia ją zakończyć. Wyłapuje moment, w którym jest najmocniej wychylona do przodu - i wypuszcza sznurki z rąk, leci - wpadając prosto w jego wyciągnięte ramiona. Siła upadku odbiera im obojgu oddech, przez dłuższą chwilę więc leżą na trawie, zastygli w tej niezręcznej pozie. Nie jest ciężka, ale chłopak pod nią długo nie umie wykrztusić ani słowa, oszołomiony nagłym uderzeniem. 
Wreszcie zaczynają się śmiać, a on zamiast zganić - przytula ja do siebie mocniej, nie bacząc na kościste łokcie wbijające mu się w żebra. Głaszcze jasne, rozsypane w nieładzie włosy, składa na czubku jej głowy ostrożny pocałunek. A ona wtula się w niego kompletnie odruchowo i leży - z lśniącymi oczami, z urywanym oddechem i buzią zaczerwienioną z wysiłku.
I jest im dobrze.


Czasem spoglądam w nocne niebo, szukając konstelacji, które kiedyś nazywaliśmy po swojemu. Nasz Skorpion nie pokrywał się z prawdziwym Skorpionem, ale za to miał prawdziwe szczypce i ogon z kolcem jadowym. Razem wytyczaliśmy szlaki, rysowaliśmy niewidzialne niteczki, rozpięte pomiędzy jedną gwiazdą a drugą. Razem wymyślaliśmy nowe nazwy, odkrywaliśmy bezmierną przestrzeń po kawałeczku - palcami i wyobraźnią zamiast cyrkla i mapy nieba. I znaliśmy je lepiej, niż niejeden doświadczony astronom.

W jedną z tych ciepłych nocy, kiedy mieliśmy jeszcze po osiemnaście lat, zabrał mnie do nieba - prawdziwego. Pokazał mi je z bliska, pozwolił dotknąć gwiazd, zanurzyć dłonie w kosmicznym pyle i wybuchnąć razem z jakąś supernową. Zatańczyć odblaskiem w jego oczach, zapłonąć prawdziwym, jasnym ogniem w środku ciemnej przestrzeni.

A potem - odszedł. Zostawił wielką czarną dziurę w miejscu, gdzie kiedyś były nasze roześmiane twarze i splecione palce. I ona mnie wciąga, dzień po dniu - wysysa całą radość, pozostawia pustkę. Próżnię.



"Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie."
~1 List do Koryntian~


Dlaczego pozwoliłeś jej odejść?
Gwiazdy żyją miliardy lat, ale złamane serce boli o wiele dłużej.

- Muszę tam pojechać, Angie.
- Żadne "muszę". Dlaczego? Ja nie chcę. Nie pozwalam ci!
- Nie mam wyjścia - szepcze z bólem, ściskając jej drobne dłonie. Wyrywa mu się, płacze. - Nie mam wyjścia - powtarza, a to zdanie za każdym razem brzmi tak samo beznadziejnie.
- Nie możesz, dlaczego nikt się mnie nie spytał o zdanie? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?
- Wyjeżdżam i nie ma już żadnej dyskusji, musimy to oboje przyjąć do wiadomości.
- Ale ja nie mogę bez ciebie żyć! Nie mogę, nie umiem i nie chcę! - krzyczy, drze się przeraźliwie, macha rękami, traci rozum. Przygarnia ją do siebie, ale ona gwałtownie jego ręce odtrąca, szarpie się, tłucze go pięściami. On nie zważa ani na to, ani na jej krzyki. Trzyma mocno, aż wreszcie opada z sił i tylko szlocha na jego ramieniu. Gładzi ją po plecach, mruczy jakieś ciepłe słowa.
Które okażą się kłamstwem...
A czas wcale nie leczy ran. Tylko pomnaża tęsknotę.


Bardzo rzadko oglądam nasze zdjęcia. Mam parę albumów, a w nich udokumentowaną historię naszego domku na drzewie, pogrzebu mojego psa Hectora, wyścigów rowerowych. Jestem ja, przeraźliwie chuda, piegowata i nieuczesana. Jest on, roześmiany beztrosko mimo potężnego guza na czole. Całkiem mali i trochę więksi, w pierwszej klasie i na balu maturalnym. Zawsze razem, nierozłączni, prawie jak brat i siostra - a nawet bliźniaki. Znamy się dosłownie całe życie. Urodziliśmy się tego samego dnia, w tym samym szpitalu, a nasze matki zajmowały sąsiednie łóżka.
Nie mam ochoty wspominać starych, dobrych czasów. Obecne są złe, ale świadomość, że kiedyś było lepiej, wcale nie poprawia sytuacji.
... A pamięć? Pamięć bywa zdradliwa, ale pewne punkty pozostają w niej wytłoczone tak mocno, że nawet po latach wyczuwa się je pod palcami - choć starte już przez czas, dotykane tysiące razy. Istnieją - bez względu na to, czym są. Nazwij je bliznami. Albo piętnami, śladami, rysami, znamionami, jeśli chcesz. To nie ma znaczenia. One s ą.
_________________________________________________________________________________

czy pamiętasz, pamiętasz me imię
gdy przepływam przez twoje życie
tysiące oceanów, które przemierzyłem
i zimnych duchów lodu
całe moje życie
jestem echem twojej przeszłości


- O czym tak myślisz? - Czuje za plecami uderzenie ciepła, a chwilę później silne ramiona obejmują ją w talii. Od jego dłoni bije gorąco, promieniujące przez materiał bluzki. Tłumi westchnienie.
- O niczym.
- Zawsze lubiłaś bujać w obłokach - oznajmia z czułością, a w niej się coś burzy.
Jakie z a w s z e, do cholery? Czemu próbujesz udawać, że znasz mnie od zawsze?
Zaciska delikatne palce na jego przedramionach, gładzi je lekko. Uśmiecha się smutno, jakoś tak gorzkawo.
- Masz rację, German. Zawsze - powtarza jak automat, patrząc na swoją dłoń. Jedna z gwiazd przykleiła się do jej palca serdecznego.
Jedna za to, że muszę iść dalej.
Jedna za to, że bez ciebie.
Jedna dla ciebie. Ciekawe, czy gdzieś tam spada ci z nieba, przypominając o mnie?
Jedna dla mnie. Smutna, ale potrzebna.
Jedna dla nas. Bo zapaliliśmy ją razem, prawda?
I nie zgasła.

- Kocham cię.
Tylko jedna. A o jedną za dużo.
- Ja też cię kocham - mówi, odwracając głowę. Jej usta są zimne. Żar wypalił się dawno.


powracam, echo miejsca w czasie
i odległe lśniące twarze
tysiące wojowników, których znałem
i śmiech pojawiający się jak duch
całe twoje życie
cienie innego dnia


Wyciąga rękę w niedowierzaniu. I zaraz ją cofa.
Mruga.
Zwilża suche usta, zaciska trzęsące się dłonie.
Wschodzące słońce pełznie ślamazarnie po niebie, zostawiając krwawe ślady na załamaniach obłoków. Powoli przeistacza się w kroplę płynnego złota, wbrew wszystkim regułom podpływającą - do góry. W tym ciepłym świetle jego oczy mają najpiękniejszy odcień brązu. 
To jakaś cholerna fatamorgana?
- Jestem - oznajmia po prostu, bez ckliwych wstępów, bez patosu. Nie zjawia się na rumaku z lśniącą grzywą ani pośród grzmiących fanfar i pieśni. Zwyczajnie, jak mleczarz albo listonosz, stoi - ściskając w ręku poranną gazetę, w starych jak świat conversach mokrzuteńkich od rosy i dżinsowej kurtce, połatanej akurat tak samo niedbale jak zawsze.
Ma ochotę cofnąć się, wejść do domu i zapomnieć o tej zjawie, ale zamiast tego jej trzęsąca się dłoń trafia na jego ramię, a w podkrążonych z niewyspania oczach zapala się światło.
Nie znajduje słów, co jest kompletnie nie w jej stylu.
Dalej stoi, gapiąc się na niego.
Czas płynie gdzieś poza nimi.
-... jeden dzień - dobiega spoza ścian ciszy.
- Jeden? - powtarza, czując w gardle coś dziwnego.
- Miałem nadzieję, że spędzisz go ze mną - dopowiada cicho, a ona wyrywa się z tego zawieszenia i obejmuje go - mocno, rozpaczliwie, wciskając twarz w podkoszulek z jakimś rockowym zespołem. Twarze muzyków spoglądają na nią posępnie.
Jeden za to, że się zjawiłeś.
Jeden za to, że znowu odejdziesz.
Jeden dla ciebie - ze mną.
Jeden dla mnie - z tobą.
Jeden dla nas. Jak dawniej.

- Tęskniłam - szepcze wreszcie z wysiłkiem.
Jeden. Tylko jeden. Za mało o całą wieczność.



i jeśli słyszysz jak mówię na wietrze
musisz zrozumieć


- ...Pamiętasz ten mostek? - Wyciąga się jak długi na ciepłych deskach, wychylając się i spoglądając w głębię zamulonego strumyczka, wijącego się brunatnym wężykiem między zielonymi plamami pól. - Wrzucaliśmy patyki z jednej strony, wypływały z drugiej.
- ...Pamiętasz tamtą łąkę? Tak świetnie się tam puszczało latawce.
- ...Pamiętasz to?
- ... Pamiętasz tamto?
- ...A pamiętasz, jacy byliśmy szczęśliwi?
- I to drzewo. - Zatrzymuje się, zadzierając jasną głowę. Wygodnie rozłożone, szerokie gałęzie zawsze aż się prosiły o domek. Teraz zostało z niego tylko kilka desek i kawałek sznura. - Ciekawe, czy jeszcze... - Chwyta drobnymi dłońmi za wysunięty konar, próbuje się podciągnąć. Czuje jego pomocne ramiona, już po chwili oboje siedzą na gałęziach jak dzieci.
- A jak załamie się pod nami? - Zerka w dół, macha nogami w wytartych dżinsach.
- To spadniemy razem. - On jak zwykle traktuje ją ze stoickim spokojem i żartobliwą ironią jednocześnie. Wśród zielonych liści jego sylwetka wygląda tak znajomo, jakby nigdy stąd nie schodził. Jakby przez wszystkie te lata siedzieli tu, kryjąc się przed światem, zamiast szukać szczęścia na dwóch różnych kontynentach.
- Jesteś szczęśliwy? - wyrywa jej się, nim zdąży pomyśleć.
- W tym momencie? Czy tak w ogóle? - Odwraca wzrok.
- Czyli to dwie różne odpowiedzi. - Kiwa głową, choć przecież powinna się tego spodziewać.
- Angie...
- Nie umiem o tym zapomnieć. - Zeskakuje, chce odejść. Staje obok niej, łapie ją w ramiona. Jak dawniej zanurza ręce w jej włosach, głaszcze szyję, rozchyla jej usta swoimi, roznieca dawny ogień. Rozdmuchuje żarzące się węgielki, osłania je przed wiatrem. Jeden płomień.
Jeden, bo rozpalony raz.
Jeden, bo na zawsze.
Jeden dla mnie, żeby roztopił lód odległości.
Jeden dla ciebie, żeby spopielił te głupie bariery.
Jeden dla nas, żeby spalił nas raz jeszcze, pochłonął.

Deszcz uderza w nich z zaskakującą siłą, jakby celowo chciał ich rozdzielić.
- Chodź, jedziemy do domu - udaje jej się wyszeptać pośród szumu kropel.
Jeden. Jak jeden dom. Mój. Nie nasz wspólny...


musimy pozostać
Zupełnie Obcymi Ludźmi


- Zatrzymałeś się w hotelu? - pyta głosem bez wyrazu, ale nawet na niego nie patrzy. Wie, że skinie głową.
- Ale on jest... - przerywa, obraca się niespokojnie na fotelu.
- Jeden - powtarza jak w dziwnej malignie.
- ... w drugą stronę - kończy, za oknem jej samochodu majaczy już znajoma dzielnica.
- Wiem o tym, Pablo. - Parkuje przed swoim domem, wyjmuje kluczyki ze stacyjki. - Chodź.
- Angie...
- Chodź - powtarza, wychodząc na deszcz. Podąża za nią, biegnącą przez rosnące kałuże.

Wiesza kurtkę na haczyku, spogląda na kobietę. Wilgotne, poskręcane włosy opadają jej na kark. Biały podkoszulek klei się do mokrej skóry, mocuje się z nim w milczeniu. Wreszcie dziecięcym gestem wyciąga ręce do góry, patrząc na niego błagalnie. Podchodzi, wsuwa dłonie po materiał, uwalnia ją i jednocześnie wydaje wyrok na samego siebie.
Całuje ją, ale inaczej niż wtedy. Delikatnie, ledwie muskając jej słonawe usta. Ostrożnie, jakby robił to po raz pierwszy.
I z ociąganiem, jakby po raz ostatni.
Przerywa, patrzy jej w oczy. Błąka się w nich pragnienie - to, którego nie ugasi woda, tylko ogień.
Sekunda, nie więcej.
Niżej. Dalej. Odchyla głowę, żeby dać mu dostęp do szyi.
Nie śpieszy się kompletnie. Ale nie tak, jakby się bał odkrywać skrawki jej ciała. Bardziej jakby chciał zatrzymać tę ulotną chwilę na dłużej. Jakby przerażała go sama myśl o jej końcu.
Mylą się ci, którzy myślą, że kobietę zdobywa się brutalnością. To działa w drugą stronę.
Im wolniejsze i bardziej czułe stają się jego pocałunki, tym bardziej doprowadzają ją do szału. A wyraźnie nie zamierza tego zmienić, krąży i znów zawraca. Dotyka kącika jej ust, tam, gdzie kiedyś uderzyła ją huśtawka - do teraz została mała, szorstka blizna. I znów przebiega po skroniach, szyi, ramionach. A ona chyba zaraz zwariuje.
Szarpie go za włosy, przyciąga znów do ust, zagłębia w nie mocniej, bardziej chciwie. Gładzi jego kark, przykłada dłoń do policzka, ściera uciekającą łzę. Jedna.
Jedna za to, że wciąż cię kocham.
Jedna za to, że nie mogę cię kochać.
Jedna za to, że chcę cię kochać.
Jedna dla mnie, bez powodu.
Jedna dla ciebie, bez powodu.
Jedna dla nas, już za późno.

A ogień trawi ich ciała, nic nie zdoła już go powstrzymać - krople deszczu na ich ciałach, pot, ślina, łzy. Skóra przy skórze, coraz głębiej w płomienie, słone, palące, pełne iskier i jęków, pełne żarliwych szeptów, płynących wzdłuż kręgosłupa.
Szarpnięcie wymywa z ich oczu cień lęku.
Wyrywają się z nich dzieci, łapiące się za ręce i biegnące po schodach - do nieba. Szklane stopnie uginają się pod ich stopami, słońce świeci już pod nimi, obłoki owijają się wokół kostek, a dookoła rozlewa się struga tęczy.
Są wysoko, najwyżej. W miejscu, skąd najłatwiej spaść.

"- Uważaj!"

Rozkołysana huśtawka.

"- Nie spadnę."

Niebo pod palcami.

I jest im tak dobrze...

Będzie?

"- Spadniesz."


Roztrzaskuje się na kawałeczki o twardą ziemię, rozsypuje w pył - wirujący jeszcze przez chwilę w promieniach jak kurz - i zaraz jednoczący się z mrokiem, wpełzający na samo dno.
Krzyczy. Łapie powietrze, dławi się szlochem, błaga. Prosi. Płacze.
Ale nie ma nieba, nie ma schodów, nie ma ich. Nie ma już niczego.

Pablo głaszcze ją po włosach, całuje ich długie, jasne pasma. On też płacze.
Płaczą razem. Rozpaczliwie sami pod pustym, bezlitosnym niebem. W tę jedną noc.
Jedna. Ostatnia.


wiem, że muszę pozostać we wnętrzu tej ciszy
studni smutku

brzeg srebrnej zasłony rozpostarty na niebie
wzruszający bardziej niż ci się wydaje
głos rozsądku w twojej głowie
cierpiący wraz ze śmiercią nocy
wartościowe życie (twoje łzy giną w padającym deszczu)



Budzi się. Otwiera oczy, na piersi czuje ciężar. Ten najpiękniejszy, najprzyjemniejszy.
Włosy rozsypały się na wszystkie strony, ramiona obejmują go ufnie. Pod jasną skórą rysują się delikatne obrzmienia żył - maleńkie tunele, niosące krew w stronę jej zapadniętych policzków i kolorujące sny, które drzemią pod drżącymi zasłonami rzęs. Oddycha tak spokojnie. Gdzieś tam, pod powiekami, błądzi teraz w światach kruchych jak lód marzeń, które rozpadną się wraz z otworzeniem oczu.
Z czułością przesuwa palcami po jej dłoni. Dobrze wie, że ten czerwony ślad nie jest przypadkiem, tylko miejscem po pierścionku, który zapewne leży w jednej z szuflad, wrzucony w pośpiechu, by ukryć go przed jego wzrokiem.
Uśmiecha się smutno.
Słońce wpada przez zasłony i maluje na skórze jej pleców złote pręgi. Mosty, łączące piękną przeszłość z teraźniejszością, która przecież też mogłaby być piękna.


Budzi się. Wdycha zapach, który utulił ją do snu - mokrej trawy, zielonej herbaty i jakiejś nieokreślonej goryczki, przypominającej dym z ogniska. Dziwne perfumy.
Zapach - i nic więcej. Wzrok natrafia na pustkę. Tylko ślad na poduszce i rozsunięte zasłony w oknie dowodzą, że to nie był sen.
Wzdycha ciężko. Zeszłej nocy wyczerpała już wszystkie łzy.

Ze zrezygnowaniem sięga do szafki, wyjmuje ten cholerny sygnet i przez moment się zastanawia, czy wyrzucenie go przez okno byłoby dobrym wyjściem. Ale w szufladzie jest coś jeszcze. Jakaś kartka.
Kochany Promyczku, a jednak nie wyczerpała. Już pierwsze słowa rozmazują się na papierze.
Przepraszam Cię za wszystko. Przepraszam, że zjawiłem się jak tchórz i jak tchórz odchodzę. Przepraszam, że nie mogę dać Ci tego, na co zasługujesz. Przepraszam, że nie wybuduję dla Ciebie zamku ze szkła, że nie uczynię Cię jego królową. 
Przepraszam, że złamałem Ci serce.
Przepraszam, że zgasiłem Twoje gwiazdy.
Przepraszam, że wszystko zniszczyłem.
Nie mogę kraść Twojego szczęścia, nie mogę wymagać, żebyś mi je oddawała dobrowolnie. Nie mogę być psem ogrodnika ani żądać, żebyś zadowoliła się niczym. Bo ja nie mam nic, więc nie mogę dać Ci nic. Kompletnie nic.

Ale za to on może, prawda?

Bądź szczęśliwa, Promyczku. Łap każdą małą radość i nawlekaj na nitkę jak koralik, uzbieraj ich jak najwięcej. I nie myśl o mnie. Myśl o sobie, bo to od Ciebie zależą przyszłe dni. Proszę, obiecaj mi, że nie będziesz smutna. Wiesz, że tego nie chcę.
Nie mówię: nie kochaj mnie. Wiem, że to niewykonalne. Ta Miłość w nas zostanie jak drzazga, która zbyt głęboko utkwiła w skórze, by ją wyjąć. Nie boli. Ale jest. I będzie, prawda?
Nie mówię: zapomnij. Też się nie da.
Ale mówię: idź dalej. Po prostu.
Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zrób go. Tylko jeden.
Jeden jak jeden dzień.
Jeden jak jedna noc.
Jeden jak jedna gwiazda.
Jeden jak jedna łza.
Jeden jak jeden płomień.
Jeden jak jedna drzazga w naszych dwóch sercach.

Życie też masz tylko jedno, nie zmarnuj go. Żyj.

Kocham Cię, Promyczku. Najbardziej.


Słońce świeci już bardzo jasno, zapala w oczku pierścionka tęczowe błyski. Obraca dłonią, łapie te refleksy, przygląda się im w skupieniu. A potem wstaje i idzie zaparzyć kawę.
W kuchni skreśla na kalendarzu ten dzień. Jeden dzień. Kolejny dzień.
Zwykły. Najzwyklejszy. Jedna kratka, wypełniona cyfrą.
Skreśla i liczy - do ślubu z Germanem jeszcze tylko dwa tygodnie.
Czy można to uznać za pierwszy krok?



And if you hear me talking on the wind
You've got to understand
We must remain

Perfect Strangers...
____________________________________________________________________

Od autorki: Witajcie po raz drugi! Znowu napisałam coś dziwnego, ale to typowe dla mnie. Miejmy nadzieję, że nie uciekniecie w popłochu po przeczytaniu tego - bo gdybyście uciekli, to stracilibyście okazję do przeczytania cuda od Sarenki, które pojawi się już wkrótce i na pewno nie będzie tak dołujące jak wypociny jej siostry bliźniaczki.

czwartek, 10 lipca 2014

{014} Dienaty || "Tracę tlen'' - Kathrina


Tytuł: ,,Tracę Tlen''
Para: Dienaty
Gatunek: Dramat, Pamiętnik, Romans, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: T


Dla mojej kochanej Sary.
Za to, że jesteś, że mnie wspierasz, kiedy innych nie ma.
Za to, że jesteś moją przyjaciółką, mogę Ci ufać i bardzo Cię kocham. 
Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz.

*****

Każdy z nasz ma w swoim życiu okres czasu w którym opanowuje go smutek. Nie ma wtedy nikogo. Owijamy się w bańkę, której nie da się przebić za wszelką cenę. Chociaż nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdzieś tam, jest jeszcze ktoś komu na nas zależy. Jest taka siła, która jest niewidoczna dla oka, ale przyciąga i odciąga od nas ludzi, nikt oczywiście tego nie czuje ani nie widzi. Ona po prostu jest, sama sobie. Na niektórych również nam zależy, tak bardzo, że jesteśmy nimi wręcz zaślepieni.
Niestety los często chce, dla nas źle, wtedy trafiamy na fałszywych przyjaciół, na złe osoby, które mącą nam w głowie i psują wszystko co mamy. Mieszają nam w głowie, zmuszają do wielu złych czynów. Wykorzystują, po czym zostawiają z otwartym sercem. Na tym właśnie opiera się nasz świat.
Na bólu...

*****

Jeden dzień. 24 godziny. 1440 minut. 86400 sekund. Tak niewiele, tak krótko, ale ile można przez ten czas stracić. Można kogoś skrzywdzić. Można bezlitośnie zostawić. Pogardzić nim. Dać się poddać.
Dać odejść. Świat jest niesprawiedliwy. Czasami czujemy, jakbyśmy truli się tym cholernym powietrzem. Jakbyśmy tracili tlen. Ten cenny, niezbędny do życia. Nie chcemy dopuścić do siebie tego, że możemy już nigdy nie być blisko tej osoby...

*****

Samotność.

13.04.2014r.
W zaufaniu...

Sama, ale nie samotna. Ironia losu pędzi ironię. Tęsknię za starym życiem, za rodziną. I tak nigdy nie będzie tak samo, wierząc w to, pokazuje swoją głupotę.


Tęsknota.

18.07.2014r.
Zrobić na przekór...

Zemścić się na świecie, zapomnieć o tym co było. Iść przed siebie, bez różnicy co będzie, ile dni zdołamy tak przeżyć. Tańczyć w deszczu, słuchać tylko wiatru, uciekać...


Przeszłość.

23.10.2014r.
Umieranie...

Ten moment w którym wszystko powraca, ze zdwojoną siłą. Chociaż chcemy zapomnieć, nie możemy. Nasz mózg do tego wraca. Umieram w tym świecie...


Powroty.

02.11.2014r.
Kuszenie...


Wzloty i upadki dnia codziennego. Męczy i dręczy. Wierci tak zwaną ''dziurę'' w brzuchu. Nie umiesz podjąć decyzji, psują Cię. Nie mam już pojęcia co robić z życiem.


****

Wcześniej - Styczeń 2014 roku.


Spokojnie siedziała wpatrując się bezradnie w chmury. Czekała spokojnie na ukochanego. Czas gnał jak dziki. Ukochany natomiast nie pojawiał się. Zrywała kolejne kwiaty, które kwitnęły tuż przy kocu, na którym spoczęła. Wykonywała kolejne połączenia do Diego, a jej serce biło mocniej z każdą sekundą, która wybijała na zegarze. Tik, tak, tik, tak. Zaczęła słyszeć ciche głosy w swojej głowie, niepokoiła się. Zawsze wydawało się, że tworzą idealny związek, ale chyba jej zmysły, tak jak i reszta otaczających jej ludzi miała rację. On nie był dla niej? Zimny drań, cwaniaczek chodzący w skórzanej kurtce, którego nie obchodzili inni, ale fakt, że ten drań tak bardzo na nią działał i był cholernie przystojny wygrywał. Miał przewagę nad Natalią. Jego perfumy stawały się uzależnieniem dla dziewczyny. Mogła chłonąć je całymi dniami, leżąc przytulona do jego ramienia. To było magiczne. W sumie, to była nim zaślepiona. Nie wiedziała co było tego powodem, ale tak się działo. Gdy tylko zobaczyła Hiszpana, coś w środku pękało, chciało jej się skakać ze szczęścia. Znów to robił. Pogrywał jej uczuciami.
Umiał czarować, chociaż nie był czarodziejem.
Był. A jednak nie. Był. Tworzył magię z jej delikatnych uczuć. Nadal czekała na cholerną wiadomość, która nie chciała przychodzić. Uporczywie sprawdzała, raz po razie, czy oby na pewno miała dobry zasięg.
Wszystko grało. Znów ją wystawił. Był wobec niej okrutny. Nawet nie rozumiał ile takie spotkania dla niej znaczą.
Halo? Jest tu ktokolwiek? 
Nie chciała wierzyć, że on mógłby ją notorycznie oszukiwać. Wciskać słodkie kłamstwa, później kazać tańczyć jak jej zagra. Jej myśli wirowały.
Kolejne godziny, kolejny dzień.
Znów byli umówieni, znów nie przyszedł. Zaczęły się podejrzenia. Cholerna zazdrość, która przysłaniała jej oczy i zakrywała trzeźwe myślenie nad całą sytuacją. Zbiegła po schodach na dół, o mało co nie zabijając się. Złapała kurtkę i kluczyki od samochodu po czym pośpiesznie ruszyła w stronę domu Hernandeza.
Całą drogę nie mogła się skupić. Przejechała na czerwonym świetle, o mało nie potrąciła dziecka wchodzącego na pasy. Była chodzącym kłębkiem nerwów. Chciała dowiedzieć się prawdy o chłopaku, ale jednak się jej bała. Mijała powolnie kolejne uliczki. Niemiłosierny czas. Podjeżdżając pod dom ukochanego przejrzała się jeszcze raz w lusterku, zobaczyła w swoich oczach wściekłość. Wyjęła paczkę tabletek z torebki i powoli połknęła jedną, a następnie kolejną.
Żegnaj delikatności. Witaj rzeczywistości.
Nacisnęła klamkę od drzwi domu. Wparowała szybko do środka. W kuchni zastała siedzącego Diego. Niezauważenie spojrzała na niego i przysłuchała się rozmowie, którą właśnie toczył z kimś przez telefon.
-Tak, tak. Dzisiaj wieczorem? Tylko musimy być dyskretni nikt nie może się dowiedzieć o naszym spotkaniu. Dobrze. Będę.- W tym momencie nie pozostało jej nic oprócz wbijanego noża w plecy. Całe jej ciało było rozpalone. Ledwo co trzymała się na nogach, ale musiała silnie podejść do sytuacji.
-Natalia.. Co Ty tu robisz...?- Zawahał się gdy tylko ujrzał ją w progu.
-Powinnam zadać lepiej pytanie, co to wszystko ma znaczyć. Okłamywałeś mnie przez ten cały czas i jeszcze dajesz radę patrzeć mi w oczy? Jak mogłeś. - Poczuła jak pojedyncza łza spływa po policzku. Nie dała jej jednak popłynąć przez całą twarz, tylko zgrabnie otarła.
-Słowiku, to nie tak jak myślisz. - Złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Tak głęboko jakby miał w nich zobaczyć jej duszę. - I've been feeling everything, from hate to love. From love to lust, from lust to truth
I guess that's how I know you. So I hold you close to help you give it up.*- Wiedział jakie słowa nadal na nią działają. Wiedział co zrobić, aby mu wybaczyła. Gdzie dotknąć, co powiedzieć, co zrobić w danym momencie. Tak jakby miał instrukcję obsługi brunetki.
To już nie działa, kochanie.
Przypatrzył się jej ustom, przyłożył do nich palca, tak jakby kazał nie używać żadnych słów. Dotknął jej podbródka palcami i nachylił się do pięknych, pełnych ust, jednak dziewczyna oparła się urokowi.
-Nie jestem tak słaba jak inne.- Powiedziała złośliwie po czym wyrwała się z uścisku i opuściła dom, trzaskając drzwiami.
Chłopak oparł się o ścianę po czym powolnie po niej opadł. Zatopił głowę w kolanach i zaczął swoje melancholijne przemyślenia. Każde bolało coraz bardziej. Jak żyć w bezsilności? Gdy każdy kolejny dzień jest bardziej przygnębiający od poprzedniego...


****

13 Listopada 2014 rok


Światło rażące jej twarz, oczy już łzawiące od ciągłego przyglądania się nastawionej na nie lampy. Już wiedziała, że to koniec.
-Co wiesz o śmierci Diego Hernandeza z dnia 21 marca 2014 roku?- Pytała policjantka po raz setny na przesłuchaniu. Nigdy nie sądziła, że skończy aż tak marnie. Siedziała na komisariacie i była pytana o śmierć swojego byłego. 
Pierwsze oskarżenia.
-Mów!- Krzyknęła centralnie nad uchem Natalii. - Czy to Ty przecięłaś hamulce w jego samochodzie, przez co spowodował wypadek wpadając w przepaść? Mów! 
-Nic nie wiem. - Zaprzeczała wszystkiemu co się jej mówiło. 
,,Czy jest tam ktoś, bo tu coraz trudniej i trudniej oddychać...'' **
-Mów prawdę, bo zaczniemy używać drastycznych środków.
-Ale gdy ja jestem niewinna! - Krzyknęła.
-Dobrze, odprowadźcie dziewczynę. Masz dwadzieścia cztery godziny przerwy, później masz się tu stawić i spróbujemy od nowa zrobić przesłuchanie. 
Dwóch mężczyzn rozpięło kajdanki, uwalniając już czerwone ręce dziewczyny, po czym odstawili ją pod dom.
Pościg o wolność.
Zatrzasnęła drzwi po czym zamknęła je na klucz. Pobiegła do swojego pokoju, zabrała wszystkie zdjęcia, które w nim leżały. Wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę, którą podpalała powolnie fotografie. Oparzała swoje ręce raz po razie, ale czuła, że nic jej już nie może zranić, żaden ból nie był tego warty. 
Już jutro zostanie skazana, już jutro ją zabiorą. 
Była winowajczynią. 
Zemsta jest słodka, ale nie zawsze popłaca. Była nawet na pogrzebie chłopaka, ale stała z dala. Dopiero gdy wszyscy odeszli podeszła i pochyliła się nad miejscem w którym był pochowany. Zapewne jej widok był żałosny. Pragnęła ponownie odwiedzić cmentarz. Zebrała siły w sobie i wyruszyła. 
Miejsce bólu i prawdy.
Znów pochyliła się nad nagrobkiem, dokładnie jak w dniu pogrzebu. Przypomniała sobie teraz jego twarz, zapach, ciepło. Wszystko to, o czym nie pamiętała gdy była zaślepiona zemstą. 
Życie pozagrobowe. 
Nie chciała skończyć za kratami, nie oglądając tego piękna, które dzieje się na świecie. Musiała coś zrobić. Usiadła na ławce koło grobu Hernandeza, po czym wyjęła z kurtki scyzoryk. 
Jeden ślad, dwa ślady. Zawyła z bólu. 
Początek końca.
Opadła na ziemię. Straciła cały tlen z płuc. Jej ciało po kilku godzinach przybrało inny kolor. 
Inny świat.
Teraz była już po drugiej stronie. Mogła jako duch oglądać swoje ciało. Mimo wszystko nie mogła już powrócić. Ktoś stanął koło dziewczyny. Już jako cień. Podał jej niewidzialną dłoń i wspólnie ruszyli ku zachodowi słońca, po schodach do bram.
Stare uczucia ożyły na nowo, chociaż ciała były martwe.

***************************************************************
Hej kochani! Jeju, mój pierwszy One Shot, szczerze to myślałam, że się nie wyrobię Ciutkę się denerwuję, ale już po wszystkim, na szczęście :3 Mam nadzieję, że Wam się spodobał, chociaż nie był za radosny :c
Ale cóż, czasami tak w życiu bywa. Mam nadzieję, że macie wspaniałe wakacje :)) Mi lecą jakoś tak, wolno dość, w sumie to ich jeszcze nie czuję, poczuję zapewne w ostatnim tygodniu xd
Dobra, już kończę :D Mam nadzieję, że moja praca nie jest taka najgorsza i Wam się podoba <3

*Wszystko już czułem, od nienawiści do miłości, Od miłości do żądzy, od żądzy do prawdy. Chyba właśnie taką cię znam.Więc obejmę cię mocno, by pomóc ci się poddać. - Ed Sheeran -Kiss Me
**Maroon 5 ,,Harder to Breath''