Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

{Zamówienie 005} Femiła || "Bez końca" Carmen E.

Tytuł: Bez końca
Para: Fedemiła (Federico & Ludmiła) 
Gatunek: Dramat, romans, obyczajowy
Przedział wiekowy: K



Dla Anonimka :3


Zazwyczaj w powieściach znamy początek historii i zatrzymujemy się w jej pewnym momencie, nie zastanawiając się, co było dalej - koniec nam wystarcza, jeżeli tylko jest szczęśliwy. Nie rozstrząsamy dalszej części, nie negujemy jej. A to przecież koniec jest bardziej istotny - on wieńczy wszystko. Nie początek, który wcale o niczym nie świadczy. I dlatego niektóre historie powinno się opowiadać od końca. Przewińmy więc jedną z nich.


Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii....
Umarła.
Osiemdziesięcioletnia staruszka właśnie opuściła świat żywych - nikogo nie powinno to dziwić, wszyscy powinni być na to gotowi. A jednak nie byli. Płacz wypełnił korytarz, kiedy mężczyzna w białym fartuchu poinformował rodzinę o tym, że nigdy więcej jej nie zobaczą. Jej dzieci, wnuki i trójka prawnuków zasmuceni siedzieli jeszcze przez chwilę w szpitalu, rozpamiętując poszczególne momenty z nią spędzone - a może myśląc o tym, że kiedyś ich też spotka śmierć - by niedługo później go opuścić.
I to był właśnie koniec tej historii.


2 miesiące wcześniej:


-Babciu, nie chcę żebyś nas zostawiała - powiedziała jej prawnuczka, dwunastoletnia Priscilla, tuląc policzek do jej nieruchomej dłoni. Chciała coś odpowiedzieć, jednak nie miała już na to siły. Życie wyczerpało ją doszczętnie - ale też uszczęśliwiło i obdarowało najwspanialszą rzeczą, jaką może tylko posiadać człowiek - rodziną.
-Pris, daj babci odpocząć - w pokoju pojawiła się matka dziewczyny i delikatnie wyprowadziła ją, popychając za ramiona. Martwiła się o córkę, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy - ktoś umiera, ktoś za nim płacze, ktoś nowy pojawia się na świecie. Niesprawiedliwy system, rytuna, której ludzie bali się najbardziej na świecie.
Została sama, z własnymi myślami, które ledwo dawała radę utrzymać w swej głowie - gotowe były odlecieć, gdyby tylko na dłuższa chwilę zamknęła oczy. Ale ona nie chciała spać. Wiedziała, że to ostatnie dni czy tygodnie jej życia. I pragnęła po prostu wspomnieć wszystkie dobre i złe chwile, które miały w nim miejsce. By celebrować dar jakim było przebywanie na tym świecie - dar, którego tak wielu nie doceniało.
Nie czuła się tak osamotniona od śmierci swojego męża. Jednak wiedziała, że oni nie potrafią jej zrozumieć. Nawet jeżeli by chcieli. Dzieliła ich różnica pokoleń i - przede wszystkim - lata doświadczeń, których oni nie mogli sobie dopisać, a ona nie mogła ich wymazać. Została więc sama, bez osoby, która byłaby w stanie do niej dotrzeć. Czuła miłość, która ją otaczała, jednak zdawała się nie wdzierać do środka niej. Omijała ją niczym rwąca rzeka. Płyneła dookoła, stykała się z nią, jednak nie docierała do środka jej ciała. I nikt nie mógł na to nic poradzić.


2 lata wcześniej:


-Nie chcę go żegnać! - oznajmiła staruszka siedząca na wyniszczonym, wiklinowym fotelu. Nie płakała. Nie okazywała w ogóle żadnych emocji. Powtarzała tylko wszystkim, że pożegnanie oznacza koniec czegoś - więc powie mu tylko 'do widzenia', co zrobiła w szpitalu, gdy umierał, i nawet nie pojawi się na pogrzebie. Bo pogrzeby są tylko dla żywych. Co niby za różnicę robi osobie umarłej to, czy przyjdzie się z nią pożegnać dwie osoby czy pięćset? Gdy iskierka jego życia gaśnie już więcej nic dla niego się nie liczy.
-Mamo, proszę... - blondwłosa kobieta z twarzą prawie bez żadnej zmarszczki zaprotestowała, jednak nie gwałtownie. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeżeli jej rodzicielka coś postanowi to dyskusję z nią są całkowicie bezsensowne.
-Oj, już tu mi nie strzelaj fochów. Idźcie jeżeli chcecie. Mnie dajcie spokój – kiedy jej córka wycofała się nieco z pokoju krzyknęła jeszcze za nią – Ale mogłabyś mi przynieść krzyżówki i herbatę! Najlepiej brzoskwiniową … - dodała po chwili zastanowienia. Młodsza kobieta wyszła z pokoju podziwiając hardość ducha matki. Nie wiedziała, jak poradziłaby sobie ze stratą Javiera, czy którejkolwiek ze swoich córek. Nie wiedziała tylko, że starsza kobieta cierpi, kryjąc ból w sobie. Straciła osobę z którą spędziła sześćdziesiąt jeden lat życia i nie umiała się z tym pogodzić. Zdawała sobie tylko sprawę, że w końcu nadejdzie i na nią czas, a wtedy znów spotka swojego Federico – młodego i przystojnego. Takiego, jakiego znała jeszcze za czasów liceum.
Dotknęła swojego policzka. Obwisła skóra uciekała jej pod policzkami. Uśmiechnęła się sama do siebie wiedząc, że to nie potrwa długo. Nie będzie długo tęskniła. Jest już stara...


Dwanaście lat wcześniej:


-Pośpieszcie się! - zawołała podekscytowana Marika, okrywając matkę płaszczem i pomagając ojcu dźwignąć się z fotela. Ludmiła odsunęła jej ręce, cicho prychając. Nie lubiła jak ktoś jej pomagał. Czuła się całkowcie sprawna i – póki mogła – chciała radzic sobie sama. Różwnież nie podobało jej się to, że własna córka ją pośpiesza. Rozumiała, że ma urodzić jej się zaraz pierwsza wnuczka i zostanie babcią pierwszy raz w życiu, jednak granice rozsądku powinny jej podyktować, jak zachowywać się inteligentnie. Niestety, albo stety, Marika odziedziczyła po ojcu włoską krew, włoską namiętność i włoską pobudliwość.
-Chodź, Lu, zostaniemy pradziadkami – poczuła rękę męża w swojej dłoni i uśmiechnęła się do niego delikatnie. Martwiła się o niego, ze względu na ciągłe choroby, jednak nie dawała po sobie tego poznać – wiedziała, że on tego nie chce, tak jak i ona by nie chciała.
Wyszli z domu na podwórko, gdzie ich zięć czekał już w samochodzie. Również był podekscytowany, jednak nie rozgłaszał tego naokoło, jak jego żona. Siedział spokojnie na fotelu kierowcy i przypatrywał się teściom, idącym spokojnie dróżką i nie śpieszącym się tylko po to, by dogryźć córce. Javier uśmiechnął się pod nosem marząc o tym, żeby jemu i Marice też tak dobrze ułożyło się przyszłości – żeby tak jak ta para nigdy nie przestali się kochać. Byli jego wzorem do naśladowania, jeżeli chodzi o miłość i podziwiał ich, jak nikogo innego. Tym bardziej, że sam pochodził z rozbitej rodziny.
-Jedziemy! - zarządziła ich córka, zatrzaskując drzwi za rodzicami i siadając obok swojego męża. Przez całą drogę obgryzała paznokcie, czego nie robiła od kiedy skończyła dwanaście lat. Ludmiła uśmiechnęła się porozumiewawczo do Federico. Na szczęście droga nie była długa, więc końcówki paznokci Mariki zdołały przetrwać.
Kobieta praktycznie wbiegła do szpitalu, przepychając się korytarzami. Później było tylko czekanie na jakieś wieści. Długie czekanie... Tylko po to, by kilka godzin później usłyszeć:
-Gratulacje, zostaliście pradziadkami – i zobaczyć pierwszy raz ukochaną prawnuczkę – Priscillę.


Pięćdziesiąt dziewięć lat wcześniej:


-I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci – usłyszała z ust swojej najlepszej przyjaciółki słowa skierowane do jej partnera, którego zdawała się kochać nad życie. Ludmiła wiedziała, że zaraz nadejdzie i jej kolej na złożenie przysięgi – jednak była spokojna, opanowana – pewna swojej decyzji – jak niczego innego wcześniej. Spojrzała w oczy Federico i dosłownie się rozpłynęła. Zdało jej się, że to właśnie w jego oczach zakochała się najpierw. Patrzyły na nią wtedy tego dnia, gdy się poznali, z bardzo bliska. I ta odległość jej nie przeszkadzała, chociaż wtedy w ogóle się nie znali. Uśmiechnęła się, wiedząc, że teraz wszyscy zgromadzeni w kaplicy będą zastanawiali się o co chodzi, jednak nie zwróciła na to uwagi. Była taka szczęśliwa... Że chyba bardziej już nie mogła. Położyła jedną dłoń, prawie niewidocznie, na swoim brzuchu – jeszcze płaskim. Jednak Fede zauważył jej ruch i uniósł pytająco brwi. Skinęła głową, zastanawiając się, jaka będzie jego reakcja. Diego i Natalia skończyli wymawiać przysięgę, kiedy rzucił się w jej stronę i chwycił w ramiona, by złożyć na jej ustach pocałunek, nie zwracając uwagi na księdza, który próbował go powstrzymać i wyjaśnić, że takie rzeczy dopiero po przysiędze.
-Kocham Cię – wyszeptał jej jeszcze do ucha, zanim Diego zdążył go od niego odciągnąć, śmiejąc się z przyjaciela.
-Wiem... - odpowiedziała szeptem, którego nie mógł usłyszeć. Jednak to nie było ważne.


Sześćdziesiąt lat wcześniej:


-Zgadnij kto? - poczuła palce na swoich powiekach. Jednak nie musiała długo się zastanawiać – zbyt dobrze znała ten głos i ten dotyk, by się pomylić.
-Fede, przestań się wygłupiać – powiedziała i poczekała aż przeskoczy ławkę i usiądzie obok niej, by go pocałować. Czuła, że nigdy jej się to nie znudzi. Że mogłaby to robić w nieskończoność.. Mężczyzna odsunął się od niej na wyciągnięcie ręki i uśmiechnął się rozbrajająco, jakby coś przeskrobał. Chciała go zapytać o co chodzi, jednak nie zdążyła.
-Diego i Natalia się dzisiaj zaręczyli – blondynka ucieszyła się szczerze, ta dwójka kochała się od dłuższego czasu. Poza tym uwielbiała swoją przyjaciółkę i dzieliła z nią każdą radość i smutek.
-Diego coś wspominał kiedyś, że ten moment się zbliża, ale nie wiedziałam, że to już.
-Lu... - Fede dotknął jej policzka opuszkami palców i spojrzał jej w oczy – Też chciałem zadać Ci pewne bardzo ważne pytanie... - poczuła, jak serce podskoczyło jej gardło, czekając co nastąpi dalej, gdy chłopak uklęknął obok ławki i z kieszeni wyjął małe pudełeczko.
-Wyjdziesz za mnie?


A to był jej początek. Może nie historii ich miłości – bo miłość pojawiła się wcześniej – ale etapu ich życia, który spędzili razem. Nie cofniemy się dalej w przeszłość, gdyż ona nie ma większego znaczenia. Liczy się to, że spełnili obietnicę. Żyli ze sobą w miłości do samej śmierci. Darząc się szacunkiem. Będąc sobie wiernymi. I nie potrzebując niczego więcej poza sobą nawzajem.
I chociaż sensem tej historii było jej zakończenie to jedno jest pewne - pomimo śmierci ich miłość będzie trwała.

Bez końca. 

______________________________
I to by było chyba na tyle :D Wybaczcie opóźnienie, zwyczajnie nie miałam internetu ;/ Femiła miała być patologiczna, a w końcu zmieniłam zdanie i oto jest - całkiem normalna ^^ Oczywiście zapraszam na wszelkie poprzednie, jak i przyszłe OSy, które sa i będą genialne *o*
Do zobaczenia przy kolejnym OSie
Kocham Was <3
Carmen E. 

wtorek, 22 lipca 2014

{Zamówienie 004} Marcetta || "Nigdy nie pozwól mi odejść" - Scarlett Walker

Tytuł: "Nigdy nie pozwól mi odejść"
Para: Marcetta (Marco & Violetta)
Gatunek: Romans, Dramat, Pamiętnik
Przedział wiekowy: K


Dla kochanej Martyny Blanco. <3

               Zamknął za sobą mahoniowe drzwi, które pod wpływem silnego wiatru głośno trzasnęły. Zostawił ją na korytarzu samotną, stała niczym słup roniąc gorzkie łzy jedną po drugiej. Jej wargi drżały niemiłosiernie, próbując niemo wypowiedzieć jedno słowo. Zostań... Błagalnym wzrokiem wpatrywała się w drzwi z nadzieją, że zaraz wróci i już jej nie opuści. Złudne pragnienia. Podeszła bliżej okna, by móc spojrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Dotknęła dłonią chłodnej szyby i przejechała po niej próbując schwytać krople deszczu. Po zmroku nadchodziła rzeczywistość. Zmieniało się wszystko. Wszystko oprócz jej uczuć do niego. Zatajał to tak długo i doskonale, że nie spostrzegł, kiedy zranił ich oboje. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. Podrzuca nam kłody pod nogi, by sprawdzić naszą wytrzymałość. Kiedy zaczynamy cierpieć, los, który dotąd tylko z nas drwił śmieje się jeszcze głośniej. Wysysa z naszych ciał resztki chęci do życia. Przekształca miłość w nienawiść. Potrzebowała go bardziej, niż wcześniej, pragnęła, by wrócił i nie chciał jej zostawić. To było tylko marzenie nie do spełnienia. Odszedł, pozostawiając po sobie ogromną ranę w sercu dziewczyny. Potrafiła mu wybaczyć wszystko, nawet najgorsze przewinienie i to, że ciągle ją oszukiwał. Kochała go mimo popełnionych przez niego błędów, wad i bólu, który jej zadał. 
     Wróciła do swojego pokoju na piętrze, opadając bezwiednie na łóżko. Czuła wielki ciężar na barkach. Udźwignęła zbyt dużo, by teraz się poddać, ale nie miała siły do walki. Byli skazani na porażkę. Wszystko, co dotychczas osiągnęli przemieniło się w proch i ulotniło wraz z wiatrem. Przeminęło, choć w sercu pozostało. Zabrała z szafki nocnej pamiętnik, otwierając na pierwszej stronie. Przewinęła kilka kartek do przodu, aż wreszcie doszła do dnia dwudziestego siódmego kwietnia. Otarła łzę z polika i ucałowała jego zdjęcie. Zamknęła notes, zgasiła lampkę nocną i okryła się grubą kołdrą, próbując odpocząć choć na chwilę od niepowodzeń. 
     Zasnęła.

27.04.2015

Chciałabym, żeby on też mnie pokochał.



               - Violetta, zaczekaj! - zaczął pogoń za dziewczyną, krzycząc wniebogłosy. Uciekała, próbowała zapomnieć, ale nie potrafiła. Wiatr rozwiewał jej złote loki, zasłaniając widoczność. Przyspieszyli tempo, żadne z nich nie miało zamiaru zatrzymać się, by dać sobie choć chwilę odpoczynku. Leon powoli doganiał dziewczynę, ta jednak mimo swojej słabej kondycji nie przestawała biec. Walczyła dalej. Potknęła się; po raz pierwszy. Podniosła się, wciąż się nie zatrzymuje. Próbuje udowodnić sobie, że potrafi bez niego żyć. To jak ucieczka z zamkniętego domu bez klucza, z którego, pomimo wielkiego wysiłku, nigdy nie wyjdziesz. Powoli brakowało jej tchu, wreszcie się poddała. Wiedziała, że i tak nie da rady. W końcu i tak by ją dopadł i omamił do końca. Kiedy był już dostatecznie blisko, wyjął dłoń i chwycił Violettę za nadgarstek. Przyciągnął do siebie; stykali się ciałami, co postawiło dziewczynę w niezręcznej sytuacji. Wszelkie próby ucieczki nie miały żadnego sensu, szamotała się bez skutku. 
- Violu... Kochanie...
- Nawet tak do mnie nie mów - zaprotestowała. Nie puścił jej ani na chwilę, wręcz przyciągał jeszcze bliżej siebie. Był brutalny, tak jak nigdy. Po raz pierwszy nie poznała swojego Leona. On już nie jest jej. - Myślisz, że zrobisz maślane oczka i od tak ci wybaczę, po tym, co widziałam? Zapomnij.
- To był przypadek, przysięgam - próbował się bronić żałosnymi tłumaczeniami.
- Ja nie wierzę w przypadki, Leon. Ostrzegali mnie przed tobą, zanim pojawiłam się w Studio. Trzy stracone lata, jaka ja byłam głupia... - zaśmiała się ironicznie pod nosem, nie przestając kończyć wypowiedzi. - Nie wystarczyłam ci, co? Musiałeś szukać pocieszenia u swojej byłej, tak? Ludmiła nie jest w niczym ode mnie lepsza, rozumiesz? - z każdym nowo wypowiadanym słowem podnosiła ton głosu. Chłopak ścisnął jeszcze mocniej jej dłonie, wpatrując w oczy dziewczyny, które dosłownie mogły służyć za laser. - Trzeba było się z nią nie całować!
- Uspokój się, kicia - musnął wargami polik Violetty, wprawiając ją we wściekłość. Czuła niepohamowaną chęć do przywalenia temu bufonowi z nadętym ego, ale miała jeszcze swoją godność. Nie próbował uspokoić blondynki, wręcz na odwrót; z każdą sekundą drażnił ją jeszcze bardziej. Była na skraju wytrzymałości. Przecież do niedawna wszystko szło tak doskonale, kochali się, byli dla siebie oparciem i co najważniejsze - ufała Leonowi bezgranicznie. Dopiero teraz zrozumiała, jaki ogromny błąd popełniła. 
- Przestań mnie dotykać, bo inaczej zacznę wrzeszczeć - ostrzegła. Dosłyszał się w jej głosie nutki strachu, co tylko napędzało go do wykonywania dalszych ruchów. Nie wytrzymała. - Pomocy! Ratunku! On mnie...
     Nie dokończyła, czując jak jej policzek staje się gorący, piekł i bolał równocześnie. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Wreszcie dał jej wolność. Dotknęła niemalże bez wyczucia czerwonego śladu na twarzy. Z bólu serca i cielesnego nie dało się wtedy uciec. Uroniła kilka słonych łez. Ale dla niego nawet nie warto.
- Ty... - nie miała zamiaru wypruwać z siebie resztek sił dla kogoś, kto okazał się najgorszym człowiekiem w jej życiu. Utykając na lewą nogę uciekła z parku, nie zważając na krzyki Leona, któremu najwyraźniej jeszcze nie znudziła się ta chora gra, w której nie miała zamiaru uczestniczyć. Kolejny pionek w zabawie. Nim spostrzegła, stała już pod drzwiami domu przyjaciela.
- Violu, co ci się stało?! - zareagował niemalże natychmiast, gdy zobaczył, w jakim stanie się znajduje. Nic nie mówiąc wtuliła się w niego, kryjąc twarz w jego ramionach. 
- Marco, obiecaj mi, że chociaż ty nigdy nie odejdziesz... że będziesz już zawsze, nie oszukasz mnie... - co chwilę przerywała, próbując zaczerpnąć powietrza do płuc, którego zaczynało brakować. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mocniej objął dziewczynę, by dać jej poczucie bezpieczeństwa, choć na kilka marnych sekund.
- Dla ciebie zawsze będę - nie do końca był pewien swoich słów. Gdyby teraz zranił Violettę, wszystko byłoby skończone. Wtedy, tamtego dnia przyrzekł sobie, że dotrzyma obietnicy. Cholerne obiecanki.



               Otworzył swoje ociężałe podkrążone oczy, stając do pionu. Podszedł do lustra, przeglądając się w nim. Chwycił w dłoń wodę kolońską i rozpylił ją na swoim gołym torsie. Zdjął z wieszaka jedną ze swoich ulubionych koszul i starannie zapiął wszystkie guziki. Ułożył swoje rozczochrane włosy, a po chwili był gotowy na kolejny dzień zmierzania się ze światem. Opuścił swoje mieszkanie, udając się do parku na wyznaczone spotkanie. Przemierzał kolejne alejki, aż wreszcie dotarł we właściwe miejsce. Wolał nie słyszeć niczego, prócz odgłosów natury. Tylko tak potrafił się wyluzować i zrelaksować. Doszły go jednak inne głosy, niekoniecznie najprzyjemniejsze. Znał go doskonale.
- Wiedziałem, że to ty - mruknął, odwracając się do tyłu. Ujrzał swojego byłego przyjaciela, Leona, stał naprzeciw, a jego fałszywy uśmiech nie chciał zejść z twarzy. Zrobił kilka kroków w przód, nadal bacznie obserwując mężczyznę.
- Jedyne, do czego zmierzam, to pytanie. Dałeś jej spokój? - spytał z nienawiścią w głosie. Nigdy nie sądził, że staną się dla siebie aż tak obcy. Nie podejrzewał, że ich przyjaźń rozsypie się w drobny mak, tak samo, jak jego niedoszły związek z Violettą. Był tak blisko, chociaż musiał się ukrywać. To nic nie znaczyło, to nie miało prawa się zdarzyć.
- Nie ma już nas. Mnie i Violetty. Myślę, że jesteś zadowolony. A teraz daj mi spokój - odepchnął go, próbując odejść. Był już wystarczająco daleko, lecz zatrzymał się, słysząc głos Leona.
- Marco, dziękuję.
- Ależ nie ma za co - odburknął ironicznie pod nosem, uciekając z tamtego miejsca.
    


               Zapalił świece na stole w jadalni. Zgrabnym ruchem rozłożył sztućce i poprawił krzywy obrus. Wszystko było prawie gotowe. Tego wieczoru spodziewał się gościa. Zerknął na zegar ścienny, wybijał ósmą wieczorem. Z niecierpliwością czekał na przyjście dziewczyny, lecz ta nie chciała się pojawić. Juliet olała całkowicie jego zaproszenie. Usiadł na krześle, opierając łokieć o oparcie. Pochylił głowę w dół, zamykając powoli oczy. Siedział tak kwadrans, dopóki nie doszedł do jego uszu odgłos dzwonka. Wstał z miejsca i ruszył w kierunku korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach, nie spoglądając przez wizjer. W progu stała Violetta, miała poważną minę. Zaniepokoiło go trochę jej najście, tym bardziej, że wczorajszego dnia wyszedł od niej pokłócony. Stanęła z nim twarzą w twarz, ujrzawszy gęsią skórkę przechodzącą przez całe jego ciało. Zrobiła stanowczy krok w przód, znajdując się w niebezpiecznie bliskiej odległości od niego.
- Marco, możemy porozmawiać? - spytała bezuczuciowo. Mężczyzna tylko kiwnął głową i zaprowadził ją do salonu. Panował w nim półmrok, jedynym oświetleniem były cztery świece i lampka stojąca na komodzie w rogu pokoju. Blondynka przyjrzała się dokładnie zastawie, dotykając opuszkami palców jednego z ram krzeseł.
- Czekasz na kogoś? - zachowywała się tak, jakby właśnie zdradzał ją z kimś innym. W rzeczywistości nie miała prawa nawet tak pomyśleć, przecież nic ich nie łączyło.
- Byłem umówiony z moją przyjaciółką - westchnął, nie spoglądając jej w oczy. - Nie przyszła. Zjesz ze mną? - wyskoczył nagle z propozycją. Nie mogła mu odmówić, chciała tego wieczoru wszystko naprawić. Zajęła miejsce naprzeciwko niego, nalewając sobie białego wina. Siedziała z nim trzymając go w dłoni. Tkwili w ciszy przez dłuższą chwilę, żadne z nich nie chciało jej przerwać.
- Jesteś głodna? - wstał z krzesła i podszedł do niej z tacą. Nie miała aktualnie na nic ochoty, grzecznie odmówiła i wróciła do konsumowania wina. Między dwójką trwała napięta nić, której żadne nie chciało przerwać. Oboje bali się wykonać jakikolwiek krok. Violetta stawała się coraz bardziej niecierpliwa, aż wreszcie nie wytrzymała i wybuchła, wyrzucając z siebie resztki złości.
- Marco, dlaczego mnie oszukiwałeś?! Dobrze się czułeś z tym faktem? Dawało ci to satysfakcję? - podniosła się z impetem z miejsca, upuszczając lampkę wina. Szkło potłukło się na tysiące drobnych kawałeczków, robiąc niemały huk, lecz nie zainteresowała się tym. Wrzeszczała dalej, dając wreszcie upust swym emocjom. - Bawiłeś się moimi uczuciami, co? Uwielbiasz patrzeć na moje cierpienie - przełknęła głośno ślinę, opierając dłoń o kant stołu. - Dlaczego... dlaczego to zrobiłeś? - spojrzała na niego z pretensją. Ten tylko wstał z miejsca i podbiegł do niej.
- Bo cię kocham - rzucił się na jej drobne ciało, złączając ich usta w pierwszym pocałunku, najpiękniejszym, jak i najbardziej gorzkim dotychczas. Szybko jemu uległa, gdyż wiedziała, że z nim nigdy nie wygra. Toczyła się między nimi wojna o dominację. Kto lepszy, ten dostanie wszystko, czego zapragnie. Zaczynało im brakować tchu. Na chwilę oderwali się od swoich ciał, by kilka sekund później jeszcze bardziej się do siebie zbliżyć. Całował każdy najmniejszy kawałek skóry na jej odsłoniętej szyi. Przekręciła głowę w bok, cicho stękając. Pragnęła więcej i więcej... Chwilę później znaleźli się w jego sypialni. Nie przestawali się całować, nie chcieli przerywać tej przyjemności. Oparł jej ciało o ścianę, napierając na nie cały swój ciężar. Powolnym ruchem przejechał dłonią od jej ramion aż po biodra, delikatnie kołysząc się w lewo i prawo. Byli blisko osiągnięcia swojego pragnienia, lecz złośliwie przerwał im dźwięk wibrującego telefonu mężczyzny. Skończył, zostawiając dziewczynę w osłupieniu. Zerknął na wyświetlacz smartfona i odrzucił połączenie, po czym wrócił do Violetty. Chwycił jej twarz w ręce i ucałował czule czoło.
- Przepraszam - wyszeptał do ucha. Nie miała mu tego za złe. Czuła wreszcie, że między nimi jest dobrze. Nie wszystko zostało wyjaśnione, lecz zmierzało dobrą drogą. Nie bała się zakrętów i tego, co tam spotka, kiedyś wreszcie trzeba pójść wyboistą ścieżką. Jednak jej koniec będzie piękny, wiedziała.
     Została tylko jedna kwestia.
     Leon.

09.10.2015

I znowu jest jak w niebie.



                 Gorący żar lał się z nieba. Słońce ogrzewało całą Argentynę, nie dając odsapnąć ani na chwilę. Było po siedemnastej, ale godzina nie grała tutaj największej roli. Ludzie uciekali, jakby bali się promieni słonecznych. Dlaczego? Jeżeli piękny dar natury jest obcy człowiekowi, to co z nimi? Znają się? Wiedzą kim są? Nikt jeszcze nie rozszyfrował ludzkiego umysłu. Serca głęboko ukryte, bijące w tym samym rytmie. Drżące dłonie na ramionach swych. Nastał wieczór.
     - Puść ją - rzucił pospiesznie. Stał trzy metry od nich, mężczyzna dotychczas trzymający dziewczynę popchnął ją naprzód, skazując na bolesny upadek. Przewróciła się, okaleczając kolano. Jęknęła cicho z bólu, dotykając krwi cieknącej po opuchniętej nodze. Na sam widok zemdliło ją. Marco podbiegł do Violetty, pomagając jej wstać. O własnych siłach stanęła do pionu, przewieszając dłoń za ramię chłopaka. Spojrzał z nienawiścią w stronę Leona. Krzyżując dłonie na piersi uśmiechał się niczym czarny kot, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Bał się o nią, mężczyzna był nieobliczalny. Violetta tylko sapała, nie mając siły na dalsze funkcjonowanie. Opadła bezsilnie pod korę najbliższego drzewa w lesie, trzymając się kurczowo za nadgarstek. Był cały posiniaczony. Nie mogła znieść widoku kłócących się Leona i Marco, lecz skazana była na cierpienie patrząc na cały cyrk. Zamykając oczy wyobrażała sobie gorszy obraz ich bitwy. Nie wygrał żaden. 
- Ona jest moja - warknął w stronę swego wroga, popychając go.
- Violetta nie jest niczyją rzeczą - zaczął bronić Marco. Ze zdwojoną siłą uderzył Leona, zadając mu cios prosto w brzuch. Nie wytrzymał. Upadł na chłodną ziemię. Bolał niemiłosiernie. Gorzej, niż dwa dni temu. Mamrotał pod nosem niezrozumiałe dla nikogo słowa, powoli podnosząc się do góry. Kiedy wreszcie stanął na nogi, bez zbędnych tłumaczeń odszedł z tamtego miejsca. Przegrał.
- Violu, chodź, pomogę ci... - rzucił się na ratunek. Chwyciła się jego dłoni, wstając. Wziął ją na ręce po tym, jak zauważył, że utyka na prawą nogę. Nie była ciężka. Zaprowadził do swojego domu, kładąc delikatnie na łóżko. Wygrzebał z szafki nocnej wodę utlenioną i bandaż. Szybko uwinął się z raną i zakażeniem. Siedziała mu na kolanach, opierając głowę o jego ramię. Czuł jej gorący oddech na swoim poliku. Jednym ruchem przeniósł rękę na szyję dziewczyny.
- Dziękuję, Marco - uśmiechnęła się, nie odkrywając swoich zębów. Wyglądała na zmęczoną. Położył ją wyżej, okrywając miękką kołdrą. Zbliżył się do jej twarzy, muskając delikatnie wargi dziewczyny. 
- Śpij spokojnie - dodał na odchodne, gasząc światło.

13.10.2015

Mój i tylko mój.



Od Autorki: Witajcie Kochani! Przepraszam Was za to coś u góry, kompletny misz-masz, masakra, tandeta, nie wiem, co jeszcze. 
Wystąpił wypadek losowy, Sarenka dziś nie mogła dodać swojego OS'a, dlatego się z nią zamieniłam. Myślę, że nie jest to problemem, a tymczasem pozdrawiam Sarę xD 
(gdyby nie ta piosenka, ten oneshot by chyba nie powstał) Może chociaż w jednym procencie się komuś spodoba. Wybacz Martynko, powinnam się wstydzić. :c No ale dobra, życie toczy się dalej, czytajcie OS'y, genialne zamówienie Zuzi, takie piękne. <3
Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, zapraszam póki czas na konkurs! Zakładka po prawej stronie, wciąż czekamy na Wasze genialne prace, od których dech nam w piersi zamiera. 
Pozdrawiam wszystkich i życzę miłych wakacji. <3
Karol. ;>

wtorek, 1 lipca 2014

{012} Pablangie || "Srebro i awenturyn" - Tears in Heaven

Tytuł: "Srebro i awenturyn"
Para: Pablangie. (Pablo & Angie)
Gatunek: Komedia, romans. 
Przedział wiekowy: K
Czas akcji: Późne lata 90.





Dzieciństwo to miejsce, gdzie mieszka się przez całe życie.
~Rosa Montero~



Było już dobrze po północy, a ona wciąż ślęczała przy biurku nad stosem zdjęć, listów, płyt i kaset. Sennym ruchem przerzucała szeleszczące papiery, brała któryś z krążków, otwierała z kliknięciem odtwarzacz, słuchała przez chwilę i znowu sięgała po kartki, podczas gdy głowa kiwała jej się coraz bardziej, a oczy same zamykały.
- Co ty tu robisz? - Drgnęła nagle, spoglądając na jakiś cień, stojący obok niej od paru chwil. - Nie powinnaś być już w łóżku?
- A ty? - odbiła piłeczkę siostrzyczka, obejmując ją od tyłu, wbijając brodę w jej ramię i śledząc wzrokiem migającą na magnetofonie czerwoną kropkę. - Siedzisz już nad tym cały dzień i noc, a jutro rano masz samolot.
- Zaraz. Mam prośbę, posłuchasz tego? - Zsunęła słuchawki ze swoich loków i włożyła jej na rozczochraną głowę. Angie przycisnęła je odruchowo do uszu, chciwie chłonąc dźwięki z nich płynące. Jednocześnie, podążając oczami za wzrokiem siostry, przypatrzyła się uważnie widocznemu na leżącej z wierzchu fotografii, szczupłemu brunetowi w okularach, w rozwleczonej koszuli i dżinsach z dziurami na kolanach, który szarpał struny równie wysłużonej gitary. Na nagraniu leciał ciepły, szorstki głos, śpiewający jedną z mniej znanych piosenek Marii, tę o dziewczynie z zielonymi oczami.

- Wymiata.
- Też tak myślę. - Maria zmierzyła ją rozbawionym spojrzeniem, a wtedy zdała sobie sprawę ze swoich uchylonych gapowato ust i bardzo widocznego zachwytu, który musiał jej się malować na twarzy. Zamknęła buzię, udając, że podnosi ręką opadniętą szczękę.
Lubiła rozśmieszać siostrę, to było silniejsze od niej.
No i zawsze jej się udawało.
- No, to... Mamy zwycięzcę, aniołku - oznajmiła ta po chwili, zasłaniając dłonią ziewnięcie. - A teraz jazda do łóżka, ja też zaraz się kładę.
- Nie jestem dzieckiem - zaprotestowała - bądź co bądź już szesnastolatka - ze złością, ale odłożyła słuchawki z powrotem na biurko, pogapiła się jeszcze przez chwilę na rozrzucone zdjęcia, by w końcu cmoknąć ją w policzek i uściskać pospiesznie. - Jak wytrzymam ten miesiąc bez ciebie? Wolałabym od razu polecieć razem z tobą do Madrytu.
- Wiem, że byś wolała. Ale szkoła się bez ciebie nie obejdzie, a ja tak.
- Zaraz pierwszego dnia wakacji jestem u ciebie - oznajmiła z uporem, ściskając ją jeszcze raz z całych sił.
- Pewnie, znajdziemy ci jeszcze jakąś sukienkę na bal. I może księcia - dodała z filuternym błyskiem w oku, tak charakterystycznym dla niej. Mówiła to w żartach, ale w głowie zakiełkował jej pewien pomysł.

Oczywiście genialny.


                                                                                                               ***


Odetchnął suchym, palącym płuca powietrzem, drżącym od żaru. Uśmiechnął się do bezchmurnego nieba, błękitniejącego mu nad głową. Wreszcie. Myślał już, że nie wyrwie się kontroli, sprawdzającej jego rzeczy ze skrupulatnością, która zniecierpliwiłaby świętego, a co dopiero jego. Choć przez moment miał wielką ochotę parsknąć śmiechem, gdy facet rzucił się na jego futerał z miną pełną satysfakcji, a potem niemal jęknął z rozczarowania, gdy nie znalazł tam kałasznikowa, a zaledwie mocną już nadszarpniętą czasem - i użyciem - gitarę.
W końcu jednak zdołał opuścić lotnisko i pomaszerować przed siebie - zerkając na mapę od czasu do czasu - by wgłębić się w miejską dżunglę tego sławnego Madrytu.

Miał osiemnaście lat i głowę pełną ambicji, uszeregowanych równiutko jak akta w archiwum. Miedzy tymi zaś walały się marzenia, szklane kulki w różnych odcieniach zielonego, które skrzętnie skrywał przed wścibskimi spojrzeniami ludzi. Trochę z uporu, trochę ze strachu.
Jak często je zabijają?
Ktoś postanawia, że zostaniesz lekarzem. Albo prawnikiem, bankierem, w ostateczności - księdzem. Ktoś sobie lekką ręką nakreśli plan, nie bacząc na to, że tym samym zamazuje rysunek, który ty sam stworzyłeś. Ktoś uśmiechnie się z pobłażaniem, klepiąc po główce dziecko - popełniając niewybaczalne morderstwo na jego marzeniach.
Morderstwo z uśmiechem.

Zdawał sobie sprawę, że pokładane są w nim nadzieje. Że mają co do niego wielkie oczekiwania, bo przecież jest inteligentny - można od niego wymagać więcej. Można? Trzeba.
Bo grzeczne dzieci przecież nie mają zielonych marzeń, tylko dorosłe plany.
Wiedział to, recytował na pamięć jak regułkę matematyczną, w której jest tak, a nie inaczej. Bo dwa razy dwa będzie się równało cztery niezależnie od tego, jak bardzo będzie się chciało to zmienić.

Poprawił szelkę plecaka na ramieniu, zerkając mimochodem na zegarek. Od dwóch godzin już szedł skwarnymi ulicami, a do hotelu wciąż zostało mu dobrych parę kilometrów. Gdyby nie cackał się tak z każdym groszem, pewnie wziąłby taksówkę. Ale przecież chciał kupić jakąś pamiątkę dla Anny, obiecał jej.
Ruszył więc dalej, przyspieszając nieco, gdy na krańcu słonecznej ulicy zamajaczył miły cień w zielonej plamie parku.
Coś na kształt oazy w tej miejskiej pustyni - spokojny zakątek, odizolowany kurtyną wierzb z jednej strony, a z drugiej ograniczony masywną sylwetką fontanny, wzbijającej niewzruszenie pióropusze wody w niebo. Słońce ślizgało się po jej gładkich krzywiznach i zawieszało na mgiełce kropel aureole miniaturowych tęcz. A świeciło wyjątkowo mocno, należy dodać. W promieniu kilkudziesięciu metrów rozciągał się wybrukowany plac, na którym daremnie było szukać chłodniejszego lub chociażby odrobinę zacienionego miejsca. Każda gładziutka kostka zdawała się wibrować i podskakiwać z gorąca.
Może to całe ustronie też było tylko mirażem, kto wie?
Uśmiechnął się do tych absurdalnych skojarzeń, zrzucając ciężki plecak na ziemię u stóp, a obok ostrożnie kładąc - i tak sponiewierany nieludzko - ukochany instrument. A z ust wyrwało mu się westchnienie ulgi, bo dopiero po pozbyciu się ciężaru w pełni poczuł, jak bardzo wykończyła go ta podróż na drugi koniec świata. Raz, że długa, dwa - że uatrakcyjniona między innymi o wielką ilość turbulencji i użeranie się z głuchą - a mimo to strasznie gadatliwą i spragnioną towarzystwa - sąsiadką, przy której nieustannych pytaniach nie przeczytał ani strony z wziętej na drogę "Zielonej mili" (i nie dowiedział się, co z tą myszą Dela). Zaś wisienką na torcie był dzieciak, który ryczał mu nad uchem przez dwie godziny bez przerwy, nim wreszcie usnął, ku niewyobrażalnej radości wszystkich bez wyjątku pasażerów, z matką bachora włącznie.

Usiadł na marmurowym, kolistym murku, który otaczał jasnym pierścieniem przejrzystą wodę fontanny, bijącą w tym skwarze ożywczym chłodem. Wsunął okulary do plecaka, a dopiero potem zanurzył dłonie w wodzie i ochlapał twarz i szyję, parskając i odgarniając z czoła mokre włosy. Z przyjemnością wyciągnął przed siebie nogi i zagapił się na plac, opustoszały o tej porze. Nic dziwnego, bo - co już wszystkim wiadomo - gorąco było niemożliwie, jak to wczesnym popołudniem bywa - mieszkańcy pochowali się w domach i sjestowali w najlepsze, nie wystawiając nosa poza obręb cienia i klimatyzacji.
Pusto więc było, jedynie gołębie kręciły się po rozgrzanych kostkach brukowych, a ruchliwe drobinki światła, przesianego przez gęste liście wierzb, skakały po ich popielatych piórkach, błyskając co jakiś czas ciemną zielenią na gardłach ptaków. Monotonne gruchanie, kojący cień i cisza, drżąca w parnym powietrzu, działały cokolwiek usypiająco.
Jednak między tę monotonię wkradł się daleki odgłos, coraz to wyraźniejszy i głośniejszy. Jakiś stukot, nieokiełznany ruch.
Podniósł ciężkie powieki i niepewnie zamrugał, nie wierząc swojej krótkowzroczności, według której właśnie zbliżał się ku niemu pożar. Przysłonił oczy dłonią, odcinając drogę promieniowi, przebijającemu pod kątem zza drzew, i przyjrzał się jeszcze raz. Pożoga przybrała wkrótce kształty dziewczyny, biegnącej przez pusty plac. Czerwona jak ogień sukienka i żółte trampki mieniły się w biegu, gdy szybko przecinała wypłowiały trawnik, a walizka - w równie płomiennym kolorze - wymknęła się wreszcie z jej ręki, padając na trawę, otwierając się na oścież i ukazując światu tęczowe wnętrzności. Zgubiła kapelusz, spod którego wysunęły się jasne włosy, po dziecinnemu spięte w kucyki, powiewające jej za głową zgodnymi falami.
Odruchowo odsunął się o metr na bok, prawie spadając z murka - a dziwna istota jednym susem odbiła się od kamiennego obramowania i wylądowała po kolana w sadzawce, rozchlapując na wszystkie strony migotliwą wodę. I stała, podstawiając pod padający z góry strumień opaloną twarzyczkę.
Mimo szoku nie mógł się nie uśmiechnąć, obserwując tę wariatkę, chlupiącą się jak wróbel w kałuży i śmiejącą w głos, jakby z samej siebie.

Dostrzegła go, prychnęła wodą jak kot i wygramoliła na murek, podciągając przemoczoną sukienkę. Rzuciła mu skośne spojrzenie spod postrzępionej grzywki, by następnie zająć się swoimi nasiąkniętymi wodą tenisówkami.

- Pewnie pan myśli, że mi całkiem odbiło - oznajmiła spokojnie, gdy udało jej się rozsupłać mokre sznurowadła. Jej ton był idealnie wyważony, jakby to nie ona przed chwilą wskoczyła z rozpędu do fontanny.
- W taką pogodę to nawet całkiem rozsądne - wyjąkał po chwili, przesuwając się nieznacznie po kamiennym parapecie i odruchowo trzepiąc palcami we własną, zmierzwioną czuprynę. Nie stać go było na więcej, bo bał się, że parsknie śmiechem.
Za to ona nie miała oporów.
- Rozsądne? Och, ha ha ha, nie mogę - śmiała się perliście, płosząc gołębie, które z furkotem rozleciały się na wszystkie strony. - Jeszcze nikt... nigdy... ha ha ha... Nikt mi nie powiedział, że jestem... rozsądna.
- Powiem więcej - pewnie zrobiłbym to samo, gdybym miał odwagę - dodał poważnie, nie przesadzając nawet tak bardzo - rzeczywiście perspektywa szybkiego ochłodzenia się nie była głupia. Gdyby nie jakaś niepisana zasada, mówiąca, że to co najmniej odrobinę durny pomysł...
Zbyt dziecinny?
- A czemu nie ma pan odwagi? - palnęła prostolinijnie, wyżymając w dłoniach jeden trampek, potem drugi.
- Czemu? Dobre pytanie. - Wzruszył ramionami, próbując sformułować odpowiedź brzmiącą i sensownie, i w miarę po ludzku, a nie jak żywcem wyjęta z podręcznika psychologii. - Powiedzmy, że to wyglądałoby dziwnie w moim przypadku.
- Jasne. - Pokiwała płową główką. Miała pociągłą twarz, uśmiech od ucha do ucha i mocno opalony nosek. Największe wrażenie jednak robiły jej wielkie, wymowne oczy o ładnym odcieniu zielonego. Srebrne krople kapały jej z włosów, spływały po brwiach i osiadały na zagłębieniach długich rzęs, dodając jej jakiegoś takiego dziwnego wdzięku, że nie mógł przez moment oderwać od niej wzroku.
- Myślę, że to mało istotne, jak by to wyglądało - powiedziała z namysłem. - Po pierwsze: nikogo tu nie ma. Po drugie: nawet gdyby ktoś tędy przechodził, to nic by go to nie obeszło. Ludzie mają za dużo na głowie, żeby zwracać uwagę na nieznajomych wariatów i na to, co tam wyprawiają. - Umilkła, nagle spuszczając iskrzące spojrzenie, jakby się zawstydziła tych mądrych słów, jakoś nieszczególnie pasujących do jej dziecinnej twarzy i sposobu bycia. - A pan za to - za bardzo przejmuje się, że ktoś pana weźmie za wariata i nie skorzysta pan z okazji nawet w taki gorąc - zarzuciła mu jeszcze, unosząc jasne oczy po raz drugi, zyskując na nowo rezon.
- Hmmm. Wiesz, może masz i trochę racji. Ale proszę cię, nie mów do mnie "pan" - odparł wreszcie, dorzucając te słowa jakby mimo woli. - Nie jestem aż tak stary.
- Ale jest pan nieznajomym, tak wypada i już - ucięła krótko, wyraźnie wypatrując kogoś w oddali.
- To po co w ogóle rozmawiasz z nieznajomym? - Zabrzmiało to, jakby się droczył, ale nie mógł się jakoś powstrzymać.
- Celny strzał. Poddaję się. - Uniosła ręce ugodowo. - Za gorąco dziś na myślenie.

I w zasadzie nie było już nic więcej do powiedzenia.

- Przyjechałaś tu na wakacje? - zagadnął jakoś tak, bez zastanowienia.
- Można to tak nazwać. - Uśmiechnęła się, przesuwając buty na słońce, by obeschły.
- Wieść niesie, że jutro wieczorem będzie tu jakiś bal. - I znów nie wiedział, dlaczego w ogóle wypowiada te słowa.
Po co?
Skinęła głową.
- W Palacio de Gaviria. Znaczy... Tak myślę, że chodzi ci o to, bo to niedaleko stąd. Chociaż może też ci chodzić o całkiem inne przyjęcie. Madryt to jednak wielkie miasto.
- A jednak. Widzę, że wreszcie przeszłaś na "ty". - Wyszczerzył zęby, obserwując gołębia, który wrócił z wahaniem i nurzał dziobek w rozchlapanej wodzie. - Pewnie to wielka impreza dla snobów i bogaczy.
- Być może. Jutro wieczorem się okaże. - Wzruszyła szczupłymi ramionami, ciągnąc za kosmyk wilgotnych, złotawych włosów.
- Wybierasz się tam?
- W pewnym sensie. Sprawy rodzinne. - Roześmiała się nagle. - A ty?
- To niewiarygodne, ale owszem.

Jaka właściwie jest szansa na powtórne spotkanie dwóch osób w mieście liczącym, bagatelka, trzy miliony mieszkańców? Pewnie już łatwiej wygrać milion w telewizyjnym teleturnieju.

- Ktoś cię do tego zmusza? Przegrałeś zakład? - upewniała się. - A może kręcisz program dokumentalny o środowisku naturalnym snobów?
- W sumie to... Wygrałem konkurs. - Nie powiedział tego tak, jakby się tym chełpił, albo jakby się tego wstydził, albo jakby był niezadowolony.
Po prostu to powiedział.
I tyle.


                                          ***


Rozejrzał się po pokoju, niedużym i widnym, umeblowanym skromnie, ale bardzo sympatycznym. Nie rozpakowywał nawet gratów, stwierdzając całkiem rozsądnie, że te dwie doby zlecą bardzo szybko, zbyt szybko - a przechodzenie przez mękę powtórnego pakowania nie jest wcale koniecznością. Gitara, wciąż w pokrowcu, panoszyła się na środku łóżka, zasłanego nieskazitelną bielą hotelowych prześcieradeł z wyhaftowanymi w rogu trzema gwiazdkami i nazwą, trudną do wymówienia, a co dopiero - zapamiętania.
Reszta pokoju pozostała w stanie pierwotnym i zapewne taka miała być aż do końca jego pobytu w tymże przybytku luksusu.
Jedynie stolik nocny pokrywały różnorodne podręczne drobiazgi, w tym prawie nowy walkman, którego jeszcze nie zdążył zniszczyć używaniem. Obok parę płyt - Uriah Heep i Jethro Tull, najnowszy krążek Smokie, "Wariacje Goldbergowskie" w genialnej interpretacji Glenna Goulda i mocno porysowane "Surrealistic Pillow" zespołu Jefferson Airplane. Tak, tak - upodobania miał skrajne i nieszczególnie popularne, ale nie widział sensu w upodabnianiu się gustem do tłumu.
Towarzyszyły im wystrzępione okładki czwartej i piątej części wspomnianej wyżej "Zielonej mili", podręczny przewodnik po Madrycie - zakupiony w kiosku po drodze; butelka po wodzie mineralnej, parę monet luzem oraz błyszczący przedmiot, którego widok wzbudził teraz na twarzy chłopaka przelotny uśmiech.
Myśl o jasnowłosym ogieńku przemknęła gdzieś przez wierzchnie warstwy jego umysłu.

Pogawędkę przerwało im zjawienie się ślicznej kobiety w ciemnych okularach i zadziwiającym kapeluszu z woalką, jakiego nie nosiła nigdy żadna ze znanych mu niewiast. W rysach miała coś z młodej Sophii Loren, ale i coś jeszcze bardziej znajomego, wręcz niepokojąco.
- Jak dziecko, no jak dziecko - wymamrotała tylko przelotnie, jakby tłumiąc wybuch śmiechu, gdy ogarnęła wzrokiem sytuację. Burzliwie przywitała się z blondyneczką, jemu nie poświęcając zbytniej uwagi, po czym błyskawicznie pomogła zebrać dziewczynie rozsypaną zawartość walizki i pociągnęła ją w stronę jednej z uliczek. Wkrótce nie pozostał po nich nawet ślad, pomijając szereg mokrych odcisków drobnych, bosych stóp na chodniku. I... no właśnie. Gdy zbierał się również do odejścia, zielony błysk przyciągnął jego oko. Spojrzał i uśmiechnął się kolejny raz, przez chwilę wahając się - wreszcie jednak zanurzył dłoń w pożółkłej darni i obrócił drobiazg w palcach. Wylądował w jego kieszeni, by w odpowiedniej chwili wyjrzeć znów na światło dzienne.


Przeciągnął się, stwierdzając, że daruje sobie na razie zwiedzanie, przynajmniej dopóki słońce nie schowa się za horyzontem. Rozsunął suwak pokrowca i wziął na kolana instrument. Struny przytuliły się do jego palców, żądne dotyku. Machnął ręką na ewentualnych narzekających sąsiadów zza ściany, zaczął grać.

There I was on a july morning
Looking for love,
With the strength of a new day dawning
And the beautiful sun.
At the sound of the first bird singing
I was leaving for home
With the storm and the night behind me
And a road of my own.


Nigdy nie szkolił swojego śpiewu, nie przywiązywał specjalnej uwagi do techniki. Może nie grzeszył niezwykłą barwą ani specjalnie ujmującą grą, ale miał jeden atut - czuł to, czuł całym sercem. Po prostu lubił śpiewać, lubił czuć pod dłonią drżące ciepło strun, lubił kłębiące się na języku słowa, którym mógł nadać nowe znaczenia samym tonem głosu. Sprawiało mu to najzwyklejszą przyjemność, ale nie oczekiwał za to braw ani pochwał. Nagrał swoją wersję "Zielonookiej" dla zabawy, nie przewidział jednak, że młodsza siostra wpadnie na szalony pomysł wysłania jej na organizowany przez autorkę piosenki konkurs. Ani, że jakimś cudem jego wykonanie zostanie docenione wśród tysiąca zgłoszeń, nadesłanych przez znacznie bardziej utalentowanych ludzi. Ani, że nagrodą będzie występ w samym Madrycie, podczas organizowanego przez pannę Saramego przyjęcia. Ani, że dodatkiem będzie wątpliwa przyjemność w postaci niańczenia jakiejś dziewczyny - przyjął ten zaszczyt wraz z całym pakietem, mimo, że zachwycony nie był. Nie lubił rozpieszczonych smarkul.
Ale wyrwał się z rodzinnego miasta, to się liczyło.
Odchrząknął, pozwolił płynąć dalszym słowom ulubionej piosenki.

With the day came the resolution
I'll be looking for you
La la la la...

I was looking for love in the strangest places
There wasn't a stone that I left unturned.
I must have tried more than a thousand faces
But not one was aware of the fire that burned.

In my heart, in my mind, in my soul
La la la la...*


                                                                                              ***


- Cześć, Ann.
- Pablo! Długo kazałeś mi czekać! - Schrypnięty głos siostry zabrzmiał radością, zdziwieniem, ulgą i pretensją - jednocześnie. - Ja się tu martwię jak głupia...
- Nie miałem dziś czasu, a wczoraj nie odbierałaś - tłumaczył spokojnie, dociskając słuchawkę ramieniem i szukając w szufladzie spinek do mankietów. Był święcie przekonany, że je zabrał.
- Nie zwalaj na mnie, to nie ja pałętam się po obcym kontynencie. Też bym chciała takie wakacje - zajęczała swoim zwykłym, błagalnym tonem.
- Zabrałbym cię, ale bilet był pojedynczy. - Ze zrezygnowaniem zamknął szafkę. Tak to jest, jak się chce wyjść na elegantszego, niż się jest w rzeczywistości. Pomyślał, że pójdzie po linii najmniejszego oporu i włoży dżinsy zamiast garnituru, chyba go nie zlinczują za to.
- Przecież wiem, nie tłumacz się. Ale kupisz mi coś, prawda?
Pokiwał głową, a potem zdał sobie sprawę, że ona tego nie widzi.
- Tak, jasne - dodał. - Słuchaj, dasz mi mamę?
- A z siostrzyczką pogadać to nie łaska?
- Nie. Anna, nie rób sobie jaj. Muszę...
- Jasne, jasne. Sprawa wagi państwowej. Jak zwykle. - Pozrzędziła jeszcze trochę, wreszcie krzyknęła coś w przestrzeń i poinformowała go, że mama już idzie.
- Trzymaj się. - W słuchawce zgrzytnęło i usłyszał zmęczony głos Mariny Galindo:
- Synku?
- Hej. Jak się czujesz?
- Świetnie - odpowiedziała głosem wypranym z wszelkich emocji, który przeczył treści tego słowa. - A co u ciebie? Jak ci tam? Dostałeś kolację, śniadanie...?
- Tak. Obiad też. - Uśmiechnął się. - Chciałem ci tylko powiedzieć, że myślałem trochę...
- Wróć cały i zdrowy, dobrze? - przerwała mu niespokojnie. - Wakacje wakacjami, ale trzeba by się zacząć przygotowywać do studiów i...
- Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. - Przez chwilę ważył słowa, szukając tego odpowiedniego. Z marnym skutkiem, dalej brzmiało to tak samo bez sensu, jak w jego głowie na początku. - Nie idę na prawo - palnął wreszcie prosto z mostu.
Odpowiedziała mu cisza tak długa, że zaczął się bać.
- O czym ty mówisz? - W głosie mamy zabrzmiało o wiele więcej zaangażowania, jakby nagle rozmowa zaczęła ją interesować. - Masz ciekawe poczucie humoru, wiem, ale nie bardzo rozumiem, co miałoby być śmiesznego w tym żarcie.
No jasne.
- To nie żart - zaczął, siląc się na spokojny ton. - Nigdy nie chciałem tam iść, ale teraz zrozumiałem, że muszę się cofnąć zawczasu.
- Masz gorączkę? O co ci chodzi, Pablo? Dlaczego nagle zmieniasz zdanie? - dopytywała z rosnącym niepokojem. - To było ustalone od tak dawna...
- Ustalone, ale przez kogo? Nigdy nie interesowało mnie prawo. - Przejechał palcem po wyświechtanej okładce części piątej ("Nocna wyprawa"). - Wymyśliliście to z ojcem, ale czy kiedykolwiek spytaliście, czy chcę?
- Synku... - Wyraźnie zabrakło jej słów.
- Zawsze chciałem studiować muzykę - mruknął po dłuższym czasie. - I mam zamiar to zrobić, czy wam się to podoba, czy nie.
- Ale Pablo... Skąd ta nagła decyzja? - spytała znacznie już ciszej.
- A... - Zerknął na szafkę nocną i znowu musiał się uśmiechnąć. - Zdałem sobie sprawę, że przez całe życie bałem się wskoczyć do fontanny, a teraz mam ostatni moment, żeby to zrobić.
- Wskoczyć... do fontanny? Pablo, masz na pewno gorączkę. Halo? Pablo? Halo?... Jesteś tam?...


                               ***


Rozejrzał się trochę niepewnie po wielkiej sali, wypełnionej tłumem eleganckich postaci. Olbrzymie zwierciadło powiedziało mu, że tu zwyczajnie nie pasuje ze swoimi nietwarzowymi okularami i czupryną żyjącą własnym życiem. Skrzywił się, odwracając do lustra plecami, powiódł raz jeszcze wzrokiem po ludziach. I uznał, że ma gdzieś ich opinię. Widział ich pierwszy i ostatni raz w życiu.
Występ poszedł mu zaskakująco dobrze, zebrał trochę oklasków i jakieś gwizdy z ostatnich rzędów. Zszedł ze sceny, wyłapując czyjeś naglące machanie. I stanął przed samą gwiazdą wieczoru, która uśmiechnęła się do niego czarująco. Nie bardzo wiedział, jak się zachować, więc postawił na staromodny gest i pocałował ją w rękę. Pierścionek z zielonym kamieniem zakłuł go w oczy. A w głowie coś mu zaświtało.
- Pablo... prawda? - W białym uśmiechu Marii i jej ciemnych oczach można było zatonąć. Czułby się onieśmielony, gdyby nie ta jej swobodna postawa i entuzjazm w ciepłym głosie, z jakim teraz nawijała o jego występie.
- A, mam nadzieję, że pamiętasz o swojej partnerce? - zapytała po długim szeregu ochów i achów.
Pokręcił niepewnie głową.
- Nie przedstawiono mi jej jeszcze.
- Nic dziwnego, dopiero co przyszła. To dziecko spóźni się na własny... Jesteś! - przerwała sama sobie, przygarniając przemykającą gdzieś bokiem szczupłą sylwetkę. Wysunęła dziewczynę przed siebie. - Przedstawcie się sami, ja muszę lecieć. - Odbiegła z zaskakującym wdziękiem jak na kogoś na piętnastocentymetrowych obcasach.
Nie wykonali tego jej rozkazu - prośby, polecenia, czy jak to nazwać. Tylko stali, patrząc na siebie nawzajem. W milczeniu obiegali wzrokiem swoje twarze, uśmiechając się jak z dobrego żartu.
Wreszcie pokiwał głową, zastanawiając się, czy przyspieszony puls jest wynikiem zdziwienia - czy może czegoś jeszcze.

- I jaki wniosek? - Jej jasny głos przebił się przez gwar.
- Dużo snobów. Tak, jak przewidywałem. - Rozejrzał się znacząco. - Ale powinienem też przewidzieć, że... że to będziesz ty.
- Nie jesteś nieomylny, jak widać. - Parsknęła śmiechem.
- Umiesz tańczyć? - spytał nagle.
- Nieszczególnie.
- To dobrze, bo ja też nie - mruknął. - Przynajmniej możemy się tu nudzić razem.
- Ale nie musimy. - Pociągnęła go za rękę i błyskawicznie wyprowadziła z tłumu, odpowiadając co jakiś czas na pozdrowienie kogoś z zaproszonych gości.
- Znasz tych ludzi? - zdumiał się.
- Nie - odparła z rozbrajającą szczerością.
Jakoś bardzo łatwo wychodziło im wspólne śmianie się z niezbyt śmiesznych rzeczy.
- Słuchaj - zaczął, kiedy już stanęli na dworze, oddychając ciepłym, ale już bardziej rześkim, wieczornym powietrzem. - Jak ty się w ogóle nazywasz? - Wlał w swój ton tyle powagi, że nawet zabrzmiał całkiem wiarygodnie jako sztywniak, którego - teoretycznie - miał grać.
Kąciki ust jej zadrżały.
- Angeles - odpowiedziała śmiertelnie poważnym tonem, błyskawicznie wchodząc w rolę.
- Masz bardzo ładną sukienkę, Angeles. - Wciąż starał się powstrzymywać rozbawienie, choć szło mu dość miernie. - Ale czegoś mi w niej brakuje. - Odczekał stosowny moment, nim sięgnął do kieszeni.
Drobiazg zalśnił w świetle pobliskiej latarni.
- Moja broszka! - Uchyliła usta ze zdumieniem, wyciągając rękę i przejeżdżając opuszką palca po ząbkowanym brzegu. - A zastanawiałam się, gdzie ją posiałam.
- Mogę? - spytał dla porządku, w milczeniu skinęła głową. Rozpiął agrafkę i delikatnie, niczym relikwię, umieścił ją na białym materiale jej odświętnej szatki. Była owalna, nieduża. Ze srebra, co rozpoznał bez trudu, w które wprawiono kilka nieregularnych, jasnozielonych kamieni - tu już było trudniej.
- Jak się nazywa ten kamyk?
- Ten? - Musnęła odzyskany skarb. - Awenturyn. Gdzieś słyszałam, że pomaga w podejmowaniu decyzji.
- A to dobre.
- Co? - Zerknęła na niego pytająco.
- Nic.


- Długo tu zostajesz? - Niebo było już pełne gwiazd, a oni dalej siedzieli na szczycie marmurowych schodów i gadali - o wszystkim i o niczym.
- Jutro wracam pierwszym samolotem.
- Szkoda. - W zamyśleniu stukała palcami o brzeg stopnia. - Ja dopiero za dwa tygodnie.
- Zgadamy się w Buenos. Mamy na to całe wakacje - przypomniał.
- Całe lato - powtórzyła. - A potem?
Całe życie, chciał dodać, ale coś mu mówiło, że bez tych słów też się obejdzie. Wystarczyło, że teraz mógł patrzeć na jej postać w srebrnym świetle księżyca, słuchać jej śmiechu - i patrzeć w oczy, zielone jak awenturyn i pełne obietnic na przyszłość.


* Uriah Heep - July morning
_________________________________________________________

Od autorki: Cześć, to ja - ta dziwna. Wpycham się bez kolejki - nie zwracajcie na mnie uwagi. Przebrnęliście przez to u góry? Nie umarliście z nudów? Jeśli tak, to gratuluję - sama bym nie dotrwała.
Dla pocieszenie przypomnę, że trwa konkurs, na który gorąco wszystkich zapraszam.

środa, 18 czerwca 2014

{Zamówienie 001} Diemi, Leonesca || "We can't stop" - Little Liar i Alexandra Comello

Tytuł: "We can't stop"
Para: Diemi (Diego i Camila) i Leonesca (Leon i Francesca)
Gatunek: Dramat, Tragedia, Psychologiczny
Przedział wiekowy: K


Dla Veronici Blanco ♥

Niczym porcelanowa laleczka stojąca wśród ołowianych żołnierzyków z miniaturowymi karabinami przy boku. Z białą nóżką uniesioną wysoko do góry. Pochylona ku podłożu, ciągle tkwiąca w tej samej pozycji bez możliwości poruszenia się.
Filigranowe rączki ułożone w dostojnej pozycji po obu stronach ciała, oparte na różanej sukience baletnicy. Choć wydawać by się mogło - tiulowej, to w rzeczywistości wykonanej z cennego szkła.
Dookoła niej tak wielu ludzi, którzy mogli zniszczyć ją przypadkowym ruchem.
Życie tak delikatnej figurki wcale nie było proste, wiesz? Bo choć ona chciała, to tak naprawdę nie mogła go zmienić.
Skazana była na do końca życia na jedno. Na walkę o każdą chwilę, o każdy dzień, bo przecież tak naprawdę, kolejnego może się już nie obudzić. Ktoś może niechcący potrącić ją swoją silną dłonią i przewrócić. A ona wtedy potłucze się na miliony kawałeczków, których nikt nigdy nie da rady skleić w całość.
I ona już się nie odrodzi.
Wiesz, że Camila miała tak samo? Kiedy patrzyła na swoją ukochaną laleczkę stojącą na drewnianej półce, widziała samą siebie. Potężne żołnierzyki należały niegdyś do jej brata, którego nie widziała już jakieś pięć lat. Czy tęskniła?
A czy można nie tęsknić za towarzyszem zabaw z dzieciństwa? Za taką osobą, w której ramię mogłeś się wypłakać i zapomnieć o swojej ciężkiej doli, którą niestety miałeś okazję prowadzić?
Bo wiesz, on był przy niej zawsze. Odkąd przyszła na świat. Stała się jego oczkiem w głowie po tym wypadku, który diametralnie zmienił jej życie. Od tamtej pory już nic nie było takie samo.
Ale teraz go przy niej nie było. Zdajesz sobie sprawę, jak cholernie mocno jej go brakowało?Chciała znów go zobaczyć. Chciała, żeby znów ją do siebie przytulił i otarł łzy z jej policzków. Żeby szepnął do jej ucha chociaż te głupie, tak bardzo oklepane słowa - „Będzie dobrze”. I choćby to było jednym wielkim kłamstwem, to dałoby jej nadzieję choć na chwilę.
Ciężko żyć ze świadomością, że jesteś pokłócony ze swoją jedyną rodziną. A poszło o taką błahostkę... Wyjechał i zostawił ją samą, choć wiedział, że sama nie da sobie rady. Zostawił chorą siostrę na pastwę losu. Ktoś by powiedział, że nie ma serca.
Ale jego serce odeszło wraz z jego rodzicami. Przynajmniej jego część.
Druga została w środku. Ale zamarzła. Potrzebowała ciepła, aby na nowo zacząć kochać prawdziwą miłością.
A ona tęskniła. Nikt nie wiedział, że płakała po nocach, a rano nakładała na siebie grubą warstwę makijażu, aby ukryć te koszmarne cienie pod oczami.
Cierpienie było nieodłączną częścią jej życia. Miała wrażenie, że nie wytrzyma już długo. Że odejdzie niezauważona, jeśli nie przez chorobę, to przez własną głupotę czy choćby nieszczęśliwy wypadek.
A wiesz, że żyła dla jednej osoby? Domyślasz się dla kogo?

Obraz za oknem doskonale odzwierciedlał to, co działo się w jej wnętrzu. Ciężkie krople spadające z nieba rozbijały się o betonowe chodniki i ulice. Na trawniku po drugiej stronie drogi leżał czarny, bezdomny pies, który tak bardzo lubił deszcz. A ona? Ona też go lubiła. Mogła wtedy w spokoju zastanowić się nad swoim życiem. Mogła po prostu pomyśleć.
Siedziała na wiklinowym, bujanym fotelu i wpatrywała się w świat za szybą.
Ten dzień był inny. Nie tylko przez pogodę, która zmieniła się tak nagle - w końcu jeszcze wczoraj wieczorem było tak gorąco, że z trudem dało się wytrzymać. Ten dzień był zupełnie różny od reszty. Dla innych byłby to powód do świętowania... Ale nie dla niej. Dla niej to był najgorszy dzień w całym roku.
Usłyszała kroki. Ktoś zbliżał się w jej kierunku. Odgarnęła brudne włosy do tyłu.
Klęknął obok niej. Ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w policzek.
- Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, kochanie - powiedział.
Spojrzała na niego.
- Mówiłam, że nie chcę, żebyś mi o tym przypominał - rzekła cicho.
Położył rękę na jej kolanie i spojrzał jej głęboko w oczy.
Tak bardzo ją kochał. Jego serce krajało się gdy patrzył jak ona cierpi. Ból przeszywał go na wskroś, kiedy widział łzy w jej oczach. Chciał wziąć cały ciężar jej życia na siebie, byle tylko ona w końcu była szczęśliwa, wiedział jednak, że nie jest to możliwe.
- A ja mówiłem, że ci przypomnę - odparł. - Camila, dzisiaj są twoje urodziny...
- I jego też - przerwała mu.
Jakby nie mogła przyjść na świat dzień później. Albo on. Ale przez cholerne zrządzenie losu urodzili się w tego samego dnia, on rok wcześniej. Może to dlatego byli tak do siebie przywiązani?
- Ale Camila, jego już nie ma.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Jak możesz tak mówić? On jest, tylko gdzieś daleko i jeszcze nie zdecydował się wrócić. Ale kiedyś wróci, zobaczysz.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał sprawiać jej bólu. Wiedział, jak tęskniła za swoim bratem, jak bardzo chciała znów go zobaczyć. Jednak on już tak naprawdę zwątpił, że Leon kiedykolwiek wróci.
Przeklinał go, że zostawił Camilę samą w najgorszych momentach jej życia. Nie rozumiał, jak mógł być takim bezuczuciowym dupkiem. Wprawdzie nigdy go nie widział, ale przysięgał, że gdyby tylko zobaczył go na ulicy i miał świadomość, że to właśnie brat jego dziewczyny, zlałby go tak, że nawet Camila by go nie poznała. Ale kiedy tylko jej o tym powiedział... Cóż, musiał jej przysiąc, że nigdy mu nic nie zrobi. Więc nie miał wyboru.
- Dzwonili ze szpitala - zmienił temat.
Gwałtownie odwróciła się w jego stronę. Widział ten błysk w jej oczach... I wiedział też, że miał on za chwilę zniknąć.
- Znaleźli dawcę? - zapytała z nadzieją.
Przygryzł wargę. Pokręcił przecząco głową.
- Nadal nic.
Jej oczy na powrót posmutniały. Zwiesiła głowę.
Czy to musiało być takie trudne? Czy nie mogli znaleźć jakiegokolwiek człowieka, żeby mógł oddać jej tylko tą jedną, cholerną nerkę? Zawsze pojawiały się jakieś przeszkody, nigdy nie mogli doprowadzić do operacji. Cóż, widocznie nie dane jej było prowadzić spokojnego życia.
A wszystko to zaczęło się, kiedy miała czternaście lat. Nie, oczywiście, że nie z jej winy. Przecież ona tylko jechała poboczem drogi, na rowerze. To jakiś palant rozmawiający przez telefon uderzył w nią samochodem. Wprawdzie nic aż tak poważnego się nie stało - spędziła tylko kilka tygodni w szpitalu. Ale właśnie od tego felernego dnia wszystko się zmieniło.
Musieli operacyjnie usunąć jej jedną nerkę, bo już nie nadawała się do funkcjonowania. Podobno można żyć z jedną nerką... Dopóki nie pojawią się komplikacje. U niej źle zaczęło się dziać już w pierwszym miesiącu po powrocie do domu.
I od tamtej pory już nic nie było takie samo. Ciągłe pobyty w szpitalu, badania i inne rzeczy. Codzienne łykanie masy leków, bo bez nich nie dałaby rady. Nienawidziła widoku tych białych sal i metalowych łóżek, z nieskazitelnie ułożoną pościelą. To nie było dla niej. Jednak to miejsce powoli stawało się jej drugim domem.
A później... Reszta i tak już podniszczonego muru runęła. Jak domek z kart. Dosłownie.
Znowu rowery, znowu samochód i nieodpowiedzialny kierowca. Tym razem jednak pijany. Nie zdążył wyhamować.
I jej rodzice odeszli.
Mimo, że miała już wtedy prawie dwadzieścia lat, nie mogła się z tym pogodzić. Było ciężko. Naprawdę ciężko. Ale był Leon. I to on podtrzymywał ją przy życiu, kiedy myślała, że nie da rady.
Wiesz, o co się pokłócili? O wspomnienia. O cholerne wspomnienia, które siedziały w ich głowach. Wyobrażasz to sobie?
On chciał zapomnieć. Ona nie. On chciał sprzedać dom razem ze wszystkim co przypominało im o nich. Ona chciała zachować to na zawsze, aby pamięć o nich nigdy nie wyblakła.
I Camila dopięła swego. Jednak w tym samym momencie straciła brata. I sens swojego życia.
Niedługo później poznała Diego. To on jej pomógł. On wyciągnął ją z tego głębokiego dołu, do którego wpadła po wyjeździe Leona. On postawił ją z powrotem na nogi i nie pozwolił jej się załamać. On był przy niej, kiedy tego potrzebowała. Obiecał, że nigdy jej nie zostawi, mimo jej choroby. I słowa dotrzymywał. Przynajmniej na razie.
Wiesz o czym marzyła? Żeby wróciło jej życie sprzed pięciu lat. Żeby znów miała kochającą rodzinę. Żeby znów miała brata.
A gdybyś ty był na jej miejscu, nie chciałbyś tego?

Czy wiesz jakie to uczucie być niewidzialnym?
Kiedy usilnie starasz się zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a mimo, dla tej osoby równie dobrze mógłbyś nie istnieć?
Ona wiedziała.
Odkąd udała się pierwszy raz do liceum, Leon Verdas stał się jej istną obsesją, nie mogła myśleć, nie mogła normalnie funkcjonować, nie mogła śnić o czymkolwiek ani kimkolwiek innym.
Gdy na rozpoczęciu roku stanął na scenie z gitarą i posłał niepewny uśmiech w stronę uczniów, miała wrażenie że przez chwilę na nią spojrzał, że wyłapał ją wzrokiem spośród tłumu.
I był to jedyny w przeciągu trzech lat moment, kiedy Leon zwrócił – a przynajmniej wydawał się zwrócić – na nią swoją uwagę.
Jedno, ukradkowe spojrzenie, nic więcej.
Codziennie po lekcjach zakradła się na aulę, obserwując uczniów na dodatkowych zajęciach z muzyki, obserwując Jego.
Kiedyś nawet zastanawiała się czy nie dołączyć do tego kółka jednak szybko rozwiała swoje wątpliwości myślą, że nigdy nawet nie miała styczności z muzyką, że na pewno skompromitowałaby się w jego oczach.
Była dziewczyną ładną, inteligentną i w głębi duszy śmiałą i towarzyską, jednak odkąd On się pojawił zastanawiała się nad każdym wypowiedzianym przez siebie słowem, nad każdą decyzją.
Nigdy nie spotkała kogoś takiego, kogoś tak pełnego życia, pasji a za razem normalnego, nie wywyższającego się ucznia liceum w Buenos Aires.
Cały czas miała nadzieję że ich drogi w końcu się zetkną, wierzyła w przeznaczenie, odkąd Go poznała była wręcz pewna że nie stało się to przypadkiem, jednak kiedy w drugiej klasie pojawiła się Violetta Castillo, jej dotychczasowe marzenia i przekonania runęły.
Vilu była utalentowaną, sympatyczną i zdolną dziewczyną, szybko zjednała sobie sympatię wszystkich jej znajomych, jak i również Leona.
Parą zostali kilka dni przed zakończeniem roku.
Za każdym razem gdy na nich patrzyła, gdy widziała jak obejmuje ją ramieniem na korytarzu czy wychodzi ze szkoły splatając jej palce ze swoimi, czuła kłucie w sercu i pieczenie w gardle.
Nie mogła tego przezwyciężyć, starała się, próbowała ale nie potrafiła.
Kiedyś nawet chciała zmienić szkołę, obejrzała jedno z prywatnych liceów jednak po tygodniu stwierdziła, że nie potrafi, że nie jest w stanie wytrzymać bez Jego widoku i bez przyjaciół których bądź co bądź – miała w tej szkole.
Był dwudziesty czwarty lutego, wyjątkowo chłodny dzień, pamiętała jak siedziała na ławce pod szkołą, ubrana w grubą kurtkę, wełnianą czapkę i dokładnie opatulona szalikiem, drżąc z zimna.
Źle się czuła, nie miała siły iść na lekcje, przerażała ją myśl spędzenia czterdziestu pięciu minut w ciasnej, zapchanej po brzegi ludźmi sali.
- Nie zmarzniesz? – usłyszała głos, którego z początku nie rozpoznała, a i tak przyprawił ją o szybsze bicie serce.
Stał nad nią, uśmiechając się i spoglądając na nią ciepłym wzrokiem.
Zamarła, nie mogła wydusić z siebie słowa, patrzyła na niego, starając się pamiętać o oddychaniu.
- Jesteś Francesca, prawda?
Skinęła głową.
Zapamiętał. Wiedział, jak ma na imię, wiedział, widział ją, pamiętał o niej.
- Cóż, Fran, tak do ciebie mówią, prawda?
Ponownie pokiwała głową, serce biło jej jeszcze szybciej niż przed chwilą.
- Nie wyglądasz na osobę zbyt pozytywnie nastawioną do życia, nie dzisiaj.
Dopiero po kilkunastu sekundach zdała sobie sprawę, że nie oddycha.
Nerwowo odgarnęła włosy do tyłu, zaczerpując powietrza, miała szczerą nadzieję że tego nie zauważył.
- Zimno. – wydusiła, na chwilę spoglądając mu w oczy, po czym wystraszona ponownie spuściła wzrok.
Bała się, bała zatracić się w jego zielonych oczach, przestraszyła się tej chwili na którą tyle czekała, był obok niej, blisko i koncentrował się tylko na niej.
Czy było tak pięknie jak sobie wyobrażała?
Było zimno.
- To może skoczymy na kawę? Bo chyba nie zamierasz już iść na lekcje? – spytał, ruchem głowy wskazując na dróżkę prowadzącą do pobliskiej kafejki.
Nie wiedziała nawet, kiedy zdążyła pokiwać głową i wstać.
Nie spodziewała się tego, nie spodziewała się tego dzisiaj, jednak momentalnie zrobiło jej się na sercu cieplej.
Była z nim, z chłopakiem swoich marzeń.
I jak myślisz, jak to się dalej potoczyło? Czy marzenia naprawdę mogą się spełniać?
W towarzystwie żadnego chłopaka nie czuła się nigdy tak swobodnie jak tego dnia, w małej kawiarence, popijając gorącą kawę z Leonem Verdasem.
Nigdy wcześniej nie zauważył, że miała kształt oczu dokładnie taki jak jego matka.
Wcześniej co prawda nigdy ze sobą nie rozmawiali, ona zawsze trzymała się na uboczu, miała swoich znajomych a on miał swoich.
Poza tym Violetta nie lubiła gdy zadawał się z innymi dziewczynami, od zawsze była piekielnie zazdrosna.
Prawdę mówiąc, jego dziewczyna męczyła go ostatnio coraz bardziej, zależało mu na niej, to na pewno, była sympatyczna, przyjacielska, zawsze gotowa do pomocy, jednak ich charaktery były zupełnie sprzeczne.
Wspólne spotkania przestały przynosić mu radość, jedynie co chwila zerkał nerwowo na zegarek, szukając jakiejś wymówki by móc się od niej wcześniej wyrwać.
W towarzystwie Włoszki czuł się… inaczej.
Obserwował ją odkąd pojawiła się w jego liceum, podziwiał ją za niesamowitą inteligencję, za to jak potrafiła się wysłowić, jak dogadywała się z ludźmi.
Pamiętał, kiedy jedna z dziewczyn z młodszej klasy dowiedziała się, że jej młodsza siostra miała poważny wypadek.
Francesca siedziała z nią dopóki rodzice nie zabrali jej do domu, zresztą, to był jeden z wielu przypadków kiedy miała okazję pokazać jak bardzo empatyczną jest osobą. Podobało mu się to.
Nie spodziewał się, że jedno popołudnie w kawiarni zburzy cały jego dotychczasowy świat, że bez pamięci zakocha się we Włoszce.

- Pójdę do toalety.
Wyplątała się z uścisku swojego chłopaka i podniosła się z sofy. Wolnym krokiem skierowała się w stronę łazienki.
Weszła do środka. Stanęła przed lustrem. Kogo zobaczyła? Dziewczynę z długimi, zaniedbanymi, rudymi włosami. Z szarymi oczami i bladą twarzą. Tak bardzo zmęczoną. Czy to była ona? Wiedziała. Tak, to ona. A w ogóle nie podobna. Bo gdyby spojrzeć na te zdjęcia sprzed kilku lat, to wyglądała zupełnie inaczej. Niby tak samo. Ale inaczej. Miała wtedy zaróżowione policzki, radosny wzrok i szeroki uśmiech na ustach.
To już nie była ta sama Camila. Tamta wyjechała razem z Leonem. A raczej jej dusza - bo ciało zostało tutaj, w Buenos. Zabrał ją ze sobą, zupełnie tego nie świadomy. Przecież gdyby wiedział, na pewno by tego nie zrobił, zmusiłby ją, żeby została w swoim kraju.
Wiesz co? Ona nawet nie przypuszczała, że za kilka sekund jej życie znowu obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
Najpierw usłyszała dzwonek do drzwi, ale nie przejęła się tym. Co w tym dziwnego? Później kroki Diego, który zmierzał w ich stronę. Chciał je otworzyć.
Szczęk klucza przekręcanego w zamku.
- W czym mogę pomóc?
- Chcę zobaczyć się z Camilą.
I zdrętwiała.
Poznałaby ten głos zawsze. Każdego dnia, każdej nocy, o każdej porze. Przebudzona w najmniej spodziewanym momencie jego brzmieniem, od razu wskazałaby jego właściciela. Przecież to było takie oczywiste.
- Camila!
Odeszła od lustra. Stanęła przy drzwiach. Wahała się. Bała się je otworzyć. W końcu to zrobiła. Wyszła. I zobaczyła go.
Był żywy, prawdziwy. Stał przed nią. A może to tylko jej przywidzenia? Nie. Wcale jej się nie wydawało.
- Leon... - szepnęła.
Ale on nie dał po sobie niczego poznać. Nie odezwał się. Nie wypowiedział jej imienia. Nie podszedł do niej, nie przytulił jej i nie powiedział, jak bardzo ją kocha. A jeśli przestał?
- Ja - potwierdził sucho.
Zachwiała się. Obok niej pojawił się Diego, który objął ją ramieniem, patrząc spod byka na mężczyznę stojącego w drzwiach.
- Co ty tu...
- Chciałem tylko zobaczyć, czy nadal mieszkasz w tym domu - przerwał jej - czy może jednak zmieniłaś zdanie i wyprowadziłaś się stąd. Cóż, pomyliłem się.
Zacisnęła długie, blade palce na ręce swojego chłopaka.
- Leon, ja...
- Camila - Nie dał jej dokończyć - przestań. Wróciłem do Buenos Aires. Ale nie chcę utrzymywać z tobą kontaktów. Niech zostanie tak, jak było.
I już czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy.
Te słowa tak cholernie mocno bolały, wiesz? Jakby ktoś wbił ostre igły w jej delikatne serce. Uwierz mi, nie chciałbyś tego doświadczyć.
- Jak możesz...? - rzekła cicho.
- Mogę - potwierdził. - I ty też możesz.
Słone krople spłynęły po jej policzkach.
Dlaczego to robił? Przecież wiedział, jak bardzo go kocha. Czy to możliwe, by głupia kłótnia o spadek mogła pokłócić dwie tak bardzo ze sobą związane osoby?
- Nie rób mi tego - poprosiła błagalnym tonem.
- Nie robię nic niewłaściwego - zaprzeczył. Jego głos był taki sztywny. Wyprany z emocji.
Nie wierzyła. Jak on mógł zmienić się tak przez te lata? Z miłego, pogodnego chłopaka stał się wyrachowanym, śmierdzącym dupkiem, który gdzieś ma smutek i łzy własnej siostry. Pamiętała, jak kiedyś mówił, że nigdy nie pozwoli jej płakać. Że własnoręcznie udusi tego, który wywoła u niej łzy. A teraz? Teraz on to robił. Sprawiał, że jego jedyna rodzina tak bardzo cierpiała.
Nie sądziła, że byłby do tego zdolny. Widocznie nie znała go tak dobrze, jak jej się wydawało. A myślała, że to ona wie najwięcej, wiesz? Pomyliła się.
- Leon, nie odchodź. - Wyrwała się z uścisku Diego i podeszła do niego. - Nie zostawiaj mnie znowu samej.
Spojrzał na nią, ale w jego oczach już nie było tyle ciepła, co kiedyś. Teraz widziała tylko chłód. I mimo wszystko była pewna, że on nie zmienił się tak sam z siebie. To ktoś uczynił go takim, jakim teraz był. Na pewno.
- Przecież już sobie kogoś znalazłaś - zaśmiał się z pogardą. - Ja nie jestem ci potrzebny.
Wytarła słone łzy rękawem rozciągniętej bluzy i chwyciła go za rękę.
- Leon, proszę cię - szepnęła. - Leon, ja cię kocham...
- Cóż, będziesz musiała jakoś z tym żyć.
Zaczęła krztusić się własnymi łzami. Czuła, jak żywy ogień płonie na jej policzkach. Momentalnie rozbolał ją brzuch. Zgięła się wpół. I upadłaby, gdyby nie Diego, który pojawił się przy niej i chwycił ją w pasie. Złapała go za dłoń. Usłyszała jego głos.
- Wynoś się stąd - wycedził w stronę jej brata. - I nie przychodź tu więcej.
A później... Później usłyszała tylko, jak schodzi po kamiennych schodkach. Odszedł.
- Nie! - krzyknęła. - Leon, zostań!
Cierpiała, tak strasznie cierpiała. A on na to nie zważał. Nie obchodziły go jej uczucia.
Diego trzymał ją mocno w talii, przyciskając jej ręce do ciała. Wyrywała się, chciała pobiec za swoim bratem, ale on jej to uniemożliwiał.
- Dlaczego pozwoliłeś mu odejść?! - zawołała przez łzy. - Idź po niego! Biegnij za nim!
Obraz przed oczami rozmazywał jej się od łez. Nabierała łapczywie powietrza chcąc się opanować. Nie potrafiła.
- Camila, spokojnie - szepnął jej do ucha. - On nie był ciebie wart...
- Nie mów tak! - Wbiła paznokcie w jego ramię. - Przestań!
Poczuła, jak kolana się pod nią uginają. Nogi nie utrzymały ciężaru jej ciała. Upadła na ziemię, ciągle w objęciach swojego chłopaka. On przycisnął ją mocniej do siebie i wtulił twarz w jej włosy. Nie zważał na jej krzyki, na przekleństwa i na bluźnierstwa, którymi go obrzucała. To nie było teraz ważne.
Wiesz co? Kiedy zobaczyła swojego brata, pomyślała, że może wszystko w końcu się ułoży, że znowu będą rodziną. Widząc go w drzwiach miała nadzieję, że będzie tak jak kiedyś. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się pomyliła?
Że straciła już wszelką nadzieję...?

Przemierzała ulice Buenos Aires, ściskając w ręku smycz swojego psa.
W wolnych chwilach lubiła wałęsać się tak bez celu, przyglądać się Twixy’emu – małemu labradorowi, który wydawał się być zafascynowany wszystkim co ich otaczało.
Dużo spacerowali razem, zanim wyjechał.
Lubili po nocy przechadzać się po osiedlach, rozmawiając, śmiejąc się, niekiedy płacząc, po prostu spędzając ten czas tylko we dwójkę.
Na ostatnim z ich wspólnych spacerów pocałował ją – ujął jej twarz w swoje dłonie, ocierając łzy z jej policzków i delikatnie musnął jej wargi swoimi.
Zarzuciła mu wtedy ręce na szyję wplatając palce w jego włosy i odpędziła od siebie wszystkie dotychczasowe myśli, po prostu żyła chwilą.
Dwa dni później oznajmił, że wyjeżdża.
Przyszedł, spojrzał na nią chłodnym wzrokiem, powiedział że jego samolot startuje wieczorem, pocałował ją w policzek i zamknął za sobą drzwi, tak po prostu.
I złamał jej serce.
Bolało jeszcze bardziej gdy dowiedziała się, że zabrał ze sobą Violettę. Przez chwilę łudziła się że może ma problemy rodzinne, że coś mu nagle wypadło, że musi coś załatwić, a prawda okazała się być zupełnie przeciwna i zdecydowanie bardziej przytłaczająca.
Uciekł od niej, zostawił ją by bawić się w Hiszpanii w dom z panną Castillo.
Zacisnęła zęby, wbijając wzrok przed siebie i starając się myśleć o czym innym.
Obiecała sobie że zapomni, wielokrotnie obiecywała sobie że wymaże go ze swojego życia, że swojej pamięci. Mimo że upłynęło już sporo czasu, wciąż nie mogła zmusić się do tego by nie myśleć.
- Twixy! – zawołała, odciągając psa od małego sznaucera, który wyraźnie przyciągnął jego uwagę.
- Nic się nie stało, chyba się polubili. – usłyszała głos, na dźwięk którego zakręciło się jej w głowie.
Serce zaczęło bić jej tak szybko, że bała się że nie będzie w stanie normalnie oddychać, wciąż nie mogła zmusić się do tego by podnieść wzrok.
‘To się nie dzieje naprawdę’ – powiedziała do siebie w myślach, zaciskając pięści i powoli unosząc głowę do góry.
Na widok zielonych oczu ponownie poczuła zawroty głowy, nie była w stanie dostrzec nic więcej, obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami.
Ocucił ją Twixy, liżący ją po ręce.
Zamrugała, biorąc głęboki oddech i robiąc krok do tyłu.
Udało jej się nad sobą zapanować, zacisnęła zęby przyglądając mu się uważnie.
Nie zmienił się bardzo, jego twarz nabrała ostrzejszych rysów, miała wrażenie że włosy stały się ciemniejsze, to wszystko.
Wciąż był tym samym Leonem Verdasem na widok którego traciła zmysły i w którym była bezgranicznie zakochana.
- Pięknie wyglądasz. – powiedział, uśmiechając się słabo i drapiąc labradora za uchem.
Otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Rozpaczliwie nakazywała sobie w myślach by się uspokoić, opanować, nie mogła pokazać mu jak bardzo ją zranił, nie mogła dać mu do zrozumienia że wciąż coś dla niej znaczył.
Bo nie znaczył, prawda?
- Wróciłeś do Buenos Aires? – spytała, starając się zapanować nad drżeniem głosu.
Kiwnął głową, uważnie się jej przyglądając.
Spuściła wzrok.
Nie mogła wytrzymać jego spojrzenia, nie chciała nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego, nie chciała nawiązywać z nim jakiegokolwiek kontaktu.
Tęskniła.
- Tak, przyjechałem kilka dni temu. A ty? Cały czas tutaj?
Pokiwała głową.
- Tak, nie zmieniałam miejsca zamieszkania. Jest mi tutaj dobrze.
Przytaknął, spuszczając wzrok i bawiąc się smyczą swojego psa.
- Słuchaj… - zaczął niepewnie, wciąż nie patrząc jej w oczy. – A może wybralibyśmy się na kawę to tej kafejki co kiedyś, pamiętasz? Chyba wciąż tutaj stoi?
W głowie zaczęło kłębić się jej tysiące myśli, w pierwszym odruchu chciała podtrzymać się czegoś, bała się że nie wytrzyma, że eksploduje.
Nigdy za nikim tak tęskniła, niczyjej obecności nigdy tak bardzo nie pragnęła, nikogo nigdy tak nie kochała. Nikt jej nigdy tak nie zranił.
- Przepraszam, nie mogę. – powiedziała cicho, wymijając go i szybkim krokiem ruszyła do przodu, nie oglądając się za siebie.

"Widzisz dziewczynkę w różowej sukience z prawej strony? Tak, tę blondynkę. Spędziła długie dnie i noce, czekając na wyniki badań. Dostrzegłeś wzrok tamtej kobiety przy stoliku? Tak, w tej szmaragdowej tunice. Modliła się do Boga, by jej mąż przeżył ciężką operację. Popatrz na tego mężczyznę przy oknie. Przez niekończące się 13 minut, trzymał za rękę swoją żonę, której przedwcześnie odeszły wody. Spostrzegłeś trójkę rodzeństwa, którzy pusto wpatrują się w drzwi?Oni ze strachem oczekiwali na telefon, który powiedziałby im, że ich rodzice jednak nie zginęli w wypadku autokarowym. Wiesz co ich wszystkich łączy? Niepewność, która wraz z krwiobiegiem ogarnia całe ciało człowieka. Ten brak wiedzy, brak pewności, że wszystko będzie dobrze..."
On cierpiał. Strach przepełniał całe jego wnętrze. Bał się o nią. Bał się, że może na zawsze ją stracić. Wiedział, że jego życie bez niej nie miałoby sensu.
Ona była jego narkotykiem. Jego własną odmianą heroiny. Uzależnił się od niej. Nie mógł przetrwać bez niej choćby jednego dnia. A teraz? Teraz nikt nie mógł go przekonać, że wszystko się uda. Nikt nie mógł wypowiedzieć tych kilku, cholernie prostych - a jednak tak trudnych - słów.
Drzwi sali otworzyły się. Zobaczył wysokiego mężczyznę w białym kitlu z kamiennym wyrazem twarzy.
- Pan Dominguez?
- To ja.
Podszedł do niego i stanął naprzeciw. Zacisnął ręce w pięści. Starł się oddychać miarowo. Nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo się boi.
- Opanowaliśmy sytuację - powiedział lekarz. - Na chwilę obecną wydaje się być w porządku. Jednak nie na długo. Nerka powoli przestaje funkcjonować, a znalezienie dawcy w tak krótkim czasie graniczy z cudem. Proszę być przygotowanym na najgorsze. Przepraszam.
Odszedł.
Diego zawsze myślał, że lekarz powinien dawać nadzieję, że powinien przekonywać, że wszystko się unormuje. Przekonał się jednak, że nie wszyscy podchodzą do tego w taki sposób. Byli ludzi źli, bez serca. Lekarz bez serca?
Lekarz bez serca potrafiącego kochać.

Nerwowo uderzał palcami w blat stolika. Co chwilę spoglądał na zegarek. Spóźniał się. Mógł chociaż udawać, że go to obchodzi. Nie potrafił zrobić nawet tego.
W końcu drzwi kawiarni się odtworzyły, a on stanął w progu. Rozejrzał się, a kiedy dostrzegł go siedzącego w kącie pomieszczenia, podszedł bliżej i bez zbędnych formułek grzecznościowych usiadł na krześle naprzeciw niego.
- Po co chciałeś się ze mną spotkać? - spytał.
Spojrzał na niego uważnie.
Leon nie wyglądał na człowieka, który nie miałby współczucia. Można by pomyśleć, że jest to wzorowy, opiekuńczy i dobry mężczyzna. Rzeczywistość była inna.
- Nie chcę tracić na ciebie czasu - odparł - dlatego powiem krótko. Camila jest w szpitalu. Jej stan jest ciężki, a uratować ją może jedynie przeszczep. Ja nie mogę być dawcą, bo nie ma zgodności. Pewnie wiesz, że Cami jest wpisana na dziesięciokilometrową listę pacjentów oczekujących na przeszczep. Wiesz również, że ty na dziewięćdziesiąt dziewięć procent możesz oddać jej jedną nerkę. Ona jest twoją siostrą, powinieneś to dla niej zrobić. Możesz ją uratować.
Wiele razy nad tym myślał. Naprawdę, całym sercem kochał Camilę. Kochał ją i tęsknił za nią. Te kilka lat spędzone bez niej były prawdziwą udręką. Pamiętał jeszcze ich wspólne zabawy w dzieciństwie, ich rozmowy, kiedy byli już nastolatkami. Pamiętał, jak siedział przy niej kilka godzin i podawał jej chusteczki, równocześnie przytulając do siebie, kiedy zostawił ją chłopak, którego naprawdę kochała. Później poszedł i zlał go tak, że zawiesili go w prawach ucznia na tydzień, ale nie żałował tego, bo to wszystko zrobił dla swojej siostry.
I chciał, wiele razy chciał oddać ją jedną ze swoich nerek i sprawić, żeby już nie cierpiała. Ale zawsze coś było przeciw nim. A teraz? Teraz mógłby to zrobić. Nawet musiał. Ale jedyną przeszkodą na drodze do zdrowia Camili, była Violetta. Violetta. Ona nie chciała, żeby to zrobił. Nigdy nie lubiła jego siostry.
Czy ją kochał? Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałby, że tak. Teraz jednak miał wątpliwości. Kiedy po powrocie do Buenos Aires spotkał Francesce, dawne uczucia, które krył w sobie, na nowo odżyły. Nigdy nie powiedział jej, że coś do niej czuje. Bał się, że go wyśmieje, bo nie sądził, żeby taka dziewczyna jak ona, chciałaby się związać z kimś takim jak on. Ale kiedy ją spotkał, przekonał się, że dalej ją kocha.
- Zastanowię się nad tym - rzekł w końcu.
Diego spojrzał na niego uważnie.
- Posłuchaj mnie. - Nachylił się w jego kierunku. - Ja naprawdę nie wiem, jak mogłeś zrobić to Camili, jak mogłeś ją zostawić. Gdyby nie jej prośba to przysięgam ci, że leżałbyś teraz na intensywnej terapii. Człowieku, nie wierzę, że nie chcesz tego zrobić. Na pewno wcale nie chcesz, żeby umarła, i to na dodatek przez ciebie. Wiesz co ja czuję? Wiesz co czuję, kiedy każdego dnia muszę patrzeć, jak ona cierpi? I nie mogę jej pomóc, wiesz jakie to uczucie? A ty możesz, ale nie chcesz tego zrobić. Jesteś z tą swoją Violettą, nie? I...
- Skąd wiesz, że jestem z Violettą? - Spojrzał na niego uważnie.
- Francesca mi powiedziała, nie ważne - mruknął. - Ale wyobraź sobie, że to ona jest chora, a tylko ja mogę ją uratować. Co wtedy byś zrobił?
Leon przygryzł wargę.
Nie wiedział, że Francesca zna jego siostrę i Diego. Bał się, że tym straci w jej oczach. A tego nie chciał.
- Muszę iść. - Nie odpowiedział na jego pytanie. - Przemyślę to - dodał.
Wstał z krzesła i odszedł, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem.
Nie wiedział co ma robić, jak ma robić. Nie wiedział jak się zachowywać. To wszystko było takie dziwne.
A to niezdecydowanie było przerażające, wiesz?

Skrzywił się, kiedy wracając z domu Francesci zauważył idącą naprzeciwko niego Violettę.
Fran albo nie zastał w domu albo zwyczajnie nie chciała mu otworzyć, bał się że chodziło o to drugie lub jeszcze gorzej – że zmieniła miejsce zamieszkania.
- Mówiłem ci, żebyś za mną nie chodziła. – warknął w stronę szatynki, próbując szybkim krokiem ją wyminąć. Niestety, bezskutecznie.
Obawiał się, że kiedy wróci do Buenos Aires jego była dziewczyna podąży w ślad za nim jednak miał cichą nadzieję, że może da sobie spokój, że zrozumie. Złudną.
- Leon, jak mogłeś mnie zostawić i wyjechać, co? Wydaje ci się, że po tylu latach związku możesz traktować mnie przedmiotowo? Że w ogóle możesz mnie tak traktować?!
Ruszył przed siebie, jednak tak jak się spodziewał – Violetta podążyła w ślad za nim.
Uprzedził ją że wyjeżdża, liczył że może w ten sposób uda mu się od niej uwolnić, żadne inne argumenty nie docierały do niej, nie chciał z nią być, nie mógł wytrzymać już dłużej – nie kochał jej. Nie kochał jej nigdy poza tym, mimo iż uważał że była dobrą i wrażliwą dziewczyną, ze względu na sytuację rodzinną i przedwczesną śmierć ojca i ciotki miała problemy psychiczne, była niestabilna emocjonalnie, momentami wręcz go przerażała. Miał wyrzuty gdy z nią zrywał, bał się że to tym bardziej pogorszy jej stan jednak nie mógł obarczać tym siebie, nie chciał zmarnować sobie swojego życia.
- Vilu, proszę cię, daj mi spokój. Musimy nauczyć się żyć osobno, tak? Przerabialiśmy to już.
Złapała go za ramię, mocno wbijając mu paznokcie w skórę.
- Nie. – syknęła, spoglądając mu wojowniczo w oczy. – Ty to przerabiałeś. Nie dałeś mi wyboru, po prostu odszedłeś! Jak tchórz, wiesz?
Przystanął, biorąc głęboki oddech i spoglądając jej w oczy.
- Takie jest życie, Violetto, ludzie się schodzą i rozstają. Zrobiłbym ci ogromną krzywdę gdybym wciąż z tobą był, mimo że cię nie kocham. To szansa dla nas obojga, wykorzystaj ją – powiedział, starając się przybrać spokojny ton, a gdy zauważył przystającą obok chodnika taksówkę, natychmiast rzucił się w jej stronę, uciekając przed dziewczyną.

Upiła łyk drinka, stawiając szklankę z powrotem na blacie i kręcąc się w rytm muzyki.
Przymknęła oczy. Światła padały prosto na nią rozświetlając jej twarz, dookoła był tłum, nie miała zbyt wielu możliwości manewru, rozmowy ludzi zagłuszała głośna muzyka. Była gorąco.
Na co dzień nie przebywała w takich miejscach, ostatni raz w klubie była jako nastolatka. Po rozmowie z Leonem jednak nie wiedziała co ze sobą zrobić, nie chciała go widzieć, nie chciała go słuchać nigdy więcej, zrujnował jej życie którego do tej pory nie zdążyła jeszcze sobie poukładać, a potem wrócił, jak gdyby nigdy nic, ponownie wprowadzając jeszcze większy zamęt.
Zacisnęła zęby.
Nie było go tutaj, a wokół niej kręciła się masa przystojnych facetów. Była wolna. Mogła robić co tylko chciała.
Remember only God can judge ya
Poczuła, jak jeden z tańczących obok mężczyzn obejmuje ją w pasie, zarzuciła mu ręce na szyję i przybliżyła się do niego, pozwalając mu przycisnął usta do jej szyi.
Forget the haters cause somebody loves ya
Powoli kręcili się w rytm coraz szybszej muzyki, kiedy poczuła że ktoś przeciskając się przez tłum ludzi ciągnie ją za rękę.
Była ściśnięta ze wszystkich stron, czuła gorący oddech na skroni, otworzyła oczy, starając się powrócić do rzeczywistości.
Zakręciło się jej w głowie na widok zielonych oczu patrzących prosto na nią, nie poruszyła się, zresztą, nie miała nawet jak.
- Musimy porozmawiać. – zawołał, próbując przekrzyczeć głośną muzykę. - Zabieram cię stąd.
Chciała zaprzeczyć ale nie miała jak, gardło odmawiało jej posłuszeństwa, hałas odbierał zdolność racjonalnego myślenia.
Przeciskali się przez tłum ludzi, im bliżej wyjścia tym tym bardziej zaczerpywała coraz to chłodniejszego i świeższego powietrza.
- Śledziłeś mnie?! – krzyknęła, kiedy byli już przy samych drzwiach i odzyskała zdolność mowy.
Leon nacisnął klamkę przepuszczając ją pierwszą w progu, po czym sam podążył za jej śladem i zatrzasnął za nimi drzwi.
- Zauważyłem cię jak jechałem taksówką i pomyślałem, że warto spróbować. – powiedział, biorąc głęboki oddech.
Zadrżała. Opatuliła się mocniej kataną dżinsową.
Zdjął kurtkę zarzucając jej ją na ramiona, a kiedy nie zauważył sprzeciwu spojrzał na nią, po czym wolnym krokiem ruszył do przodu.
Dziewczyna zacisnęła zęby, po czym udała się w jego ślady.
- Musiałem wtedy wyjechać, Fran, musiałem, sytuacja rodzinna mnie do tego zmusiła. – wyrzucił, nie czekając na jej reakcje. – A Violetta pojechała za mną, nie pytała mnie nawet o zdanie, nie mogłem się nie zgodzić, byłem na to za słaby, potrzebowałem kogoś bliskiego… Ale cały czas o tobie myślałem, cały czas. – powiedział, stając i łapiąc ją za ręce.
Zakręciło się jej w głowie pod wpływem jego dotyku i spojrzenia, nie potrafiła się poruszyć, nie potrafiła nic powiedzieć. – Starałem się zapomnieć, wiedziałem że cię straciłem ale nie mogłem, musiałem wrócić, nie wytrzymywałem już tam dłużej, rozumiesz? Zerwałem z Violettą, powiedziałem jej że to nie ma sensu, nie kocham jej, nigdy jej nie kochałem. Prawdę mówiąc, zawsze kochałem tylko ciebie Fran, tylko. I nadal cię kocham.
Zamrugała kilka razy oczami chcąc powstrzymać łzy jednak na nic się to nie zdało, czuła jak po chwili zaczęły spływać jej po policzkach rozmazując makijaż, jedna po drugiej.
- Porozmawiajmy, proszę. – powiedział, przygryzając dolną wargę. Dosłyszała w jego głosie panikę.
Nie wiedziała co odpowiedzieć, stała bez ruchu, ze spojrzeniem wbitym przed siebie.
Po pewnym czasie skinęła głową.
- Dobrze. Porozmawiajmy.

Popijała kawę w milczeniu, kiedy usłyszała pukanie do drzwi, które z sekundy na sekundę stawało się być coraz bardziej natarczywe.
Westchnęła, odkładając filiżankę na stół, po czym skierowała się w stronę drzwi. Przekręciła zamek po czym otworzyła je i natychmiast tego pożałowała, kiedy zauważyła stojącą w progu Violettę. Zamarła kiedy zauważyła wściekłość malującą się na twarzy dziewczyny. Zadrżała, kiedy poczuła jak panna Castillo przeszywa ją ostrym spojrzeniem.
- Powinnam cię teraz zabić, wiesz? – syknęła, robiąc krok do przodu i przeciskając się w drzwiach.
Francesca przez chwilę nie odzywała się, nie wiedziała jak zareagować, kiedy Violetta wtargnęła do jej mieszkania, z hukiem zamykając za sobą drzwi.
- Przepraszam cię, ale wydaje mi się, że my nie mamy o czym rozmawiać.
Zrobiła krok do tyłu, poczuła nagły przypływ lęku. Leon uprzedzał ją, że jego była dziewczyna jest nieobliczalna. Że jest zdolna do wszystkiego. A teraz stała tu, zamknięta z nią w jednym, małym pomieszczeniu.
- Zniszczyłaś mi życie, wiesz? – warknęła, robiąc krok w jej stronę.
- Violetto, ja nie… - zaczęła, jednak zamilkła robiąc krok do tyłu, kiedy Violetta rzuciła się na nią z pięściami.
Odepchnęła ją, jednak szatynka była silniejsza i pchnęła ją wprost na stojącą obok szafę.
Francesca upadła jednak nie zdążyła się podnieść, kiedy zauważyła idącą na wprost niej Violettę.
Zacisnęła zęby, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich Leon.
Odetchnęła.

Dwa tygodnie później.

Siedzieli w milczeniu na balkonie pod daszkiem, popijając gorącą herbatę. Wzrok miała wbity przed siebie jednak czuła, że Leon co jakiś czas na nią spogląda.
Odkąd Violetta została zabrana do ośrodka psychiatrycznego żyli w ciągłym napięciu, nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak to sobie zaplanowali. Francesce było szkoda dziewczyny, zdawała sobie sprawę że nie miała łatwego życia jednak to że ją zaatakowała przeważyło sprawę. Bliscy panny Castillo również zeznali, że jest ona niestabilna psychicznie i potrzebuje pomocy.
- Na dworze robi się coraz ładniej. – odezwał się, rzucając jej przelotne spojrzenie.
Niepewnie przeniosła wzrok na niego, po czym skinęła głową. Przez chwilę ponownie siedzieli w milczeniu, ostatnio zresztą coraz częściej tak było. Woleli siedzieć w ciszy niż rozmawiać o przykrych rzeczach.
- Fran… - odezwał się w końcu, wzdychając. – Słuchaj, ja nie chcę żeby tak między nami było, żeby to wszystko tak wyglądało. – dodał, wstając z krzesła i podchodząc do niej. – Kocham cię.
Zamrugała kilka razy, spoglądając w jego ciemnozielone tęczówki.
- Wiem, Leon. – odparła po chwili.
Nie była teraz gotowa na żadnego rodzaju szczere rozmowy, wyznania. Musiała odpocząć od tego wszystkiego, poczekać aż minie trochę czasu. Jeszcze nie czuła się gotowa.
- Fran… - zaczął łamiącym się głosem, niezrażony jej postawą. – Chcę być z tobą. Już na zawsze, wiesz? Kocham cię, do cholery, naprawdę cię kocham. Gdybym cię teraz zapytał czy wyszłabyś za mnie, zgodziłabyś się?
Wstrzymała oddech, prawdę mówiąc na tę chwilę w ogóle zapomniała, jak się oddycha. Spoglądała na niego starając się uporządkować natłok myśli i zapanować nad zawrotami głowy.
- Posłuchaj. – wydusiła, z całych sił starając się nie spuścić wzroku. – Też mi na tobie zależy, okej? To znaczy, ja też cię kocham. Bardzo. Tylko że teraz… Po prostu nie mogę, Leon. Zbyt wiele się wydarzyło, sam rozumiesz. Nie gniewaj się ale nie.
Przez chwilę wpatrywał się w nią tkwiąc w bezruchu, jednak po kilkunastu sekundach kiwnął głową, wstając i zajmując miejsce z powrotem na krześle. Tego wieczora nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa.

Leżała. Miała zamknięte oczy, ale podobno słyszała. Podobno. Tak mu powiedzieli. Powiedzieli mu też, że była za słaba, żeby na niego spojrzeć. I żeby się odezwać.
Myślał, że widząc ją w takim stanie stchórzy i wyjdzie. Uwierz mi, chciał to zrobić. Nie chciał patrzeć na jej cierpienie, ale coś ciągnęło go do niej.
Usiadł na krześle obok. Nie wiedział, czy miała świadomość, że tu jest. Chwycił ją delikatnie za bladą dłoń.
- Camila - szepnął. - Camila, to ja. Słyszysz mnie? Proszę cię, daj mi jakikolwiek znak.
Spojrzał z nadzieją na jej umęczoną twarz, która zasłonięta była w połowie maską tlenową.
Po chwili ona podniosła swoje powieki. W jej ciemnobrązowych oczach widział tyle bólu... Ale przebijało się przez nie również szczęście. Cieszyła się, że go widzi?
Próbowała poruszyć ustami. Widział, że chce coś powiedzieć. Ale nie mogła.
- Nie - rzekł. - Nie mów nic, siostrzyczko.
Ścisnął mocniej jej rękę. Bał się, że może jej coś zrobić. Była w końcu taka krucha i słaba.
- Chciałem cię przeprosić - zaczął. - Byłem idiotą. Kocham cię, Camila. Zawsze cię kochałem. Rozmawiałem z Francescą... Lekarze zrobili testy na zgodność. Zaraz jadę na zabieg. Jeszcze dzisiaj będziesz miała przeszczep.
Patrzył na nią z uwagą. Czekał na jej reakcję.
I wtedy dostrzegł, jak kąciki jej ust z trudem unoszą się do góry. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był słaby, ledwo widoczny. Ale był. A Leon cieszył się, że to właśnie on go wywołał.

Chodziła nerwowo od okna do okna, od drzwi do drzwi, do ściany do ściany. Z jej warg płynęła krew - z nerwów tak bardzo je przygryzała. Nie przejmowała się bólem, zmęczeniem cy głodem. W tym momencie modliła się tylko, by operacja się udała. By jej przyjaciółka przeżyła.
- Dlaczego to tak długo trwa?
Odwróciła się w jego stronę.
Widziała jego zdenerwowanie. Bał się o Camilę. Była w końcu wszystkim dla niego. Francesca wiedziała, że bez niej by nie wytrzymał. Kochał ją całym sercem.
- To dopiero sześć godzin - odparła cicho.
- A ile trwają takie operacje? - spytał.
Wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia. I nie było to ważne. Bo tutaj liczył się wynik przeszczepu, nie czas jego trwania.
Podwójne drzwi otworzyły się. Stanął w nich lekarz.
Twarz miał stężałą. Ale żadne z nich się nie zdziwiło, od początku leczenia Camili nie widzieli go uśmiechniętego. To taki ponury typ człowieka.
Diego podniósł się z krzesła i wyprostował. Podszedł bliżej i stanął naprzeciw niego. Nie odezwał się. Czekał. Bał się. Ale czekał.
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy.
Zamrugał szybciej oczami.
- Słucham?
- Niestety, pojawiły się komplikacje. Przeszczep nie udał się. Nasza pacjentka nie miała szans. Przepraszam.
I odszedł. Wiesz, że jego życie straciło w tym momencie cały sens? Tylko on jeszcze o tym nie wiedział. Bo nie wierzył, że Jej już nie ma.
Z sali wyjechało łóżko. Ktoś na nim leżał. Przykryty był białym prześcieradłem.
Nie zastanawiał się. Podbiegł do niego. Zerwał cienkie okrycie. Wtedy ją zobaczył. Leżała przed nim, bezbronna, nieżywa, a na jej zastygłej twarzy wciąż błąkała się nadzieja.
- Nie... - szepnął. - Nie. Nie! Kochanie, odezwij się, proszę cię! Błagam cię, Camila!
Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie wstydził się ich. Pokazywały one w końcu, jak bardzo ją kocha.
Czuł, jak ktoś próbuje go odciągnąć. Nie pozwolił na to. Przywarł do niej całym ciałem. Nie chciał od niej odejść. Nie mógł pogodzić się z tym, co się przed chwilą stało.
- Diego... - Usłyszał głos swojej przyjaciółki przy uchu. - Diego, przestań...
Chwyciła go za dłoń, którą zacisnął na szpitalnej piżamie swojej ukochanej. Pociągnęła go do tyłu. Nie zapierał się. Był za słaby. A to wszystko z miłości.
Upadł na ziemię.
Ukrył twarz w dłoniach. Płakał. Płakał całym głosem i nie obchodziło go, co mogą pomyśleć sobie osoby wokół niego. Miał to gdzieś.
Francesca oparła się o ścianę i osunęła po niej na podłogę. Zachłysnęła się powietrzem. Z jej gardła wydobywał się głośny szloch.
Miała nadzieję do ostatniej chwili. Ale nadzieje bywają płonne.
Wiedziałeś o tym?

W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, prawda? Tylko słabi się poddają. Silni pomimo wszystkiego brną do przodu. Zawsze.
Zaraz po śmierci jego jedynej siostry, oplatając go ramionami za szyję i szepcąc mu do ucha słowa pocieszenia zdała sobie sprawę, jak bardzo kruche jest życie. Że trzeba żyć chwilą. Że nie można zmarnować ani jednej. I powiedziała ‘tak’.

Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Zapukała drugi raz. Głucha cisza. Zapukała trzeci raz. Brzęczenie muchy przy jej uchu.
- Diego! - zawołała. - Diego, otwórz drzwi!
Zero reakcji. Przygryzła wargę.
Nie przyszedł na ślub. Chociaż miał być drużbą. Nie zadzwonił. Chociaż nigdy tak nie robił. Nie dał żadnego znaku życia.
Wiedziała, że jest mu ciężko po śmierci sensu swojego życia, ale obiecał jej, że przyjdzie na najważniejsze wydarzenie w jej życiu. Obiecał, że będzie szczęśliwi przez te kilkanaście godzin. Obiecał, że spróbuje zapomnieć. Jej samej po części się udało. I była z siebie dumna, bo teraz mogła patrzeć na Jej zdjęcie i nie uronić ani jednej łzy.
Nacisnęła lekko klamkę. Drzwi były otwarte. Zdziwiła się. On nigdy nie zostawiał drzwi otwartych. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Weszła do środka. Nie słyszała nic, cały dom pogrążony był w przerażającej ciszy. Podniosła do góry długą, śnieżnobiałą suknię ślubną. Jednym ruchem zdjęła niewygodne szpilki i ruszyła w głąb mieszkania.
Od razu skierowała się do jego sypialni. To właśnie tam przesiadywał całymi dniami, odkąd Camila odeszła.
Zapukała. Nikt jej nie otworzył. Pchnęła przymknięte tylko drzwi i przekroczyła próg pokoju uważając, aby o nic się nie potknąć. Podniosła głowę.
Zamarła. W pierwszym momencie nie wierzyła, myślała tylko, że to jej oczy płatają jej figla, a później... później zrozumiała, że to nie jest sen.
Leżał na podłodze. Jego ciało wydawało się oddawać całe cierpienie, jakie ukrywał w sobie od tamtego dnia. Oczy miał zamknięte; jakby spał. A wokół niego ta wielka kałuża ciemnoczerwonej krwi...
Podeszła do niego, nie czuła nawet łez płynących po jej policzkach. Upadła na kolana przy nim, farbując swoją białą jak śnieg suknię na czerwono. Nie obchodziło ją to.
Wiesz dlaczego? Bo straciła kolejną ważną osobę.
Bo Diego już nie było.

Chwyciła go za rękę, dyskretnie śledząc każdy jego ruch. Stał nad grobem siostry z martwym spojrzeniem wbitym w jeden punkt: jej imię i nazwisko wyryte na lśniącej, marmurowej płycie. Po cichu zrobiła jeden krok do przodu, przenosząc wzrok na twarz swojego Męża. Wiedziała, że jest gotowa by spędzić z nim resztę swojego życia, chciała tego. Ślub wprawdzie był skromny ale wystarczyło to im obojgu, w końcu była to uroczystość połączona z tragedią bo chcąc czy nie – w głębi duszy wciąż opłakiwali Cami. Kiedy na chwilę przed jej śmiercią zapytał co ma zrobić, zostawiła go samego w pokoju i wyszła, dając mu czas na zastanowienie. Nie chciała mieć wpływu na żadną jego decyzję, wiedziała że ani z tej ani z tej nie będzie zadowolona – zależało jej na utrzymaniu przy życiu Camili, wiedziała że jeśli by odmówił nie wybaczyłby sobie tego nigdy jednak zdawała sobie sprawę, że jest to poważna operacja i zwyczajnie bała się o niego, nie chciała by aż tak ryzykował. Kiedy oznajmił jej jaką decyzję podjął, uśmiechnęła się i poszła razem z nim do szpitala. Kiedy zniknął za białymi drzwiami, drżała ze strachu. Jej modlitwy zostały wysłuchane – wrócił do niej, cały i zdrowy, choć osłabiony i obolały. Camila nie miała tyle szczęścia. Odeszła.
A wraz z nią odszedł Diego, za każdym razem gdy patrzyła w jego oczy widziała tylko pustkę. A przecież mówi się, że oczy są oknami duszy, prawda? Uśmiechnęła się sama do siebie i pewniej ścisnęła rękę Leona. Był z nią. Byli razem. Wreszcie. Nigdy o niczym innym w życiu tak nie marzyła jak o tym, by dzielić je właśnie z nim. Wciąż mieli siebie i przez to przejść, pokonać pierwszą z przeszkód jakie życie postawiło na ich drodze, pokonać cierpienie.
- Kocham cię. – powiedziała, przenosząc wzrok z nagrobka na swojego ukochanego.
Obrócił się w jej stronę, jego wargi wygięły się w delikatnym uśmiechu.
- Ja ciebie też. – odparł, przyciągając ją do siebie i pozwalając, by oparła głowę na jego ramieniu.
Miałeś czasem w swoich życiu momenty zwątpienia? Zdarzało się, że po prostu chciałeś się poddać?
Żadne z nich tego nie zrobiło, choć oboje niejednokrotnie próbowali. Zawsze jednak byli przy sobie, gdy ta druga osoba tego potrzebowała i to pozwalało im podnieść się i iść dalej.
Ciekawe, co jest na samym końcu…
 
Od autorek: Hej wszystkim :) Wepchałam się pierwsza, jestem zła xD No dobra. Parta pisało mi się naprawdę super, mówię wam, jak się z Asią fajnie współpracuje :D Trochę zachodu było, bo nam się wątki pomieszały, ale się spięłam i je ogarnęłam :P Z końcowego efektu jestem zadowolona. No oczywiście, moje fragmenty są beznadziejne, Asi piękne, ale o tym to już chyba wiecie ;)) Part na zamówienie Veronici Blanco (takiej jednej idiotki z którą chodzę do klasy, jakby ktoś nie wiedział xD) więc mam nadzieję, że jej się spodoba. Nie no, kto jak kto, ale ona nie ma wyboru i musi jej się podobać :D Na tym kończę moją przemowę i jednocześnie zapraszam na parta Jenny, który się pojawi w piątek. Aha, no i dziękuję, że wytrzymaliście z naszą załogą cały miesiąc <3 - Alexandra Comello.

 Hej misiaki! Nie umiem przemawiać więc będzie krótko: to był tak naprawdę pierwszy prawdziwy onepart jakiego pisałam, na ogół specjalizuje się w dłuższych historiach (tylko żartowałam, ja się nie specjalizuję w niczym poza spaniem xD) więc z góry przepraszam za efekt, Oli na szczęście udało się ogarnąć całą fabułę i wątki, nie narzekała na mój nieogar więc mam nadzieję że Wy też nie będziecie i jakoś wytrzymacie. xD Kocham Was i życzę wszystkim miłych (prawie) wakacji! <3 PS. Marciak, Sarna, jeszcze skomentuję te Wasze cuda na na dole, obiecuję! - Little Liar.