Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 lipca 2014

{Zamówienie 007} Leonesca, Lurco || "Czara miłości" - Alexandra Comello i Katniss Parker

Tytuł: "Czara miłości" 
Para: Leonesca ( Leon & Francesca), Lurco ( Ludmiła & Marco )
Gatunek: Fantasy, Romans, Dramat,
Crossover ( Harry Potter i Czara Ognia )
Przedział wiekowy: T




Dla Lady.voldemort <3
mamy nadzieje, że się spodoba!

Wcale nie zauważyła, gdy blond czupryna pływała w pomarańczowej zupie w czasie uroczystego obiadu, na którym Dumbledore miał wygłosić jakąś ważną - dla niej wciąż mało znaczącą - informacje. Co jakiś czas wpychała do ust kęs jagodowej babeczki, nadal zajmując się księgą czarów, która dla niej była istnym błogosławieństwem. Nie lubiła być gorsza od innych, a sama wieść o tym, że nie jest pełnym czarodziejem, bo jej matka - mugolka - rozkochała w sobie jej ojca, wcale nie poprawia humoru, wręcz przeciwnie, teraz musi starać się jeszcze bardziej. 
W sali słychać głuchy szum, potem wrzaski, oklaski, krzyki radości, jakieś niekontrolowane napady śmiechu, jednak ją i tak nic nie obchodzi. Zagląda coraz głębiej w każdą stronę, doszukuje się drugiego dna każdego zaklęcia, słonej prawdy. Po kilku minutach dochodzi do wniosku, że są tu słowa napisane zupełnie innym językiem, analizuje wszystko od początku, by nie pominąć czegoś ważnego, jednak nawet to, nie jest w stanie wytłumaczyć jej dlaczego eliksir miłosny nie działa na wdowców, albo zaklęcie na szybki wzrost roślin czasem działa inaczej, a my następnego dnia budzimy się z bujną czupryną rockmena. Przeczesuje oczami każdy najdrobniejszy element; nawet kropki, choć to zapewne z desperacji. Już ma czytać wspak, kiedy rozlega się głośny trzask, a koleżanka obok mdleje na ławce. 
Obraca się i widzi grupę mężczyzn ubranych w grube, brunatne futra dzikich zwierząt. Jeden z nich - ten najwyższy - miał wyraz twarzy dość poważny, oschły, a nienormalnie długie wąsy wiły się po brodzie, jak węże na wodzie, w tańcu. Chłopaki obok - znacznie młodsi - skaczą, uderzając wielkimi kijami o gładką posadzkę. Iskry rozbryzgują się wokoło, a najwyraźniej odbijają się w oczach czarnowłosego. 
On natomiast idzie z uniesioną głową, dumny, wyprostowany, nauczony dobrych manier. Ciągle nie rozumie co oni tutaj robią, albo co ona robi - patrzy się bez cienia wstydu, nachalnie. Twardo stąpa w rytm jakiś pieśni, ogień kręci się wokół niego, a prezentuje się idealnie. 
Nagle  wzrok spuszcza na nią i po raz pierwszy się uśmiecha, nie wytrzymuje, czerwieni się szybko. Po chwili wypada z amoku i słucha przemowy pana mroku z wielkimi gąsienicami na brodzie. Udaje przecież, bo ciągle przygląda się jemu, chłopcu o włosach ciemniejszych niż szata Snypa. 
Uśmiechnął się - tym razem szerzej. 
Już nie wie co tu robi. Nie wie też o czym była przemowa, ani o tym, że połowa jej włosów jest koloru pomarańczy. Ponoć miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje - sama tak mówiła. 


Wielka, kamienna czara stojąca na środku Wielkiej Sali przyciągała spojrzenia wszystkich uczniów. Słychać było francuskie szepty panienek ze szkoły Beauxbatons. Ze stołu obok dobiegały potężne, bułgarskie głosy młodzieńców z Durmstrangu. Wszystko to jednak zagłuszały głośne rozmowy uczniów Hogwartu, którzy nawet nie zwracali uwagi na biegającego wokoło pana Flitwicka próbującego uspokoić rozentuzjazmowanych czarodziejów.
- Cisza! - Po pomieszczeni rozległ się głośny, niezachwiany głos profesora Dumbledobra. Wszystkie głosy natychmiast ucichły, a każdy uczeń, bez wyjątku skierował swoją głowę w kierunku dyrektora szkoły. - Proszę o ciszę. - Nie było słychać żadnego dźwięku. Tylko gdzieś przy pod stołem brzęczała jakaś natrętna mucha. Po momencie jednak zamilkła, zgnieciona dłonią jednego z Bułgarów. - Za kilkanaście sekund czara wyrzuci ze środka trzy kartki z nazwiskami reprezentantów poszczególnych szkół. Znacie zasady. Trzy osoby staną się uczestnikami turnieju. I od tego nie ma żadnych odstępów. To ostateczna decyzja. Mam nadzieję, że w głowach tych, którzy wrzucili swoje nazwiska do czary, nie narodziły się żadne wątpliwości.
Zamilkł. Wolnym krokiem podszedł do kamiennej czary. Nikt nie ośmielił się wydać żadnego dźwięku, nawet jeden z chłopców z Slytherin'u zdusił w sobie chęć głośnego kaszlnięcia.
Profesor stanął na środku Sali. Czara Ognia zaświeciła się, zabulgotała, zabłysła. Błysk ten poraził oczy wszystkich zebranych, jednak nikt nie zdecydował się zasłonić wrażliwych oczu. Wszyscy z niecierpliwością czekali na finał.
Dumbledore wyciągnął pomarszczoną rękę w kierunku czary. Napięcie sięgnęło zenitu. Wszyscy wstrzymali oddechy w oczekiwaniu na pierwszą kartkę z nazwiskiem. Po chwili rzeczywiście, mały, zwęglony zwitek papieru wyleciał w powietrze. Profesor otworzył dłoń, aby za chwilę zacisnąć ją na tym małym - jednak tak ważnym - skrawku.
- Reprezentantka Beauxbatons - Na moment podniósł wzrok i skierował go w stronę dziewcząt w szykownych, niebieskich strojach, po chwili jednak znów przeniósł go na kartkę - Francesca Cauviglia!
Rozbrzmiały oklaski i podekscytowane piski Francuzek. Średniego wzrostu dziewczyna z uśmiechem wstała od stołu, i pewnym krokiem ruszyła w kierunku dyrektora. Z wdzięcznością uścisnęła jego dłoń, po czym wzrokiem przelatując po wszystkich uczniach z domu Gryfindora - a zatrzymując go dłużej na poznanym przed Wielką Salą chłopakiem o imieniu Leon - skierowała się w kierunku wskazanym jej przez czarodzieja.
Ten znów podniósł rękę do góry. Czara ponownie zabłysła. Tym razem nie trzeba było długo czekać na kartkę z nazwiskiem; w dłoni profesora znalazła się już po kilku sekundach. Rozwinął ją.
- Reprezentant Durmstrangu - Jak poprzednio, swój wzrok przeniósł najpierw na uczniów danej szkoły, a później z powrotem na skrawek papieru w swojej ręce - Marco Tavelii!
Głośne, potężne okrzyki chłopców z Bułgarii zagłuszyły nawet oklaski. Z drewnianej ławki podniósł się wysoki młodzieniec z kręconymi włosami i brązowymi oczami. Szybkim krokiem skierował się w stronę Dumbledora. Z całej siły uścisnął jego dłoń, a on przyjacielsko klepnął go w ramię, po czym wskazał na jedne z kilkunastu drzwi. Po chwili czarodziej zniknął z punktu widzenia.
Dyrektor szkoły nawet nie zorientował się, kiedy czara wystrzeliła kolejną, spaloną na krawędziach karteczką. Upadła ona na ziemię. Starzec z łatwością schylił się, by ją podnieść. Spojrzał na nią uważnie, i nawet z końca sali można było dostrzec uśmiech, który zagościł na jego twarzy po przeczytaniu nazwiska.
- Reprezentant Hogwartu - zaczął, tym razem jednak spojrzał na konkretnego ucznia - Leon Verdas!
Zabrzmiały entuzjastyczne krzyki i oklaski, a od stołu domu Gryfindora odłączył się równie wysoki co jego poprzednik, chłopak. Ruszył długim przejściem w stronę dyrektora swojej szkoły, swoim czarującym uśmiechem obdarzając każdego, na kogo spojrzał. Cóż, był zadowolony, zapewne jak jego przeciwnicy w turnieju.
Od tej chwili, oni trzej stali się swoimi rywalami. I mimo że w dalszym ciągu chodziło o zacieśnianie więzów między szkołami, to w głowach uroczej Francuzki, odważnego Bułgara i przystojnego Amerykana tliła się jedna i najważniejsza myśl. Wygrać.

Nie czuła się zbyt dobrze, wręcz niewygodnie, a sukienka, koloru dojrzałej brzoskwini, która zresztą była kupiona przez jej matkę, uwierała ją w okolicach szyi. Małe cekinki mieniły się w świetle dyskotekowej kuli, całkiem dobrze dopasowując się do ozdobnej kolii, przesadnie napchanej przeróżnymi świecidełkami. Przyglądała się swoim lekko pokręconym włosom, przy których grzebała dobre kilkadziesiąt minut, teraz zupełnie oklapły. Bez wyrazu. Prawie jak ja? 
Uczniowie bawili się przy muzyce jakiegoś zespołu, którego wcale nie znała i najchętniej po prostu wróciłaby do dormitorium, gdzie dalej mogłaby pogrążać się w zakazanej księdze czarów, którą niedawno zwinęła z biblioteki, oczywiście przypadkiem. Jednak to oczy pewnego przystojniaka wpędziły ją w pewną ślepą uliczkę i nie pozwalały się z niej wydostać, chyba się zakochałam.
Chwilę, a może raczej kilkanaście minut obserwuje każdy jego ruch. To, jak chudymi palcami przeczesuje burzę czarnych loków, starannie przyklepując ją na po lewej stronie, a ilość brylantyny psuje cały efekt - choć tak naprawdę, jej to wcale nie przeszkadza. To, jak dobrze posługuje się swoim gadulstwem, by nawiązać jakikolwiek kontakt z Dumbledorem, mało kto tak potrafi. To, jak obsesyjnie poprawia bordowy krawat, by nie sterczał bardziej w lewą stronę. To, że patrzy się w jej oczy i nadal nie ucieka. Chwila, co? 
Nie chce nawet rozumieć, dlaczego nie odwraca wzroku, bijąc się na spojrzenia, ma wrażenie, że pożera ją całą. Patrzy w obsydianowe, bezdenne oczy, jakby widzące jej wnętrze, oceniające wygląd. Szybko poprawia się na krześle, zarzuca nogę na nogę i prostuje plecy, by pokazać swoje wdzięki. Wygląda sztucznie; krzywi się nieco przez swoją głupotę, ale natychmiast uśmiecha, próbuje kusić. Szybko, przejeżdża palcami wzdłuż łydki, masując obolałe od szpilek nogi. Sapie, gdy widzi, że idzie - wciąż nie zrywają kontaktu, to chyba wyzwanie. Ciemny garnitur, nowy, wcale niesprany, błyszczy się, idealnie pasuje do jej kreacji - myśli natarczywie, ale zaraz się za to karci. 
- Wyglądasz oszałamiająco - mruczy z uśmiechem, kolana jej miękną, kiedy muska ustami jej palce. - Nie spodziewałem się, że...
- Że przyjdę? - przerywa mu, niewychowana.
- Że ktoś może wyglądać lepiej ode mnie - poprawia jej słowa i utwierdza w przekonaniu, że jej wysiłki nie poszły wcale na marne, jak i również nauka chodzenia na szpilkach wczorajszego wieczoru. 
- Och - rumieni się. 
- To co, zatańczymy? - Tavelli entuzjastycznie wskakuje w stronę parkietu, na którym tańczy spora część uczniów oraz nauczycieli. Nawet  Filch podgyruje nogą gdzieś w kącie sali, trzymając na rękach panią Norris, której obon kołysał się we wszystkie strony. 
- Nie, ja nie umiem tańczyć - płoszy się, cofa lekko. On obnaża zęby w łagodnym uśmiechu kładąc dłonie na własnych biodrach.
- To co zamierzasz robić?

Patrzeć na Ciebie...

- Podziwiać Hagrida tańczącego z madame Maxime. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że on się tak rusza - papla trzy po trzy, byleby ominąć temat wspólnego baletu. Potem przypomina jej się o ponczu, który kusi zapachem świeżych truskawek i eliksiru, którego działania jakoś niespodziewanie zapomniała. - Napijesz się? 
- Jasne, ale najpierw... - chwyta jej nadgarstki. - Zatańczymy. 
- Nie - protestuje.
- Spokojnie, już prawie.
- Ale ja nie chce - jęczy przez zęby.
- A ja jestem Marco, miło mi. 
- No proszę - błaga, chyba przesadza. 
- Jesteśmy - rozgląda się, są na balkonie, a muzyki prawie nie słychać.
- Nigdy tu nie byłam, jak Ty to...
- Czary, uwierzysz? 
Jeszcze chwile śmieją się z żartu, a później jej wzrok pożera miliony kwiatów, tych zwisających, stojących , płynących i latających. Trafił w samo sedno jej serca i to dwa razy. 

- Mogę prosić do tańca? - Podniosła głowę i przed sobą zobaczyła wysokiego chłopaka, tego samego, którego poznała przed Salą, zanim dyrektor Hogwartu wyciągnął z czary trzy kartki, w tym jedną z jej nazwiskiem, tego samego, na którego spojrzała w drodze do jednej z komnat, i tego samego, który miał stanąć przeciwko niej w Turnieju Trójmagicznym. - Taka piękna dziewczyna jak ty nie powinna siedzieć smutna. Tym bardziej przed tym, co ją czeka za kilka dni.
Uśmiechnęła się do niego. Jakoś nie miała ochoty na taniec; nowe buty, które założyła, obcierały ją niemiłosiernie i z trudnością stawiała kolejne kroki. Ale to mogła być idealna okazja, aby dowiedzieć się, jak groźny jest jej przeciwnik, i czy rzeczywiście ma się czego obawiać. W końcu mógł być z niego naprawdę utalentowany czarodziej. A madame Maxime kilka godzin wcześniej powiedziała jej, że jeśli jest szansa, aby dowiedzieć się czegoś więcej o swoim przeciwniku, to należy tą szansę wykorzystać. A ona zawsze słuchała swojej nauczycielki. - Z chęcią.
Zacisnęła zęby i stanęła na nogi. Włożyła dłoń w jego dłoń i razem z nim ruszyła na środek parkietu. Położyła jedną rękę na jego karku, a on w jej talii. Uśmiechnął się.
- Jakie wrażenia po zwiedzeniu naszej szkoły? - spytał, chcąc nawiązać rozmowę.
- Bardzo dobre - odparła, próbując nie myśleć o bólu, który odczuwała stawiając kolejne kroki - Podobać mi się te obrazy na korytarzach. One być naprawdę... dobre. Ciekawie wyglądać. My w Beauxbatons nie mieć takich. Ale my mieć takie same... sto... stopnie jak wy. Nasze też się ruszać.
Z jego gardła wydobył się czarujący śmiech. - Mówisz o schodach? Potrafią płatać niezłe figle, o obrazach nie wspomnę. Czasami nie możemy dostać się do pokoju wspólnego, bo Gruba Dama często idzie odwiedzać innych - przerwał na moment. - Masz problemy z angielskim. Nie mówię za szybko?
Zaprzeczyła ruchem głowy i uśmiechnęła się. - Nie, dobrze. Ja rozumieć wszystko, czasami nie umieć jednak... powiedzieć. Ja woleć słuchać, mi być ciężko mówić. Ja nie lubić angielski. Woleć francuski. - Wzruszyła ramionami. - Może... ty mówić, ja słuchać, dobrze?
Ponownie zaśmiał się, pokiwał jednak potakująco głową. Piosenka zmieniła się, na wolniejszą, bardziej spokojną, cichą.
- Może opowiem ci trochę o szkole i o mnie - zdecydował w końcu. - Wiesz, jak tylko Dumbledore powiedział, że w Hogwarcie odbędzie się Turniej Trójmagiczny, wiedziałem, że chcę brać w nim udział. Swoje nazwisko wrzuciłem do czary tego samego wieczoru. Przez chwilę nawet myślałem, że to dlatego mnie wybrała. - Uśmiechnął się, co odwzajemniła. - Czuję się tak jakby... zobowiązany. Mam wrażenie, że jeśli nie wygram, zawiodę wszystkich, z Dumbledorem na czele. - W tym momencie Leon wydał jej się bezczelny. Do czasu. - Ale wiem, że nie mam żadnej przewagi, bo wy również jesteście genialni, z tego co słyszałem. Jestem tylko ciekawy jakie zadania dla nas wymyślą. Z jednej strony wiem, że to nie będzie nic, czego nie potrafilibyśmy zrobić, bo Dumbledore by na to nie pozwolił, ale z drugiej strony ten Turniej ma sprawdzić nasze umiejętności, i to nie w formie testu pisemnego... W sumie, nie wiem co mam o tym myśleć. W dodatku, gdy słyszę jak ty, dziewczyny z twojej szkoły i wasza nauczycielka rozmawiacie w swoim języku, mam wrażenie, że knujecie jakiś spisek, żeby wykluczyć mnie i Marco z turnieju. I tak samo mam, kiedy on rozmawia ze swoim nauczycielem. Tylko my nie mamy przewagi, bo wy umiecie angielski, i rozumiecie wszystko. - Zaśmiała się uroczo. - Mam tylko nadzieję, że przetrwam przynajmniej do pierwszego zadania.
Nie dowiedziała się niczego szczególnego. Doszła jednak do wniosku, że Leon nie jest aż tak dużym zagrożeniem, jakiego na początku się spodziewała. Mógł oczywiście nosić maskę, którą zdejmie dopiero przed turniejem, ale w to jakoś nie za bardzo wierzyła. I podobno ludzi nie ocenia się po pozorach, ale... ale ona nie potrafiła inaczej. Tak naprawdę, to już miała wyrobioną opinię na temat swojego rywala. Drugi z nich również nie był jej obcy - udało jej się poprowadzić z nim krótką rozmowę, z której jednak nie dowiedziała się za wiele. Cóż, przynajmniej nie była zdana na niewiadomą. W pewnym sensie.
*
Miarka się przebrała, kiedy do pierwszego zadania pozostało zaledwie kilka minut, tych najkrótszych dla człowieka, a najdłuższych dla niego - czarodzieja. Miał wystąpić jako ostatni, przygotować się, dopracować taktykę, bo przecież nie mógł czarować, beznadziejna sprawa. Wszystko byłoby nawet znośne, bo doskonale wiedział jak walczyć ze smokami, znał także każdy ich słaby punkt i wiedział, że nie można patrzeć bestii prosto w oczy, wtedy już jesteś stracony, jednak to, co stało się przed godziną odmieniło jego pogląd na przyszłość - tą pewną wygraną. 
Marco miał już w zanadrzu kilka chwytów, mniej lub bardziej dozwolonych i zgodnych z regulaminem konkursu, jednak w tym przypadku wszystko się posypało. A stało się to wtedy, kiedy wyciągnął z woreczka małą, szarą figurkę najgorszego potwora. Nie od dziś wiadomo, że Rogogon to najbardziej przerażający, ziejący ogniem gad w świecie czarów, gdzie ponoć nie ma rzeczy niemożliwych. Słyszał też różne legendy o tym stworze, jak dzielni magowie o najpotężniejszych mocach i czarodzieje sprytniejsi i zwinniejsi od strugi światła, po prostu ginęli pod jego szponami. 
Przerażała go perspektywa kąpieli w ognistym żarzę, czy pożarcie przez mitologicznego towarzysza rycerzy z bajek, a najbardziej jednak bał się wstydu, jakiego mogłaby mu przynieść przegrana. Ojciec mógłby skazać go na wieczną hańbę, którą otrzymał jego brat, jakoś kilka lat wcześniej. Podobnie jak on, trafił do Turnieju Trójmagicznego i już odpadł na pierwszym zadaniu, gdyż smok - wcale nie taki znowu groźny - odgryzł mu nogę. Panu Tavelli'emu nie podobało się to, że jego syn, pochodzący z najlepszej rodziny w kraju, tak bardzo się poniżył. Zrzekł go jakichkolwiek praw, a wszystko, co przypadało jego bratu, zyskał on sam. Teraz gdyby przegrał, mógłby umrzeć. I tak przecież nic by mu nie zostało. Chyba się mylił. 
- Czas na ostatniego uczestnika! Marco Tavelli, reprezentant Durmstrangu!
Jeszcze przed wyjściem poprawił kołnierzyk wiśniowej szaty, którą dostał od dumnej matki. Wziął kilka wdechów, w zasadzie to siedem, bo to była jego ulubiona liczba i wyszedł na arenę. Wokół słyszał tylko oklaski i piski jego nastoletnich fanek, które zgodnie zasiadły w pierwszych rzędach na widowni, by dobrze przyglądać się jego silnej i zaciętej walce. 
Nie spodziewał się takiej ciszy. Szedł po ostrych, ogromnych kamieniach w stronę głównego punktu, tam też dostrzegł złote jajo, umieszczone na samym szczycie szarego głazu, przyodzianego w bujny zielonkawy mech. Zacisnął dłonie, był przecież całkowicie bezbronny i jakby samiusieńki? Pierwszy krok - cisza. Drugi, również. Jeszcze kilka kolejnych, na siódmym się zatrzymał, coś podcięło mu nogi w łydkach, auć. 
Teraz leżał na ziemi, wbity w kolczaste kamulce niemal do kręgosłupa, prawie się połamał. Skóra na dłoniach zdarta, krew leje się, spływa aż do samej ziemi, strugi magicznej czystości - duma rodziny teraz miesza się w błotem. Czuje się potwornie, a smok patrzy mu w oczy - ma zupełnie żółte tęczówki, jak trucizna. 
Pełznie, chowa się tuż za głazem, wszędzie tylko one, jak w najgorszym śnie. Syczy, dyszy, sapie - do końca nie wie czy on, czy bestia. Wyciera rękawem spocone czoło, spogląda na gapiów nico wyżej, wystraszeni, prawie bardziej od niego. 
Oczy ma zamglone, całkiem pozbawione życia, a jednak ją dostrzega. Siedzi wygodnie obok grubej pani w fioletowym płaszczu i zakrywa usta - chyba się martwi. Jej blond włoski kręcą się wokół jasnego szalika, a oczy jakby zapłakane. To go pobudza, staje na równe nogi i podgląda stwora - grzebie w ziemi. 
Niczym struś pędziwiatr, ale bezszelestnie, biegnie w stronę najwyższej ze skał, nie spuszczając oka z Rogogona. Napiera na tył zimnej szarej, ściany. Trzęsie się, bardziej niż zwykle. Ma zaledwie kilka sekund na zdobycie jaja. Wspina się, już prawie dochodzi do kamiennego horyzontu, co widzi? Złoto, choć to wcale nie jest pożądana zdobycz. Jaszczur trąca go ogonem, rozdrapuje szaty, rozszarpuje skórę na plecach. 
Smok najwyraźniej wcale nie chce ruszyć się z miejsca, nie zabija go. Wielkie ślepia skaczą po jego ciele, jakby bawiło je cierpienie, podłe zagrania wcale na niego nie działały. Chciał go dopaść, ale jednocześnie chronić jaj. Nie umiał się zdecydować, miotał skrzydłami, wzlatywał lekko w górę i zaraz opadał, niemal machinalnie. 
Bał się, jego? 
Marco wiedział jak sobie poradzić, okrążył smoka, szybko, zwinie i na paluszkach, choć i to było wcale niepotrzebne. Złapał łańcuch trzymający bestie przy ziemi i owinął wokół głazu, tego od lewej. Naprężył całość, poszedł w górę, nadal kurczowo trzymając srebrną stal. 
- Chodź tu... - woła, krzyczy. - Chodź tu, jaszczurze!
Smoczysko zerwało się, gdy dostał w prawe oko niewielkim kamieniem. Potrząsnął łbem i rzucił się na chłopaka, choć wcale nie ruszył się z miejsca. Padł na wznak, tuż przed wiotkim ciałem nastolatka, a ten nie czekając - miał zaledwie kilka sekund - rzucił się w pogoń za jajem. 
Już prawie je miał, dotknął, trzymał. Potem poczuł tylko strumień ognia uderzający w jego plecy. 
Tłum wzdycha.

- Gdzie jestem? - szepce półprzytomnie. - Co z konkursem? 
- Wygrałeś pierwszą konkurencje - odpowiada pani Pomfray. - Jednak zostałeś troszkę poparzony, nic wielkiego. 
- Rozumiem - uśmiecha się dumnie.
Już nie wie czy do siebie, czy blondynki, która stała obok jego łóżka z pudełkiem fasolek wszystkich smaków, które tak bardzo uwielbiał. 

Zaciągnęła ją tu wola samodoskonalenia, a właściwie bardziej sama ciekawość i nuda, którą kochała zapełniać nauką. Ludmiła była ambitną dziewczyną, o obszernych planach na przyszłość, jak i równie wielkiej wyobraźni. Chyba nawet kochała to, że jest inna, punktualna, dokładna, zawsze przygotowana i wyuczona, nie lada gratką było słyszeć same pochwały od nauczycieli. Sama też ciężko pracowała, zarywała noce, wakacje, ferie, a nawet przerwy pomiędzy lekcjami, by nauczyć się czegoś nowego. Ktoś pomyślałby, że za dużo bierze na siebie, w końcu to krucha, drobniutka dziewczynka, jednak była silna i pomocna, nawet za bardzo. 
Jakoś tak przed drugim zadaniem, podajże to była sobota, poprosił ją o rade ktoś, o kim pomyślałaby dopiero na końcu. Marco nigdy nie był dobry z eliksirów, czy innych magicznych wywarów, zawsze odkładał to na potem, a jak wiadomo, to "potem" jakoś nigdy nie nadeszło. Aż tu naglę, pojawiło się pewna zagadka, która nie tylko potrzebowała rozumu, ale i sprytu. Panna Ferro rozwiązała ją w niecałą godzinę, gdzie Tavelli mocował się z tym dwa, albo trzy dni - nie pamiętał. 
Wszystko szło w dobrą stronę, najpierw zarwali jedną noc, by odnaleźć coś, co pomogłoby Marco oddychać pod wodą, a później opuścili też drugą, by dorwać potrzebne składniki na dany eliksir. Nietrudno zgadnąć, że musieli zajrzeć do tajnego składzika Snypa, umieszczonego w lochach, poszło im bezbłędnie, a pani Norris wcale ich nie przyłapała. Trudniej było z Księgą Eliksirów, którą teraz muszą oddać do biblioteki na siódmym piętrze, och zgrozo. 
Idą wzdłuż korytarza, obrazy uśpione, oczy zamknięte, tylko jeden - pan o białych włosach - nie śpi, czytając książkę przy stawie. Trochę się wydziera, światło różdżki oślepia jego wymalowane oczy, zakrywa je dłonią, skowycze. Później już wszystkie się budzą, marudzą, jakby ktoś obdzierał je z ramy. Marco przewraca oczami - nie lubi sztuki. 
- Chodź, to tutaj - stoi na wprost wielkich drzwi, drewnianych, przy których zwisała kłódka. - Alohomora!
- Na pewno wiesz co robisz? - stoi tuż za nią, dygocze; nigdy przecież tutaj nie był. - Nie mam zamiaru skończyć jako pokarm dla tego potwora, czy jak mu tam. 
- To Kot, Głupcze - przewraca oczami. - Ciesz się, że Ci w ogóle pomogłam.
- Pomogłaś, bo chciałaś pomóc - uśmiecha się zawadiacko. - A teraz odkładaj to coś i dajże mi spać, kobieto. 
- A może, by chociaż dziękuje, hmm? - przechodzi ostrożnie między półkami. 
- Zrobiłaś to z miłości - szepcze do jej ucha, chce być romantyczny. 
- Chciałbyś.
Rozgląda się, szuka odpowiedniego regału, z którego kilka dni wcześniej porwała książkę. Miesza jej się nieco wszystko, zagląda jeszcze raz do środka, w nadziei, że znajdzie numer - w mugolskich książkach zawsze były - jednak tutaj zostaje bez niczego, a właściwie prawie. Na ogonie siedzi jej maruda, która nie potrafi czego sama zrobić. 
Przechodzą przez kolejne sterty książek, półki, regały, czy inne takie, które prowadzą ich do niczego, sama ciemność, a wkład świeczki prawie się kończy, jeszcze trochę, a będą zmuszeni chodzić po ciemku. Wreszcie udaje jej się znaleźć odpowiednie miejsce; wzdycha z ulgą. Jeszcze raz spogląda na książkę, przejeżdża po jej grzbiecie, a później wypycha pomiędzy inne.
- Już? Skończyłaś romansować z tą stertą papierów? 
- Daruj sobie, jasne? - warczy groźnie. - Ta sterta papierów pomogła Ci w konkursie. 
- Wiem przecież, mówiłaś kilka razy - mówi to tyłu jej głowy; stoi obrażona. - Hej, jeszcze nie zdążyłem Ci za to podziękować.
- Nawet się do tego nie garniesz - odpowiada nieczule. 
- Bo jeszcze się za to solidnie nie zabrałem - całuje ją, ale czule. 
Ile tam stoją? Kilka minut, dla nich to wieczność. Nie zauważają kiedy świeca gaśnie, a pani Norris stoi tuż obok, czekając na swojego właściciela, któremu zdążyła już przekazać, że uczniowie grasują po bibliotece w środku nocy. 
*

- I jak? Strach przypadkiem nie obleciał? - Głos, który tak bardzo dobrze znała, bo w końcu zaczepiał ją kilka razy dziennie, zabrzmiał przy jej uchu.
- Nie - odparła twardo, mimo że w głębi duszy bała się, czy eliksir, który samodzielnie przygotowała aby na pewno jest odpowiedni i będzie w stanie pomóc jej pod wodą. - A ty?
Prychnął. - Nigdy. Ze smokami sobie poradziłem, to z tym też dam sobie radę. Mam sprawdzoną taktykę. Ty za to niekoniecznie dobrze czułaś się z tym potworem, prawda? Długo zajęło ci przechwycenie jaja.
Przygryzła wargę. To prawda, że pierwsze zadanie ukończyła z najgorszym wynikiem, ale po prostu obleciał ją strach. Była w końcu dziewczyną, miała do tego prawo. Verdasowi poszło o niebo lepiej, był najlepszy mimo tego, że wylosował jednego z większych smoków. Ale wcale mu nie współczuła, kiedy ten prawie zmiażdżył go swoim wielkim ogonem. Należało mu się. Miała rację; maska Leona spadła na chwilę przed pierwszą konkurencją. Albo po prostu dopiero ją założył, aby nie okazać, że się boi? Już nie był tym samym chłopakiem, z którym tańczyła na balu. Ale Madame Maxime powiedziała jej, że on może po prostu nie chce pokazać jej i innym swojego strachu. I w głębi serca jej wierzyła.
- Nie pomyśleć żeby... accio miotła - broniła się. - Ja nie wpaść na to. Ty nie czepiać się i odejść, dobrze?
- Jak sobie życzysz. Mam tylko nadzieję, że znalazłaś odpowiedni sposób, żeby wytrzymać pod wodą. Połamania nóg.
Zostawił ją samą. Przymknęła na chwilę oczy, aby się skoncentrować. W środku ciągle powtarzała sobie, że da radę, że musi dać radę. Była w końcu jedną z lepszych uczennic w swojej szkole i nie wątpiła w swoje zdolności. No, może czasami. Na przykład teraz. Nie lubiła pływać. Miała jednak szczęście, że jej ojciec nauczył ją tej sztuki, bo gdyby tego nie zrobił, teraz po prostu nie mogłaby wykonać tego zadania. Chyba, że jakimś magicznym sposobem znalazłaby eliksir, który ruszałby za nią rękami i nogami. Jakoś nigdy o tym nie słyszała.
- Zawodnicy na start! - Rozległ się głośny głos dyrektora Hogwartu. - Zaczynacie na wystrzał armaty!
Szybko odkręciła fiolkę, którą trzymała w dłoni i jednym tchem wypiła zielony, śmierdzący eliksir. Zakaszlała lekko, odchrząknęła, i odrzuciła szkło gdzieś na bok, nawet nie patrzyła gdzie.
Strzał.
Rozbrzmiały wołania, oklaski, a ona odbiła się od drewnianego podestu i skoczyła do wody. Zanurkowała. Była już pod powierzchnią, zdziwiona tym, że może normalnie oddychać. Widziała obok siebie Marco, który dopiero wpychał do ust jakieś zielone rośliny, i Leona, który już tylko w części przypominał tego chłopaka, z którym przed chwilą rozmawiała. Od pasa w górę przeobraził się w rekina, nogi pozostawały takie jak wcześniej. Nim się obejrzała, on już zniknął, podobnie jak Tavelli, u którego ze zdziwieniem zauważyła płetwy, zamiast stóp.
Nie zastanawiając się dalej, ruszyła przed siebie. Mimo, że pływać nie lubiła, to wychodziło jej to bardzo dobrze, i to był chyba jedyny plus całej tej sytuacji. Pewna siebie, odpychała się rękami i nogami, brnąc do przodu. Nie musiała martwić się tym, że pod wodą nie ma powietrza - mikstura, którą wykonała działa bez zarzutu.

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad wodą nie śpiewamy, taki już nasz los,
A kiedy będziesz szukał, zaśpiewany tak:
To my mamy to, czego tobie brak.
Aby to odzyskać,masz tylko godzinę,
Której nie przedłużymy, choćby i o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.

Ta sama piosenka, którą słyszała, kiedy otworzyła złote jajo pod wodą, wskazywała na to, że nie jest tak daleko celu. Odgarnęła włosy lecące jej na twarz, zebrała w sobie wszystkie możliwe siły i popłynęła przed siebie.
Poczuła, jak coś chwyta ją za nogę. Odwróciła się gwałtownie. Za sobą zobaczyła jedną z Druzgotek, od których pewnie roiło się w tym jeziorze. Próbowała się wyszarpnąć.
- Nie w tą stronę - warknęła szkarada, w końcu rozluźniając uścisk.
Nie rozumiała. Szła przecież za głosem, tak, jak to miała robić. Ale... madame Maxime ostrzegała ją przed Druzgotkami. To podobno chytre i podstępne stworzenia.
Zamrugała szybciej oczami. Ryby już nie było. Przez chwilę jeszcze wahała się, czy aby na pewno w dobrym kierunku płynie, po momencie jednak porzuciła wszystkie wątpliwości i ruszyła w stronę, skąd dobiegała ta piękna piosenka.
I wtedy ich zobaczyła. Jej oczom ukazały się trzy osoby. Rozpoznała blondynkę z Hogwartu - widziała ją parę razy w towarzystwie Leona, a ostatnio również słyszała jej rozmowę z Tavelli z Durmstrangu. Druga z osób do złudzenia przypominała Verdasa. A trzecia osoba... w trzeciej osobie natychmiast rozpoznała swoją przyjaciółkę, która również starła się o uczestnictwo w turnieju. To ona powiedziała jej o eliksirze, dzięki któremu mogła oddychać pod wodą. Podpłynęła bliżej niej. Chwyciła ją za rękę i już chciała odpłynąć, ale coś skutecznie uniemożliwiało jej zabranie dziewczyny z tego miejsca. Dopiero po chwili zauważyła jasne, zlewające się z otoczeniem sznury, najpewniej zaczarowane, aby nie było ich widać. Zdeterminowana oderwała z podwodnego krzaka rosnącego obok ostrą gałąź, i kilkoma sprawnymi ruchami uwolniła swoją przyjaciółkę z więzów. Zacisnęła dłoń na jej nadgarstku i razem z nią popłynęła ku powierzchni.
Kiedy tylko wynurzyły się z wody, do jej uszu dotarły radosne krzyki, oklaski i nawoływania. Spojrzała na Caroline, która najwidoczniej już się ocknęła. Dziewczyna zarzuciła jej ręce na szyję, a Francesca chwyciła ją mocno i z całej siły przytuliła do siebie.
Drugie zadanie miała zaliczone. I miała tą satysfakcję, że tym razem była lepsza od swoich przeciwników. Że była lepsza od Leona.
*
Zamknął na chwilę oczy, by zapomnieć o całym świecie, który wokół niego wrzał, dudnił, grał - na nerwach. Przez chwile przelatuje przez jego ciało strach, jak wtedy, gdy był jeszcze małym dzieckiem, a koledzy namówili go na zwiedzenie opuszczonego domu, cieszącego się dość beznadziejną opinią. Brednie, powtarzał otwierając wielkie, skrzypiące drzwi na oścież. Tamtego dnia pozbył się czegoś, co krążyło nad nim, aż do dzisiaj. Na zawsze to jednak pojęcie względne.
Dookoła było słychać tylko krzyki, szaleństwo młodszych roczników zagłuszane wiwatami tych starszych, doświadczonych. W tej chwili nawet zaczął żałować swojej decyzji, no i wszystko byłoby całkowicie na miejscu, gdyby nie ona i francuskie oczy przypominające kolory jesieni - jego ulubionej pory roku. Nie potrafił zaakceptować tego, że od dłuższego czasu czerwieni się na jej widok, ale tylko wtedy, kiedy się uśmiecha, albo trzepocze zalotnie rzęsami w jego stronę, jakby chciała go uwieść, bez rezultatów - był twardym mężczyzną i chciał wygrać, choćby za wszelką cenę. 
Pomachała mu nieco płochliwie, jakby z obawą, tak żeby nikt tego nie zauważył, oprócz nich - rzecz jasna. Zauważył też rumieńce na bladej cerze, lekki uśmiech i przerażone piwne punkciki uciekające przed nim, przed zadaniem, światem? Potarł różdżkę w prawej dłoni, piękne zdobienia, pióro feniksa - ponoć szlachetne, jednak wcale w to nie wierzył. Już za chwilę, dosłownie za momencik miał wejść do labiryntu, ciemnego, cuchnącego zgnilizną, martwymi ciałami? Oby nie. Teraz już podeszła bliżej, nieco zatroskana - chyba to wszystko widziała. Położyła drobną rączkę wsparcia na jego ramieniu, a później zatonął w szczenięcych oczach najcudowniejszego stworzenia - chyba. 
- Ty być zdenerwowany? - szepce, chyba chce mu pomóc, pomoże? Nie ma na to czasu. Dyrektor ogłosił rozpoczęcie konkursu, niemal jak na zawołanie. Naciska mocniej; tłamsi go. - Ty być dobrej myśli, dobrze?
- Och, nie kłam, że nie zależy Ci na wygranej - wyrywa się szybko, niespodziewanie. Już nawet sam nie wie co robi, spłoszony wrażeniami z przeszłości, jakby trochę bał się przyszłości. Jeszcze chwilkę nie może zebrać się w sobie stojąc jak słup na środku skażonego trawnika, zachowuje się chaotycznie, niemalże nie jak Leon, który od zawsze bał się ciemności. - Przepraszam, ponosi mnie. Chyba uderzyła mi woda sodowa do głowy. Ech. 
- Nic nie szkodzi - kręci głową. - Ja chcieć Ci tylko życzyć powodzenia.
- Niepotrzebne - odpowiada z przekąsem, macha ręką. - Za to tobie na pewno. Mam nadzieje, że się nie zgubisz, szkoda byłoby gdybyś... - ledwo zauważa, że zmienia tor wymiany zdań z wroga na coś w rodzaju nijakiego podrywu, gdy przerywa ton chłodny, ale nadzwyczaj spokojny. Zbyt pewny siebie Marco, który dziarsko obejmował jakąś blondynkę, chyba nawet ją kojarzył z lekcji zielarstwa - podobno kochała kwiaty. 
- Nie przeszkadzaj sobie Tavelli, my tylko rozmawiamy - gorycz przeplatana słodkością ironii; chyba nie zrozumiał. - Mam nadzieje, że dobrze wykułeś wszystkie czary. Wczoraj widziałem, jak zawzięcie czytałeś książkę od Samoobrony pod stołem w Wielkiej Sali. 
- Powtarzałem - coś drapie go w gardło, czyżby kłamstwo? - Poza tym, my w  Durmstrangu uczymy się naprawdę wiele. Nie potrzebujemy korepetycji, ani litości innych zawodników - znacząco spogląda w stronę Francesci. - Po prostu jesteśmy najlepsi. 
- Sugerujesz, że Hogwart to beznadziejna szkoła? - zaciska pięści. Marco jedynie zanosi się gromkim śmiechem, a gdy już prawie dochodzi do kolejnych bombardowań nieokrzesanymi zdaniami, które zapewne nie miałyby żadnego sensu, przerywa im Dumbledore.
- Panie i Panowie! Za chwilę rozpocznie się długo oczekiwany trzeci, a zarazem ostatni etap Turnieju Trójmagicznego, który ogłosi zwycięzce. Zawodnicy tym razem muszą pokonać długi labirynt, pełny przeróżnych niespodzianek. Przypominam, że pan Verdas i Tavelli idą łeb w łeb, a panna Cauviglia jest tuż za nimi - płoszące krzyki okrążyły arenę, budząc zarośla do życia. - A więc zaczynamy turniej! Życzę powodzenia - ostatnie słowa zostały wypowiedziane znacznie ciszej, tylko dla nich. Gdy spojrzenie Dyrektora doszczętnie zniknęło za siedzącym obok Hagridzie, natychmiastowo pojawił się Bagman, którego chaotyczne wrzaski nie mówiły zbyt wiele. 
- Ty - wskazuje na oszołomionego Leona. - Pójdziesz pierwszy. 
Chwyta go za materiał koszulki i ciągnie w stronę wejścia do Labiryntu. Miga mu przed oczami obraz rozjuszonego tłumu, całującego się Marco i Francesci, trzymającej końcówkę ciemnego kucyka, miętoliła pod palcami ciemne pukle w obawie o niego siebie. 
Odliczanie Bagmana trwało w nieskończoność. Przy trójce jego ręce zaczęły się trząś, jednak uważał, że z zimna - twardziel. Dwójka nie była wcale taka straszna, tylko może gdyby nie to, że jest tuż przed... No i po jedynce wystartował. Wysoki żywopłot ciągnął się kilkanaście metrów do przodu, a na samym końcu rozwidlenie. Wybrał oczywiście stronę lewą, chyba z przyzwyczajenia, a w międzyczasie wyciągnął różdżkę i wyszeptał zaklęcie Lumosa, by oświetlić drogę. 
Zielone, miejscami czarne liście wiły się w spazmie na widok nowej, żywej duszyczki, która byłaby całkiem niezłą ofiarą. Kilka razy ominął jakieś natrętne badyle, wystające z oddychających ścian, słysząc przy tym dwa kolejne gwizdki, oznajmiające, że reszta zawodników weszła już do labiryntu. Trochę obawiał się ponurej ciszy i pustki - nic nie widział. Wydawało mu się, że krąży w koło, zatacza okrąg wokół tych niezabezpieczonych żadnymi pułapkami korytarzy, że chodzi bez sensu zamiast ruszyć się w do przodu. Momentalnie się załamał, stracił panowanie, a później przekonał się, że z tego już nie ma wyjścia, a on nie może się poddać, to byłoby hańbiące. 

Słyszy krzyki.
Słyszy szmery.
Słyszy oddechy. 
A przecież jest sam.

Łapie się za głowę, krzyczy - w duchu, boi się głośniej, a później dostrzega coś, czego nie widział wcześniej. Te "coś" żyje i wie, czego się boi. Różdżka zgasła. 
Pomocy? 

To jednak tylko sen.

Szedł spokojnie przez zielony labirynt, w ręce kurczowo ściskając drewnianą różdżkę. Na swojej drodze napotkał już kilka przeszkód, ale ze wszystkimi sobie poradził - z jednymi było łatwiej, z drugimi gorzej. Czuł, jak pot spływa mu z czoła, jak serce łomoce mu z emocji. Gdzieś w oddali usłyszał głośne „Expelliarmus” wypowiedziane kobiecym głosem co oznaczało, że Francesca miała najpewniej bliskie spotkanie z Marco. Zaśmiał się pod nosem.
Musiał przyznać, że ta dziewczyna była niesamowita. Swoim uporem potrafiła dokonać niemal wszystkiego. Zadziwiała go swoimi umiejętnościami, zaklęciami, jakie potrafiła rzucać, a których on nawet nie znał. Od kilku osób wiedział, że jestem mistrzynią w przyrządzaniu eliksirów, i sama przygotowała substancję, którą wypiła przed drugim zadaniem. Poza tym... podobała mu się. Podobała mu się i to bardzo. Znali się przecież niecałe dwa tygodnie, a on czuł się, jakby spędził z nią już całą wieczność. Jak ten szczeniak dogryzał jej, kiedy dotarło do niego, że zaczyna coś do niej czuć. Ale teraz już nie mógł zaprzeczyć.
- Expelliarmus!
Siła zaklęcia odrzuciła go do tyłu. Odleciał kilka metrów i zatrzymał się na wysokiej ścianie żywopłotu. Różdżka wypadła mu z ręki i wylądowała w sporej odległości od niego.
Zza zakrętu wyłoniła się Cauviglia. W ręku trzymała swoją ciemną różdżkę. Celowała nią prosto w niego. - Nie ruszać się - wysyczała.
Wtedy dopiero zauważył, w jakim była stanie. Włosy miała rozczochrane, ubrania brudne, potargane i poniszczone w paru miejscach, a jej twarz umazana była czymś czarnym. Dyszała ciężko. Dostrzegł nawet kilka rozcięć na jej dłoniach.
- Francesca... co jest? - Chciał się podnieść, ale ona mu na to nie pozwoliła.
- Cru...
Nie dokończyła zaklęcia niewybaczalnego, bo ktoś wytrącił jej różdżkę z ręki. Odwróciła się gwałtownie. Przed nią stał Marco. Leon pośpiesznie podniósł się z ziemi, podniósł swoją różdżkę, jednocześnie doskakując do Francuzki i zabierając jej ten cenny kawałek drewna spod nóg. Dziewczyna drgnęła, kiedy Tavelli zrobił krok w jej kierunku. - Nie ruszaj się - rozkazał. Przystawił różdżkę do jej szyi. - Nikt ci nie powiedział, że za użycie Cruciatusa ląduje się w Azkabanie?
Przygryzła wargę. Nie miała odwagi się ruszyć, bo bała się, że może rzucić w nią jakimś zaklęciem. Ponownie drgnęła, a on podszedł jeszcze bliżej niej. Verdas chwycił mocno obydwie różdżki i obserwował ich z uwagą.
- A wy możecie, tak? - spytała cicho. - Dobrze to sobie wymyślić. Najpierw Silencio, a później Crucio? Może od razu Imperius, żeby ja nie być zagrożenie, co? Kto z was mnie zaatakować?
- O czym ty mówisz? - zapytał zdezorientowany Leon.
I dopiero teraz dotarło do niego, że Francesca nie rzucała zaklęciem rozbrajającym z Marco. Że Tavelli wyszedł z innego przejścia; nie z tego samego, co dziewczyna. Cauviglia broniła się przed kimś innym.
- Madame Maxime zawsze powtarzać mi, że nie miotać zaklęciami w plecy przeciwnika. To brak szacunku!
Verdas spojrzał uważnie na Bułgara. - Zaatakowałeś ją?
- Cruciatusem? W życiu. Nie jestem takim zwyrodnialcem. - Przeniósł wzrok na Francesce i powoli, ale stanowczo opuścił różdżkę. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i cofnęła się o krok, zapewne odruchowo. - Ktoś cię potraktował zaklęciem niewybaczalnym?
- Ktoś być w tym labiryncie - powiedziała. - Jeśli to nie wy Crucio. Ktoś iść za mną. Ktoś mnie śledzić. Ktoś...
Leon dotknął uspokajająco jej ramienia i oddał ją różdżkę, którą natychmiast schowała za plecami. - Może nauczyciel? - zaproponował.
Tavelli zaśmiał się z ironią. - Nauczyciel nigdy nie torturowałby ucznia, Verdas, czy ty słyszysz co mówisz? Wasz Dumbledore za nic by na to nie pozwolił.
Usłyszeli szelest. Odwrócili się w gwałtownie w kierunku, skąd on dochodził. Automatycznie wycelowali swoje różdżki w tamtą stronę. Francesca wymruczała pod nosem jakieś francuskie przekleństwo, Marco zaklął po bułgarsku, tylko Leon powstrzymał się od wyrażania swoich emocji, bo oni mogli go zrozumieć, a chciał przynajmniej udawać dobrze wychowanego chłopaka.
- Trzeba zawołać któregoś nauczyciela - odezwał się cicho Tavelli.
- Nie - wtrąciła Cauviglia. - Chwilę poczekać. Może ktoś robić sobie żarty tylko.
Chłopak ponownie się zaśmiał. - Ktoś cię uciszył i torturował, a ty mówisz, że ktoś robi sobie żarty? Nie wiem czy w waszej szkole o tym kiedykolwiek mówili, ale połowa Azkabanu jest zapełniona zwyrodnialcami, którzy pozbawili czarodziei i mugoli zmysłów, torturując ich Cruciatusem.
- Możecie skończyć swoją bezsensowną wymianę zdań? - spytał Leon. Jakoś nie miał ochoty wysłuchiwać ich kłótni. - To i tak nic nie pomoże. - Spojrzał na Francesce. - Jak ty się w ogóle czujesz?
Spojrzała na niego. - Dobrze. Ale nie przejmować się mną, ktoś być w labiryncie. Ktoś może być niebezpieczny.
Głośny trzask praktycznie ich ogłuszył, co wydawało się być w gruncie rzeczy niemożliwe. Odskoczyli do tyłu, wpadając jednocześnie na ścianę żywopłotu. Nie mieli pojęcia, że ta krótka chwila na zawsze zmieni ich życie.
Usłyszeli głośny, gardłowy śmiech, a ktoś wyłonił się zza zakrętu. Zachłysnęli się powietrzem. Francesca upuściła swoją różdżkę, natychmiast jednak schyliła się i podniosła ją, żałując, że nie może cofnąć się jeszcze dalej. Próbowałby nawet się teleportować, ale wiedziała, że na terenie Hogwartu nie jest to możliwe.
- Voldemort... - szepnął Marco.
- Nie wymawiać! - dziewczyna podniosła głos.
Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił. Stał przed nimi w całej swojej okazałości. Wyglądał jak człowiek. Oprócz tej strasznej, bladej twarzy.
Leon wyciągnął swoją różdżkę do góry, najpewniej z zamiarem zawołania pomocy.
- Perri...
- Expelliarmus!
Różdżka wystrzeliła w powietrze i przeleciała przez ścianę labiryntu. W tym momencie Verdas pozostał bez szans.
Czarny pan ponownie zaśmiał się i wycelował różdżkę w ich stronę. - Wiedziałem, że dobrym posunięciem będzie wtargnięcie tutaj. Turniej Trójmagiczny, prawda? Sporo o nim słyszałem, nawet marzyłem, żeby wziąć w nim udział, widocznie jednak nie było mi to dane. - Z każdym krokiem był bliżej nich. - Żałuję, że nie mogłem oglądać was od początku. Zobaczyłbym wtedy, czy jesteście godnymi przeciwnikami. Jakie było pierwsze zadanie? - Cisza. Nie spuszczali z niego wzroku. - Ach tak, rozumiem. Nie odpowiecie. Boicie się, tak? Nie zaprzeczam, macie się czego bać.
- My się nie bać - wysyczała Francuzka, choć doskonale wiedziała, że nie było to prawdą.
Spojrzał na nią. - Och, uwielbiam słuchać, gdy ktoś kaleczy nasz piękny angielski. Nie jesteś Amerykanką? No tak, w końcu w Turnieju Trójmagicznym chodzi o integrację szkół z innych państw. Nie będę zgadywać skąd pochodzicie. Ale ty - wskazał na Leona - jesteś z Hogwartu, prawda? Poznaję cię. Z domu Godryka Gryffindora, jeśli się nie mylę. Cóż, zawsze uważałem, że czarodzieje z tego domu nie zasługują na to miano. Trafiają tam praktycznie same szlamy, nie to, co do Slytherinu. Ale pretensje można mieć wyłącznie do Dumbledora. To w końcu on postanowił „dać dzieciakom z mugolskich rodzin szansę do poznawania magii.” Same brednie.
Tavelli zacisnął rękę na swojej różdżce. - Czego chcesz? - Bał się jak nigdy wcześniej. Karkarov wielokrotnie powtarzał im, że jeśli czegoś naprawdę się chce, to da się to zdobyć. Można pokonać wszystkich bez względu na to, czy jest się czarodziejem pełnoletnim, czy nie.
- Dawno nikogo nie zabiłem. - Uśmiechnął się, odsłaniając swoje spróchniałe zęby. - Nie miałem możliwości, nie miałem własnego ciała. A teraz? Gdy tak patrzę na was to zastanawiam się, z którym pierwszym skończyć. No, może zacznę od tego najmniej szkodliwego.
Verdas drgnął. Tylko on nie miał różdżki. Francesca i Marco byli uzbrojeni, razem mieli szansę pokonać Voldemorta, a on? On nie mógł zrobić nic. Chwycił Francesce za ramię, nachylił się nad nią i szepnął ciche „Kocham cię”. Miał pewność, że nadchodzi jego koniec. Chciał chociaż by ta niedawno poznana dziewczyna wiedziała, co do niej czuje, by nie odszedł nie wyznawszy jej wcześniej swoich uczuć.
- Avada keda...
- Expelliarums!
- Drętwota!
- Petrificus totalus!
Zaklęcia posypały się jedno za drugim. Padło nawet tak rzadkie „Sectumsembra”, które niestety również chybiło. Ale dwójka dopiero uczących się czarodziei nie potrafiła dać sobie rady z Czarnym Panem.
Kolejne zaklęcie oszałamiające odrzuciło Tavelli i Cauviglie do tyłu. Na środku został tylko nieuzbrojony Verdas. Widział, jak Voldemort podnosi czarną różdżkę do góry. Słyszał, jak wypowiada najgorsze z zaklęć niewybaczalnych. Zamknął oczy. W ostatniej chwili poczuł, jak ktoś odpycha go do tyłu. Gwałtownie podniósł powieki. Ostatnim, co zdołał zarejestrować jego mózg, było oślepiające zielone światło, przerażający dziewczęcy krzyk i Francesca padająca bez życia na ziemię.


Otworzył oczy. Czuł, że ktoś trzyma go za lodowatą rękę.
- Leon? - Usłyszał głos swojej blondwłosej przyjaciółki. - Leon?
Przełknął wielką gulę w gardle. Nie wiedział co się dzieje. Nie miał pojęcia gdzie jest, wiedział tylko, że na pewno wyszedł z tego przerażającego labiryntu, którego najprawdopodobniej żadne z nich nie zdołało ukończyć. - Co się stało?
- Nie bój się. Już jesteś bezpieczny. Jak się czujesz?
Nie mógł myśleć w tym momencie o sobie. - Co z... z nimi?
Widział zakłopotanie Ludmiły. Odgarnęła włosy z twarzy i poprawiła szatę opadającą jej na ramię. - Marco opuścił skrzydło szpitalne dzisiaj rano.
- A Francesca? Voldemort...
- Wiem - przerwała mu dziewczyna. - Dumbledore o wszystkim nam powiedział. Ale Voldemort jak na razie zniknął.
Zacisnął rękę na jej dłoni. - Co z Francescą? - powtórzył, przypominając sobie niewyraźne obrazy z labiryntu. - Ludmiła? - Nie dostał odpowiedzi. - Czy ona...?
Przygryzła wargę i pokiwała powoli głową. - Próbowali ją ratować, ale to nie miało sensu. Potraktował ją Avadą Kedavrą, nie miała szans... przykro mi.
Nie potrafił tego zrozumieć. Pierwszy raz pokochał jakąś dziewczynę. Pierwszy raz nie była to tylko pusta laleczka zapatrzona w siebie. Pierwszy raz. A teraz? Teraz... teraz jej już nie ma. Odeszła.
Na zawsze.

Symboliczna minuta ciszy skończyła się, jednak nikt nie odważył się odezwać. Wszyscy bardzo przeżywali śmierć jednego z uczestników turnieju tym bardziej, że była to tak sympatyczna i dobra dziewczyna. Koleżanki z jej szkoły na czele z madame Maxime płakały całym głosem, chłopcy z Durmstrangu siedzieli ze spuszczonymi głowami, a uczniowie Hogwartu w większości wpatrywali się w jeden punkt, czasami tylko prowadząc rozmowy między sobą. Na podwyższenie wszedł dyrektor szkoły.
- Ponieśliśmy dzisiaj ogromną stratę - zaczął. - Z naszego grona odeszła osoba, która swoją obecnością na pewno czyniła świat lepszym. Odważna dziewczyna, która przezwyciężyła strach i poświęcając swoje życie, uratowała swojego przeciwnika w turnieju mimo że mogła po prostu stanąć z boku i przypatrywać się jego śmierci, zginęła ze świadomością, że robi coś nad podziw mądrego i dobrego. Nie zapominajcie o niej, a uczcicie czarownicę, która doskonale wiedziała co należy zrobić, aby otrzymać wieczny szacunek i na zawsze pozostać w pamięci innych ludzi.
  
Od autorek: Moi drodzy, kurde XD Mam nadzieję, że znajdą się tutaj jacyś Potterhead i fajnie będzie im się czytać tego parta ;)) Ja sama jestem wielką fanką HP, Marta zresztą chyba też XD No, lubi go bardzo, tyle wiem :P No i któregoś dnia (to chyba sobota była), w każdym razie było to po tym jak w TVN puścili Czarę Ognia XD, próbowałyśmy z Marcią obgadać parta, ja pomyślałam, że możemy się wzorować na Turnieju Trójmagicznym i w tym samym momencie Marciak mi napisała, że może napiszemy coś na podstawie 'tego takiego konkursu' jak to ona określiła XD No i jest. Moje części standardowo są beznadziejne, także przepraszam, jeśli ktoś oślepnie. Marcia oczywiście napisała wspaniale, czytać mi <33333 - Alexandra Comello.

Hejciak, tu Marcia. Niestety dodałam późno... żal. Mój komputer mnie nie kocha i nie zapisał praktycznie niczego, więc dziś pisałam wszystko jeszcze raz. Wiem, że wygląda to strasznie (tylko moje części), ale zachwycajcie się kawałkami Oli <3 Naprawdę się postarała :D Kocham HP i mam nadzieje, że wy też. Przepraszam Olu, że no... tak późno i was też. 
Zapraszam za 3 dni na OS naszej kochanej Edzi <3 jest cudowny! Daje słowo! 
PS: Wiem, że żal... ja nie umiem pisać.
PS2: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO DLA NASZEJ ASI, KTÓRA MA URODZINY <3
KOCHAMY CIĘ! <3 - Katniss Parker 

wtorek, 22 lipca 2014

{Zamówienie 004} Marcetta || "Nigdy nie pozwól mi odejść" - Scarlett Walker

Tytuł: "Nigdy nie pozwól mi odejść"
Para: Marcetta (Marco & Violetta)
Gatunek: Romans, Dramat, Pamiętnik
Przedział wiekowy: K


Dla kochanej Martyny Blanco. <3

               Zamknął za sobą mahoniowe drzwi, które pod wpływem silnego wiatru głośno trzasnęły. Zostawił ją na korytarzu samotną, stała niczym słup roniąc gorzkie łzy jedną po drugiej. Jej wargi drżały niemiłosiernie, próbując niemo wypowiedzieć jedno słowo. Zostań... Błagalnym wzrokiem wpatrywała się w drzwi z nadzieją, że zaraz wróci i już jej nie opuści. Złudne pragnienia. Podeszła bliżej okna, by móc spojrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Dotknęła dłonią chłodnej szyby i przejechała po niej próbując schwytać krople deszczu. Po zmroku nadchodziła rzeczywistość. Zmieniało się wszystko. Wszystko oprócz jej uczuć do niego. Zatajał to tak długo i doskonale, że nie spostrzegł, kiedy zranił ich oboje. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. Podrzuca nam kłody pod nogi, by sprawdzić naszą wytrzymałość. Kiedy zaczynamy cierpieć, los, który dotąd tylko z nas drwił śmieje się jeszcze głośniej. Wysysa z naszych ciał resztki chęci do życia. Przekształca miłość w nienawiść. Potrzebowała go bardziej, niż wcześniej, pragnęła, by wrócił i nie chciał jej zostawić. To było tylko marzenie nie do spełnienia. Odszedł, pozostawiając po sobie ogromną ranę w sercu dziewczyny. Potrafiła mu wybaczyć wszystko, nawet najgorsze przewinienie i to, że ciągle ją oszukiwał. Kochała go mimo popełnionych przez niego błędów, wad i bólu, który jej zadał. 
     Wróciła do swojego pokoju na piętrze, opadając bezwiednie na łóżko. Czuła wielki ciężar na barkach. Udźwignęła zbyt dużo, by teraz się poddać, ale nie miała siły do walki. Byli skazani na porażkę. Wszystko, co dotychczas osiągnęli przemieniło się w proch i ulotniło wraz z wiatrem. Przeminęło, choć w sercu pozostało. Zabrała z szafki nocnej pamiętnik, otwierając na pierwszej stronie. Przewinęła kilka kartek do przodu, aż wreszcie doszła do dnia dwudziestego siódmego kwietnia. Otarła łzę z polika i ucałowała jego zdjęcie. Zamknęła notes, zgasiła lampkę nocną i okryła się grubą kołdrą, próbując odpocząć choć na chwilę od niepowodzeń. 
     Zasnęła.

27.04.2015

Chciałabym, żeby on też mnie pokochał.



               - Violetta, zaczekaj! - zaczął pogoń za dziewczyną, krzycząc wniebogłosy. Uciekała, próbowała zapomnieć, ale nie potrafiła. Wiatr rozwiewał jej złote loki, zasłaniając widoczność. Przyspieszyli tempo, żadne z nich nie miało zamiaru zatrzymać się, by dać sobie choć chwilę odpoczynku. Leon powoli doganiał dziewczynę, ta jednak mimo swojej słabej kondycji nie przestawała biec. Walczyła dalej. Potknęła się; po raz pierwszy. Podniosła się, wciąż się nie zatrzymuje. Próbuje udowodnić sobie, że potrafi bez niego żyć. To jak ucieczka z zamkniętego domu bez klucza, z którego, pomimo wielkiego wysiłku, nigdy nie wyjdziesz. Powoli brakowało jej tchu, wreszcie się poddała. Wiedziała, że i tak nie da rady. W końcu i tak by ją dopadł i omamił do końca. Kiedy był już dostatecznie blisko, wyjął dłoń i chwycił Violettę za nadgarstek. Przyciągnął do siebie; stykali się ciałami, co postawiło dziewczynę w niezręcznej sytuacji. Wszelkie próby ucieczki nie miały żadnego sensu, szamotała się bez skutku. 
- Violu... Kochanie...
- Nawet tak do mnie nie mów - zaprotestowała. Nie puścił jej ani na chwilę, wręcz przyciągał jeszcze bliżej siebie. Był brutalny, tak jak nigdy. Po raz pierwszy nie poznała swojego Leona. On już nie jest jej. - Myślisz, że zrobisz maślane oczka i od tak ci wybaczę, po tym, co widziałam? Zapomnij.
- To był przypadek, przysięgam - próbował się bronić żałosnymi tłumaczeniami.
- Ja nie wierzę w przypadki, Leon. Ostrzegali mnie przed tobą, zanim pojawiłam się w Studio. Trzy stracone lata, jaka ja byłam głupia... - zaśmiała się ironicznie pod nosem, nie przestając kończyć wypowiedzi. - Nie wystarczyłam ci, co? Musiałeś szukać pocieszenia u swojej byłej, tak? Ludmiła nie jest w niczym ode mnie lepsza, rozumiesz? - z każdym nowo wypowiadanym słowem podnosiła ton głosu. Chłopak ścisnął jeszcze mocniej jej dłonie, wpatrując w oczy dziewczyny, które dosłownie mogły służyć za laser. - Trzeba było się z nią nie całować!
- Uspokój się, kicia - musnął wargami polik Violetty, wprawiając ją we wściekłość. Czuła niepohamowaną chęć do przywalenia temu bufonowi z nadętym ego, ale miała jeszcze swoją godność. Nie próbował uspokoić blondynki, wręcz na odwrót; z każdą sekundą drażnił ją jeszcze bardziej. Była na skraju wytrzymałości. Przecież do niedawna wszystko szło tak doskonale, kochali się, byli dla siebie oparciem i co najważniejsze - ufała Leonowi bezgranicznie. Dopiero teraz zrozumiała, jaki ogromny błąd popełniła. 
- Przestań mnie dotykać, bo inaczej zacznę wrzeszczeć - ostrzegła. Dosłyszał się w jej głosie nutki strachu, co tylko napędzało go do wykonywania dalszych ruchów. Nie wytrzymała. - Pomocy! Ratunku! On mnie...
     Nie dokończyła, czując jak jej policzek staje się gorący, piekł i bolał równocześnie. Sama nie wiedziała, co było gorsze. Wreszcie dał jej wolność. Dotknęła niemalże bez wyczucia czerwonego śladu na twarzy. Z bólu serca i cielesnego nie dało się wtedy uciec. Uroniła kilka słonych łez. Ale dla niego nawet nie warto.
- Ty... - nie miała zamiaru wypruwać z siebie resztek sił dla kogoś, kto okazał się najgorszym człowiekiem w jej życiu. Utykając na lewą nogę uciekła z parku, nie zważając na krzyki Leona, któremu najwyraźniej jeszcze nie znudziła się ta chora gra, w której nie miała zamiaru uczestniczyć. Kolejny pionek w zabawie. Nim spostrzegła, stała już pod drzwiami domu przyjaciela.
- Violu, co ci się stało?! - zareagował niemalże natychmiast, gdy zobaczył, w jakim stanie się znajduje. Nic nie mówiąc wtuliła się w niego, kryjąc twarz w jego ramionach. 
- Marco, obiecaj mi, że chociaż ty nigdy nie odejdziesz... że będziesz już zawsze, nie oszukasz mnie... - co chwilę przerywała, próbując zaczerpnąć powietrza do płuc, którego zaczynało brakować. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mocniej objął dziewczynę, by dać jej poczucie bezpieczeństwa, choć na kilka marnych sekund.
- Dla ciebie zawsze będę - nie do końca był pewien swoich słów. Gdyby teraz zranił Violettę, wszystko byłoby skończone. Wtedy, tamtego dnia przyrzekł sobie, że dotrzyma obietnicy. Cholerne obiecanki.



               Otworzył swoje ociężałe podkrążone oczy, stając do pionu. Podszedł do lustra, przeglądając się w nim. Chwycił w dłoń wodę kolońską i rozpylił ją na swoim gołym torsie. Zdjął z wieszaka jedną ze swoich ulubionych koszul i starannie zapiął wszystkie guziki. Ułożył swoje rozczochrane włosy, a po chwili był gotowy na kolejny dzień zmierzania się ze światem. Opuścił swoje mieszkanie, udając się do parku na wyznaczone spotkanie. Przemierzał kolejne alejki, aż wreszcie dotarł we właściwe miejsce. Wolał nie słyszeć niczego, prócz odgłosów natury. Tylko tak potrafił się wyluzować i zrelaksować. Doszły go jednak inne głosy, niekoniecznie najprzyjemniejsze. Znał go doskonale.
- Wiedziałem, że to ty - mruknął, odwracając się do tyłu. Ujrzał swojego byłego przyjaciela, Leona, stał naprzeciw, a jego fałszywy uśmiech nie chciał zejść z twarzy. Zrobił kilka kroków w przód, nadal bacznie obserwując mężczyznę.
- Jedyne, do czego zmierzam, to pytanie. Dałeś jej spokój? - spytał z nienawiścią w głosie. Nigdy nie sądził, że staną się dla siebie aż tak obcy. Nie podejrzewał, że ich przyjaźń rozsypie się w drobny mak, tak samo, jak jego niedoszły związek z Violettą. Był tak blisko, chociaż musiał się ukrywać. To nic nie znaczyło, to nie miało prawa się zdarzyć.
- Nie ma już nas. Mnie i Violetty. Myślę, że jesteś zadowolony. A teraz daj mi spokój - odepchnął go, próbując odejść. Był już wystarczająco daleko, lecz zatrzymał się, słysząc głos Leona.
- Marco, dziękuję.
- Ależ nie ma za co - odburknął ironicznie pod nosem, uciekając z tamtego miejsca.
    


               Zapalił świece na stole w jadalni. Zgrabnym ruchem rozłożył sztućce i poprawił krzywy obrus. Wszystko było prawie gotowe. Tego wieczoru spodziewał się gościa. Zerknął na zegar ścienny, wybijał ósmą wieczorem. Z niecierpliwością czekał na przyjście dziewczyny, lecz ta nie chciała się pojawić. Juliet olała całkowicie jego zaproszenie. Usiadł na krześle, opierając łokieć o oparcie. Pochylił głowę w dół, zamykając powoli oczy. Siedział tak kwadrans, dopóki nie doszedł do jego uszu odgłos dzwonka. Wstał z miejsca i ruszył w kierunku korytarza. Zatrzymał się przy drzwiach, nie spoglądając przez wizjer. W progu stała Violetta, miała poważną minę. Zaniepokoiło go trochę jej najście, tym bardziej, że wczorajszego dnia wyszedł od niej pokłócony. Stanęła z nim twarzą w twarz, ujrzawszy gęsią skórkę przechodzącą przez całe jego ciało. Zrobiła stanowczy krok w przód, znajdując się w niebezpiecznie bliskiej odległości od niego.
- Marco, możemy porozmawiać? - spytała bezuczuciowo. Mężczyzna tylko kiwnął głową i zaprowadził ją do salonu. Panował w nim półmrok, jedynym oświetleniem były cztery świece i lampka stojąca na komodzie w rogu pokoju. Blondynka przyjrzała się dokładnie zastawie, dotykając opuszkami palców jednego z ram krzeseł.
- Czekasz na kogoś? - zachowywała się tak, jakby właśnie zdradzał ją z kimś innym. W rzeczywistości nie miała prawa nawet tak pomyśleć, przecież nic ich nie łączyło.
- Byłem umówiony z moją przyjaciółką - westchnął, nie spoglądając jej w oczy. - Nie przyszła. Zjesz ze mną? - wyskoczył nagle z propozycją. Nie mogła mu odmówić, chciała tego wieczoru wszystko naprawić. Zajęła miejsce naprzeciwko niego, nalewając sobie białego wina. Siedziała z nim trzymając go w dłoni. Tkwili w ciszy przez dłuższą chwilę, żadne z nich nie chciało jej przerwać.
- Jesteś głodna? - wstał z krzesła i podszedł do niej z tacą. Nie miała aktualnie na nic ochoty, grzecznie odmówiła i wróciła do konsumowania wina. Między dwójką trwała napięta nić, której żadne nie chciało przerwać. Oboje bali się wykonać jakikolwiek krok. Violetta stawała się coraz bardziej niecierpliwa, aż wreszcie nie wytrzymała i wybuchła, wyrzucając z siebie resztki złości.
- Marco, dlaczego mnie oszukiwałeś?! Dobrze się czułeś z tym faktem? Dawało ci to satysfakcję? - podniosła się z impetem z miejsca, upuszczając lampkę wina. Szkło potłukło się na tysiące drobnych kawałeczków, robiąc niemały huk, lecz nie zainteresowała się tym. Wrzeszczała dalej, dając wreszcie upust swym emocjom. - Bawiłeś się moimi uczuciami, co? Uwielbiasz patrzeć na moje cierpienie - przełknęła głośno ślinę, opierając dłoń o kant stołu. - Dlaczego... dlaczego to zrobiłeś? - spojrzała na niego z pretensją. Ten tylko wstał z miejsca i podbiegł do niej.
- Bo cię kocham - rzucił się na jej drobne ciało, złączając ich usta w pierwszym pocałunku, najpiękniejszym, jak i najbardziej gorzkim dotychczas. Szybko jemu uległa, gdyż wiedziała, że z nim nigdy nie wygra. Toczyła się między nimi wojna o dominację. Kto lepszy, ten dostanie wszystko, czego zapragnie. Zaczynało im brakować tchu. Na chwilę oderwali się od swoich ciał, by kilka sekund później jeszcze bardziej się do siebie zbliżyć. Całował każdy najmniejszy kawałek skóry na jej odsłoniętej szyi. Przekręciła głowę w bok, cicho stękając. Pragnęła więcej i więcej... Chwilę później znaleźli się w jego sypialni. Nie przestawali się całować, nie chcieli przerywać tej przyjemności. Oparł jej ciało o ścianę, napierając na nie cały swój ciężar. Powolnym ruchem przejechał dłonią od jej ramion aż po biodra, delikatnie kołysząc się w lewo i prawo. Byli blisko osiągnięcia swojego pragnienia, lecz złośliwie przerwał im dźwięk wibrującego telefonu mężczyzny. Skończył, zostawiając dziewczynę w osłupieniu. Zerknął na wyświetlacz smartfona i odrzucił połączenie, po czym wrócił do Violetty. Chwycił jej twarz w ręce i ucałował czule czoło.
- Przepraszam - wyszeptał do ucha. Nie miała mu tego za złe. Czuła wreszcie, że między nimi jest dobrze. Nie wszystko zostało wyjaśnione, lecz zmierzało dobrą drogą. Nie bała się zakrętów i tego, co tam spotka, kiedyś wreszcie trzeba pójść wyboistą ścieżką. Jednak jej koniec będzie piękny, wiedziała.
     Została tylko jedna kwestia.
     Leon.

09.10.2015

I znowu jest jak w niebie.



                 Gorący żar lał się z nieba. Słońce ogrzewało całą Argentynę, nie dając odsapnąć ani na chwilę. Było po siedemnastej, ale godzina nie grała tutaj największej roli. Ludzie uciekali, jakby bali się promieni słonecznych. Dlaczego? Jeżeli piękny dar natury jest obcy człowiekowi, to co z nimi? Znają się? Wiedzą kim są? Nikt jeszcze nie rozszyfrował ludzkiego umysłu. Serca głęboko ukryte, bijące w tym samym rytmie. Drżące dłonie na ramionach swych. Nastał wieczór.
     - Puść ją - rzucił pospiesznie. Stał trzy metry od nich, mężczyzna dotychczas trzymający dziewczynę popchnął ją naprzód, skazując na bolesny upadek. Przewróciła się, okaleczając kolano. Jęknęła cicho z bólu, dotykając krwi cieknącej po opuchniętej nodze. Na sam widok zemdliło ją. Marco podbiegł do Violetty, pomagając jej wstać. O własnych siłach stanęła do pionu, przewieszając dłoń za ramię chłopaka. Spojrzał z nienawiścią w stronę Leona. Krzyżując dłonie na piersi uśmiechał się niczym czarny kot, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać. Bał się o nią, mężczyzna był nieobliczalny. Violetta tylko sapała, nie mając siły na dalsze funkcjonowanie. Opadła bezsilnie pod korę najbliższego drzewa w lesie, trzymając się kurczowo za nadgarstek. Był cały posiniaczony. Nie mogła znieść widoku kłócących się Leona i Marco, lecz skazana była na cierpienie patrząc na cały cyrk. Zamykając oczy wyobrażała sobie gorszy obraz ich bitwy. Nie wygrał żaden. 
- Ona jest moja - warknął w stronę swego wroga, popychając go.
- Violetta nie jest niczyją rzeczą - zaczął bronić Marco. Ze zdwojoną siłą uderzył Leona, zadając mu cios prosto w brzuch. Nie wytrzymał. Upadł na chłodną ziemię. Bolał niemiłosiernie. Gorzej, niż dwa dni temu. Mamrotał pod nosem niezrozumiałe dla nikogo słowa, powoli podnosząc się do góry. Kiedy wreszcie stanął na nogi, bez zbędnych tłumaczeń odszedł z tamtego miejsca. Przegrał.
- Violu, chodź, pomogę ci... - rzucił się na ratunek. Chwyciła się jego dłoni, wstając. Wziął ją na ręce po tym, jak zauważył, że utyka na prawą nogę. Nie była ciężka. Zaprowadził do swojego domu, kładąc delikatnie na łóżko. Wygrzebał z szafki nocnej wodę utlenioną i bandaż. Szybko uwinął się z raną i zakażeniem. Siedziała mu na kolanach, opierając głowę o jego ramię. Czuł jej gorący oddech na swoim poliku. Jednym ruchem przeniósł rękę na szyję dziewczyny.
- Dziękuję, Marco - uśmiechnęła się, nie odkrywając swoich zębów. Wyglądała na zmęczoną. Położył ją wyżej, okrywając miękką kołdrą. Zbliżył się do jej twarzy, muskając delikatnie wargi dziewczyny. 
- Śpij spokojnie - dodał na odchodne, gasząc światło.

13.10.2015

Mój i tylko mój.



Od Autorki: Witajcie Kochani! Przepraszam Was za to coś u góry, kompletny misz-masz, masakra, tandeta, nie wiem, co jeszcze. 
Wystąpił wypadek losowy, Sarenka dziś nie mogła dodać swojego OS'a, dlatego się z nią zamieniłam. Myślę, że nie jest to problemem, a tymczasem pozdrawiam Sarę xD 
(gdyby nie ta piosenka, ten oneshot by chyba nie powstał) Może chociaż w jednym procencie się komuś spodoba. Wybacz Martynko, powinnam się wstydzić. :c No ale dobra, życie toczy się dalej, czytajcie OS'y, genialne zamówienie Zuzi, takie piękne. <3
Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, zapraszam póki czas na konkurs! Zakładka po prawej stronie, wciąż czekamy na Wasze genialne prace, od których dech nam w piersi zamiera. 
Pozdrawiam wszystkich i życzę miłych wakacji. <3
Karol. ;>

poniedziałek, 23 czerwca 2014

{010} Marcesca || "A on zawsze dotrzymuje obietnic" - Alexandra Comello

Tytuł: "A on zawsze dotrzymuje obietnic"
Para: Marcesca
Gatunek: Dramat, romans
Przedział wiekowy: T (no tylko fragment, ale to na własną odpowiedzialność xD)


Dla takich pięciu osób. Dla M, M, M, M i M. Bo są. Bo są moim wspaniałym rodzeństwem. Bo mój brat patrzy na mnie wzrokiem mordercy, a później chce mnie zrzucić z balkonu (a później skoczyć samemu żeby mnie złapać), bo drugi brat naprawia mi wszystkie komputery, telewizory i inne denerwujące sprzęty martwe, bo siostra śmieje się z byle czego, a jej śmiech jest zaraźliwy, bo druga siostra zawsze wie co powiedzieć i fajnie się z nią bije, bo trzecia siostra, choć trochę sztywna, to cudowna, wykorzystuje mnie do pilnowania swoich dzieci.
Nie jest nas tak dużo jak w parcie poniżej, ale jesteśmy taką zarąbistą szóstką. Pomimo wszystkich kłótni o praktycznie każdą rzecz, pomimo, że moi tacy 'mega dojrzali' bracia zapowiedzieli, że jak zakocha się we mnie jakiś chłopak (co oczywiście jest niemożliwe, pff) to najpierw muszą urządzić mu przesłuchanie i ocenić, czy jest dla mnie odpowiedni, pomimo, że przez moją siostrę mam posiniaczone nogi, i pomimo innych takich spraw, to ich kocham najbardziej na świecie. I nie zamieniłabym ich na nikogo innego, bo są najlepsi, najcudowniejsi. 
No i zawsze będą.
"Nie szumcie, wierzby, nam,
Żalu, co serce rwie,
Nie płacz, dziewczyno ma,
Bo w partyzantce nie jest źle.
Do tańca grają nam
Granaty, wisów szczęk,
Śmierć kosi niby łan,
Lecz my nie wiemy, co to lęk."
~ Rozszumiały się wierzby płaczące ~

Małą izbę z kilkoma meblami i kredensami oświetlał tylko słaby płomień świecy stojącej na drewnianym stole. Miejsca, do których on nie docierał, pogrążone były w głębokiej ciemności.
Siedząca na drewnianym stołku kobieta, w granatowej sukience sięgającej kostek zmywała w metalowej misie naczynia po kolacji. Raz po raz poprawiała źle zawiązaną, ciemnozieloną chustę na swojej głowie.
Poczuła jak ktoś objął ją od tyłu ramionami.
- Dzieci - szepnęła.
- Już śpią. - Jego kojący głos od razu ją uspokoił.
Stanęła na nogi i odwróciła się do niego.
Dotknął swoją dłonią jej policzka. Zamknęła oczy i wtuliła się w niego. W tym momencie gdzieś na dworze, w oddali, usłyszała głośny strzał.
- Nie możesz jechać - rzekła cicho.
Westchnął i przytulił ją mocniej do siebie.
- Muszę - odparł. - To mój obowiązek.
- Nie poradzę sobie bez ciebie.
- Wierzę, że dasz sobie radę - powiedział. - Pamiętaj, że zawsze ktoś ci pomoże, tobie i dzieciom. Sąsiedzi, znajomi; nikt nie zostawi was samych.
Zacisnęła swoje filigranowe dłonie na jego koszuli.
- Ale wrócisz? - spytała z nadzieją.
Spojrzał w jej ciemnobrązowe, pełne nadziei i miłości oczy.
- Będę robił wszystko, co mogę - zapewnił ją.
- Obiecaj - poprosiła. - Obiecaj mi to.
Zrobił krok do przodu, aby być jeszcze bliżej niej. Odgarnął za jej ucho czarne włosy, które wysunęły się spod ciemnozielonej chusty. Złożył na jej bladych ustach delikatny pocałunek.
- Obiecuję.
Oparła dłonie na jego karku i całą siłą wpiła się ponownie w jego usta. Naparła na niego całym ciałem. Położył jedną dłoń na jej udzie, a drugą na plecach. Przyciągnął ją mocno do siebie, jak gdyby miała mu uciec.
- Obudzimy dzieci - wysapała odrywając się od niego na moment.
- Będziemy cicho - zapewnił ją, ściągając chustę z jej głowy. - Ostatni raz.
Krew buzowała w jego żyłach, tak bardzo jej pragnął. Wiedział, że to być może ostatni wieczór w jego życiu, ostatnia noc, którą spędza z nią.
Zbliżył swoje usta do jej szyi. Zaczął składać na niej małe pocałunki, sprawiając jej tym samym przyjemność. Zamknęła oczy i wczepiła ręce w jego gęste włosy.
Jęknęła cicho.
- Nie tutaj - poprosiła, starając się go od siebie odepchnąć, jednak on przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, nie zważając na jej protesty. - Marco...
Uciszył ją kolejnym, pełnym uczucia pocałunkiem.
Przesunął dłoń z jej uda na pośladek i ścisnął go lekko, co poskutkowało jeszcze głośniejszym jękiem.
Położył palec na jej ustach tym samym nakazując jej być cicho. Drugą ręką zaczął rozpinać zamek w jej sukience. Wsunął dłoń pod materiał, przesuwając nią po całej powierzchni jej pleców.
- Si prega di smettere... - wyjęczała.
Jej ciało wygięło się w łuk. Kolana ugięły się pod ciężarem jej ciała.
- Marco, non qui - powtórzyła w swoim ojczystym języku.
Uśmiechnął się pod nosem. Przytrzymał jej głowę, drugą ręką nadal masując jej plecy. Jęknęła jeszcze głośniej.
- Hiszpański - szepnął jej do ucha.
Robił to specjalnie. Widział jaką sprawia jej przyjemność swoją grą i nie przestawał.
- Per favore...
Wsunął rękę jeszcze dalej pod materiał, po chwili dotykając nią jednej z jej piersi. W tym samym momencie drugą ręką ponownie ścisnął jej pośladek.
Nie wytrzymała. Jęknęła tak głośno, że aż sama się przestraszyła. Odchyliła na moment głowę do tyłu, a po chwili - razem z kolejnym jękiem - oparła ją o ramię swojego męża.
Zaśmiał się cicho. Wyciągnął rękę zza jej sukienki. Jednym ruchem wziął ją na ręce i skierował się w stronę ich ubogiej sypialni.
Położył ją na łóżku. Odgarnął włosy, które lepiły się do jej spoconej twarzy. Chwycił jej ręce i przytrzymał je po obu stronach jej głowy. Nachylił się nad nią i z zachłannością wpił się w jej usta.
Poczuła, jak brakuje jej powietrza. Odwróciła na chwilę głowę w drugą stronę i zaczęła łapczywie brać kolejne oddechy. Puścił jej ręce, które natychmiast powędrowały na jego kark i zacisnęły się na nim z zadziwiającą siłą. Zbliżył usta do jej szyi i zaczął ją łapczywie całować.
Wbiła paznokcie w jego skórę, na co natychmiast zareagował. Oderwał jej dłonie od siebie, a później przeniósł je nad jej głowę i przytrzymał jedną ręką. Drugą ponownie odwrócił głowę w jej stronę. Naparł na nią z całej siły i kolejny raz wpił się w jej usta.
Jęczała, szeptała pojedyncze słowa próbując połączyć je w spójną całość tak, aby ją zrozumiał. Nie potrafiła.
Tak zaczęła się ich najlepsza, najpiękniejsza wspólna noc. Ostatnia noc.

„Nie myślałem i nie śniłem w mym życiu, że spotkam w tak czystej formie tak gwałtowną żądzę i tak gorące i tęskne pożądanie.”

- Editta! - zawołała. - Gdzie są Giulia i Dulli?
Z przedsionku wyłoniła się głowa dwunastoletniej dziewczynki.
- Byli z Dalią - odparła.
- A gdzie jest Dalia?
Rozejrzała się po zagraconej kuchni, próbując wzrokiem wyszukać swoją najstarszą córkę.
- Idź obudzić Timoteo - zwróciła się do Editty. - I przyjdź tutaj z Patricią.
Przeskoczyła zgrabnie przez próg i pobiegła w stronę jednej z sypialni.
- Mamo - Drzwi domu otworzyły się. - Co Manuel robił na ulicy?
Odwróciła się i zobaczyła Dalię prowadzącą za ramię swojego brata. W drugiej ręce trzymała materiałową torbę.
- Gdzie był? - Rzuciła na bok ścierkę.
- Grał w piłkę z dzieciakami sąsiadów.
- Kto pozwolił ci wyjść? - Podeszła do Manuela. - Chcesz, żeby coś ci się stało?
- Miguelowi pozwoliłaś... - Oburzył się chłopak.
Francesca przyłożyła rękę do czoła.
- Miguel to nie ty! - Podniosła głos. - Do pokoju.
Zdenerwowana podeszła z powrotem do blatu.
- Patricia, Editta! - krzyknęła. - Kazałam wam tutaj przyjść!
Otworzyła drzwiczki dolnej szafki. W tym samym momencie wyskoczyła z niej dwójka jej ośmioletnich dzieci.
- Rany Boskie... - Złapała się za serce.
Przytrzymała się drewnianego stołu stojącego za nią. Nabrała powietrza w płuca.
- Giulia, Dulii... - Zakryła twarz rękami. - W tej chwili do pokoju. I nie wychodzić, póki wam nie pozwolę. Dalia, zaprowadź ich. Patricia, Editta, ile mogę was wołać?!
Do kuchni wbiegły dwie dziewczynki; jedna starsza od drugiej o trzy lata.
- Nakryjcie do stołu - powiedziała ich matka. - Dalia kupiła chleb, leży w przedsionku.
W tym momencie usłyszała krzyk swojego najmłodszego syna.
Uważając, aby nie potknąć się o przydługą sukienkę, z westchnieniem ruszyła do pokoju swoich dzieci.
Zamarła na widok poprzewracanych krzeseł, stołu, poduszek i koców porozrzucanych po całym pomieszczeniu i swoich dzieci budujący tak zwany „namiot” z tych wszystkich rzeczy.
Potarła palcami skronie, próbując się opanować.
- Do cholery, ja zaraz nie wytrzymam! - wrzasnęła rozzłoszczona do granic możliwości. - Czy ja mówię do ściany?! Nie możecie zrobić tego, o co was proszę?!
Nie była jednak w stanie przekrzyczeć tego harmidru panującego w całym domu.
Czuła, jak pod jej powiekami zbierają się łzy bezradności.
Wychowanie ósemki dzieci wcale nie było łatwe, tym bardziej, jeśli były to dosłownie diabły wcielone. Czasami po prostu nie miała do nich siły. Kochała je, ale bywały dni, kiedy wszystko ją przerastało.
Poczuła, jak ktoś chwyta ją od tyłu za ramiona.
- Co się dzieje? - Usłyszała zatroskany głos swojego męża.
Zrezygnowana odwróciła się do niego i oparła ciężką głowę na jego ramieniu. Słone łzy spływały po jej policzkach mocząc mu koszulę. Objął ją ramieniem i przytulił do siebie.
Nie odpowiedziała.
- Poczekaj chwilę... - Odsunął ją delikatnie od siebie.
Wytarła łzy z twarzy i poprawiła chustę na głowie.
- Dzieciaki! - Jego donośny głos przebił się przez krzyki jego potomstwa. - Cisza!
Rozmowy ustały i wszyscy odwrócili się w stronę głowy rodziny.
- Czy mama was o coś nie prosiła? - spytał. - Dlaczego tego nie zrobiliście? Dlaczego nie chcecie jej pomóc?
- To oni wariują. - Dalia wskazała na swoje młodsze rodzeństwo.
- A ty możesz pomóc mamie i ich uspokoić. - Znów ją objął. - Mama nie daje sobie sama rady...
Ściągnęła jego rękę ze swojego ramienia.
- Idę się przewietrzyć - szepnęła tak, aby tylko on ją usłyszał.
- Zaraz do ciebie przyjdę - zapewnił ją. - Ale najpierw sobie z nimi porozmawiam.
Odwróciła się w prawą stronę i pchnęła duże, drewniane drzwi znajdujące się zaraz przed nią.
Świeży powiew powietrza od razu ją rozluźnił. Wzięła głęboki oddech i usiadła na kamiennych schodkach przed wejściem.
Nie wiedziała, jak da sobie radę bez swojego męża. Wiedziała, że musiał jechać. To właśnie jego powołali, a on nie miał wyboru.
Ale to tak strasznie bolało... Mogła go już więcej nie zobaczyć. Mógł zginąć gdzieś w walce, nawet tego nieświadomy. Mógł zostać kaleką już do końca życia. Było tyle strasznych możliwości... Modliła się, by żadna z nich nie okazała się prawdą.
Chciała, bardzo chciała, aby Marco wrócił do domu cały i zdrowy. Nawet dziesięć lat później, ale żeby tylko wrócił. Chciała móc po tej rozłące znów go zobaczyć, dotknąć jego ręki, poczuć jego usta na swoich. Chciała znów usłyszeć jego kojący głos.
To on panował nad ich nadpobudliwymi dziećmi; ona nie dawała rady. Nie potrafiła sprostać energii tej ósemki.
Kątem oka zobaczyła jak siada obok niej. Bez wahania oparła głowę o jego ramię i chwyciła jego dłoń.
- Nie jedź - poprosiła cicho.
Westchnął lekko.
- Wiesz, że to niemożliwe - odparł.
Miał rację.
Ale ona w głębi duszy miała nadzieję, że zostanie, że ich nie opuści.

Cóż, nadzieje bywają płonne.

Nie chciała puścić jego ręki. Ściskała ją całych sił. Bała się, że już nigdy nie będzie miała do tego okazji. Kochała go, kochała go tak bardzo mocno...
Na stację z głośnym gwizdem wjechał pociąg.
Położyła rękę na ramieniu swojego męża i wtuliła się w jego tors.
- Będziesz pisać? - spytała cicho.
Założył kosmyk jej włosów za ucho.
- Jeśli tylko mi na to pozwolą - przysiągł. - A nawet jeśli nie odpiszę na twój list to wiedz, że go przeczytałem.
Zacisnęła drobną dłoń na jego ramieniu. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Tak bardzo potrzebowali swojej bliskości... Ich ostatnia, wspólna noc na zawsze pozostanie w ich pamięci, to wspomnienie nigdy nie wyblaknie. Nie pozwolą na to.
- Francesca - szepnął jej do ucha - kocham cię. Nigdy o tym nie zapominaj.
Podniosła głowę i spojrzała w jego jasne, błękitne oczy. Widziała w nich tyle miłości, troski, i współczucia...
- Nie zapomnę - obiecała.
Kąciki jego ust podniosły się lekko do góry. Zewnętrzną stroną swojej dłoni dotknął jej bladego policzka. Nie było na nim ani śladu rumieńców, które tak uwielbiał.
- Będę tęsknił.
Zatrzymała jego rękę przy swojej twarzy.
- Ja też - odparła. - Nie wiesz, jak bardzo.
Złożył na jej bladoróżanych ustach ostatni pocałunek. Ostatni raz smakował jej warg; nie wiedział czy będzie mu dane zrobić to jeszcze raz, choćby za kilka lat.
Delikatnie wyciągnął swoją rękę z jej nadzwyczaj silnego uścisku. Założył na ramię wielki, wojskowy plecak, po czym odwrócił się.
Widziała, jak pokonuje dwa schodki, aby po chwili znaleźć się w pociągu. Później już go nie widziała; zniknął w tłumie innych mężczyzn opuszczających swoje rodziny.
Nie musiała czekać długo - zaledwie minutę później, maszyna zagwizdała głośno, puściła parę i odjechała.
Tylko... tylko przez moment wydawało jej się, że to ręka jej męża macha do niej z zapełnionego okna wagonu...

„Za każdym razem, kiedy są między nami nieporozumienia - nie jestem zła, tylko smutna, bo boję się, że zgubisz drogę prowadzącą z powrotem do mnie...”

Meksyk, 18 listopada,1941
Drogi Marco!
Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata, odkąd wyjechałeś. Już dwa lata cię nie widziałam, nie słyszałam... Nie zdajesz sobie sprawy, jak jest mi ciężko. Bez Ciebie, to już nie to samo. Świat jakby stracił swój blask. Chciałabym móc znów Cię spotkać... Wiem, że to w tym momencie nie jest realne, ale ja tak strasznie tęsknię... Nie mogę przestać śnić o Tobie, w myślach cały czas widzę Twoją twarz. Możesz uznać mnie za wariatkę, ale to wszystko przez wielką miłość, którą do Ciebie czuję.
Przez te dwadzieścia cztery miesiące wysłałam do Ciebie sześć listów. Odpisałeś tylko raz, na pierwszy. Nie wiem co dzieje się tam, gdzie jesteś. Nie wiem jak się czujesz; co czujesz. Chciałabym wiedzieć.
U nas sytuacja się uspokoiła, już nie jest tak niebezpiecznie. Mogę nawet wypuścić dzieci same na ulicę bez obawy, że coś się im stanie.
Dalia skończyła już osiemnaście lat, zgłosiła się do pomocy w szpitalu. Jestem z niej dumna. Zajmuje się młodszym rodzeństwem, jest taka cierpliwa i opanowana... Odziedziczyła to po Tobie. Ja zawsze byłam wybuchowa.
Każdego dnia z uwagą czytam listę poległych, którą wywieszają na tablicy przed domem naszych sąsiadów. Zawsze modlę się, bym nie znalazła tam naszego nazwiska - Twojego imienia.
Tęsknię za Tobą. Czasami czuję, jakby miliony igieł wbijały się w moje serce, które tak bardzo Ciebie potrzebuje.
Wierzę, że wrócisz. Obiecałeś. A Ty zawsze dotrzymujesz obietnicy.
Kocham cię.
Na zawsze tylko Twoja,
Francesca

Szła po kamiennej ulicy, podtrzymując w górze swoją sukienkę. Nie chciała zamoczyć jej w którejkolwiek z kałuż znajdujących się na drodze.
Jak co dzień, koło tablicy ogłoszeń widziała grupę ludzi przepychających się przez siebie, aby dotrzeć na sam przód.
- Pani Tavelli!
Dostrzegła biegnącą w jej stronę sąsiadkę.
- Pani Rodriguez. - Uśmiechnęła się. - Dzień dobry.
- Pani Tavelli - Kobieta zatrzymała się - bardzo pani współczuję.
Francesca zmarszczyła czoło i spojrzała uważnie na staruszkę.
- O czym pani mówi?
Jednak ona jakby nie usłyszała jej pytania. Uśmiechnęła się tylko blado i odeszła w stronę swojego domu.
Nie zdążyła postawić kroku na przód, kiedy znalazł się obok niej dyrektor szkoły, która już niestety nie funkcjonowała.
- To musi być dla pani naprawdę duża strata, pani Tavelli. - Uścisnął jej rękę.
Odszedł.
Stała zdezorientowana na środku ulicy, nie wiedząc co ma robić.
Odwróciła się, zaczęła biec.
Z trudem przecisnęła się przez ludzi. Kilka razy potknęła się o wystające z ziemi kamienie, jednak to jej nie zraziło.
Stała już pod samą tablicą. Biała kartka z czarnymi literami zdawała się przyciągać ją do siebie.
Jej oczy z uwagą prześledziły wszystkie imiona, wszystkie nazwiska poległych poprzedniego dnia; pochodzących z Meksyku.
Marco Tavelli.
Poczuła, jakby ktoś uderzył ją w całej siły w twarz.
Jej serce przełamało się na pół, a później pokruszyło na miliony kawałków. Ręce szare od codziennej pracy zaczęły się trząść, całe jej drobne ciało przeszył wielki ból.
Zakręciło jej się w głowie. Upadła na ziemię, prosto w ogromną kałużę powstałą po nocnym deszczu.
Ktoś chciał pomóc jej wstać. Odepchnęła go. Nie chciała niczyjej pomocy.
Krztusiła się własnymi łzami. Cierpiała, tak strasznie cierpiała...
To nie mogła być prawda. Nie wierzyła w to. On musiał wrócić. Wrócić, podejść i przytulić ją, powiedzieć, że to wszystko było tylko złym snem. To wszystko nie działo się naprawdę. Zaraz się obudzi, uszykuje śniadanie, napisze kolejny list do swojego męża. Ostatni wysłała mu już miesiąc temu, pora na następny. Musiał wiedzieć, co się u niej dzieje.
Nie mogła, nie chciała uwierzyć.
Zawsze wierzyła. Wierzyła, do końca miała nadzieję. A teraz?
Teraz wszystko legło w gruzach.

„Będę cię kochać do końca życia. A jeżeli jest coś potem, będę cię kochać także po śmierci. Czy mnie rozumiesz?”

Nie miała odwagi wyciągnąć jego rzeczy z szafki. Nie chciała patrzeć na jego zdjęcia. Wtedy wracały wszystkie wspomnienia. Sprawiały jej one ból, nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma.
Byli razem odkąd skończyła szesnaście lat; on był o rok starszy. Kiedy tylko uzyskała pełnoletność, pobrali się. Rok później urodziła się Dalia. Dwa lata później na świat przyszedł Miguel, po roku pojawił się Manuel. Dokładnie dwanaście miesięcy potem do ich rodziny dołączyła Editta, a zaledwie trzy lata minęły, kiedy pojawiła się Patricia.
Marco Francesca zawsze chciała mieć bliźniaki. Jej marzenie się spełniło, kiedy po roku urodziła się Giulia, a razem z nią jej brat bliźniak - Dulli.
Idealnym zapieczętowaniem tej licznej rodziny było przyjście na świat Timoteo. Ich najstarsza córka córka miała wtedy dziewięć lat.
Byli jedną z liczniejszych rodzin w ich okolicy. Młode małżeństwo i ósemka dzieci. Nie było osoby, która nie darzyłaby ich sympatią.
…do cholery, choćby nie wiadomo jak bardzo chciała, nie mogła o nim zapomnieć!
W tym domu wszystko jej o nim przypominało. Drewniany stół, który odziedziczył po swoich rodzicach; duży kredens, na który tak ciężko pracował; ich wielkie zdjęcie ślubne wiszące nad starą sofą w małej izbie; a w końcu ich dzieci, które były... jakby jego kopią.
Tak naprawdę... czasami nie chciała już żyć. Ale wiedziała, że musi. Nie tylko dla siebie.
Przede wszystkim dla swoich dzieci.

„- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy?
          - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.”

Kolejny rok bez Niego.
Wojna już się skończyła. Do kraju wrócili żołnierze, którzy przeżyli walkę.
Nie poszła na stację. Nie chciała patrzeć na te wszystkie szczęśliwe kobiety witające swoich mężów. Wtedy rana w jej sercu otworzyłaby się na nowo i już nie chciała się zabliźnić. Za bardzo cierpiała.
Nauczyła się żyć bez Niego. Wspomnienia już tak bardzo nie bolały. Ludzie mają rację - czas po prostu przyzwyczaja do bólu.
Kochała. Kochała choć wiedziała, że to już nie ma sensu. Już Go nie ma. Nie wróci. Była dumna, że nauczyła się na nowo wypowiadać jego imię. Marco. Przy tym słowie nie czuła już ostrzy wbijających się w jej zranione serce. Wokół niego utworzył się wielki mur, którego nic nie było w stanie przebić.
Jej dzieci nie wspominały o swoim ojcu częściej niż to było konieczne. One też cierpiały, widziała to. Wciąż pamiętała ten dzień kiedy musiała im powiedzieć, że ich rodzina już nigdy nie spotka się w całości... To było jedno z najgorszych doświadczeń w jej życiu.
Siedziała na kamiennych schodkach przed swoim domem. Obserwowała dzieci bawiące się na drodze. Tylko jej najstarsza córka aktualnie pracowała.
- Mamo! - Usłyszała wołanie.
Z jej prawej strony zbliżał się do niej jej najmłodszy syn - Timoteo. Za nim biegła Patricia. Francesca jeszcze gdzieś tam z tyłu widziała próbującego za nimi nadążyć Manuela.
- Mamo, tata! - Wysapał zziajany Timoteo.
Zdrętwiała.
Nie lubiła żartów tego typu. Mimo wszystko - bolały.
- Timo, dobrze wiesz, że tatuś... - Przełknęła ślinę. - Że tatusia już nie ma.
- Ja też widziałam tatę - przyznała Patricia stając obok brata. - O, tam...
Wskazała ręką gdzieś dalej, ale ona nawet tam nie spojrzała.
- Manuel! - krzyknęła. W tym samym momencie chłopak pojawił się obok niej. - Co się...
- Zabiorę ich do domu - przerwał jej, a oczy mu błyszczały.
Zamrugała szybciej powiekami. Dostrzegła biegnącą w stronę chaty resztę swoich dzieci. Po chwili wszyscy zniknęli w środku.
Zdezorientowana stanęła na nogi. Rozejrzała się wokół siebie.
Nie widziała nigdzie żadnej zmiany. Nadal te same ulice, te same domy i małe kamieniczki, te same dzieciaki sąsiadów grające w klasy.
Westchnęła cicho próbując zrozumieć swoje potomstwo.
Takie dowcipy były nie na miejscu. Wbrew myśleniu jej dzieci nie bawiły jej, wręcz przeciwnie - bardziej zasmucały.
Podrapała się po głowie i odgarnęła włosy za ucho.
Zrobiła kilka kroków do przodu. Wychyliła głowę próbując dostrzec coś, co mogło być wytłumaczeniem dziwnego zachowania jej córek i synów.
Zrezygnowana pokręciła przecząco głową i odwróciła się za siebie.
Zdębiała.
Nie wierzyła. Znów zdawało jej się, że śni. To piękny sen, z którego za chwilę się obudzi.
Przed nią stał on. Żywy, prawdziwy. Jego twarz - choć zabliźniała w niektórych miejscach, poorana czy poszarzała - nadal świeciła tym samym blaskiem, nadal była piękna.
Oczy, które pokochała, nadal miały ten sam kolor i patrzyły na nią z tym samym uczuciem.
Tylko ona nie mogła uwierzyć. To wszystko mogło być tylko déjà vu , bardzo realistyczną fatamorganą. Ktoś mógł spłatać jej figla i postawić tutaj wielką figurę, tak bardzo podobną do Niego.
Nie chciała cierpieć. Co, gdyby to wszystko co dzieje się w tej chwili teraz okazało się tylko wytworem jej wyobraźni? Nie mogłaby przeżywać drugi raz tego samego.
I wtedy, kiedy jego ręka podniosła się i dotknęła jej bladego policzka, poczuła Go. Poczuła jego zapach, który towarzyszył jej od tylu lat.
- Nie przyszłaś po mnie na stację. - Uśmiechnął się lekko. - Czekałem na ciebie.
Przemówił do niej. Pierwszy raz od ponad pięciu lat usłyszała jego głos. Jego głos, w którego głębi można było się zatracić i nie potrafić wydostać się na zewnątrz...
- Boże... Marco... - wyszeptała. - Ja... przepraszam, ale...
Przejechał kciukiem po jej dolnej wardze.
- Myślałaś, że nie żyję? - spytał. W jego głosie jednak nie wyczuła ani cienia rozczarowania.
Chwyciła jego dłoń.
Wspaniale się czuła, mogąc znów go dotknąć. Tęskniła za tym... Za jego bliskością. Za zwykłymi gestami wykonywanymi na co dzień, które ukazywały wielką miłość dwóch osób.
- Byłam przekonana... - przyznała. - Ja... Zdążyłam się z tym pogodzić.
Uśmiechnął się.
- Często się mylili - wyjaśnił spokojnie. - Uznawali za zmarłych wiele osób, które nadal walczyły.
- Ciebie też... - stwierdziła cicho.
Czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy.
To była najszczęśliwsza chwila w jej życiu. Nie potrafiła tego zrozumieć... Przez tyle lat żyła ze świadomością, że jej mąż nie żyje, a...
… a on nagle przychodzi.
- Boże...
Słone krople spłynęły po jej policzkach, a ona sama całym swoim ciałem przywarła do swojego męża. Chciała już zawsze tak z nim trwać, nigdy się od niego nie odsuwać. Bała się, że tym razem może odejść i już nie wrócić.
Niespodziewanie jego usta dotknęły jej warg. Bez zawahania oddała pocałunek.
Pierwszy raz od pięciu lat.
- Nie rób mi tego nigdy więcej... - poprosiła rozpaczliwie.
Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
Wtuliła twarz w jego pierś, oddychając głęboko.
- Nie zrobię - odezwał się. - Obiecuję.
A on zawsze dotrzymuje obietnic. 

Od autorki: No, Ola zamiast spać, żeby jutro (dzisiaj?) wstać do szkoły, to siedzi na komputerze. Jakby mama się dowiedziała, to by się wkurzyła. Ale mama śpi. A Ola korzysta z okazji i dodaje, skoro już 23. Czyż ona nie jest genialna? ;>
Moi kochani... Co ja mogę powiedzieć? Spierniczyłam parę momentów (ten o dzieciakach w szczególności, za dużo dialogów pff), ale ogólnie uważam, że jest znośnie. Uwierzcie, pisałam o wiele gorsze rzeczy :)
Chce mi się spać i już nie myślę. Dziwne? Może ;) Cóż, chciałam was tylko zaprosić na parta Julci, który pojawi się w czwartek, już możecie się jarać. Bo ja się jaram ;>
Tam z boku jest ankieta, kto czyta, także głosujcie, zobaczymy, ile was jest *.*
Chociaż mam wrażenie, że o czymś zapomniałam... To, Skarby moje, nie mam nic więcej do dodania.

Kocham was tak bardzo mocno, wasza Ola <3333