Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruggero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruggero. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2014

{Zamówienie 017} Falba, Ruggechi || "Dystrykt dwunasty" - Eddie N. i Katniss Parker

Tytuł: "Dystrykt dwunasty"
Para: Falba (Facundo & Alba), Ruggechi (Ruggero & Mercedes)
Gatunek: Dramat, romans, crossover ("Igrzyska Śmierci")
Przedział wiekowy: T




Dla Cathy Lambre ♥

*

  - A drugim uczestnikiem tegorocznych Igrzysk Głodowych z dystryktu dwunastego jest... - Otwiera złożoną na wpół karteczkę. 
  Tylko nie ja, myśli, zaciskając kurczowo powieki.
  - Alba Rico Navarro!
  Czas staje w miejscu.

  A świat nadal się kręci.

  *

Dziesięć...

    Nogi uginają się pode mną mimowolnie, gdy platforma staje, trzęsą się, dygoczą, jakby nieopanowane. Rozglądam się, nic nie widzę. Wszystko rozmazane pod łez potokiem, a przecież miałam być silna. 

Dziewięć... 

    Chce przestać, nie mogę. Strach wisi nade mną i się śmieje, ochrypłe dźwięki plątają mi się obok ucha, drażnią. Łapie się za głowę - chyba wyglądam nieco dziwacznie - ale kogo to obchodzi? 

Osiem... 

    Ich oczy są pełne grozy, nienawiści? przecież mnie nie znają, a już chcą zabić. Twarze krzywe, wciąż nieco rozmazane, chyba nie potrafię być spokojna. Zamykam je i czekam na śmierć. Będę pierwsza? 

Siedem...

    W tej chwili myślę o uśmiechu swojej siostry, Luci. Zawsze się o mnie martwiła, a przecież jest młodsza. Pamiętam jej pierwsze słowa, a właściwie słowo, a raczej moje imię - Alba, byłam dumna i szczęśliwa. Chce do tego wrócić, teraz. Proszę.

Sześć... 

    Czuje zapach dopiero upieczonego chleba, jego chrupką skórkę, ciepło miękkiego środka, które zawsze wybieram palcami, a mama? Stoi przy kuchence, chuda kobieta z włosami do ramion, zniszczonymi. I wciąż powtarza jak bardzo mnie kocha. Błagam. 

Pięć...

    Często mi to powtarza - dla pewności, tak myślę - siostrze także. Chyba jest dość wylewna, czasem jednak pozostaje nieczuła, obojętna. Taka była przy moim wyborze, jakby wiedziała. Zaciskam mocniej powieki, nie chce widzieć swojej śmierci. 

Cztery...

    Jest do niej podobna, Lucia, też nie grzeszy paletą uczuć przy rozstaniach, może specjalnie? Ja płakałam najbardziej, żałośnie, omal nie skonałam w rękach strażnika. Wdałam się w ojca - mówiła. A ja go przecież nigdy nie poznałam. 

Trzy...

    Bliżej końca niż początku - znów się boje. Słyszę śpiew ptaka, a zapach trawy i lasu rozpływa się z nozdrzach, oddycham głęboko i płynnie. Wciąż nic nie widzę. Czy to już niebo? 

Dwa...

    Strój jest obcisły, zaciska się wokół gołej szyi, dusi - też chce mnie zabić? Pot spływa po policzkach, a może to łzy... sama nie wiem. Chcę odgonić strach, być jak moi przeciwnicy. Pewna siebie, niemal bezlitosna i z tym drapieżnym spojrzeniem, które ani razu nie zapłakało. Szkoda, że mama mnie tego nie nauczyła. 

Jeden...

    Tutaj już muszę być dzielna, więc zaciskam me zimne dłonie i - co dziwne - już nie płaczę. Chcę walczyć, choć już sama nie wiem po co to robię. Nie mam do czego wrócić. Pierwszy raz myślę o śmierci. Otwieram oczy i... 

Zero...

     Słyszę huk. Biegnę. Ktoś krzyczy. Pierwszy wystrzał. To nie byłam ja. 
     Mam szansę? 


*

  Od rozpoczęcia Igrzysk mijają tygodnie - długie, ciężkie, pozbawione czegokolwiek. O każdy dzień, kęs, łyk muszą walczyć, bez ustanku. Czas płynie, ubarwiony jedynie strachem o przyszłość - której właściwie już nie widzą (nawet w snach), własne życie. I tylko kolejne wystrzały z armaty (przymyka oczy, BUM!, to już trzynasty?), chłód, spiekota. Liście szurające pod stopami - zawzięcie, zdradzają pozycję!
  Ogląda się i przysiadając na gałęzi jednego z wysokich, o obfitej koronie, drzew (wysłali ją na zwiady), wypatruje pozostałej trójki; warczy, gdy przez nieuwagę, zadrapuje się szorstką korą. Odwraca dłoń, ocenia zranienie. Wzrusza ramionami, do krwi przyzwyczaja się już dawno.

  Brzdęk, krzyk, huk. Czternaste.

  - Widzisz coś?! - krzyczy ktoś z dołu. Wytęża wzrok, z tak wysoka nie widzi zbyt dobrze.
  - Nie! - odrzuca. - Czysto.
  - Czekamy w obozie! - Tym razem wie, że to Facundo. Jego głos poznaje od razu - jest jak wspaniała muzyka, zwłaszcza, gdy jedynym co ostatnio słyszą jest podłe zawodzenie, kolejny wybuch - sygnał śmierci.
  Zamyka oczy, wzdycha przeciągle.
  Wzdryga się nagle, piętnaste. Żółć podbiega do gardła.
  Chwyta łuk pod pachę, zeskakuje - opada na ziemię, zahaczając jedynie pobieżnie o niektóre konary, z gracją. Wbrew pozorom, i w dystrykcie dwunastym, polując - można się czegoś nauczyć. Chowa się za pniem - przemyka jak cień, szybko, zwinnie.
  Wpada na polane, trochę dalej - ich szałas osłonięty jest kotarą egzotycznych krzewów, ogromnych paproci. Wielka kłoda, przerzucona jakby od niechcenia ręką Boską, dodatkowo ogranicza widoczność; udogadnia - w przetrwaniu?
  Siedzieli przy ognisku, zgarbieni. Zapada zmrok. Mechita (tak czasem do niej mówią) z długimi, blond włosami, skrzącymi się jak kryształ o tysiącach załamań, w blasku ognia. Ruggero, który siedzi obok, z komiczną grzywką, i podtrzymuje delikatną dłoń. Zaciska palce. Oczy mają zmatowiałe, zmęczone, choć bardziej wyraziste niż wtedy, gdy razem z Gambande uratowali im życie...

  "Uciekają. Słońce praży, smaga promieniami - bezlitośnie, nieosłonięte niczym karki. Krzyk, gdzieś z boku, płacz? Zatyka uszy; piąte. Dopiero początek, zaledwie kilka dni upływa od rozpoczęcia morderczej rozgrywki.
   Chwyta jej rękę; spogląda nań ze zdziwieniem - jego oczy szepczą "Spokojnie", więc się uspokoja. Są z jednego dystryktu, już na początku zamierzają działać razem. 
   Tylko jedno przeżyje, huczy w głowie (jakby znikąd?) Cicho, warczy na to. Będą przejmować się później.
   
   Nagle chłopak krzyczy, przystaje. Ciągnie ją na bok, oboje padają obok siebie, na znak. Pojedyncze gałązki wplątane w jej ciemne, niczym heban, włosy. Czekają...
  Skowyt - tubalny, nieludzki, rozlega się z boku, ukryty w drzewach. Włoski stają dęba, ich ciała przebiega dreszcz. Trwoży.
   Unoszą głowy, wyglądają. Zrywa się nagle, niesiona dzikim impulsem. Dwójka ludzi - kobieta, mężczyzna, otoczeni przez bestie - z piekła rodem, przypominające psy, jednak większe, o krzywych pyskach, i cuchnącym oddechu. Śmierdzą rozkładem, czerwoną posoką, śmiercią.
  Klnie pod nosem. Cholerny Kapitol; dodają utrudnień. Przekręca łuk, wyciąga strzały - rani, z śmiertelną precyzją. Facu biegnie za nią - zmartwiony, przyjaciel?, krzycząc coś o oczywistym samobójstwie. Kręci głową, potwory padają - jeden po drugim. Tak bardzo martwe.
  - Nic Wam nie jest? - pyta dla pewności, łapiąc blondynkę pod pachę. Włoch, chyba z szóstego dystryktu, patrzy niemrawo, z ukosa. Nie oczekuje wybawienia?
   - W porządku - szepcze dziewczyna na to; wyrywa się z objęć, podbiega do towarzysza. - Dziękujemy, uratowałaś Nam życie.
  Facundo stoi z boku, ocenia. Chce krzyknąć, ostatnia z ocalonych, zbliża się ku niemu; ukradkiem. Napina struny, nabiera powietrza, nie zdąży.
   Chłopak obraca się, szybko - wyciąga harcerski nóż, rozcina szyję. Wnętrzności wylewają się na ziemię. Oddycha głośno, wciąga powietrze; kamień spada z serca. Chwilę później, zawierają przymierze. W roli zapłaty?
   Wzdycha, spogląda na truchła z, rażącą aż nadto, obojętnością.
   Już nikt nie wymiotuję, nie krzywi, widzieli zbyt wiele."

  Rozkłada się obok, wyciąga stopy - coś strzyka okrutnie w lewej kostce; ostatnio dużo biega.
  - Jest Nas coraz mniej. - Zaczyna Ruggero; jego szorstkie palce opuszczą znajomą, mlecznobiałą skórę. Łapie patyk, miętosi go w drżących dłoniach; jeszcze chwila, zatacza drewnianym czubkiem, w prochu - niekoniecznie okrągłe, koła. - Padł piętnasty strzał.
  - Słyszeliśmy - odrzuca Facundo, krzywiąc się nieznacznie pod nosem. - Do czegoś zmierzasz?
  Trzy pary oczu - onyksowe, czekoladowe, bursztynowe, wbijają się w postać Włocha. Jedne zainteresowane, drugie - mniej. Każde inne?
  - Nie wiem, czy wiecie. - Brzmi zgryźliwie. Zaciska pięści; kawałek drewna pęka, wydaje przy tym głuchy trzask. Przerażający. - Ale za niedługo staniemy się wrogami.
  Milczą. Każdy zachodzi w głowę jak poprawienie odpowiedzieć, zripostować, wiedzą - gdzieś głęboko, pod skórą, że brunet ma rację. Tylko jedno przeżyje, rozlega się w jej kędzierzawej głowie, szyderczo. Ma ochotę krzyczeć.
  - Nie mów tak - szepcze Mechi, próbuję ponownie chwycić jego dłoń, złączyć palce. Tych dwoje jest ze sobą tak blisko.
  Chwila... Nie tylko oni?
  Cierpienie łączy ludzi, co?

  "Uciekają - to, z czasem, staje się dla nich zwyczajową czynnością, wchodzi w krew. Biegną, nie oglądają za siebie. Tym razem jej dłoń pasuje do jego tak idealnie, że nawet nie myśli, o odruchowym wyszarpnięciu. Ciepło. Biegną.
   Już nie sami, teraz jest ich czwórka. To dobrze? Próbuje wykarczować z pamięci, przeświadczenie - że, i na nich przyjdzie pora; w jakiej kolejności? 
   Potężny huk rozrywa ciszę. Dziesiąte.
   Zerka z przestrachem, bijącym głośno sercem - są ściągani. Oddycha z ulgą, to żadne z nich.
   - Tędy! - Krzyczy Ruggero. Słuchają jego głosu, z przyzwyczajenia? Tu każdy plan jest jednak planem, jakimś punktem, zwrotem?
   Biegną. 

   Chowają się w gąszczu. Ostre, pożołkłe liście ranią ich dłonie, stopy, gałązki - chłostają policzki. Nie zatrzymują się. Po kilku minutach padają wykończeni; ukrywają się obok, opadłego w skutek naturalny, rozłożystego dębu.
   Wyciszają nawet oddechy, czekać; ułamki sekund. 
   Udaje się, wzdychają.
  
   Tej samej nocy - rozbijają tu obóz, siedzą nad pobliskim stawem, wpatrując w gwiazdy. Tylko On i Ona, ten sam dystrykt, to samo spojrzenie. Potrzebują samotności.
   - Dzisiaj się bałem, bałem śmiertelnie. - Mówi brunet nagle. Cicho, spokojnie, choć cały drży, szarpię się rozpaczliwe, wyrywa - ku jej dłoni. 
   Ułatwia mu zadanie. - Czego?
   - Że Cię stracę. - Spuszcza głowę, zażenowany. 
   Dotyka jego policzka. Gładzi w czułej, pocieszającej pieszczocie. - Nie straciłeś.
   - Tak, ale boję się. - Tu urywa, podnosi spojrzenie, przebiega po jej obliczu. Gorzka czekolada zamiesza w jej głowie. - Że w końcu, któregoś dnia, do tego dojdzie.
   Chwyta jego twarz w obie dłonie, potrząsa. - Ale nie dzisiaj. Nie dzisiaj, słyszysz?!
   Łączy ich lodowate wargi, ściśle spaja; czerwony płomień błyska - ogrzewa.
   To jedyne, czego chcą, potrzebują - w tej chwili, zapominają, że są w tym miejscu, wystawienie na śmiertelne niebezpieczeństwo; tylko dotyk, mignięcie skóry przy skórze, wspólne ciepło - najistotniejsze.
   Odchodzą od zmysłów, umierają i rodzą na nowo, głupieją?
   Bo, to w obliczu śmierci, tej gwieździstej nocy, (wzdrygają się - jedenaste, lecz wciąż nie przestawają) rodzą się wszelkie uczucia. 
   Pierwszy czy ostatni?"

  Uśmiecha się szeroko, oplata jego dłoń w czułym objęciu - nie pamięta już nawet, kiedy usiedli obok siebie, tak blisko. Nieistotne.
  - Dlaczego? - warczy Ruggero. Przewraca oczyma, wracają do punktu wyjścia. - Przecież to prawda.
  - Jesteś już zmęczony - odpowiada niższy mężczyzna. Szybko potrząsa jej dłonią, odwzajemnia uśmiech. - Lepiej się połóż.
  - Nie rozumiecie, że prędzej czy później do tego dojdzie?! - Włoch zrywa się z miejsca, tupie. Jak rozwydrzone dziecko? - A może będziemy ciągnąć słomki, o to, które z Nas ostatecznie przeżyje?!
  - To nie musi się tak skończyć - szepcze, dziś jest małomówna, ale tych podłych, obraźliwych wrzasków nie pozostawia bez odzewu. - Możemy coś zdziałać, zmienić. Razem.
  - Zmienić? Niby co? To zawsze się tak kończy! Ten rok nie będzie inny, może ludzie mówią, że jeste... - Ktoś przerwy, wbija się w środku zdania.
  - Alba ma rację. - To Mercedes. Wstaje, otrzepuje spodnie. Podchodzi bliżej bruneta, kładzie mu dłoń na ranieniu. - Jest symbolem, Kosogłosem, ich głosem. - Kładzie nacisk na to jedno, istotne słowo. - Jeśli ktoś ma coś zmienić, to właśnie Ona. - Blondynka posyła jej nieśmiały uśmiech. Jest taka niewinna, drobna, i piękna w świetle, wschodzącego dopiero co, księżyca. - Zaufajmy jej.
  Ruggero macha lekceważąco dłonią, odchodzi. - Nie mam zamiaru.
  Cisza.

  Późno w nocy, siedzą na skarpie, wtuleni w siebie. Księżyc błyska, oświetla ich umęczone codziennością, choć piękne twarze. 
  - Nie zginę za nich - mówi, brzmi pewnie. 
  - Ruggero... - Błaga.
  - Bo, jeśli mam już poświęcić życie, to tylko broniąc Ciebie, Mer - Sekunda; nie mówią już więcej, złączeni w pocałunku.
  Płomienny dotyk, wejrzenie w oczy.

  - Kocham Cię, wiesz?

  A na tę chwilę, nic więcej, do szczęście, im już nie potrzeba.

*

  Następnego dnia, gdy zbierają zdobyte, potrzebne do przetrwania, rzeczy, coś wisi w powietrzu. Jakaś groźba, cicha obietnica.
  Szesnaste, tak tubalne, uderzenie armaty.
  Obracają głowy, strwożeni. Za blisko?
  Las wrzeszczy, gnie się pod naporem stóp, kroków, uderzeń. Ostrzega. Uciekać!
  Tracą cenne sekundy - zbyt szybko. Inne czwórka wbiega na polanę, przystaje - obserwują, jak sokół zwierzynę. Trzech mężczyzn, jedna kobieta. Pamięta ich imiona?
  Nikt się nie rusza, zapada cisza. Świerszcz cyka, w chorej imitacji patetycznego koncertu.
  Wszystko jest zbyt szybkie, nie może być prawdziwe. Obcy ruszają wprost na nich, śmieją się - oszaleli?; padają pierwsze ciosy. Odskakują, co by rozdzielić, na boki. Wszyscy przemykają, tańczą - z dokładnością, jak im góra zagra.
  Naciąga cięciwę, celuję. Chybi o włos, jak to możliwe?!, Mark - wysoki i dobrze zbudowany blondyn, jeśli dobrze pamięta z drugiego dystryktu, wychodzi bez szwanku. Idzie ku niej z uśmiechem; wyciąga drugą,  wytarte włosie szeleści pod palcami. Mierzy... 
  Skowyt, złocisty refleks, zawahanie. Obraca się, spogląda - horror wypisany ma na twarzy. Opuszcza łuk.
  - Uważaj! - Wyciąga rękę, przerażona. Za późno.  
  Mercedes.
  Każdy z nich zamiera, Facundo z nożem przy szyi Dereka - ten z piątego, ma dużo piegów, Ruggero właśnie szamocze się z Alexem - blednie, wbijając wcześniej kawałek drutu (wyszarpuje go spod zapięcia plecaka), tuż pod sercem. Pada nieżywy.
  Siedemnasty wystrzał.
  Za późno... Rozlega się kolejny.
  Osiemnasty. Kłamstwo?  
  Ktoś wrzeszczy. Ten krzyk jest urwany, mrożący krew w żyłach, naglący.
  Blondynka, ta drobna, o lśniących oczach, osuwa się na kolana. Rana zionie w piersi, jest głęboka, pazerna, zabiera to życie - krwawi. Ostatnie błyski gasną. Słowa blakną na ustach, sinieją. Osiemnasty.
  Mona, ta z dziesiątego, o wykrzywionej w podłym grymasie twarzy, stoi obok, triumfuje. Na chwilę.
  Przykłada dłoń do ust, szlocha. Nie wierzy, nie chcę. Byli tak blisko końca, najbliżej?
  Opada na ziemię, Facundo podbiega z lewej, zabija wcześniej drugiego mężczyznę. Ma krew na rękach. Jak każdy (cholerne przetrwanie).
  Dziewiętnasty.
  Dwudziesty - niczym w chłodnej, krwiożerczej wyliczance. 
  Unosi głowę. Ruggero stoi kilka metrów w prawo - przy znajomym ciele, już dwóch?, prycha wściekle, zbroczony w, ciemniejącej z chwili na chwilę, posoce. Uchyla usta wystraszona, zabija.
  Obraca się ku nim, nieśpiesznie - najpierw jednak pochyla, szepcze coś żałośnie, chwyta lodowatą dłoń Mechity, i jest coś w jego oczach - jakaś szaleńcza nuta, która sprawia, że mimowolnie, wbrew woli, cofa się o krok.
  - To nie powinna być Ona.
 - Rugg... - Próbuje. Wstaje, choć cała się trzęsie, dotyka ramienia - chcę wesprzeć. To na nic?

    Nic już nie było proste, a w głowie wciąż obracała się ta sama wyliczanka. Kilka działań, bez najmniejszego wysiłku stwierdził, że została ich garstka; niewielka część, niemrawy odłamek. Przygląda się chwilkę ich twarzom, jedna smutna, druga oszołomiona, trzecia? Teraz już nawet nie wiedział czy należy do ostatniego wroga, jest ich więcej? 
    Nagle coś runęło, głęboki syk przebija się przez ich uszy, jakby gwizd nadjeżdżającego pociągu, który kłębi się w powietrzu wraz z zapachem mokrej ściółki. Ciemno zielone liany, jako macki olbrzymiego potwora, przeżynają wilgne, nieco zakurzone powietrze i ciągną czarnowłosą na wysokość niewielkiego drzewa. Wirują, obracają, trzęsą, chcą zabić? Nikt się nie dziwi, chyba mają to tego powody.
    Włoch rzuca się do ucieczki, niestety, pada na wznak tuż obok ostrego pnia, walczy z przeciwnikiem, miota się po ostrych, suchych liściach. Przegra?  
    Przełyka ślinę, myśli, że ją straci. Zamiera. 
  - Pomocy! - krzyczy, wierzga, próbuje się uwolnić. - Pomóż mi!
    Pędy zaciskają się na jej żebrach, wokół ud i szyi. Słyszy gruchot, kości? Traci oddech, powietrze zatrzymuje się w krtani, nie chce iść dalej, nie może? Sapie, bo już nie może krzyczeć. 
    Chłopak stoi, nie wie co zrobić, znowu? 

        Ratuj ją! - coś go pcha w stronę bestii.
                uczucie? 

    Wyciąga niewielki nóż, którym wcześniej ostrzył końcówkę grubego badyla i nie zważając na niewielką widoczność biegnie w stronę wcześniej nieżywego drzewa; krzyczy, teraz już nie wie czy ona, czy on. Walczy z śliskimi liśćmi, wspina się po gałęzi. Przypomina sobie, że dzień wcześniej owy potwór służył im za mieszkanie. Wzdryga się, idzie dalej, nie może się poddać. Dla niej jest gotów zginąć. Paść trupem, by ona mogła zasmakować wolności, życia. 
  - Trzymaj się! - krzyczy, choć sam ledwo daje radę. - Jeszcze chwilę. 
    Zaciska się bardziej, chyba już po niej. A jednak, w samą porę ucina mackę tuż przy pniu, zielony wąż pada na grubą warstwę spleśniałego, leśnego dywanu, wraz z Hiszpanką, całą i zdrową. Jeszcze chwilę wije, pełznie po ziemi, a później przestaje, umiera. 
  - Nic Ci nie jest? - przytula ją na klęczkach do swojej piersi; czarnowłosa kręci głową, wciąż się trzęsie. - Musimy stąd zwiewać - szepcze sam do siebie - ona jest zbyt słaba by słuchać - widząc szalejące drzewo, które, jakby odzyskało swoje siły.
    Ciągnie ją na bok, chwyta chłodną dłoń i jeszcze na chwilkę się odwraca; oni walczą zaciekle. Już się nie zastanawia, zostawia go na pastwę losu, samego wraz z Markiem, którego blond włosy nie błyszczą tak, jak wcześniej. Spogląda na dziewczynę, przecież nie mógłby jej stracić. 
    Zaciska palce, biegnie prosto w niewiadome, zdążył się już przyzwyczaić, że oni zawsze mieszają im drogę. Ścieżka się zwęża, a bestia nadal szaleje w zagłębiu zielonego buszu. Ogląda się - nic nie widzi, tylko kłęby dymu, piaskowego pyłu - gdzie ich przeciwnicy? 
    Krzyk, krwiożercze wołanie, później huk - dwa, albo i cztery. 
    Dwudziesty drugi. Czyli zostali sami? 

  - Czy on już nie...?
  - Chyba nie, a raczej na pewno. Zostaliśmy tylko my.
  - Och... 
         Chwila ciszy. 
  - Chodźmy. Musimy się jakoś stąd wydostać

*

   "W Kapitolu panuje popłoch, przetrzymują cała dwudziestkę czwórkę uczestników, wciąż coś robią, namawiają ich, pokładają nadzieje w silniejszych, skreślają słabszych. Jak było z nim? 
    Siedzi na skórzanej kanapie, pochłaniając wzorkiem wszystkie sprzęty do ćwiczeń, przeróżne maszyny, ostre sprzęty wiszące na prętach, na końcu zaś swoje odbicie. Myśli, że da radę, przecież jest z lepszego dystryktu, a jego umiejętności waleczne przekraczają normę - wyćwiczony zabójca, właśnie o nim tak mówiono. Zatapia dłoń w gęstwinie ciemnej grzywki i uśmiecha się do bladej, ledwo widocznej twarzy - taka sama, a jednak inna. 
  - I co się tak szczerzysz? - zaczepia go głos dziewczyny. - Myślisz, że masz jakieś szanse? - prycha z dumą i siada tuż obok niego, poprawiając jasny pukiel włosów na lewym ramieniu. - Nie trzęsiesz się ze strachu jak tamta dwójka? - wskazuje na zawodników z dystryktu czwartego, którzy wyglądem przypominali myszy uciekające przed wygłodniałym kotem; kręci głową, on jest odważny. 
  - Nie boje się walki - wzrusza obojętnie ramionami, spogląda na nią - A ty? 
  - Co ja? 
  - Nie boisz się walczyć? Nie boisz się kogoś zabić? - pyta, brzmi dość dziwacznie; chyba uzna go za psychopatę.
  - Tego nie powiedziałam.
     Zamierają chwilę w bezruchu. 
  - To dlaczego nie trzęsiesz się ze strachu? - wciąż zadaje pytania, męczy ją to. 
  - Bo nie boje się śmierci... "
  
    Budzi się otulony mroźnym, rześkim powietrzem, jakby w środku zimy. Oczy otwiera powoli, a światło od razu drażni jego zmęczone źrenice, pyłek już opadł, teraz widzi znacznie więcej poprzednio. Bada palcami swoje ciało - jest cały, a przynajmniej mu się tak wydaje - po czym podnosi się na łokciach. Po bitwie nie ma już śladu.
   Po niej też. Żółć podchodzi mu go gardła. Chyba wolałby skonać. 
    
    Staje na prostych nogach, nieco się kołysze, w końcu oberwał kilka razy w głowę. Prawą dłoń opiera o drzewo - tym razem, jest ono bezpieczne - i zaciska powieki z całych sił. Głowa pulsuje, krew ledwo płynie w ciemnych żyłach, ostatnio też stracił na wadze, jak każdy z uczestników, bez wyjątku. 

  "Minęły zaledwie dwa dni od rozpoczęcia, trzy wystrzały z armaty i czternaście uśmiechów - kilka z nich całkiem skrytych, niemal niewidocznych, a jednak je dostrzega. Już na początku stworzyli sojusz, jeszcze przed rozpoczęciem igrzysk, choć nie z miłości, to było zupełnie coś innego - zmieniło się? 
    Blondynka siedzi tuż obok, jej chude łydki zwisają z grubej gałęzi, a głowa opiera się na jego nieco zadrapanym ramieniu, znów rozmawiają. Tematy były różne, ale nigdy nie mówili o śmierci, dobrze wiedział, że tego nie lubiła. 
  - Myślisz, że moglibyśmy spróbować wygrać? - Nadzieja zbiera się w jej oczach. 
  - Zwycięzca jest tylko jeden - mówi, brzmi groźnie.
    Piorunuje go wzrokiem. Chyba nie takiej chciała odpowiedzi. 
  - Co? 
  - Jesteś idiotą - odpowiada pokrótce.
  - Idiotą, ale za to jakim przystojnym.
    Przeczesuje palcami grube włosy, a ona się śmieje. 
    Tak bardzo uwielbiał jej uśmiech..." 

   Jego oczy poczerwieniały, zachciało im się płakać? Pociera wierzchem dłoni czerwony, zmarznięty nos i spogląda na brudne, zakrwawione dłonie. Jeszcze kilka godzin temu głaskały jej długie, blond włosy, dotykały rozgrzanych policzków i zimnego czoła. Drętwieje, prawie upada. Nie jest taki silny, jak mu się zdawało. 
   
 "- Dajesz radę?
  - Z tobą? Zawsze."

   mamrocze 

  "- Myślisz, że będziemy szczęśliwi?
   - Nie wiem jak ty, ale ja już jestem szczęśliwa. 
   - Jak to? 
   - Dzięki tobie."
  
    upada 

  "- Kocham Cię.
   - Ja Ciebie też, Rugg." 

    płacze? 

   "- Nie poddamy się, prawda?
    - Nigdy." 

   pragnie zemsty 

*


    Nigdy w życiu nie wybaczyłby sobie tego, gdyby ona zginęła zamiast niego. Pojawiła się tak nagle, wyskoczyła i od tak zajęła sobie pozycję Anioła. Może to śmieszne, ale właśnie tak było. Zjawiła się wtedy, gdy utracił już wszystko i tak właściwie, to nie miał nic więcej do stracenia - oprócz niej, to oczywiste.  
   Czas płynął mu pomiędzy palcami jak woda w strumyku, który wspomina, lubił tam przesiadywać, niegdyś sam, a teraz? Teraz mogliby spędzać czas razem, ramie przy ramieniu, by nigdy nie pozbyć się ciepła drugiej osoby. 
    To jest miłość. Tak, tak właśnie myślał. 

  - Jesteśmy tutaj! Zostaliśmy tylko my! 
     Wydziera się na środku polany skąd zaczynali. Patrzy w niebo, nic nie widzi. 
  - No dalej! Masz coś jeszcze przygotowanego?! 
     Łazi bez celu w kółko, jego głos drży, podobnie jak ręce. Boi się?
  - Przecież wiesz, że się kochamy...
     Gaśnie.

  - Facu, uspokój się - łapie go za dłoń. - To nie ma sensu. Dobrze wiesz jakie są zasady. 
  - Nie, Alba, nie zamierzam Cię stracić, rozumiesz?
  - To zróbmy to razem.

    Chwila zaplanowana od tak, przecież nikt nie musi wygrywać, prawda? Wyciąga z kieszeni garstkę owoców - gęsta czerwień, rozlewa się po jej skórze - po czym oddaje chłopakowi kilka z nich. Sok kapie z jej palca; przez chwila zastanawia się czy to przypadkiem nie jest krew. 
    - Razem?
    - Razem.* 

   Publiczność zamiera. 
  
 - Uwaga. Zwycięzców może być dwóch, jeśli pochodzą z tego samego dystryktu. 
    Pan uśmiecha się. Pan wie, co robi.

    Wiśniowe jagódki lądują gdzieś na trawie, a oni tulą się do siebie z całych sił. Już się nie boją, wiedzę, że jutro nadejdzie i będzie należało tylko do nich tak, jak reszta dni. Wtula twarz w jej włosy, potargane, a łzy - szczęścia - spływają po bladym policzku, jedna za drugą, nie za szybko? 
  - Udało się - szepce, odsuwa się. - Udało się nam, rozumiesz?
  - Rozumiem, nawet nie wiesz jak bardzo Cię...

    Brązowe oczy gasną na tle wschodzącego słońca, krew zaczyna spływać strugą od kącika ust po samą brodę. Wszystko zlewa się, czuć metaliczny zapach ciepłego płynu, a z brzucha jej ukochanej wystaje drewniany szpic. 
    Upada.
    Czarne oczy po raz kolejny mierzą jego sylwetkę, lecz nie należą już do sojusznika. 
   
        Słychać huk. Dwudziesty trzeci? Dwudziesty drugi. 
    
    _ _

    Kiedyś mogłem powiedzieć, że miłość jest jedynie grą. Wiesz, na przykład karcianą, albo po prostu szachy czy warcaby. Ktoś wygra, ktoś przegra. Dużo ludzi powiedziałoby, że wygrałem, bo... No, rozumiesz, prawda? Ale szczerze? Wolałbym przegrać i umrzeć będąc szczęśliwym, niż wygrać - jak teraz - i pozostać bez niczego. 
    Ach, no i nigdy nie dowiem się co chciała mi powiedzieć... 


*


Od autorek:   Witajcie, ciolaski! x Z tej storny Edyta. Z poprzednim zamówieniem, wypisanym na tablicy, wynikły pewne komplikacje... Przepraszamy za kłopot, a także dłuższą, bo czterodniową przerwę. Mam nadzieję, że nasze zamówienie o Falbie i Ruggechi się spodoba, i trochę zrekompensuję czas oczekiwań <3 Ja swoją część spartaczyłam, ale to zawsze, więc... Poza tym Marta ratuje! XD Kocham Was! ♥ Do następnego ;> 
      -> Witajcie, kaczuchy xD Z tej strony Marta. Jezu, ostatnio za dużo rzeczy tutaj dodaję, chyba powinnam przestać, prawda? ech. No nic. Właśnie mieliście przyjemność przeczytać kolejne dzieło moje i Edytki, hyhy. Mam nadzieje, że wam się podobało. Tym razem postawiłyśmy na Igrzyska *o* Moja część to porażka, serio XD ja nie wiem po co wy u mnie cokolwiek zamawiacie XD A teraz coś organizacyjnie... Wyniki konkursu pojawią się 1 września, tak o, na rozpoczęcie "cudownego" roku szkolnego. Mam nadzieje, że jeszcze tyle wytrzymacie :D Kocham was bardziej od Edytki, muahahaha ♥♥ (nawet daje dwa serduszka, widzicie? ;>) Ciao! 



środa, 13 sierpnia 2014

{Zamówienie 012} Lodogerro || "Nieszczere obietnice'' - Katniss Parker i Kathrina

 
Tytuł: ,,Nieszczere Obietnice''
Para: Lodogerro
Gatunek: Dramat, Romans
Przedział wiekowy: M



Dla Olka Fasolka. Wiesz, że znamy się już od roku? Jutro już to będzie tak długo ♥ 
Wraz z Marciakiem postarałyśmy się napisać OS'a tak dobrze, jak tylko umiałyśmy <3 Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu :* Oby jeszcze był chociaż rok, a nawet nieskończoność :* - Twoja Kasia.


♣♣♣♣

Mrok i promienie słońca.

Stawiała powolne kroki na sali baletowej w szkole do której uczęszczała. Zawsze kochała to miejsce, mogła się odprężyć, odciąć od świata. Bez żadnej emocji, ale dość silnie cisnęła ciężką torbą w róg sali.
Podeszła następnie do ogromnego lustra, przejrzała się w nim. Dotykała opuszkami palców swojego odbicia, czuła się okropnie. Czuła się jak potwór. Opadła powolnie po szybie, po czym schowała głowę w swoich nogach. Chowała się. Została zraniona, dosłownie. Boleśnie dźgnięta nożem, oszpecona. 
Starała się jak najczęściej chować swoją twarz, bo każdy, kto ją spotykał dostrzegał tylko ogromną ranę na policzku. Gdy na siebie patrzyła wszystko wracało.
Mały zakamarek na przedmieściach, ślepa ulica, obrzydliwi faceci, skopanie, pobicie, dźgnięcie, wołanie, którego i tak nikt nie usłyszy. 

Nieustający ból.

Otrzymywała pomoc od całej rodziny, od przyjaciół, ale ona i tak widziała w sobie tylko potwora który już nigdy nie będzie mógł patrzeć na siebie normalnie. Rzuciła delikatne spojrzenie na swoje odbicie.
Tłuczone szkło. Uderzyła całkowitą siłą w lustro, które rozpadło się na miliony drobniutkich kawałków, nie było już nawet co zbierać. Szybko zabrała swoje rzeczy i wybiegła z miejsca zbrodni.
Jak zwykle uciekała sama nie wiedząc przed czym. Przed niewidzialnym potworem? Czy przed osobą, która ją tak skrzywdziła?

Goniące życie.


Każdego dnia w ten sposób wracała do domu. Bała się spać spokojnie w nocy, a co dopiero samotnie wychodzić na ulicę. Potrącała kolejnych przechodniów z pośpiechu. W oczach miała łzy, na twarzy grymas, a w sercu kamień który nieustannie bije coraz mocniej. Nagle poczuła jak ktoś łapie ją za ramiona.
-Dodo, w porządku? - Odezwał się znajomy, męski głos.
-Tak, w porządku. -Odpowiedziała roztrzęsiona i chciała odbiec dalej.
-Twoja ręka... co się stało? - Zapytał zaniepokojony. 
-Wiem, co z moją ręką, Rugg, nie musisz mi mówić. Teraz nie mam czasu, na rozmowę, przepraszam. -Chłodno rzuciła i znów chciała biec.
-Czekaj, czekaj. Nie dam Ci tak łatwo uciec. - Złapał ją silnie za rękę i przyciągnął na przeciw siebie. 
-Co znowu, muszę iść, naprawdę... - Przystępowała nerwowo z jednej nogi na drugą.
-Uspokój się trochę, ochłoń, nikt Cię nie goni... - Złapał ją za ramiona i spojrzał w oczy, wiedział co na nią działa, w końcu byli najlepszymi przyjaciółmi od dzieciństwa. W końcu to on znalazł ją jako pierwszą w tym okropnym stanie i pomagał wyjść z tego. Chodził z nią na terapie i razem przebywali w szpitalu.
Do tej pory gdy o tym myśli, ma chęć złapania tych ludzi i zrobienia z nimi tego samego.
Nie wierzył w to, że odsiadka pomoże, zresztą, pięć lat? Tylko? To ma być kpina? 
Tacy ludzie się nie zmieniają.
-Oni mnie gonią. - Odrzekła nerwowo rozglądając się w koło. - Czytają mi w myślach, nie mogę już tak, nie!
-Lodo, ich już nie ma, zrozum. Oni nie istnieją. Są w areszcie, nic Ci nie zrobią. Nie pozwolę już nigdy, nikomu Cię skrzywdzić. - Oznajmił Rugg'e. 
Nigdy tak naprawdę nie powiedzieli dlaczego Dodo, jak pieszczotliwie ją nazywali, tam była. Tylko oni dwoje znali tą tajemnicę. Chociaż chłopak wiele razy ją odciągał od tego ona sobie nie radziła.
Miała osiemnaście lat i choć rodzice się starali w ich domu zawsze panowało ubóstwo. 
Dziewczyna wpadła na ''genialny'' pomysł na dorabianie. Pracowała w najstarszym zawodzie świata, chociaż ją samą to obrzydzało, nie radziła sobie z biedą, chciała żyć tak jak inni nastolatkowie na całym świecie.


Próbowanie nowych smaków.

Kolory życia. Tak piękne, a niektóre z nich tak bardzo bolesne. Szkoda, że nie umiemy dostrzec tych dobrych, gdy nadchodzi zła godzina. Otworzyła swoje jeszcze nieco zaspane powieki po czym delikatnie przetarła je ręką. To może być dobry dzień. Podeszła do szafy w poszukiwaniu luźnych, lekkich ubrań, gdyż słońce grzało niemiłosiernie mocno. Zbiegła po schodach na dół, wyjęła z szafki swoją ulubioną herbatę po czym usiadła wraz z nią i jej ulubioną książką w fotelu.
-Lodo, gdzie jesteś? - Usłyszała ten sam co zawsze przyjemny głos.
-Tutaj!- Odpowiedziała z uśmiechem na ustach. Nawet nie wiedziała dlaczego była dziś taka szczęśliwa.
Jakby wygrała los na loterii. Chłopak przeskoczył przez kanapę i zajął na niej miejsce.
-Hej. - Uśmiechnął się ponownie do przyjaciółki. - Mam dla Ciebie małą niespodziankę.
-Co? O co chodzi, Rugg? - Zapytała niepewna.
-Chodź ze mną. Zaufaj. - Wyciągnął do niej swoją dłoń. Pewnie złapała ją po czym wstała i uściskała chłopaka.
-Dziękuję, że jesteś. - Spuściła wzrok w dół.
-Nie masz za co, dobrze wiesz, że jesteś dla mnie jak część rodziny. - Podniósł jej brodę. - I nigdy nie możesz w to wątpić.
Zamknęła drzwi od domu i już po chwili szli przez park.
Życie pełne jest kolorów. A jest ich tyle ile potrafimy w nim dostrzec. To zależy od nas. 
-Ruggero, ta piosenka... - Usłyszała dobrze jej znaną piosenką. - Przecież to jest...
-Hoy Somos Mas? - Zapytał pewnie patrząc przed siebie. - Patrz tam.
Zwróciła wzrok w stronę grupki ludzi, po czym ponownie została złapana za rękę i pociągnięta w ich stronę.
- Tutaj wszystko miało sens,ponieważ tu was poznałam... - Zaczęła wysoka rudowłosa dziewczyna.
Cande. Przeszło jej przez myśl po czym zakryła usta ręką.
-To jak żyliśmy było warte, o czym marzyliśmy, to co zdobyliśmy...- Ujrzała bruneta wychylającego się zza drzewa. Rozpoznała go jak dziewczynę poprzednio. Jej oczy natychmiastowo się zaszkliły.
-Zrozumiałam, że to było warte, że każda historia ma swój powód. - Jej serce biło szybciej niż normalnie. Jej wszyscy przyjaciele, których niegdyś zostawiła, bo nie chciała zranić. Oni wszyscy stoją tu i śpiewają dla niej. Nie zapomnieli.
- Abyśmy byli razem, by wierzyć, abyśmy grali naszą piosenkę. - Kontynuowała Mechi z Jorge'm. 
Z jej oczu już tym razem polały się łzy, nie smutku, lecz radości. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Myślała, że to tylko sen i że zaraz się obudzi, ale... Jednak to była prawda. 
-Wszystko znowu wraca, razem, nie spoglądając wstecz. Poczuj, o czym marzę, żyj, twym przeznaczeniem jest dziś...- Wszyscy podbiegli do płaczącej Włoszki. Spoglądała na nich przytulając każdego z osobna. 
Była zdezorientowana. To wszystko działało na nią za bardzo. Myślała teraz tylko o nich. O jej prawdziwych przyjaciołach. Którzy zostali mimo wszystko.


Bądź obok mnie.

Była pionkiem na szachownicy życia. Każdy mógł ją strącić w dowolnej chwili, lecz powoli uczyła się, że poddać się to najgorsze co można zrobić. Nauczyła się żyć z tym, że nie zawsze będzie łatwo. A to, jak została potraktowana napędziło ją do działania. Przyjaciele są największą wartością w jej życiu.


    Straszliwy sen.

    Nawet dokładnie nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Często śniło jej się, że spada. Tak normalnie, po prostu stała nad przepaścią, wielką, czarną dziurą i spoglądała w dół. Bywały dni, że wydobywały się z niej tłumione krzyki, brudne słowa, jakieś nieprzyjemne oszczerstwa. To byli oni? Chciała się cofnąć, wrócić, nie gapić się bezmyślnie w coś, czego wcale nie widziała. A przecież nie była ślepa.
    Wtedy skoczyła.
    Nie czuła zupełnie nic.. Zimno wcale nie przygniata jej ciała, podobnie jak wiatr, który na tą chwilę, tak jakby znikł. Po prostu spadała, nic więcej. Budziła się, gdy jej oczy gubiły światło, gdy punkcik, gdzie słońce wisiało na niebie zgasł. Okropieństwo. 
    Bała się zmrużyć oczy, zasnąć. Bezsenność wisiała w powietrzu, ponury zapach zwietrzałego szczęścia, jego też już nie było. Pozostał odór jej opustoszałego mieszkania i brudnych naczyń na blacie w kuchni - nie miała siły na jakiekolwiek porządki, tak to sobie tłumaczyła. Dni mijały szybko, jak za mgnieniem oka, tylko nie jednym, ale kilku. Wezbrała się w sobie jakoś tak przy pięćdziesiątym dziewiątym, kiedy najlepszy przyjaciel oznajmił, że wpadnie uczcić jej imieniny. Nie lubiła świętować.

    Pod koniec dnia, gdy dom już lśnił czystością - postarała się, dla siebie, nie dla niego - rozłożyła na stole swoją najlepszą zastawę, biała porcelana muskana lekkim złotem. Chwilę przyglądała się swojemu niewyraźnemu odbiciu w liliowej tafli, myśląc o tym, czy kurczak będzie równie źle prezentował się na kryształowym półmisku. Musiało wyglądać to dość dziwacznie. I zdecydowanie strasznie.

    Ostatni element, taki nietypowy jak na wieczór z przyjacielem, świeczki. Wybrała naturalnie w kolorze błękitu, bo uwielbiała ten kolor. Ponoć jego wielbiciele są nieśmiali i łatwo popadają w depresje - to prawda. Wzdycha, odpala jedną z zapałek, a później przygląda się dwóm płomieniom; przyciska palce do skroni. Przecież tak strasznie boi się ognia.
    Zapach rozgrzanego wosku roznosił się po pokoju - fiołkowy aromat, którego tak nie cierpiała. Wiedziała, ze ten dzień będzie kompletną porażką. Miała zamiar dzwonić do Federico z przeprosinami, że coś jej wypadło, ale dobrze wiedział o jej obsesji na punkcie dobrze zorganizowanego czasu, który rozszerzał się nawet do pełnego miesiąca. Planowała, wszystko, co do dnia. Więc jak ma się wytłumaczyć? Nie ma wyjścia, dzwoni.
    Odzywa się sekretarka. Pewnie nie ma go w domu. Jedzie, a może już jest? 


    Czerwona plama.


   Nie liczyła czasu, trochę speszona jego wzrokiem, który był przesycony czymś w rodzaju obawy, poszła do kuchni po kolejną butelkę wina, sprawdzając przy okazji jak miewa się sos do spaghetti. Długo zastanawiała się nad wyborem dania, ale postawiła na włoski specjał, który swoją prostotą i jakże ciekawym wyglądem zachwycał każdego. Gorzej ze smakiem - nie była zdolną kucharką.
    Zwróciła się o pomoc do specjalisty. Rozmowa z przyjaciółką przybiła ją jeszcze bardziej, szczególnie życzenia, bo nie wierzyła w ich szczerość. A teraz? Stała z dwoma talerzami, po brzegi wypełnionymi suchym makaronem i czerwonym sosem, który wcale nie pachniał tak, jak powinien, a przez głowę przelatywał jej szereg myśli. Chyba wracały wspomnienia. Te najgorsze, rozumiesz? 

- Zrobiłam coś do jedzenia - stawia talerz tuż przed nim, prawie upuszcza; chyba powinna się leczyć.
- Coś nie tak? Źle wyglądasz - oznajmił szybko.
- Tak też się czuję - westchnęła siadając naprzeciwko. - Nie wiem, czy będzie Ci smakować, dobrze wiesz, że nie jestem mistrzynią w kuchni.
- Wiem, pamiętam rozgotowaną fasolkę i przesolone mięso, które miałem przyjemność skosztować ostatnim razem - śmieje się. - Chociaż wiesz, nie przyszedłem tutaj, żeby narzekać.
- Już to robisz.
    Próbowała go do siebie zniechęcić, ale tak właściwie nie musiała tego robić. Wszystko co powiedziała tego wieczoru, albo co zrobiła było wredne i nietypowe. Lodovica, którą każdy znał, była kiedyś w miarę normalna. Uśmiechnięta, kochająca promienie słoneczne i bawiąca się z każdym bezdomnym kotem, którego spotkała w drodze do domu. Kiedyś miała nawet własnego. Został rozszarpany przez psa sąsiadów, a ona usłyszała tylko "mógł uważać". Ironia losu.

    Północ wybiła na zegarze, a oni byli już po trzech butelkach półwytrawnego wina, dziewięciu papierosach i jedenastu gorzkich czekoladkach. Opierała głowę o jego ramię, zaciągając się zapachem białej koszuli, którą specjalnie założył na tą okazję, ale nie miał krawatu, ani lakierek, które zwykł ubierać do niej. W telewizji leciach jakiś film, w tle jakaś tam melodia, a ona wcisnęła na siebie byle jaki podkoszulek, bo miała dość obcisłej sukienki.
    Kręciła chwileczkę kieliszkiem, w prawo, później w lewo. Nie zauważyła momentu, kiedy jego zawartość wżarła się w biały aksamit i zabarwiła materiał na przedramieniu. Ruggero jęknął - chyba był zły.

- Przepraszam, naprawdę przepraszam - paplała trzy po trzy, stojąc przy zlewie w łazience. - Nie wiem jak to się stało. Chyba za dużo wypiłam - trze plamę. Czerwień zmienił się w róż, ten nie pożądany efekt.
- Nie przejmuj się tym, nic się przecież nie stało. Odłóż to, nie męcz się.
- Zepsułam wieczór, jestem beznadziejna - załamuje się w połowie wypowiedzianych słów; ręce trzęsą się jak galaretka. Oszalała. 
- Powtórzymy go. Nic się nie dzieje, naprawdę. Nie smuć się, Dodo - pogłaskał jej zimne ramiona.
- Myślisz się - prostuje się nieco, zakręca kurek.
- Dlaczego?
- Wyjeżdżam.

    No i się wydało. Od dłuższego czasu miała plan. Przez trzydzieści dni tylko o tym myślała, nic więcej, ale przez kolejne dwadzieścia dziewięć, myśli przybrały kształt planów, a teraz to wszystko stało się przyszłością. Wyjedzie, zacznie od nowa, kupi nawet psa. Nie chce kota, bo to opcja dla desperatek - myślała.
    Rozmawiała z nim kilka godzin. On się wzruszył, ona nie bardzo. Chyba dzieliła ich pewna przestrzeń, której nie potrafili zrozumieć. Lodovica od zawsze była samodzielna, czasem nawet nieczuła, no i myślała racjonalnie - realistka, bo to pomiędzy szczęściem, a smutkiem. A on? Odwrotność.
 
- Nie.
- Czemu nigdy nie dajesz mi dojść do słowa? - krew w nim buzowała, był zły, albo smutny. - Jesteś pijana, nie wiesz co mówisz. Lepiej połóż się spać. Dojdź do siebie. Okej?
- Rugg, myślałam o tym od dawna. Chce zacząć od nowa. Wiesz, tak jak to robią w filmach. Zazwyczaj wychodzi - wzrusza ramionami, gasząc niedopałek w doniczce fikusa. To już dwudziesty siódmy.
- Nie, tym razem nie. Wiesz, że Cię nigdzie nie puszczę, prawda? - patrzy na nią, oczy wołają o odwzajemnienie uśmiechu, uda się? Niestety nie.
- Nie masz nic do gadania - machnęła ręką. - Już jestem wszystkiego pewna. Jutro zabieram rzeczy. Jeszcze muszę się pożegnać z resztą. Ech, to będzie trudne - spuszcza wzrok, chyba coś ją dźga. Smutek? Miłość?
- Mam. Zawsze miałem, wiesz?
- Yhym. Trele morele. Jasne.
- Nie wierzysz mi?
- Jakoś nie bardzo.
    Chwyta ją w pasie, przyciąga do siebie i nim całuje ją - po raz pierwszy - zagląda w jej oczy, które nie mówiły mu zupełnie nic. Odzwierciedlenie duszy, też coś. 
    Ich przyjaźń w tym momencie się rozpadła, okruszki zostały ceremonialnie zmiecione pod dywan, a oni? Oni stali na środku salonu, całując się przy świetle jednej ze świec - druga się wypaliła - a cała przesteń wypełniona była fiołkami. Chyba jednak je pokocha. 
     Przyparł dziewczynę do ściany, a ona zawrzała, jęknęła, omotana alkoholem, a może nim? Język tańczył w amoku, oboli czuli ten sam smak wina. Przygryzła sam jego koniuszek, warcząc energicznie. Trunek krążył w jej żyłach jeszcze szybciej.
    Całował zagłębie jej szyi, chowając głowę w włosach, muskając każdy kawałek skóry, delikatnie przygryzając miejsce tuż nad obojczykiem; zawyła, chyba się spodobało. Później, w sumie nawet nie wiedziała kiedy, była już bez koszulki, tak jak on - tylko wcześniej.
    Palce plączą się w ciemności, nie może trafić na guzik od spodni, nadal całując jego usta. Chwila, dwie, nie odpuszcza, nigdy. Znajduje, odpina z łatwością, paranoja, przecież wcale nie jest w tym dobra. I zachwyt jej żółciutkich tęczówek za każdym razem, gdy przyglądała się liniom mięśni na jego klatce piersiowej, ramionach. Opalona skóra była gorąca pod jej ustami, niemal parzyła, ale przyjemnie.
- Chyba nie myślisz, że chciałem tylko... - wydobyła a siebie jakieś dźwięki.
- Nie, dziś nie myślę - odpowiada szczerze.

    Przejeżdża opuszkami po zapięciu wiśniowego stanika, jedwabnego, całkiem w jej stylu. Jeszcze daje jej chwilkę, potrafił bawić się w te klocki. Zaciąga ją do łóżka, albo ona jego. Nie pamięta dokładnie, przygląda się jej ze smakiem. Kusiła swoją niedostępnością. 
    Rzucił jej ciało na miękką pościel. Poczuła, jak przygniata jej biodra, składając mokre pocałunki w okolicy podbrzusza. Zawirowała, nawet krzyczała. Co za noc.
    Chyba zapomnieli o tym, że są tylko przyjaciółmi... A może wcale nimi nie byli?



    Ostatni dzień wiosny.

    Przechodzi po bladych, drewnianych panelach wzdłuż korytarzu. Brak puszystego, fioletowego dywanu. Nie dostrzega już rodzinnych fotografii na wytapetowanych ścianach, a dokładnie wiedziała, że na ostatniej był jej dziadek, malujący płot na niebieski kolor. O zgrozo. A na szafce brak porcelanowego słonika, chwilka... brak też szafki. Wszystko uporządkowane, sprzedane, wyniesione. Nie myślała, że będzie nią targać pustka, bo chyba właśnie to czuła, prawda?
    Nie lubiła pożegnań. Chwyciła ramie torby, kiwnęła głową i wyszła, trochę najeżona. Ostatni raz chwyciła te same klucze, włożyła do tego samego zamka i przekręciła dwa razy, zamykając nie tylko dom, ale i wspomnienia. Wszystkie. Tą noc także.

- Naprawdę chcesz wyjechać?
    Wstrząsnęło ją to uczucie, westchnęła. Stał za nią zupełnie spokojnie, jakby obojętny temu, że ostatni raz ją widzi, że a nieba spadają krople deszczu, że jeden z panów kierujący wóz od przeprowadzek krzyczy, by wsiadała do samochodu - mają już ruszać.
- Chyba tak - odpowiada po chwili, jakby niepewnie.
- Chyba?
- Och, nie każ mi tego powtarzać. Boli mnie to - była bliska płaczu.
- Mnie też bolało to, że kochałem Cię przez te lata, a Ty miałaś to gdzieś.
    Zaniemówiła. Chyba planuje zemdleć, ale grafik przeszkadza. Poczekała więc na jego słowa.
- Tak. Szaleńczo zakochany, aż do bólu.
- Nie wiedziałam - szepce, połykając ślinę.
- Bo nigdy nie pytałaś - warczy pod nosem, zaciska palce na dziewczęcym nadgarstku. - Nic dla Ciebie nie znaczę, trudno, pogodzę się z tym. Ale musisz wiedzieć, że Cię kocham. Zawsze kochałem. A teraz jedź i odkrywaj świat. Czy co tam chcesz robić...

    Pocałował ją, ale tym razem w policzek - na pożegnanie.
- Do zobaczenia, Dodo.
    Odszedł. Wodzi wzrokiem po jego sylwetce.
 
    Zostanie czy pobiegnie na nim? Trudny wybór.
    A jednak udało się.
    Wybrała szczęście.



***



Od autorek: Hejciak, tu my! Czyli Kasik i Marcia. Przybywamy do was z Lodoggero, które hmm... Z resztą, sami przeczytaliście. Mamy nadzieje, że wam się spodobało :3 Przepraszamy za spóźnienie, ale to wina Marty. Jest idiotką i leniem, a do tego nie potrafi pisać i zepsuła całego Oneshota. NNieprawda nic nie popsuła, a jej część mnie powaliła, bo jest genialna! <3 Dziękujemy, kochamy was! <3 - My, czyli jedność. 
PS: Zapraszamy na Semi, które pojawi się za dwa dni. <3